Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

Warszawa nie jest snem

Co znaczy prestiż nie trzeba tłumaczyć, kto nie wie, niech sięgnie do słownika. W historii żużla prestiżowymi finałami światowymi były te, które rozgrywano na londyńskim Wembley, dopóki… nie doszło do otwarcia toru na Stadionie Śląskim w 1973 roku. Wtedy obserwatorzy i fachowcy, kibice ze świata oniemieli z podziwu, bo śląski gigant przebił liczbą widzów londyńską świątynię nie tylko żużla ale i futbolu a w antraktach również gonitw psów. Wembley było kultowe i pretiżowe nie tylko dzięki niezwykłej atmosferze ale i Londynowi, który wiadomo stwarza dla przyjezdnych okazję do zwiedzania i odkrywania zawsze czegoś nowego. Jest trendy jak Paryż i Nowy Jork. Na Śląsku było w tym kontekście może i miło, acz siermiężnie. Koloryt i pokusy wielkiego świata były nad Tamizą. Katowice i okolice miały inne walory, zresztą podobnie było, gdy lokowano światowe finały w Lesznie czy we Wrocławiu, choć świat był łakomy na rozmaite atrakcje w historycznym mieście nad Odrą.

Historia żużla zna lokacje w dużych miastach i typowych “dziurach”, gdzie pobyty dla kibiców ograniczały się li tylko do stadionów. Gdzie było super?

Do dziś wspomina się dwudniowy finał IMŚ w Amsterdamie, czy jednodniowy finał w Monachium. Obie imprezy na olimpijskich przecież stadionach owianych legendą polskich sukcesów innych sportów. Szwedzki Goeteborg wyzwalał ekscytację, bo miasto piękne jak widokówka. Mamy Sztokholm, speedway zawitał do Kopenhagi. Wyprawy na Antypody ograniczają możliwości przeciętnych kibiców i dlatego nie bardzo jestem za takimi lokalizacjami, które promują w niszowym sporcie kibiców wybrednych i bogatych.

Niektóre miejscowości dorobiły się kultowego charakteru, choćby Vojens, gdzie Ole Olsen konsekwentnie wypromował od końca lat siedemdziesiątych małą duńską miejscowość do rangi prestiżowego miejsca dla speedway’a, czy to podoba się czy nie niektórym malkontentom określających Vojens… wsią. Niech zajrzą do swoich rodowodów. Amsterdam i Monachium zaistniały tylko raz. Pojawiło się kiedyś udanie włoskie Lonigo i zyskało od razu sympatię w różnym wymiarze gustów. Kiedy po przebudowie Wembley speedway przeniósł się na Wyspach Brytyjskich do walijskiego Cardiff ciągle czegoś brakuje na turystycznej mapie żużlowym kibicom. Nie chwyciło w międzyczasie angielskie Bradford, choć próbowano dać namiastkę kawałka Wembley. Niestety, nie ta półka, choć okolice Bradford z obrazami angielskiej wsi niezapomniane. Śliczne, lecz bez żużlowej charyzmy, więc stadion Odsal padł a otworzyło Cardiff.

Mamy Pragę Ondrasikowego Królestwa Plochej Drahy. Stolica Czech kusi nie tylko piwem i historią szwejkowych przygód w zaułkach ciasnych uliczek. Praski stadion Marketa przylepił się do żużla i mimo, że Pardubice ostro konkurują i mają inne super walory, to stolica wyzwala większe chęci zobaczenia w akcji zawodników serialu Grand Prix.

Kiedy sięgnę wstecz wpadam pamięcią do niemieckiego Norden i 30 tysięcznego stadionu na fryzyjskiej ziemi. Absurd. Był tam pamiętny finał IMŚ w 1983 roku, kiedy wygrał ekscentryczny Egon Mueller, niemiecka gwiazda żużlowego rocka. Lubię takie postaci, bo wnoszą nie tylko goły speedway do historii dyscypliny. Jest w historii bawarskie, kolorowe Landshut z ekologicznym torem daleko poza miastem i centrum historycznym, jak landszaftowy obraz. Panujący nad starówką zamek i historia polsko – niemieckiego wesela ze średniowiecza odnawianego dziś co jakiś czas w atrakcyjnej formie dla turystów.

Finały za Bugiem nie mają historii, lepiej jest na Bałkanach i nie można zapominać o Krsku nad groźną Sawą. Słoweńcy mają swoją historię w żużlu, czego dowodem jest szalejący w elicie GP Matej Zagar.

Speedway nie miał szczęścia zawitać do Hiszpanii, choć tamtejsi kochają motory jak corridę i futbolowe mecze nie tylko w ramach El Classico. Miałem kiedyś cichą nadzieję, że Irlandczycy kupią speedway od Anglików ale nie pomógł kiedyś jesienny Kongres FIM w Dublinie, który był wielką atrakcją, choć mniejszą niż parada żaglowców w tym niesamowicie przyjaznym dla ciała i ducha mieście. Ten kongres FIM wspominam nie tylko z powodu Chrisa de Burgha oraz innych artystycznych wrażeń.

Skandynawia gorąca jest żużlem tylko w Szwecji i Danii; Finlandia wprawdzie doszła do GP ale Norwegia mimo, że miała długo światowego sternika speedway’a Roy’a Otta, zawodników Gunnestada i Holtę nie zdecydowała sie na światowe wydarzenia.

I OTO NARODZIŁ się w kalendarzu HIT, bo polska stolica wchodzi na arenę Grand Prix ze Stadionem Narodowym. Mam nadzieję, że będzie sukces i może nie od razu ale wierzę, że Warszawa otworzy nową kartę w historii żużlowej klasyki. Nasza stolica pięknieje, są hotele do wyboru i koloru, można dobrze zjeść w atrakcyjnych miejscach i… zobaczyć nie tylko Pałac Kultury. Dojechać, dolecieć zewsząd. Serial Grand Prix anno 2015 otworzy się premierowym turniejem 18 kwietnia na Narodowym. Stadion jest komfortowy i kibice, którzy uprawiają żużlową monokulturę będą mieli okazję zapoznać się z obiektem zbudowanym na futbolowe EURO 2012.

Stadiony w Polsce zmieniły swoje oblicze, także żużlowe; mamy Toruń i Gorzów okraszone turniejami GP, gorzej ze stadionem w Lesznie, Bydgoszczy ale nie zapominajmy o gdańskiej bursztynowej Arenie, której życzę żużla, bo mieć światowe imprezy nad Bałtykiem i w stolicy, to podniesienie wspomnianego prestiżu speedway’a o dwie klasy. Czy WARSZAWA może stać się po jakimś czasie… Wembley? Nie. Dwa światy, inne stadiony, inne czasy, ale ze względu na polskie zainteresowanie żużlem kibiców, naszą ligę i sukcesy oraz urodę Warszawy, jej atrakcje turystyczne, może być Mekką dla przeciętnych kibiców oraz goldfanów. Warszawa da się lubić i sen o żużlowej arenie nad Wisłą jest jawą! O tym mieście napisano i wyśpiewano tyle cudownych wierszy, więc tylko się cieszyć, że wiosną 2015, podczas Grand Prix kibice przekonają się, że warto przyjechać i zobaczyć nie tylko speedway, zabawić się, poznać atmosferę oraz wspaniałą historię miasta, jego niezniszczalność. Warszawy po prostu nie zapomina się na pierwszym wirażu, o czym zapewnia Adam Jaźwiecki.

Kabaret NeoMoto

BEZGRANICZNA miłość do żużla w Polsce, od jak pamiętam zawsze, jest niezrozumiała dla tysięcy ludzi i u nas, i poza granicami. Kiedy Stadion Śląski otworzył swoje wrota dla tego sportu w 1973 roku zagraniczni goście zobaczyli widownię niesamowitą, większą od kultowego londyńskiego Wembley. Byli porażeni ponad 100 tysiącami kibiców, którzy zasiedli na stadionie i pobili żużlowy rekord frekwencji. Na trybunach było gorąco, choć przyznać muszę, że 80 tysięcy fanów na Wembley na trybunach zbudowanych pionowo, robiło przy świetle elektrycznym kocioł pełny wrzątku. Jakby powiedział niezapomniany komentator redaktor Jan Ciszewski tam był pełny … komplet. Speedway przy świetle jupiterów robi kompletnie inne wrażenie i zamienia imprezę w bajkę. W tej bajce nie ma wilka, który chce zjeść babcię, jest galaktyka wyścigów, które jeśli tor nie jest zabetonowany, wprawiają kibiców w niemal deliryczny nastrój barwnej walki nie pozbawionej także dramaturgii karamboli wywołujących ciszę strachu. Kochamy bezgranicznie tę moc dreszczy do utraty tchu. Piłkarze mówią zwykle, “taka jest piłka”, żużlowe towarzystwo, ”taki jest speedway”. Wszystko jak na targu do kupowania garściami i do wspominania jesiennymi wieczorami. Miłość do żużla jest ogromna od Lublina po Gorzów Wlkp., od Gdańska po Rybnik i od Wrocławia po Rzeszów. A jeszcze jest środek Polski. Cudownie zazdrosne uwielbienie sportu, który wzbudza emocje takie jak mecze piłkarskie Polska kontra Niemcy, albo siatkarskie Polska vs Brazylia. Uff, zajechałem trochę nie tam, gdzie chciałem. Wybaczcie, robię korektę.

MUSZĘ wyznać trochę zgromadzonych refleksji. Szef Giekażetu PZM Piotr Szymański został “prezydentem” europejskiego żużla. Przy okazji gratuluję i nie mam zamiaru deprecjonować gremium, które kiedyś zostało ugruntowane przez polskich lobbystów na arenie międzynarodowej dwóch Andrzejów: Witkowskiego i Grodzkiego, z gruntu Polskiego Związku Motorowego. Taka organizacja pod barkiem FIM, czyli Międzynarodową Federacją Motocyklową. Inaczej: faceci niedocenieni przez grupę X, mogą być dopieszczeni przez grupę Y. Taki sobie“gender”. Ranga mistrzostw świata w żużlu jest niepodważalna i europejskie wyścigi o korony choćby angielskiej królowej nijak się mają do podium MŚ. Andrzej Grodzki z Opola był szefem europejskiej grupy pod bacznym okiem prezesa PZM. Potem nastał niemiecki szef , ktory po prostu tylko był. Polscy działacze mają szczęście do niemieckich dygnitarzy sportowych, bo zamiast być na czele, głosują na… fotele sąsiadów z Zachodu. Tak było w FIM/ Sorber/ i Europa /Ziegler/. Tego roku latem w Krakowie odbył się zjazd europejskiej unii motorowej i szef Pezetmotu Andrzej Witkowski nagle zrezygnował z kandydowania a pewnie by wygrał i szefem został Austriak o krótkim nazwisku Srb. Zapamiętają goście/ ponad 200/ od motocykli “mój” kochany Kraków na wieki, bo nie tylko tam było pięknie, co równie bogato. Nie każdą federację stać na taki zjazd. Ostatnio dojechały wieści, że specem od żużla na europejskiej polu został Piotr Szymański. I tu padły chóralne hymny pochwalne pod adresem prezesa PZM, że zadbał o polski interes. Obaj panowie AW i PS zadowoleni, z tym, że dla prezesa PZM na pewno najważniejsze jest forum FIM.

Socjotechnikiem jest doświadczonym, godnym wielu rad nadzorczych. Zostawiam te “gruchania” polsko – polskie do obgadania na potem.

“POMNIKIEM” dla PZM i jego prezesa będzie na pewno uruchomienie żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie wszystkim celebrytom i politykom bardzo blisko na wybieg. Zbliżają się wybory w PZM. Ten ma szczęście. Szykuje się celebra na 1000 fajerków. Premiera Grand Prix nastąpi w kwietniu 2015, cieszę się i nie szukam podtekstu, on sam wychodzi zza kotary.

Jeszcze będzie o Piotrze Szymańskim, który też jest w FIM, również tam dojeżdża Wojciech Stępniewski as z Torunia, z miasta, które ma szczęście od wieków do gwiazd, pierników i bogatych ojczulków. Popierajmy się, ale też coś dajmy innym!

Szef Giekażetu, czyli Mr. PS i człowiek od “żużlowej międzynarodówki w wywiadzie na łamach “TŻ” wyznał, że są tacy, co krytykują Armando Castagnę a nie znają go wcale i nie zamienili z nim zdania, zaś Włoch przecież kocha speedway… jak makaron. Coś w ten deseń.

Kochani… Armado razem z drugim Armando, tylko Dal Chiele, nauczycielem z Lonigo i dobrym żużlowcem, bronili barw Włoch w światowych imprezach. Castagna z Sarego ostro konkurował z Dal Chiele. Oczywiście kocha speedway jak swoją mamę i pizzę. Namaszczony został Castagna na szefa światowego żużla przez odchodzącego na emeryturę zacnego Renzo Gianniniego, mojego serdecznego przyjaciela z Lonigo. Włoska familia okazała się silniejsza od polskiej, lecz gdzie na Boga jest polski speedway, a gdzie włoski?! Prezesa PZM przy tym nie było? UBOLEWAM. Jako długoletni recenzent sportu żużlowego znam kulisy międzynardowego towarzystwa, które jak każde sportowe jest hermetyczne, łagodnie określając, bo… jak wylecisz, już tam nie wlecisz. Rozbawił mnie ostatnio telewizyjny reporter w transmisji z hurra słabego meczu, który wspomniał ni z gruchy, ni z pietruchy celebrytę spod Rybnika, podkreślając jego przyjaźń z Tomaszem Gollobem. Parcie na szkło niektórych niedopieszczonych jest nieodparte i wielka szkoda, że medialna bogini od piekła i nieba Monika Olejnik, nie może jeszcze postawić kropki nad” i” w tym żużlowym towarzystwie Krzysiów, Tomusiów, Jareczków, Grzesiów, Andrzejków, Piotrusiów i Wojtusiów.

MOŻNA kochać speedway, lecz nie nadawać się do kierowania organizacją, acz Włosi mają historyczny patent na bezwzględne struktury zarządzania nie tylko typu nowojorskiego Little Italy made in USA. Castagna jest szefem światowego żużla, pilnuje i promuje za wszelką cenę swojego syna na torach. Czy to mafia? Powstaje pytanie czy maestro nadaje się na szefa CCP FIM, gdyż sama miłość nie wystarcza, kiedy brakuje narzędzi? Po swoich poprzednikach, choćby wspomnieć Polaków: obkutego na wszystkie języki świata Władysława Pietrzaka, technicznego alfa i omegę Zbigniewa Flasińskiego, pojętnego Słoweńca Franci Novaka, czy akuratnego Niemca Guentera Sorbera a skończywszy na charyzmatycznym, przystojnym Renzo Gianninim. To on postarał się by jego następcą został rodak, najlepszy w historii Włoch żużlowiec. Castagna przecież jako pierwszy jeździł na silnikach Giusseppe Marzotto/ z Polski prekursorem był torunianin Wojtek Żabiałowicz/ i nadal jeszcze jako super weteran potrafi ścigać się na torze. Znam Castagnę nie od dziś i żałuję, że na jego miejscu w FIM nie ma mojego rodaka.

Kiedy to nastąpi? Chyba wtedy, kiedy dojdzie do zmian na piedestale Pezetmotu i decyzje będą zapadały z empatią, gdy kompetencje i klasa działaczy będą nawiązywać do tradycji, jaka jest zapisana w historii Polskiego Związku Motorowego.

Na razie mamy to, co widzimy, więc przeżywamy rozterki i z bólem nie pojmujemy. Jak z tą miłością, która kiedy jest ślepa, robi głupstwa na prawo i lewo.

Panie i panowie samo życie, albo inaczej mondo cane, pieskie życie.

  1. 1. Ostatnio mam słabość do postscriptum; otóż prezes PZM wyznał na łamach “TŻ”, że licencje nadzorowane zdały egzamin/ sic!/ a jego “dzieci” komisarze od torów są potrzebni. Kabaret NeoMoto. Czy władza zawsze ma rację?! Smak demokracji bywa czasem gorzki a pecunia non olet. Czasami jednak śmierdzą.
  2. Kluby tną koszty i ruch transferowy zapowiada się przed świętami bez prezentów. Wraca normalność? Kończą się bankomaty bez limitów.

Do jednej bramy

Polska przeżywa siatkarskie święto w kilku miastach. Bomba. Mistrzostwa Świata są wielką imprezą a ponieważ mamy coś do powiedzenia sportowo i organizacyjnie cieszmy się z dobrej zabawy w innym sporcie. A na żużlu powoli zbliżamy się do końca mistrzostw świata w solowej jeździe. I liczymy na podium, podczas toruńskiego finału GP. Ale zanim do tego dojdzie radujmy się ze złota juniorów w MŚ zdobytego pod wodzą Marka Cieślaka w duńskim Slangerup. Polska młodzież „rozwaliła“ rywali, przede wszystkim gospodarzy. Niech się jeszcze uczą. Polska przekora medialnie już płacze, że z tą młodzieżą nie jest tak najlepiej, bo jak ci wjadą w wiek seniora, za nimi nie widać następców. Zgrozą powiało, kiedy usłyszałem takie biadolenie w wykonaniu jednego z ekspertów. Zobaczymy. Nie potrafimy się cieszyć ze srebra seniorów w MŚ, narzekamy mając w kieszeni złote medale juniorów, zdobyte po kowbojsku na trudnym terenie. Co z kraj… I za co kocham tę Polskę? Hm, Polska a ludzie, chyba dwie różne sprawy…

Fatalnie wyglądają żużlowe mecze, gdzie pojawia się drużyna z Gdańska albo z Częstochowy. W pierwszym przypadku promotor nie przygotował się do sezonu jak trzeba. Wybrzeże dostaje lanie za laniem a tak optymistycznie było, kiedy w premierze żużlowcy z Trójmiasta wygrali z toruńskim Unibaxem. Potem zaczęło się; stracili trenera, prestiż i dostarczali punktów rywalom. Częstochowianie mają podobne „wykopki“ i kłopoty finansowe. Miasto spod Jasnej Góry zakochane jest w żużlu a dołuje okropnie. Czym to się skończy? Tragedią jest oglądać mecze z udziałem outsiderów, przegrane podwójnie wyścigi. Kibice są wyrolowani i zamiast meczów na krawędzi funduje im się rezerwowe składy. Licencje nadzorowane są kompletnym nieporozumieniem, prolongatą ligowego oszustwa dla kibiców. Pamiętam takie zdarzenie z angielskiego stadionu, kiedy tor był trudny i zawodnicy kręcili nosami, nie bardzo chcieli jechać, wtedy promotor powiedział: „ popatrzcie na trybuny, kibice przyszli i zapłacili za bilety żeby was oglądać“. Może to trochę nietypowy przykład, bo dotyczy ciężkiego toru, lecz promotorzy angielscy tak kombinują składy by mecze były zacięte, fani mieli rozrywkę, przyszli na następną imprezę rozgrzani walką zawodników. Nie ma meczów „do jednej bramki“. Mamy ekstraligową spółkę oraz pod auspicjami PZM Giekażet, ludzi żądnych splendorów, wszak gdy nie udało im się w klubie, szukają kasy i pokazania w innej roli, jakby nadrzędnej. Celebryci z Bożej łaski. Bzdura. I tak robotę wykonują inni.

Marek Cieślak trener kadry narodowej zostaje, kolekcjonuje złote medale, ma na koncie po pięć w kategorii seniorów i juniorów. Innych kolorów medali nie podaję, są w metryce. Już byli tacy, co czyhali na jego abdykację, poczekają jeszcze trochę. I chyba Cieślak zostanie także w Unii Tarnów, gdyż drużyna ma wszelkie szanse by zaliczyć złoto w Ekstralidze. Czekają nas we wrześniu dobre mecze z udziałem najlepszej czwórki zespołów. I mam nadzieję, że incydent z udziałem Unibaxu w Zielonej Górze nauczył rozumu toruński zespół; bolesne doświadczenie, prestiżowo, finansowo. Zespół gwiazd a bez występu w ostatecznej walce o mistrzostwo Polski. Właściciel klubu stracił dużo i słyszę o zamiarach Romana Karkosika: porzuceniu Unibaxu, przeniesieniu aktywów do innego miasta, innego klubu. Marzyciele niechaj więc marzą; dream teamy mają swoje historie, w polskim żużlu nie będzie Realu, Bayernu ani Barcelony. Speedway made in Poland ma inny wymiar kapelusza.

Wróble ćwierkają, że Warszawa będzie otwierała od przyszłego roku cykl Grand Prix, przez trzy lata. W plotkach znajdujemy czasem ziarno prawdy a są ludzie, którzy marzą aby swoje plecy przyłożyć do pleców polityków i celebrytów. Co by nie powiedzieć aktywność Stadionu Narodowego w stolicy jest ostatnio duża, wiele się dzieje, nie są to wprawdzie tanie wizyty kibiców na tym obiekcie, ale oferta bogata i chyba była minister sportu żałuje, że nie jest w środku tego wszystkiego. Widać los chciał inaczej.

Zasmuciła mnie mocno sprawa Australijczyka Darcy Warda, do którego mam słabość, bo widzę w nim talent do jazd wyśmienitych. Niestety chłopak ma też słabość, lecz do życiowych pokus i po wybryku w Rydze, gdzie stwierdzono u niego alkohol przed turniejem Grand Prix, FIM zawiesiła go aż do odwołania i Darcy nie może się ścigać. Fatalna sprawa dla tego chłopaka, dla którego speedway jest żywiołem. Słyszę głosy, że ma pecha, bo w Europie jest osamotniony etc, etc. Bzdura. Każdy młody człowiek, kiedy opuszcza rodzinny dom jest zdany na siłę własnego charakteru. Pokusy krążą wszędzie i trzeba być odpornym a w sporcie szczególnie. Speedway jest ekstremalnym sportem, człowiek dosiada maszyny, musi być sprawny, nie może być odurzony. Ward ma 22 lata i musi sam zrozumieć wreszcie czym jest dla niego sport, jaki talent marnuje. Nie ma pobłażania dla używek, dla dopingu w żadnym sporcie. I pisząc o Darcym mam też na myśli Patryka Dudka, który też jest talentem. Nie osamotnionym, ma dom pod ręką. A jednak zdarzyło się z dopingiem! Polscy zawodnicy są przemęczeni, nawet 10 kaw nie postawi żużlowca na nogi po karkołomnym turnieju i jeździe na kolejne zawody 1500 kilometrów. Wypoczynek jest niezbędny, każdy potrzebuje więcej czy mniej snu. Jeśli toleruje się taki kalendarz, że w sobotę wieczorem mamy turniej Grand Prix a następnego dnia mecze ligowe w Polsce i uczestnicy muszą gnać na łeb i szyję, żeby zdążyć na zawody, więc wybaczcie moi drodzy: nie każdy wytrzymuje taki rozkład jazdy! Pęka. Szuka jeden z drugim sztucznego wzmocnienia za wszelką cenę aby zarobić i nie stracić. A w tym przypadku jest „po drodze“ jeszcze ŻYCIE. Jakże kruche przy zmęczeniu i minimalnym błędzie.

Sanockie jazdy z iskrami

 ULOTKI PL GB ogolne~2

Niektóre miasta mają szczęście do ludzi, zdarzeń, wyrobów, historii. O choćby taki Toruń, który słynie nie tylko z Mikołaja Kopernika, nie mówiąc już o wybornych piernikach, czy innych osobliwościach starego miasta albo współczesnych kontrowersyjnych postaciach. No i ten wszechwładny speedway! Kumuluje Toruń ogromnie dużo zacnego. A popatrzmy na takie Leszno, gdzie tradycje żużlowe wzbogacają teraźniejszość; miasto i okolice wydają na świat sportowców znanych nie tylko z motocyklami pod pachą. Jest pomnik Alfreda Smoczyka, legendarnego żużlowca. Patronuje idei “Tygodnik Żużlowy” i publikuje wszystkie informacje wokół “czarnego sportu”. Gorzów jest miastem usportowionym i owiany żużlowym tłem z dominującą, dramatyczną historią Edwarda Jancarza. Dużo miast bogatych żużlowo i historycznie na mapie od Gdańska, przez Wrocław, Rybnik, Częstochowę, Tarnów, Rzeszów… Stamtąd tylko szybki wypad do Sanoka.

Miasto na progu Bieszczad, w którym historia z przełomu X i XI wieku jest bogata jak krajobrazy znad Sanu wijącego się malowniczo koło Sanoka. Tam splatały się węgierskie koneksje, królowa Bona, która z Włoch sprowadziła do Polski niektóre warzywa uwielbiała tamtejszy zamek. Tam król Władysław Jagiełło brał ślub w kościele franciszkańskim. Historia bogata i niepokorna tak, jak niesamowite obrazy nieżyjącego sanoczanina Zdzisława Beksińskiego. Jest jego galleria, jak  także interesujący zbiór ikon. W Sanoku uruchomiono za Gierka autobusy “San”, konkurujące z węgierskimi “Ikarusami” a “Stomil” wyrabiał z gumy rozmaite produkty. Walory Sanoka są bogate i pełne uroku, toteż szczegóły miasta warto na pewno skonfrontować.

I taka okazja zawsze się nadarza od kiedy Paweł Ruszkiewicz znalazł przyjazny klimat by organizować motocyklowe wyścigi na lodowym torze. W Polsce ten rodzaj ścigania jest mało powszechny, w odróżnieniu od Rosji, gdzie szaleją “gladiatorzy” lodowych torów i przypominam dawnego, niesamowitego Siergieja Tarabankę wielokrotnego mistrza świata. Ścigają się na lodzie Szwedzi, Finowie, Norwegowie, Niemcy, Czesi, Holendrzy, Austriacy i Szwajcarzy. Ruszkiewicz, który żadnej roboty się nie wstydzi i ma cug do wyścigów na motorach, oczywiście z królewskiem żużlem na czele, wpadł w niszę ścigania się na tafli. Znalazł odpowiedni grunt i klimat w Sanoku, było lodowisko, bo hokej tam lubią przecież i teraz szykuje się już siódma edycja wyścigów na specjalnych motorach z kolcami w oponach. Sanok czeka na imprezę, w grafiku hotelarzy widnieją klauzule, że ceny nie obowiązują w czasie długich weekendów i podczas Racing Sanok Cup. Tak się porobiło w ponad 40 – tysięcznym Sanoku i miasto żyje turniejem, czeka na gości, na widowisko, które w swojej brawurze zapiera dech w piersiach. Tam się dopiero dzieje i jest zabawa, lecą iskry jak z ogniska, zawody są modne i popularne.

W mojej motorowej publicystyce nie raz poruszałem temat płodozmianu w obszarze ścigania się na motocyklach. Czesi uprawiają klasyczny speedway, jeżdżą na długich torach, trawie i lodzie. Generalnie na “klasyku” mają o wiele gorsze wyniki od Polaków, co może być argumentem dla niektórych, po co taki lodowy lans, wszak twierdzą oni, że  tylko tradycyjny speedway jest rajem.

Zawodnik uprawia sport dla siebie i dla publiczności, czym jednak więcej różnorodności, tym bardziej sport jest barwny i atrakcyjny. Polska lansuje monokulturę żużlową; z długimi torami jest problem, podobnie z trawiastym terenem, choć w wielkopolskim Racocie były kiedyś szanse na ściganie. Mam przekonanie, że inicjacja wyścigów na lodzie powinna być przez Polski Związek Motorowy pielęgnowana, jest czymś innym i atrakcyjnym dla ludzi, co potwierdza casus Sanoka z jego burmistrzem dr Wojciechem Blecharczykiem na czele. Sanok odwiedził nb. jesienią ubiegłego roku prezydent RP Bronisław Komorowski i była to udana wizyta dla mieszkańców i gości też.

Paweł Ruszkiewicz zna sport żużlowy, można go lubić albo nie, lecz nie można lekceważyć takich projektów. Zdziwiłem się niepomiernie, kiedy prominentny działacz polskiego żużla powiedział mi, nie jedzie do Sanoka, gdyż to komercyjna impreza i ma inne plany. To nie tak panowie, otóż poparcie imprez i umacnianie ich autorytetu tkwi w obecności na takich wydarzeniach wyzwalających przecież inicjatywę lokalną i daje satysfakcję iluś tam tysiącom ludzi.

Organizatorzy tegorocznej siódmej już imprezy Sanok Cup mają tradycyjnie dobrą obsadę. Elita będzie ostro gnać na Podkarpacie z Austrii po zawodach/ MŚ/ w Sankt Johann. Kiedyś w Sanoku mieliśmy mistrzostwa świata, eliminacje, duże zawody i medialny szum a teraz już tego nie ma w takim wymiarze ale została tradycja, która tak, jak sanocka historia miasta powinna być pielęgnowana. Liderem polskiej ekipy jest Grzegorz Knapp, przyjedzie nad San ośmiokrotny mistrz świata Rosjanin Nikołaj Krasnikow, będą inni. Gospodarze przygotowują dla fanów niespodzianki, bo kiedy imprezą żyje całe miasto i czeka na nią, wtedy atmosfera puchnie w oczach i robi się na duszy przyjemnie. Hala MOSiR w Sanoku z torem “Błonie” czeka więc na ścigantów. Panuje taka opinia, że do Sanoka jest daleko i trudno tam dojechać, fakt blisko nie jest, lecz warto pokusić się o wypad pod Bieszczady. Kiedyś w Warszawie miałem okazję współorganizować na Stegnach wyścigi na lodzie rangi pokazowej a potem mistrzowskiej. Publiczność była prominentna nadzwyczaj i było gorąco na mrozie, zaś animatorem turniejów był niezmordowany i dystyngowany Ryszard Opara. Obecnie w Sanoku lejce trzyma dziarsko Paweł Ruszkiewicz a wóz ciągną miejscowi, zagorzali sympatycy motorowego cyrku na lodzie, który szaleńczo wiruje na białym i śliskim torze jak tęcza.

Nie lubimy siebie…

az234

Żyjemy w czasach okrutnie pogmatwanych i mało ustabilizowanych. Przyglądając się temu, co dzieje się na świecie dochodzimy do wniosku, że wszystko wisi na włosku. Ogromne różnice w poziomie życia wywołują społeczną destabilizację,; z jednej strony ludzie targani są przez nędzę, bezrobocie; z drugiej strony mamy takich, choćby w sporcie, którzy zarabiają milion euro tygodniowo. Szalone dysproporcje powodują animozje i nie brakuje przemocy. Świat nie jest spokojny.

A Polska?

Nagle w mgnieniu oka wysłane maile spowodowały olbrzymi zamęt w instytucjach, szpitalach i doszło do masowych ewakuacji ludzi zagrożonych wybuchami. Straszny kłopot i koszty jeszcze większe. Mamy do czynienia z wybrykiem, który wywołany został kliknięciami komputerów. Strach wyziera raz po raz i tragiczne zdarzenia budzą głębokie refleksje.

Świat jest podzielony, ludzie przestają siebie lubieć.

A Polska jaka jest? Czy my lubimy się?

Krytyczne głosy na łamach, głoszone przez tęgie głowy w radiu i telewizji,  oracje przepojone nienawiścią człowieka do człowieka budzą już nie zdziwienie, lecz odrazę. Eskalacja wypowiedzi nasączonych jadem nienawiści nakręcana jest systematycznie i mocno.

Jak reagujemy zatem w takim szambie słów na krytykę? Na głosy dyskusyjne, na postulaty słuszne mniej czy więcej?! Różnie! Jedni zwyczajnie olewają krytykę i robią swoje dalej wypowiadając opinie niezbyt przychylne pod adresem konstruktorów odmiennych zdań.

Jak jest w polskim żużlu?

Znałem działacza, który zawsze stwierdzał ze złością i przekorą, że nie czyta gazet ani nie słucha tego, co w mediach elektronicznych wypowiadają dziennikarze. Lekceważył do cna wszystkie opinie. Oświadczał, że nie przejmuje się tymi zdaniami. Nie czytał, nie słuchał i nie oglądał a doskonale wiedział o co chodzi. Kłamał. Postponował „z buta“ krytyczne głosy, obojętnie jakie by nie były. Czysty fałsz i pospolite zakłamanie.

Kiedyś mówiono, że nie ma demokracji, szaleje cenzura i brakuje tolerancji, dziś jest demokracja i każdy wali prosto z mostu co mu ślina na język przynosi, bez jakiejkolwiek węwnętrznej cenzury ale i bez taktu oraz elegancji.

A zatem lubimy się czy nie? W tych trudnych czasach budującej się demokracji, europejskości bez granic i sloganów często bez pokrycia. Bez cenzury.

Był czas w polskim żużlu bez krociowych apanaży, chociaż i tak speedway nazywano zawodowym. Dlaczego? Bo oficjalnie mówiło się o wypłatach za zdobyte punkty. W innych sportach „kwitło“ amatorstwo wynagradzane przez fikcyjne zatrudnienie w zakładach pracy. Wszystko było cacy. Takie “misiowate“ towarzystwo.

A dziś? Sponsorzy i reklamodawcy ustalają swój świat sportowego biznesu.

Zawrotne zarobki w żużlowym świecie nie budzą respektu, gdyż w stosunku do piłkarzy czy tenisowego świata są one „drobnymi“ kwotami, biorąc pod uwagę zagrożenie życia w każdym wyścigu i na każdym wirażu. Starzy mistrzowie żużlowego rzemiosła oświadczają: „szkoda, że tak wcześnie urodziliśmy się“, widząc roczne milionowe  zarobki dzisiejszych asów. Pierwszy mistrz świata rodem z Polski Jerzy Szczakiel zarobił na tytule drobny procent tego, co dziś zgarnia mistrz globu.

Czy wielkie pieniądze krążące po świecie i Polsce na żużlowych torach są właściwie wydatkowane?

Czasy się zmieniają i nie można porównywać mistrza Szczakiela z mistrzem Tomaszem Gollobem. Jakże inne czasy, lata:1973 i 2013.

Jak reaguje młodzież na ten nowy świat? Czy jest lepszy? Bez animozji? Życzliwie czy z pogardą, z zawiścią w oczach czy kompromisem…

Mamy zwichrowany, niespokojny świat i polski układ. Z jednej strony wdzierająca się demokracja, która wcale nie jest łatwa i dysproporcje majątkowe, które obnażają słabość systemów panujących na świecie. I w Polsce.

Warto czasem, nawet latem zastanowić się dokąd zmierzamy, z kim i z czym. Jakie mamy autorytety, które są mentorami. Trudny ten tekst, prawda? Inny, wybaczcie. Nie zawsze żyje się punktami, tabelami. Życie w swojej prozie nie jest pozbawione obaw o przyszłość. Wystarczy mail, by zakłócić byt. Wywrócić ład. Wzbudzić nienawiść.

Świat sportu w finansowej karuzeli zatracił proporcje i dzieli apanaże niesprawiedliwie. Ktoś musi nad tym zapanować by nie było kontrowersji, które wywołują burze.

Nadal twierdzę, że w polskim żużlu brakuje autorytetów, które swoim dorobkiem tamowały by wybryki tych, którzy wierzą w potęgę pieniądza. Potrzeba nam ciągle mądrych decyzji i budowania szacunku.

Głosy krytyczne powinne być zrozumiane z ufną wiarą w lepszy żużel. Zadufanie zwykle marnie się kończy. Tak uczy historia.

Kończę kwestią, która dotyczy tasiemcowej walki o indywidualne mistrzostwo świata. Mamy raz po raz krytyczne głosy, jednak nie mamy takich, którzy by mądrze i odważnie powiedzieli stop kilkunastu turniejom. Po co nam taki rozbuchany serial? Niech będzie, lecz bez męki zawodników, z radością dla uczestników po obu stronach bandy. Komercja wzięła kiedyś górę i tak buszuje a inni bezkrytycznie przyklaskują jak to fajnie. Otóż nie. Fajnie nie jest!

Jeszcze jeden ból…Frekwencja na polskich stadionach spada. Dlaczego? Transmisje TV odbierają widownię. Kibic jest uboższy i wygodniejszy więc kiedy ma wybór decyduje się na domowy fotel, swój bar i przekąskę. Znajomy twierdzi, że już za niedługi czas będziemy mieli tylu widzów na stadionach ile Skandynawowie. Oby do tego nie doszło, aczkolwiek na tym zwariowanym, „demokratycznym“ świecie wszystko jest przecież możliwe.

Ale może być inaczej. Pokazali to Janowicz i Kubot na Wimbledonie.

Boniek i Emma

Taka zbitka tytułowa i gdzie futbol a gdzie speedway i gdzie Rzym a gdzie Krym…

Zbigniew Boniek pochodzi z żużlowego miasta Bydgoszczy, gdzie speedway wysysany jest niemal z mlekiem matki. Powiedzmy, że tak. Nad Brdę wraca serial Grand Prix i znowu kibice tamtejsi będą mieli radość jakiej doznawali  już kilkanaście razy. Boniek piłkarz niegdyś znakomity i charakterny został nowym prezesem skompromitowanego związku piłkarskiego. Rudowłosy talent z Bydgoszczy wsławił się ongiś transferem z charakternego łódzkiego Widzewa do Juventusu Turyn i szybko został ulubieńcem tej drużyny. Strzelał tam bramki i i zdobywał je również dla polskiej reprezentacji. Ma zawsze swoje zdanie, rodzinę w Rzymie, robi interesy i znany jest właśnie z tego, że nie daje sobie dmuchać w kaszę. Charakter /widzewiaka/ ma od zawsze i pamiętam jeszcze z czasów redakcji „ Sportu“, jak reprezentacja Polski wyprawiająca się do Holandii w autokarze w proteście przeciw dziennikarzom „zaszczekała“ a sprawa dotyczyła obrony bramkarza Józefa Młynarczyka, który zabalował w stolicy. Mówiono, że „Zibi“ był czołową postacią w tym proteście szczekania. Taki epizod z dawnych lat. Po zakończeniu chlubnej kariery Boniek został szanowaną postacią, przeżył swoje pięć minut jako trener reprezentacji umiejętnie wtedy wmanewrowany przez prezesa PZPN Michała Listkiewicza i niestety nie dał rady. Dziwiłem się bardzo, że podjął się tej roboty. Nie podołał i jakby zesmaczył się tym incydentem, jako człowiek ambitny i zadziorny. Tak bywa też z góralami. Podejmował też próby zostania prezesem piłkarakiej centrali ale został wybrany Grzegorz Lato kolega z boiska, który miał duże poparcie zdetronizowanego prezesa czyli Michała Listkiewicza. Kiedy Lato okazał się kiepski jako prezes i mówca, dyplomata działacz Zbigniew Boniek znów zaczął grać, no i wygrał w cuglach. Kiedyś powiedział Lacie, że: “chciałeś Grzesiu rower, to teraz pedałuj“. Historia się zmienia, rowery zostają i pedałowanie też.

Bońka poznałem kiedyś w Pile na dobrych zawodach, gdzie kibicował Tomaszowi Gollobowi. Bywał często na turniejch i meczach, gdzie bydgoszczanin spotykał się ze swoim rodakiem. Kiedy w 1999 roku Tomasz Gollob miał makabryczny wypadek  we Wrocławiu i wyleciał za tor; w klinice ratowano mu życie a złoty medal mistrzostw świata uciekał z rąk, Zbigniew Boniek natychmiast przyleciał do swojego pupila. Z czasem jakoś przeszło mu bywanie na żużlu i nie wiem dlaczego a nie miałem okazji zapytać, co było powodem oziębłości do sportu, który w jego rodzinnym mieście jest kultowym.

Boniek został prezesem PZPN, mocno wzruszył się i ten wybór okrzyczano jako przełomowy, bo pękł mur „betonowych działaczy“. Pojawili się nowi ludzie w zarządzie i nastąpił odwrót “leśnych dziadków“. Wreszcie!.

Minister sportu odetchnęła i otworzył się chyba dach nad jej głową. Lato bramkostrzelny piłkarz przeżył w swoim życiu epizod w roli prezesa PZPN mało chlubny, aczkolwiek bardzo intratny. Zaliczył także największą, historyczną imprezę jaką było w Polsce EURO, udane organizacyjnie, mało udane sportowo. Zostały nam po EURO  „pomniki“ stadionowe w kilku polskich miastach.

Jakim będzie prezesem Boniek pokaże czas. Mieszka w Rzymie, pracować będzie musiał w Polsce. Jak mówi… nic nowego.

Wybór Bońka na prezesa w tak trudnym związku jakim jest centrala piłkarska oznacza, że przychodzi czas na nowe zarządy i prezesów w innych związkach, gdzie “leśne dziadki“ okopali się aż po zgon. Uważam, że ten wybór powinien być hasłem do kolejnych zmian w polskim sporcie. Polski Związek Motorowy ma statut i wybory zabezpieczające kadencje na lata. Dlaczego kadencyjność obejmuje funkcje państwowe, samorządowe a związki sportowe mają zapewnioną dla prezesów rutynę nie ograniczoną niczym i tak kwitnie klakierstwo bez końca. Nijak to się ma do demokracji i haseł dawania szansy młodym ludziom, którzy mają dużo do powiedzenia i chcą działać z pomysłami. Nie dziwię się zatem gwizdom kibiców, którzy sprawiedliwie oceniają prace prezesów związków sportowych.

A skąd w tytule tego felietonu Emma? Takie imię ma żona tragicznie zmarłego w tym roku na torze Anglika Lee Richardsona. Polacy mocno przeżyli ten wypadek 13 maja we Wrocławiu, lubianego żużlowca, który startował w polskiej lidze. W Rzeszowie, gdzie jeździł uczczono jego śmierć turniejem charytatywnym, także w Częstochowie, gdzie ongiś jeździł,  specjalnym wyścigiem na jego cześć. Do Rzeszowa przyjechała Emma i koszt jej pobytu był nadto wysoki. Jej rodacy potrafią liczyć funty i na pewno nie byliby tacy szczodrzy. Pani Emma upomniała się o pieniądze za ten turniej, naskarżyła do Pezemotu i w ogóle nad Wisłokiem przekroczyła nie ładnie budżet. Prezes Marmy Marta Półtorak poirytowała się tym faktem. I nie tylko ona. Prezes Włókniarza Częstochowa Paweł Mizgalski też dostał niesłusznego prztyczka w nos. Narozrabiała pani Emma i jak się okazuje mąż Lee był bardziej skromny.

Moim rodaczkom i rodakom radzę więc z całego serca aby dbali przede wszystkim o swoje rodaczki i rodaków, którym trzeba pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Jesteśmy narodem bardzo honorowym, lecz nie pozwólmy sobie skakać po głowach i szanujmy się, bo raz po raz zagraniczni goście dają odczuć nam swoją wyższość i zarazem poniżanie. Bardzo mnie bolą takie fakty i nie ważne dla mnie okoliczności, liczy się klasa ludzi, charakter oraz ich morale. Niskie pobudki i monety w oczach powinny być ocenione trafnie już na progu. Po prostu szanujmy się a najlepsze trunki wypijmy skromnie sami, bez towarzystwa ludzi zblazowanych i mało charakternych. Prawda prezesie Boniek?