ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

Zaglądanie do cudzej kieszeni nic nie kosztuje

 

Co najwyżej można nabawić się kompleksów. Ludzka rzecz, choć najgorszą jest bezinteresowna zawiść. A podobno brzydką sprawą jest chytrość i zakłamanie. Nie wnikam dalej w słowa i słówka. Żużlowcy jak każda grupa sportowa i społeczna ma różne żołądki i apetyty. I talenty owinięte w kariery; w szczęście oraz los. Nie każdemu dane być bogatym a biednym może być każdy. Jak mówią lekarze nie wszyscy muszą być ginekologami. Medale wiszą wysoko i trudno je zerwać.

Speedway od początku na gruncie polskim był uważany za dyscyplinę zawodową, gdyż płacono oficjalnie za zdobyte punkty. Było to kilkadziesiąt złotych zaledwie, w najwyższej lidze ciut więcej. Mit o żużlu zawodowym kursował w opiniach i nie ważne było, że pozostałe sporty miały inne bonusowe rozwiązania, wygodne w wojskowych klubach czy policyjnych /dawnej milicji/. Jeśli pojawił się talent mundurowe kluby mogły zawsze takiego gościa pojmać w kamasze. W żużlu zmiany klubowe były znikome do czasu, zanim ten” kod” został złamany przez nuworyszowskie rozwiązania rozbiórki zawodników. Szum był na cały kraj, kiedy Zenon Plech emigrował ze Stali Gorzów do gdańskiego Wybrzeża będącego w opiece policyjnych władz. Gorzowianie stawiali opór na wszystkie sposoby, lecz nic nie wskórali wobec mundurowych i Plech wystartował nad Bałtykiem. Transfer Marka Kępy z lubelskiego Motoru do Startu Gniezno opiewał na okrągły milion złotych, co było wtedy pestką wobec przejścia futbolisty Dariusza Dziekanowskiego za 12 “baniek”. Ale i tak skok Kępy, który w Starcie nie za wiele się nabrudził był odczytany przez środowisko za mega wyczyn.

Do interesów trzeba mieć głowę i odwagę. Speedway made in Poland w kaperownictwie trzymał się mocno i opierał jak panienka na pierwszej randce. Trener Ryszard Nieścieruk, gorzowianin i dr z AWF – u, gdy przeniósł się do Wrocławia, gdzie miał mocnych opiekunów w klubie, zaszalał jako pierwszy w Polsce. Nie fałszujmy pomnikami historii, tak było! Wychować a kupić zawodnika to dwie różne okoliczności bynajmniej nie łagodzące obyczajów. Ryszard mówił mi kogo chce mieć w klubie. Budował dream team i nastał czas kupowania zawodników. A kiedy otworzyła się furtka wjazdowa dla zagranicznych żużlowców towarzystwo nad Wisłą i Odrą oszalało. Polski żużel zaczął dobrze karmić przybyszów różnych nacji. Zrobił się boom bum! Stawki z dawnych lat: 60 i 40 złotych za punkt były humorystycznym wspomnieniem. Duńczyk Hans Nielsen otworzył depozyty a wyobraźnia zaczęła głupieć. Prezesi prześcigali się w kontraktach, oto w Zielonej Górze, w Rybniku 2 tysiące marek niemieckich/ takie były czasy monetarne/ za punkt było obłędem. Spirala nakręcała się niebezpiecznie. Skąd polski speedway miał pięniądze na dopieszczanie zawodników? Ano miał. Krążyły legendy o umowach podpisywanych w cztery oczy na stole i pod. Firmy wydawały krocie, prywatni biznesmeni w dobie gollobomanii nie liczyli się z niczym a żużlowcy nadal narzekali, że mają za mało. Ten swąd hipokryzji pokutuje do dziś a zdobycze finansowe i majątkowe świadczą wyraźnie, że były to mega tłuste lata. Wokół żużla zarabiało się i nadal zarabia, choć bardzo stopniały zasoby klubowych kas. Ojcowie zawodników tradycyjnie biadolili, że synowie narażają życie, które w każdej chwili mogą stracić, albo zostać kalekami. Nie każdemu jednak cegła spada na głowę. Czasem bywa tak, że w życiu sczęściem jest… nie mieć pecha. A wypadki kiedy zdarzają się w rozmaitych miejscach, mają różne odcienie wysokości ubezpieczeń do końca życia. I jeden może żyć za tysiąc złotych renty a drugi za tysiąc euro albo i więcej. Nie zaglądajmy do kieszeń, bo one mają dziwne rozmiary, podobnie jak domy czy auta bogatych, biednych, poszkodowanych i zdrowych, mądrych, głupich i nijakich.

Polski speedway nadal żywi światową elitę, wyszkolił za psie pieniądze sporo młodych, zagranicznych zawodników. Teraz prezesi liczą pieniądze inaczej, niż dawniej. Sakiewka jest mniejsza: “ bo już nie dają”. Głupota odleciała, acz… Funkcjonuje niezmiennie zasada, mimo nalotów władzy motorowej, odwlekania wypłat, polska choroba dłużników i wielu musi upominać się o zaległości. Paskudna rzecz. Biedny pozostanie biednym a bogaty bogatym? Takie pojęcia mają czasem swoje idiotyczne, podwójne dno.

Prezesi z różną wyobraźnią odeszli, choć nie chcieli. Musieli? Krążą takie wersje zdarzeń, że ile by w speedway nie wpompować pieniędzy i tak zabraknie. Nikt nie odłoży na czarną godzinę w klubie, na przyszły sezon czy lepszy transfer. Mentalność fatalna, zgubna, obrosła w pychę i brak wyobraźni. Kiedy na pożegnalny turniej Szweda Tony Rickardssona w Tarnowie zjechali się niektórzy zawodnicy/ byli tacy co się wykręcili/, byłem świadkiem jak polski zawodnik vel celebryta żebrał u nieżyjącego prezesa Szczepana Bukowskiego pieniądze: “daj za przejazd chociaż”, choć tego nie miał w umowie. “Żebractwo” bez honoru funkcjonuje w głowach chyba od czasów, gdy w klubach udzielano tzw. bezzwrotnych pożyczek. Byli “bieda – rekordziści” zwłaszcza w obliczu ważnych meczów i prestiżowych turniejów. Straszyli prezesów a oni bali się władzy kacyków, zaś zawodnicy nie bali nikogo. Na zimno w11667494_10204516185604706_8526129785432921958_nykorzystywali koniunkturę,“kredyty” szybko umarzano. Luksusowe życie, prawda? No a kto inwestował mądrze nie liczy dziś na ZUS.

Świat żużla jest kolorowy i taki jak kilka cyrków razem wziętych. Narzekających nie brakuje i nie brakowało a życie weryfikuje postawy wobec kibiców. Chytry traci dwa razy zrzędzą bywalcy kasyn. Pieniądze raczej nie wyleczą kompleksów, mentalność ludzka bywa zagadką. Jak klimat…

Jest kapryśna wiosna i wielkanocne święta. Nigdy jajko nie będzie mądrzejsze od kury i nie wszystko jest do chrzanu. Moc przyjemności i słońca życzę wszystkim sympatykom, którzy często wiedzą więcej o zawodnikach ode mnie. Nie zazdroszczę nikomu, bo mam to, co mam. Wielkanocną babę.

Plech

 

Zenon_Plech_310376

Po prostu Plech. Zenon. Jest rok 1973. Zawodnik gorzowskiej Stali ma 20 lat i jest obok klubowego kolegi Edwarda Jancarza nadzieją w finale indywidualnych mistrzostw świata, w premierze żużlowej Stadionu Śląskiego, wypełnionego ponad 100 tysięczną widownią. Atmosfera wspaniała. Sport jest obdarzony bogactwem niespodzianek, które fascynują, radują albo pogłębiają w rozpaczy faworytów i kibiców. Władze śląskie „wypucowane“ na głównej trybunie, podobnie cały stadion i urozmaicony park, w którym usytuowany jest obiekt o którym zagraniczne media będą trąbiły, że oto: „narodził się gigant dla speedway‘a z wulkanem publiczności“. Wszystko układa się dobrze, kibice z całej Polski zadowoleni; do dziś wspominają pobyt na tej imprezie osoby, które wtedy były razem z dziadkiem albo ojcem. Czas szybko leci. W katowickiej telewizji po turnieju szok, bo jest nowy mistrz świata Jerzy Szczakiel, który doczeka się następcy dopiero w 2010 roku /Tomasz Gollob/. Niewiarygodnie długa „ciąża“… Opolanin jest rewelacją finału i wygrywa z legendarnym Ivanem Maugerem po barażowym wyścigu, w którym Nowozelandczyk przewraca się bezradnie na wirażu. „Wstawaj chłopie, już po imprezie“ mówi do niego po polsku jeden z wirażowych, Mauger rozumie tylko jedno, że nie będzie mistrzem świata. Nie odgrywa znaczącej roli Edward Jancarz ale zawadiacko walczy w tym turnieju ZENON PLECH, chłopak jak lebioda, chuchro panuje nad motocyklem. Zdobywa brązowy medal! Sukces w cieniu złota Szczakiela. Ten finał zapamiętałem jak „Pana Tadeusza“. Tak oto zaczyna się kariera gorzowskiego chłopaka w świecie żużla, który stał się niepowtarzalnym serialem, podziwianym i pamiętanym od Gorzowa, przez Gdańsk, od Wielkiej Brytanii po Antypody.

Za rok na stadionie w Chorzowie Polacy przegrywają wszystko w finale drużynowych MŚ. Prezes Polskiego Związku Motorowego Roman Pijanowski, zacna postać w naszej motoryzacji i na arenie międzynarodowej, nie ukrywa zażenowania. Organizatorzy ze Śląska i PZM walczą o następne imprezy na Stadionie Śląskim. W 1976 roku znów finał indywidualny MŚ. Nowozelandzki mistrz bez barier Barry Briggs jest zafascynowany obiektem, goście zagraniczni zadowoleni ze śląskiej gościnności. Imprezy towarzyszące finałowi przechodzą do historii jako barwne, huczne i zabawne. Mistrzostwo zdobywa w brawurowym stylu Anglik Peter Collins, Mauger jest czwarty a Plech piąty. Wcześniej na londyńskim Wembley w finale IMŚ Zenon Plech zdobywa tylko cztery punkty a wygrywa Duńczyk Ole Olsen. Byłem na Wembley w 1975, 1978 i 1981, pierwszy wiraż był wąski, taki przesmyk. Kto wygrał start pędził jak szalony do mety. W 1977 w Goeteborgu na Ullevi Mauger zdobywa kolejny tytuł mistrza świata, piąty, zrównuje się z legendarnym Szwedem Ove Fundinem, który gratuluje Ivanowi. Plecha w tym turnieju nie ma. Za rok na Wembley także, gdzie Jerzy Rembas był o krok od podium. Zabrakło gorzowianinowi rutyny, szczęścia. Nikt nie miał takiej szansy.

Mamy rok 1979. Chorzów. Plech przyjeżdża z Anglii, gdzie startuje w londyńskim Hackney u Lena Silvera. Nie poznaję go, bo jest przygotowany jak nigdy. Rozdaje naklejki, uśmiechnięty i mówi w parkingu z pewnością w głosie: „Będę mistrzem świata“. Wierzyć, nie wierzyć? Z żużlowcami miałem migotania przedsionków serca nie raz i nie dwa. Motocykle Super Zenona lśnią, rywale nie od parady i znów ten nieobliczalny, czujny Mauger. Plech z nim przegrywa, spóźnia start. Ivan ucieka. Srebrny medal jest sukcesem Polaka, który wędruje na pierwsze strony gazet. Plech nigdy nie stronił od wywiadów, choć nie był łatwym rozmówcą, ma charakter, filozofię daleką od mizdrzenia się i udawania. Opuszcza rodzinne strony Gorzowa Wlkp. Afera wielka, bo dawniej nie tak łatwo zmieniało się kluby. Wybiera Gdańsk, lepsze powietrze; tam malaryczne nad Wartą a teraz Bałtyk atrakcyjnie pachnący nie tylko jodem. Po tym „sztormie“ transferowym szybko robi się spokojnie. Zenon jest etatowym reprezentantem Polski, razem od dawna w parze medalowej mistrzostw świata z Edwardem Jancarzem. W duńskim Vojens brąz, w słoweńskim Krsku srebro. I tak leci. Kocha Anglię i przygody. A one jego. Potrafi jechać do końca a potem wylewa z buta krew z poranionej nogi, jak było w Leningradzie w finale kontynentalnym DMŚ. I gdzie indziej podobnie. Męska gra, bez litości dla zdrowia. Bywałem i opisywałem w „Sporcie“ kawaleryjskie szarże i jego, i Jancarza. Było groźnie ale i czasami szalenie przyjemnie. Bez hipokryzji.

Cofam czas. We wspomnianym 1979 roku przed finałem w hotelu „Katowice“ w kawiarni klezmer grał na fortepianie pod palmą powojenne, sentymentalne szlagiery; kawa pachniała, herbata bez cytryny, leniwie ale owocnie: cinkciarze wypatrywali cudzoziemców a prostytutki swoje “ofiary“. Fani pilnie zbierali autografy uczestników turnieju. Samo południe. Oto naprzeciw mnie siedzi szwedzki mistrz, dystyngowany Anders Michanek a ja „robię“ wywiad dla macierzystego wówczas „Sportu“ i na koniec pytam o Plecha. –„ Będzie mistrzem świata, jeśli wcześniej się nie zabije“, mówi chłodno skandynawski mistrz jazdy technicznej i wyrachowanej. Zadumałem się a za kilkanaście godzin gratulowałem Zenkowi srebrnego medalu, który nie mógł przeżałować złota. Ivan okazał się raz jeszcze chytrym lisem. W Chorzowie zdobywa szósty tytuł mistrza świata! Niesamowity facet z Christchurch. Sprytny na startach, instytucja poza torem. Marka światowej promocji żużla owiana legendą niczym motocykle Harley‘a. „Ajwen“ nie do zdarcia; firmuje książki Petera Oakesa, robi interesy z alkoholowym koncernem Ricard.

W 1980 roku w niemieckiej, hanzeatyckiej, bogatej Bremie jest finał kontynentalny DMŚ. Polski team pod wodzą Plecha wygrywa. Zenek przyjeżdża srebrnym Fordem z Anglii razem z Romanem Jankowskim, który zalicza rewelacyjny debiut w Hackney. Plech z papierosem w ustach zasypia w aucie, koledzy budzą go a pet wypala dziurę w siedzeniu. Brema jak z obrazka jest fajnym epizodem drużynowym. Nie jedynym.

W tym samym roku w Krsku razem z „Eddym“ w finale par MŚ przegrywa tylko z Anglikami. Przyjechali razem autem z Anglii w ostatniej chwili a „wypruli“ z siebie wszystko. Na medal. I jak nie wybaczyć swobody życia, skoro za tym stoi podium?

1983 Rybnik, udany pod każdym względem finał „kont“ i premia do niemieckiego Norden. Plech zwycięża a potem przegrywa sromotnie w finale IMŚ; sprzęt ma źle przygotowany a złoto zgarnia Egon Mueller, niemiecki gwiazdor torów i dyskotek. Huśtawka Plecha. „Wolę z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać“ i wiem co piszę. Kiedyś z ligi angielskiej do polskiej zawodnicy, a było ich mało, jeździli samochodami i promem via skalisty Dover, śliczną jachtami Ostendę i nie było na trasie czasu na odpoczynek. Wariacka jazda i tuż przed Gdańskiem nad ranem Plech Mercedesem wylatuje z drogi. Kierowca jest niezniszczalny, ma szczęście i charakter. Fruwa na torach i poza nimi. Kontuzje go nie omijają, nie szanuje zdrowia, które nie lubi lekceważenia. Szarpie punkty, wygrywa, przegrywa, „firma“ godna reklamy wszędzie. Plech nie pech.

Czas nie jest przyjacielem człowieka, przypomina błędy i bywa w korektach bezlitosny. Zenon Plech w Trójmieście jest od dawna. Nigdy, powtarzam, nie dbał o zdrowie, liczył się zawsze sport, stadion, treningi, warsztat, wyścigi, objechał świat, nazbierał medali i laurów worek, nie podaję i pomijam obszerną statystykę, tylko Tomasz Gollob pobił go w zdobyczach mistrzostw Polski. Był jednak inny czas dla Plecha a inny dla Golloba. Inne mentalności, spryt, intuicja, inne charaktery sportowe, towarzyskie, biznesowe. Plech jest /byłym/ zawodnikiem fantazyjnie traktującym karierę sportową, pieścił go talent, rewanżował się walecznością na granicy ryzyka. Prezentuje fachową, gorzowską szkołę mocno podjaraną morskim klimatem. Teraz odzywają się rany, wspomnienia.

Były prezes gdańskiego Wybrzeża i były minister zarazem, HENRYK MAJEWSKI, postać barwna i finezyjna, powiada, że takich sportowców jak Zenon Plech trzeba chronić, dbać i szlifować jak bałtycki bursztyn. No i co mam powiedzieć na takie dictum? Minister Majewski ze sportową, mentorską duszą i życiowym doświadczeniem ma „niestety“ rację, niczym filmowy James Bond. No tak, Plech dla Wybrzeża i Polski jest marką nie do podrobienia. Koledzy z londyńskiej “Speedway Star“ uwielbiali naszego „diabełka“. Towarzyski, filozoficzny i dowcipny. Miał armię kibiców na świecie. Mówili Zeno albo Plek, włóczyli się za nim angielscy i polscy fani, doceniali klasę i brawurę. Sport jest też i swoistym „aktorstwem“ nie do podrobienia. „Zatańczyć“ na torze nie każdy umie i przenieść adrenalinę poza stadion. Kibice kochają takie balety.

Przypomniałem wyrywkowo, może trochę zbyt emocjonalnie i chaotycznie, zdarzenia z udziałem ikony światowego i polskiego żużla, choć mógłbym jeszcze przywoływać „ku pamięci“ wiele innych zdarzeń i przygód, które były zwykle pożytecznym fermentem /radością a czasem i kłopotem/ dla mojego, skromnego dziennikarskiego żywota. Bywałem w tym „kotle“ nie od parady. No cóż kochani, jak mówią Czesi, to „se ne vrati“. Kończę więc i idę napić się czegoś mocniejszego, już po historycznej godzinie 13.00. A kto zresztą tę magiczną, „Wyborową“ godzinę z PRL – u pamięta? Dziś godziny nie grają już żadnej roli i panuje luz blues. Cześć.

Gorzowska hossa i bessa

Legendy mają to do siebie, że trwają i trwają, są do nich dolepiane kolejne, odlepiane także, w sumie historia bywa raz po raz ożywiana, życie weryfikuje dawne dzieje, teraźniejszość dopisuje nowe rozdziały. Gorzów Wlkp. jest miastem, które żyje żużlem nie od dziś, miasto i okolice, tak jak i cała Ziemia Lubuska nie skąpi nam talentów w sporcie, który dynamizuje ten region. Nie tylko sportowo. Gorzowski klub związany przed wielu laty z przemysłem motoryzacyjnym, można tak to określić, był „stajnią“ w której byli  nie tylko utalentowani zawodnicy ale i mechanicy, bo warsztaty Ursusa  miały dobre zaplecze. Miasto nad Wartą było żużlową stolicą a duet Edward Jancarz i Zenon Plech startowali w mistrzostwach świata dostarczając ogromnych emocji i czasami medali. Piękne czasy, drużynowy wielokrotny mistrz Polski, świetne finały indywidualne mistrzostw Polski. Plechowi nie służyło jednak tamtejsze powietrze, więc po dużej  „burzy“ przeniósł się do Gdańska i tam już pozostał. Słynny Eddy został pchnięty nożem w swoim domu przez jego drugą żonę, stadion gorzowski nosi jkego imię. Nie tylko oni byli gwiazdorami miasta nad  Wartą, była wcześniejsza paka z Edmundem Migosiem, Andrzejem Pogorzelskim, potem jeszcze zabłysła gwiazda Bogusława Nowaka mistrza Polski, wychowawcy wielu zawodników z mini toru, Piotr Świst był kreowany jeszcze przez Jancarza na swego następcę ale poza ligowymi punktami nie był w stanie zostać takim drugim Eddym, choć sylwetką do złudzenia przypominał swego mentora. Jerzy Rembas, wiecznie rezerwowy do tandemu Jancarz/ Plech był bliski medalu mistrzostw świata na londyńskim Wembley. Były czasy prezesa Stali Witolda Głowani, który w stolicy wykłócał się skutecznie o gorzowskie racje, potem bywało różnie, nie zawsze świeciło słońce i bywało chmurnie. A co mamy teraz?

Teraz to my mamy prezesa Władysława Komarnickiego, który cierpliwie czeka na sukcesy nawiazujące do tradycji żużlowej miasta, które żużel pokochało od dawna i chyba na zawsze. Znamy się zaocznie, ale nie ukrywam, że na odległość ciekawy gość. Zawziął się na zrobienie stadionu na miarę tych czasów i obiekt będzie. Właściciel firmy budowlanej nie kryje sympatii do żużla w każdej postaci. W klubie jest mistrz świata Tomasz Gollob a jego transfer był spektakularnym ruchem, choć nie przyniósł upragnionego tytułu drużynowego mistrza Polski, co byłoby pięknym nawiązaniem do wspomnianej tradycji Stali. Sam Gollob nie zrobi jednak mistrzostwa, choćby spinał się na wszystkie sposoby, potrzebna jest drużyna. Kiedy teraz znów prezesowi Komarnickiemu nie wyszło powiało smutkiem i absmakiem, zwłaszcza, że zespół z sąsiedztwa, czyli Falubaz Zielona Góra dojechał do finału. Rywalizacja lokalna teamów Ziemi Lubuskiej nabiera raz po raz soczystych obrazów, nie da się wyplenić zakorzenionych antypatii a „święte wojny“ są chwilami niebezpiecznymi widowiskami. Gorzów przełknął  gorzką pigułę porażki i lepsze miejsce rywala zza miedzy. Trudno… i jechać trzeba dalej. Jak będzie?

„Gorzów jest wyposzczony na żużlową elitę“ – mówi prezes Komarnicki, a odpowiada tak w kontekście nowego sezonu, w którym klub i miasto zadebiutują w serialu Grand Prix i to na zakończenie sezonu. Duże wyzwanie dla całego środowiska, nastąpi taka gala finałowa jesienią, a wcześniej baraż i finał drużynowych mistrzostw świata. Trzy imprezy i o ile jesienne Grand Prix nie budzi obaw, to jednak jak oświadcza prezes, przy wyposzczeniu Gorzowa i apetytu na światowy speedway, baraż DMŚ będzie trudnym przedsięwzięciem. Dadzą radę?

Drużynowe rozgrywki nie cieszą się popularnością, dlatego nie ma chętnych na organizację, poza oczywiście Polską, która odnoszę takie wrażenie wzięłaby połowę turniejów Grand Prix, taki jest klubowy apetyt. Dziwne acz prawdziwe. Mam w związku z tym mieszane uczucia, bo wcale mnie nie cieszy taka sytuacja i oblicze mistrzostw świata z silnie polskim tłem.

Gorzów ma zatem trzy poważne imprezy, na karku prezesa Komarnickiego jest jeszcze rehabilitacja ligowa, bo ile można próbować bić się o tytuł i odjeżdżać z pustymi rękami.

Wydaje mi się, że organizacyjnie i sportowo turnieje gorzowianie przełkną bez zgagi, drużynowo jesteśmy faworytami, bronimy tytułu złotego. Swój tor, zresztą w bieżącym sezonie półfinał był próbą sił. Gorzej z ligą, gdyż „ zbrojenia“ na tym froncie wszystkich niemal klubów przeczą teorii braku euro w kasie.Widać ona jest, wyścigi po najlepszych zawodników trwają i podnosi się transferowa cena jak nigdy. Ciekawi mnie jak będzie to wyglądać ostatecznie i w połowie sezonu, kto komu oraz ile będzie zalegać w kasie. Polska liga rządzi się swoistą fantazją i hasłem „ jakoś to będzie“. Obserwuję ten trend o dawna i muszę powiedzieć, że taka partyzantka się udaje, choć nie wszystkim. Udała się  Częstochowie, lecz to wszak „ święte miejsce“. Cuda zdarzają się, acz nie zawsze.

Jestem jednak przy gorzowskim klubie z tradycjami nie do pogardzenia. Sukcesor Komarnicki dąży do celu i podaje na zresetowanym stadionie imprezy z najwyższej półki. Kibice żądają jednak ligowego szczytu, on ich najbardziej satysfakcjonuje, daje odpór falubazowym fanom, którzy w tak pięknym zakątku Polski, jakim jest Ziemia Lubuska, chcą mieć stolicę żużlowych wyczynów. Ambicje nie zawsze podażają za życiowym realem. Prezes Komarnicki nie mówi o bessie, twierdzi, że będzie hossa. Szczęście jest jednak diabelnie przewrotne i nie można go kupić na żadnym bazarze, ani w najdroższym butiku. Ono czasem leży na ulicy, a czasem jest w chmurach.