Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

Kabaret NeoMoto

BEZGRANICZNA miłość do żużla w Polsce, od jak pamiętam zawsze, jest niezrozumiała dla tysięcy ludzi i u nas, i poza granicami. Kiedy Stadion Śląski otworzył swoje wrota dla tego sportu w 1973 roku zagraniczni goście zobaczyli widownię niesamowitą, większą od kultowego londyńskiego Wembley. Byli porażeni ponad 100 tysiącami kibiców, którzy zasiedli na stadionie i pobili żużlowy rekord frekwencji. Na trybunach było gorąco, choć przyznać muszę, że 80 tysięcy fanów na Wembley na trybunach zbudowanych pionowo, robiło przy świetle elektrycznym kocioł pełny wrzątku. Jakby powiedział niezapomniany komentator redaktor Jan Ciszewski tam był pełny … komplet. Speedway przy świetle jupiterów robi kompletnie inne wrażenie i zamienia imprezę w bajkę. W tej bajce nie ma wilka, który chce zjeść babcię, jest galaktyka wyścigów, które jeśli tor nie jest zabetonowany, wprawiają kibiców w niemal deliryczny nastrój barwnej walki nie pozbawionej także dramaturgii karamboli wywołujących ciszę strachu. Kochamy bezgranicznie tę moc dreszczy do utraty tchu. Piłkarze mówią zwykle, “taka jest piłka”, żużlowe towarzystwo, ”taki jest speedway”. Wszystko jak na targu do kupowania garściami i do wspominania jesiennymi wieczorami. Miłość do żużla jest ogromna od Lublina po Gorzów Wlkp., od Gdańska po Rybnik i od Wrocławia po Rzeszów. A jeszcze jest środek Polski. Cudownie zazdrosne uwielbienie sportu, który wzbudza emocje takie jak mecze piłkarskie Polska kontra Niemcy, albo siatkarskie Polska vs Brazylia. Uff, zajechałem trochę nie tam, gdzie chciałem. Wybaczcie, robię korektę.

MUSZĘ wyznać trochę zgromadzonych refleksji. Szef Giekażetu PZM Piotr Szymański został “prezydentem” europejskiego żużla. Przy okazji gratuluję i nie mam zamiaru deprecjonować gremium, które kiedyś zostało ugruntowane przez polskich lobbystów na arenie międzynarodowej dwóch Andrzejów: Witkowskiego i Grodzkiego, z gruntu Polskiego Związku Motorowego. Taka organizacja pod barkiem FIM, czyli Międzynarodową Federacją Motocyklową. Inaczej: faceci niedocenieni przez grupę X, mogą być dopieszczeni przez grupę Y. Taki sobie“gender”. Ranga mistrzostw świata w żużlu jest niepodważalna i europejskie wyścigi o korony choćby angielskiej królowej nijak się mają do podium MŚ. Andrzej Grodzki z Opola był szefem europejskiej grupy pod bacznym okiem prezesa PZM. Potem nastał niemiecki szef , ktory po prostu tylko był. Polscy działacze mają szczęście do niemieckich dygnitarzy sportowych, bo zamiast być na czele, głosują na… fotele sąsiadów z Zachodu. Tak było w FIM/ Sorber/ i Europa /Ziegler/. Tego roku latem w Krakowie odbył się zjazd europejskiej unii motorowej i szef Pezetmotu Andrzej Witkowski nagle zrezygnował z kandydowania a pewnie by wygrał i szefem został Austriak o krótkim nazwisku Srb. Zapamiętają goście/ ponad 200/ od motocykli “mój” kochany Kraków na wieki, bo nie tylko tam było pięknie, co równie bogato. Nie każdą federację stać na taki zjazd. Ostatnio dojechały wieści, że specem od żużla na europejskiej polu został Piotr Szymański. I tu padły chóralne hymny pochwalne pod adresem prezesa PZM, że zadbał o polski interes. Obaj panowie AW i PS zadowoleni, z tym, że dla prezesa PZM na pewno najważniejsze jest forum FIM.

Socjotechnikiem jest doświadczonym, godnym wielu rad nadzorczych. Zostawiam te “gruchania” polsko – polskie do obgadania na potem.

“POMNIKIEM” dla PZM i jego prezesa będzie na pewno uruchomienie żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie wszystkim celebrytom i politykom bardzo blisko na wybieg. Zbliżają się wybory w PZM. Ten ma szczęście. Szykuje się celebra na 1000 fajerków. Premiera Grand Prix nastąpi w kwietniu 2015, cieszę się i nie szukam podtekstu, on sam wychodzi zza kotary.

Jeszcze będzie o Piotrze Szymańskim, który też jest w FIM, również tam dojeżdża Wojciech Stępniewski as z Torunia, z miasta, które ma szczęście od wieków do gwiazd, pierników i bogatych ojczulków. Popierajmy się, ale też coś dajmy innym!

Szef Giekażetu, czyli Mr. PS i człowiek od “żużlowej międzynarodówki w wywiadzie na łamach “TŻ” wyznał, że są tacy, co krytykują Armando Castagnę a nie znają go wcale i nie zamienili z nim zdania, zaś Włoch przecież kocha speedway… jak makaron. Coś w ten deseń.

Kochani… Armado razem z drugim Armando, tylko Dal Chiele, nauczycielem z Lonigo i dobrym żużlowcem, bronili barw Włoch w światowych imprezach. Castagna z Sarego ostro konkurował z Dal Chiele. Oczywiście kocha speedway jak swoją mamę i pizzę. Namaszczony został Castagna na szefa światowego żużla przez odchodzącego na emeryturę zacnego Renzo Gianniniego, mojego serdecznego przyjaciela z Lonigo. Włoska familia okazała się silniejsza od polskiej, lecz gdzie na Boga jest polski speedway, a gdzie włoski?! Prezesa PZM przy tym nie było? UBOLEWAM. Jako długoletni recenzent sportu żużlowego znam kulisy międzynardowego towarzystwa, które jak każde sportowe jest hermetyczne, łagodnie określając, bo… jak wylecisz, już tam nie wlecisz. Rozbawił mnie ostatnio telewizyjny reporter w transmisji z hurra słabego meczu, który wspomniał ni z gruchy, ni z pietruchy celebrytę spod Rybnika, podkreślając jego przyjaźń z Tomaszem Gollobem. Parcie na szkło niektórych niedopieszczonych jest nieodparte i wielka szkoda, że medialna bogini od piekła i nieba Monika Olejnik, nie może jeszcze postawić kropki nad” i” w tym żużlowym towarzystwie Krzysiów, Tomusiów, Jareczków, Grzesiów, Andrzejków, Piotrusiów i Wojtusiów.

MOŻNA kochać speedway, lecz nie nadawać się do kierowania organizacją, acz Włosi mają historyczny patent na bezwzględne struktury zarządzania nie tylko typu nowojorskiego Little Italy made in USA. Castagna jest szefem światowego żużla, pilnuje i promuje za wszelką cenę swojego syna na torach. Czy to mafia? Powstaje pytanie czy maestro nadaje się na szefa CCP FIM, gdyż sama miłość nie wystarcza, kiedy brakuje narzędzi? Po swoich poprzednikach, choćby wspomnieć Polaków: obkutego na wszystkie języki świata Władysława Pietrzaka, technicznego alfa i omegę Zbigniewa Flasińskiego, pojętnego Słoweńca Franci Novaka, czy akuratnego Niemca Guentera Sorbera a skończywszy na charyzmatycznym, przystojnym Renzo Gianninim. To on postarał się by jego następcą został rodak, najlepszy w historii Włoch żużlowiec. Castagna przecież jako pierwszy jeździł na silnikach Giusseppe Marzotto/ z Polski prekursorem był torunianin Wojtek Żabiałowicz/ i nadal jeszcze jako super weteran potrafi ścigać się na torze. Znam Castagnę nie od dziś i żałuję, że na jego miejscu w FIM nie ma mojego rodaka.

Kiedy to nastąpi? Chyba wtedy, kiedy dojdzie do zmian na piedestale Pezetmotu i decyzje będą zapadały z empatią, gdy kompetencje i klasa działaczy będą nawiązywać do tradycji, jaka jest zapisana w historii Polskiego Związku Motorowego.

Na razie mamy to, co widzimy, więc przeżywamy rozterki i z bólem nie pojmujemy. Jak z tą miłością, która kiedy jest ślepa, robi głupstwa na prawo i lewo.

Panie i panowie samo życie, albo inaczej mondo cane, pieskie życie.

  1. 1. Ostatnio mam słabość do postscriptum; otóż prezes PZM wyznał na łamach “TŻ”, że licencje nadzorowane zdały egzamin/ sic!/ a jego “dzieci” komisarze od torów są potrzebni. Kabaret NeoMoto. Czy władza zawsze ma rację?! Smak demokracji bywa czasem gorzki a pecunia non olet. Czasami jednak śmierdzą.
  2. Kluby tną koszty i ruch transferowy zapowiada się przed świętami bez prezentów. Wraca normalność? Kończą się bankomaty bez limitów.

Szaleństwa szyte na miarę

Eleganckich asów… Szał ciał. Glamour. Kolejny plebiscyt i bal „Przeglądu Sportowego“ i TVP w Teatrze Polskim z bankietem w stołecznym „ Hiltonie“ miał żużlowe akcenty. To kultowa impreza, która dzięki kilkudziesięcioletniej tradycji wyrobiła sobie rangę niebagatelną. Te pierwsze w hotelu „ Europejskim“ miały inny przebieg, zmieniały się epoki, ludzie, estradowe popisy. Została tradycja i poranna jajecznica dla wytrwałych, którzy o brzasku chcą dopiero powrócić do domów. Pamiętam takie czasy włącznie w zabraniem butelki mleka sprzed mieszkania, które leczyło kaca. Bywało, minęło. Mleka pod mieszkaniami nikt nie rozstawia a szkoda, kace nadal są groźne, bo wszystko zależy co się pije i jak przekąsza. I tańczy. Maleńczuka w rytmie Wysockiego? Ciałowo.

77 lat tych imprez nadało im prestiżowy wymiar godny zadzdroszczenia. Znakomity, złoty medalista olimpijski skoczek wzwyż Jacek Wszoła powiedział, że kiedyś te bale gromadziły więcej polityków, prominentów a dziś proporcje się zmieniły i uczestniczy więcej sportowców. Jeden z byłych czempionów wyraził opinię, że przyjemnie popatrzeć na dzisiejszą młodzież, która zjawia się na tych imprezach, dorodna i elegancka. Jak minister sportu Joanna Mucha. Zresztą żużlowe nazwisko. Prawda? Mucha nie siada.

Trenerem roku został wybrany w plebiscycie Marek Cieślak, żużlowy czarodziej polskiej reprezentacji, także świeżo upieczony szkoleniowiec tarnowskiej drużyny. Duży sukces speedway’a, wszak reprezentacja Polski zdobyła trzy razy z rzędu złoty medal. Dlatego mówi się, że intuicyjny trener rodem spod Częstochowy jest najlepszym w swoim fachu na świecie. Czy może nie wygrać w kolejnej próbie plebiscytowej „ Tygodnika Żużlowego“ w lutym? Pytanie retoryczne. Zdobył z zielonogórskim Falubazem mistrzostwo Polski. Był na gali w Warszawie Tomasz Gollob, również szef polskiego żużla Piotr Szymański a przede wszystkim był laureat na ósmym miejscu wicemistrz świata Jarosław Hampel. Żużla zatem nie zabrakło w pierwszej dziesiątce najlepszych polskich sportowców 2011, jak i na parkiecie „ Hiltona“. Bywały chude lata, bywały i takie, że wśród najlepszych wybierano Tomasza Golloba. Ale to już było.

Plebiscyt Przeglądu Sportowego 2011

Impreza jest prestiżowa i liczy się bardzo w rankingu karnawałowych bali warszawskiego establishmentu. Full glamour. Tak, teraz więcej sportowców, lepsze programy artystyczne, splendor telewizyjnych kamer i kreacje kobiet. Od La Manii?

Kreacje, garnitury, krawaty, muszki, zegarki, precjoza, modne buty i atrybuty zabaw. Włosy na żelu. Moda na Palikota? Przyznam, że jeśli kogoś buty gniotą, bezceremonialnie są ściągane i tańczy się boso. Moda na Cejrowskiego?  „Szpile“ nie dla wszystkich. Frywolnie. Odkryć skrawek siebie i wzmocnić pożądanie. Ach te kobiety.

Co się pije? Co kto lubi i na ile kogo stać. W portfelu i do gardła. Kuchnia pierwszorzędna, obsługuje mistrzów po mistrzowsku. Zresztą w siermiężnych czasach, w tych pierwszych w hotelu „Europejskim“ nie było źle. Oprawa? Baloniki nie zmieniają się nawet w kolorach, szlagiery mijają i powracają a nowe zawsze w modzie. Żwawa harmonia, jeszcze w rękach Marcina Wyrostka zrobi atmosferę, do jakiej dołoży się śpie z erotycznym śpiewem Kayah. Stroje wieczorowe black tie oraz business dress. Ach, nie tylko garnitury od Armaniego, zapach seksownych perfum i suknie z gołymi plecami. „Niech żyje bal“ śpiewa Maryla Rodowicz. Szaleństwo szyte na miarę. Jak zegarki Barta „ Timex“ Szlązkiewicza. I marynary Rodrigo De La Garza. Powiśle po meksykańsku.

Powiedziano, że teraz młodzież jest ładna, modna, szykowna. Jak na zdjęciach „I like Photo Group“. Szyk z Manhattanu i niebanalne foty Marcina Kempskiego. Łał!!!

Zostawiam salony, patrzę na stadiony, warsztaty i bankiety w żużlowym środowisku. Takie mnie oto naszły reminiscencje. Kto z kim jadł kolację ze śniadaniem.

Przed laty królowały w żużlu nieśmiertelne dresy, które lansowane były nawet przez wschodnich zawodników na przedimprezowych kolacjach. Zachodni zawodnicy wygalantowani, w garniturach a część w dresach, swetrach i klapkach na nogach. Zmieniły się czasy. Rewia mody kevlarova, wszędzie szpan, nie ma już paskudnych dresów, które królowały na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Już nie ma tego największego targowiska bodaj w Europie, nie ma też badziewia noszonego w sportowym świecie. Miło popatrzeć teraz na asów, kiedy zjawiają się na żużlowych imprezach, nie tylko asów na Boga, tylko zwykły regiment żużlowego światka.

Zmieniła się mentalność, kultura i możliwość kupienia markowych rzeczy. Jeśli ktoś ma gust i smak może poszaleć i ubrać się na miarę salonowych wybiegów. Dostęp do sklepów z modnymi rzeczami, zasobność i szeroki wybór stwarzają możliwości pokazania na co stać mistrzów i nie tylko mistrzów. Bez obciachu. Paryż i Odessa.

Wojażowanie po świecie stwarzało kiedyś możliwości kupienia oryginalnych towarów a dziś są one w zasięgu ręki, trzeba tylko mieć kasę i gust. Potrzebny Londyn, Paryż, NYC? Yes, no? Jak mawiają kumple kumpli ZARA muszę się napić.

Zatarły się różnice pomiędzy strefami Europy i świata w modzie, noszeniu się i pokazywaniu na sobie co jest szykowne. Dodam, że teraz obserwuję, że niektórzy zachodni zawodnicy mogą podpatrywać modowo naszych sportowców. Mają kogo. I co.

Karnawałowy czas jest stworzony na zabawy, na plebiscyty lokalne. Speedway odgrywa znaczącą rolę w tych wyborach, jest obecny, bo też zawodnicy tego sportu mają dużo do powiedzenia, pokazania. Jest więc miło wszystkim, którzy mają żużel w sercu.

Plebiscyt centralny „PS“ i TVP mamy za sobą, przed nami na koniec karnawałowych szaleństw rodzima impreza o laury  „Tygodnika Żużlowego“ i szef Adam Zając z dobraną ekipą spina się już od dawna, aby wszystko zagrało na 102! Czytelnicy nie próżnują i wybierają najlepszych. Kurtyna czeka na odsłonę. Jeszcze nie było tak, by w Lesznie nie zagrało i żeby jajecznicy o poranku zabrakło. A ku przestrodze… słynny felietonista Kisiel mawiał tak: „Pić można, trzeba tylko od czasu do czasu robić przerwę“.

Tygodnik Żużlowy Gala 2011

Nie mamy króla, jest Wałęsa

Miliony ludzi na całym świecie oglądały futbolowy mecz pomiędzy Realem Madryt na Barceloną. Ekscytujące widowisko na Estadio Mestalla w Walencji wygrali Królewscy z Madrytu po golu w dogrywce strzelonym przez Portugalczyka Cristiano Ronaldo. Blaugrana albo jak kto woli Duma Katalonii została pokonana taktyką portugalskiego trenera Realu Jose Mourinho. To najlepszy szkoleniowiec świata w branży. Wygrani dostali Puchar Króla. Była na meczu i królowa. Patrzyłem z zadrością na mecz tak prestiżowy, na pełny stadion i oprawę niepowtarzalną w swoim gatunku. Mecze pomiędzy Realem a Barceloną trzymają w napięciu kibiców nie tylko Półwyspu Iberyjskiego. Niesamowite zjawisko kulturowe, socjologiczne. Nie mamy króla i takiej imprezy, nie mamy takich drużyn urodziwych i tradycji pielęgnowanej z namaszczeniem.

Patrzyłem z zazdrością na mecz, na popisy i pomyślałem sobie, że powinniśmy w żużlu stworzyć namiastkę takiej formuły. Nie mamy króla ani królowej, choć marzy się niektórym monarchistyczny porządek i dwór. Wszystko jeszcze przed nami, historia nie jest zamknięta, ona rodzi się przecież. Nie fantazjujmy na razie po królewsku, lecz po chłopsku może, bo gdzie nam do takich escytacji pucharowych. Ale, ale…

Mamy człowieka legendarnego a jest nim Lech Wałęsa i mieszka w Gdańsku. Jest tam i speedway z tradycjami. I drużyna Lotosowa, która ma ambicje. Jest stadion a będzie nowy na piłkarskie Euro – 2012, Arena Baltica. Piękna stadionowa bombonierka. Liczę, że kiedy wygaśnie piłkarski ogień, przyjdzie pora i na żużel na tym obiekcie, który jest do chwalenia się gdzie trzeba. Pytam zatem, czy nie warto pokusić się o urodzenie imprezy, która będzie głośna a trofeum stanowić Puchar Wałęsy. Jaki marzy mi się mecz? Zgadnijcie…

Po kolei. Mamy rachityczny Klubowy Puchar Europy, który wskutek indolencji promotorów jest imprezą do odbębnienia. Już kiedyś pisałem, że w takiej  formie, przy takim braku prestiżu nie warto się ścigać. Może zatem ten Klubowy Puchar Europy namaścić legendą Człowieka z Gdańska, którego zna cały świat. I co za tym idzie pozyskać sponsora, który przekona startujących, że warto wyskakiwać z butów, żeby zdobyć główne trofeum. Wszystko musi mieć ręce i nogi. Już przed laty Lech Wałęsa miał spróbować, w turnieju na torze w Gdańsku, przejechać się na motocyklu bez hamulców. Niestety nie wszystko wtedy wyszło, bo pogoda oraz obiekcje zablokowały start Wałęsy na motorze. Nie oto jednak chodzi w moim wywodzie, bo marzy mi się na stałe w Gdańsku finał Klubowego Pucharu Europy imienia Lecha Wałęsy. Czekam zatem na głosy w tej sprawie. Wiem, że nie wszystko jest możliwe, na pewno może udać się mecz na koniec sezonu pomiędzy mistrzami Anglii i Polski. Brytyjczycy mają regres, ale historycznie wszystko od nich przecież zaczęło się na żużlu od kiedy Johnnie Hoskins sprowadził  speedway do Anglii z kontynentu australijskiego. No tak, nie uzyska się od razu efektu hiszpańskiego pucharu królewskiego, bo inny sport, diametralnie inne tradycje i zainteresowanie przekraczające wyobrażenia pań zasiedziałych w filharmonicznych fotelach. Futbol w wydaniu królewskim jest niesamowitym zjawiskiem. Niepowtarzalnym.

Sugestie kieruję do Giekażetu i jego lidera Piotra Szymańskiego, który może wjechać do historii z nową imprezą, która wymaga pracy i przygotowania wielomiesięcznego. Także cierpliwości i wizji, praktycznej wyobraźni, że warto coś takiego urodzić. Proszę mnie nie studzić w pomyśle, wiem co piszę, nijak ma się ranga takiego królewskiego pucharu do pucharu wałęsowskiego kreowanego w żużlu. Futbol to futbol i jeszcze Hiszpanie zwariowani na punkcie piłki. A czy nie ma zwariowanych u nas kibiców na punkcie żużla?! Każdy pomysł na progu ma kłopoty, najważniejszy jest start i konsekwencja w realizacji. No to jak, zaczynamy?

Mamy kilkanaście memoriałowych turniejowych i brutalnie myślę, że na tym nie koniec. Takie życie. Jest Złoty Kask, który jakimś zrządzeniem losu nie ma rangi a kiedyś miał. Nawet finał indywidualnych mistrzostw Polski seniorów nie ma blasku, jakoś jest tak sobie urządzany, choć zasługuje na więcej, na bardziej wystawny piedestał. Czy mamy za dużo imprez i każda jest gdzieś wciśnięta i nie bardzo ma wydźwięk opowiedni? Robić byle jak, to lepiej nie robić nic. Bijemy się o rutynowe edycje Grand Prix na oślep, a nie mamy tradycyjnie, bardzo mocno ugruntowanej imprezy. Takiej oto pardubickiej Zlatej Prilby. Kalendarz żużlowy w Polsce jest załadowany szczelnie, ani mysz się nie prześliźgnie, a co dopiero żużlowiec z hukiem tłumika.

Takie refleksje mnie dopadły po meczu, gdzie Królewscy z Madrytu dali czadu Dumie Katalonii.

W Polsce obok derbowych meczów, które wyciskają adrenalinę/ Zielona Góra – Gorzów, Rzeszów – Tarnów, Toruń – Bydgoszcz/ nie ma tzw. klasyków czyli pojedynków w stylu piłkarskiego hitu Górnik Zabrze kontra Ruch Chorzów, czy aby nie “ urodzić” takiego pojedynku?! Wydaje się, że dziś derby Ziemi Lubuskiej mogą urastać do emocjonalnego widowiska z dużym ryzykiem oglądania… Jednak ryzykiem… To jest polski problem.

Tyle propozycji z fotela i głowy, a na razie jedziemy w premierze Grand Prix na torze Leszna. Pięciu ziomali kontra reszta żużla na tym świecie. Podium powinno być ozdobione na biało – czerwono. Powodzenia.

Gdzie ten polish

Trudny temat, niewdzięczny. Wiem. Dla jednych jakby niemożliwy do zrealizowania, dla drugich, takich jak ja, trochę wstydliwie bolesny.

Wstrzelił mi ten temat jeden z czarnoskórych piłkarzy Korony Kielce Hernani, kiedy w niedzielny wieczór reporterowi telewizji wyłuszczył komentarz do meczu całkiem poprawną polszczyzną.

Więc od razu odniosłem sytuację do żużlowych zagranicznych zawodników, którzy od lat startują w Polsce ale ani jeden nie może pokusić się o taką znajomość naszego języka, ba języka pracodawcy, najczęściej głównego płatnika, zabezpieczającego starty, karierę. Sami rozumiecie, iż dziwna sytuacja. Już kiedyś sygnalizowałem jakby lekceważenie tego zjawiska przez elitę żużlową, młodych wjeżdżających pod  polski dom i uczących się kręcenia kółek za niemałe pieniądze. Nawet zawodnik mający polski paszport zna zaledwie kilkanaście słów. Wstyd. Obowiązuje wszechobecny język angielski. Zgoda. Coraz więcej naszych zawodników potrafi komunikować się tym językiem. Nowa generacja, europejska, choć nie można powiedzieć, że jest tak jak w innych dyscyplinach sportu takich jak futbol, siatkówka, koszykówka. Speedway polski ma swoje miejsce w szeregu i ewolucja intelektualna postępuje. Postępuje… Tak to spuentuję.

No więc jak to jest w praktyce? Z tą nauką naszego ojczystego języka przez idoli europejskich torów? Otóż nijako.

Jedna przyczyna jest taka, iż nie wymaga się i nie stawia warunków nauki przez pracodawców. Tłumacze są wszędzie, poza tym ręce też czynią cuda, choć czasami z machania bolą.

Jakoś nikt z Ekstraligowej spółki ani z Giekażetu nie wpadł na taki pomysł, który niniejszym felietonem upowszechniam i daję placet na wdrożenie, aby zorganizować w przerwie zimowej kurs naszego ojczystego. Takie kursy organizowane są na studenckim gruncie latem, dla przykładu, dla różnych specjalistów zagranicznych też. No bo jak funkcjonować w praktycznym życiu codziennym?

Nieśmiertelne wyświechtane „ dżen dobry” czy  „dżenkuję bardzo” przez asów żużlowych już nikogo nie bierze, to było zaskakujące i dobre kilkadziesiąt lat temu. Dziś inny czas i taki mistrz Polski/ dwa razy/, reprezentant Polski Norweg z polskim paszportem Rune Holta nie potrafi się po polsku dogadać, a startuje u nas od dawna. Wygodnictwo bierze górę, acz nie dziwię się aż tak bardzo, gdyż nikt od niego nie wymaga posługiwania się  polskim, a sam widocznie uznał, że po co się wysilać. Rune na Boga, uczta się choć trochę, bo masz polskie obywatelstwo, coś może tobie zostanie na pamiątkę po skończeniu kariery. Pogadasz po polsku nad fiordami.

Zorganizowanie kursów dla młodych i pal licho już tych wyjadaczy nawet przez jakiś klub z namaszczeniem przez Pezetmot, czy wspomniane władze naszego żużla wzbudziłoby na pewno potrzebny respekt a mówienie, że jesteśmy w Europie jest już tak ograne jak wiraże w Lesznie.

Językoznawczy temat nie jest banałem wbrew pozorom, bo czarnoskórzy i nie tylko, bo np. Serbowie piłkarze opanowali nasz język nie tylko w celach towarzyskich męsko – damskich.

Zjawisko znajomości niemal płynnej wymowy przez futbolistów jest godne uwagi i jest mi wstyd, że nie mogę pochwalić się w żużlowym środowisku takimi przykładami, nawet taki as jak australijski Leigh Adams wprawdzie opanował podstawowe zwroty, lecz nie na tyle żeby udzielić wywiadu Włodzimierzowi Szaranowiczowi. Albo taki mocarz Duńczyk Nicki Pedersen. Inni zatrudnieni z górnej i dolnej półki przez polskie kluby umowami gwarantującymi im wysoki standard utrzymania. Chwalę zatem Jarosława Hampela czy Sebastiana Ułamka, którzy z polskiej strony nie potrzebują tłumaczek o które zabiegają inni.

A co do kursów, zapisów zmuszających albo inaczej dających możliwości nauki polskiego to temat jest do urodzenia od zaraz. W imię patriotycznej godności, by taki zawodnik zagraniczny z polskim paszportem, kiedy stanie na najwyższym stopniu podium znał słowa naszego hymnu. Stop irytującej ignorancji.

Zawstydzam więc prezesów klubowego Eldorado, którzy parafując kwity umów nie stawiają wymagań  również jakże praktycznych i przy okazji propagują rodzimy język. Dlaczego? Po prostu nikt nie wpadł na taki motyw, a władza motorowo – żużlowa widzi inne problemy ważniejsze od tego, który poruszam nie pierwszy raz. Czarnoskóry futbolista Kolportera namieszał mi w  niedzielny wieczór w głowie znajomością polskiego, co w kontekście żużlowych asów pokazuje gdzie tamci, a gdzie oni.

Polscy mechanicy pracują we wszystkich praktycznie stajniach żużlowych, imponuje mi jak oni ruszyli do przodu i wyskoczyli z nieśmiertelnej znajomości tylko „boxu”. Ogarnęli się szybko i wystartowali po awanse na europejskim rynku. Angielski niezbędnym narzędziem pracy stał się obligatoryjny.

A więc w tym całym językowym kręgu nasi majstrowie znaleźli się jak Europejczycy, znajdą na pewno młodzi zawodnicy, bo życie do tego zmusza nawet tumana. I z drugiej strony mamy tę abnegację przez kontrahentów ze świata naszego polish.

Co więc robimy Piotrze Szymański, liderze Giekażetu, co wespół – zespół  Ekstraligowa Spółka wyznaczająca coraz to nowe standardy na rozgrywkowym placu od Torunia po Tarnów?! Nic. Po prostu…

Pewnie dostanę reprymendę  dlaczego czepiam się asów i nie tylko ich, bo wszak jest plejada młodzieży, która swoją przyszłość wiąże z polskim rynkiem ligowym. No właśnie i dlatego warto ich zmobilizować do nauki w martwym okresie, sami potem poczują się lepiej w kontaktach  nie tylko w dyskotece, w parkingu gdzie decydują sekundy o zmianie tego czy owego.

Nudny temat, prawda? Taki szkolny, w stylu disce puer… nie szkodzi, uwierzcie, jestem przekonany iż mam rację, że warto inwestować w niektórych także przez naukę polskiego.

A przy okazji proponowanych kursów warto także naszą młodzież zmuszać do nauki angielskiego, co się przyda wcześniej, niż myślą abnegaci.

Mam jeszcze dalej o nauce? Już widzę te miny, już widzę minę Holty, którego może uczyć Emil Sajfutdinow, który jako Rosjanin z polskim paszportem przy tej sympatycznej  duszy słowiańskiej chętnie wypowiada się w naszym języku, bo nam dużo przecież zawdzięcza. Ale to nie był powód, a jedynie konieczność porozumiewania się na przyzwoitym poziomie tam, gdzie jest powszedni chleb.

Egon śpiewał po niemiecku… 🙂