108, 45 i 222 oraz reszta

ru-0-r-660,660-q-80-n-bbd57115ed3ca1ba1184b3c561b49422PaYpBSDWiren

Smutny sobotni poranek. Zmarła w Warszawie IRENA SZEWIŃSKA/ 72 lata/, najwybitniejsza polska lekkoatletka, jedna z najlepszych w historii światowego sportu. Była szybsza od wiatru, wygrywała z czarnoskórymi biegaczkami na mistrzostwach świata i olimpiadach, multimedalistka, ikona, legendarna, znana na całym globie. Fenomen biegów, nazywana gazelą. Należała do elitarnego grona Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w Polsce działaczka i osoba dla której sportowa rodzina była serdecznym domem. Bywałem z Panią Ireną na licznych spotkaniach organizowanych przez jedną ze sportowych gazet, gdzie przekazywała swoje doświadczenia i były to zwykle wydarzenia. Postać światowego formatu. Sport potrzebuje takich ludzi, którzy swoimi karierami dają satysfakcję milionom. Irena Szewińska przegrała ostatni życiowy wyścig, choroba była szybsza tym razem. Niestety. Przykro, smutno. RIP.

Inny wymiar smutku dostarczyli wypieszczeni na maksa piłkarze, którzy “wyparowali” z Mundialu. Przegrali dwa spotkania, ostatnie wygrane można oznaczyć jako przegrane w kategoriach fair play. Dla sportu taki mecz, jak z Japonią jest porażką. Ktoś wyraził opinię, że Polacy grali tak, jakby nie chcieli wygrać. Trudna do zrozumienia teza. Tłumaczenia były żenujące, trener reprezentacji wyczerpał swój repertuar a sztab szkoleniowy w liczbie kilkunastu osób powinien zapłacić koszty pobytu w luksusach Soczi. Nie ma co “pieścić się” w takich przypadkach z frustratami, którym rosyjski Mundial udwodnił wyraźnie w jakim miejscu jest aktualnie polski futbol. Koniec, kropka.

No a teraz speedway. Elita powróciła do mistrzostw świata w singlu. W duńskim Horsens odbył się kolejny turniej Grand Prix z finałem bez Polaka/ów/. W mistrzostwach startuje czterech polskich zawodników, czyli jedna czwarta. Najbliżej finału był Bartosz Zmarzlik, który potrącił w decydującym wyścigu Duńczyka Nickiego Pedersena i został słusznie wykluczony. Gorzowianin powiedział, że nie czuje się winny. Nie spotkałem się jeszcze z reakcją wykluczonych zawodników w sytuacjach upadków, żeby przyznawali się do winy. Nicki Pedersen jest ulubionym zawodnikiem niektórych komentatorów telewizyjnych, którzy uważają go za rozrabiakę na torze. W tym przypadku trąbiono, że Nicki lubi się przewracać. Lansowanie opinii tego typu jest przeinaczaniem faktów i takie brednie można tłumaczyć niewidomym, z całym szacunkiem dla nich. Impreza w Horsens pokazała, że ilość nie znaczy jakość. Maciej Janowski wygrywał tam dwa razy, teraz był w ogonie stawki, nie mówiąc o Przemysławie Pawlickim, który ma inny charakter od brata Piotra. Jak oświadcza szuka rozwiązań, szybkości. Pamiętajmy, to sa mistrzostwa świata i starszy z braci Pawlickich odrabia lekcje w serialu GP słabo, potrzebne korepetycje, które jak wiemy ze szkoły nie zawsze dają efekt, ale czasem tak. Patryk Dudek nie zaliczy występu do udanych. Zakomunikował, że to nie był jego dzień. Jeździ w kratkę i pewnie szuka szybkości. Ma ją Bartosz Zmarzlik/ odpadł w półfinale/, który czasami szczęśliwie wychodzi z karkołomnych opresji. Wygrywa i przegrywa. Bywa cudownie ocalony i ma dużo szczęścia w jazdach na krawędzi. Maciej Janowski był wolny, też to nie był jego dzień. Tak to było z Polakami w Horsens, duńskim obiekcie, który po małym Vojens i stołecznym Parken w Kopenhadze zastąpił te areny.

A co robili inni?

Wygrał swobodny jak ptak Anglik Tai WOFFINDEN/ nr 108/ nazywany przez komentatorów “Tajskim”. Trudno akceptować oficjalnie te ksywy. Jest ich kilka. Woffinden objął pozycję lidera GP, bo dołożył Szwedowi Frederikowi Lindgrenowi. Tai odjeżdża systematycznie. Jest dwukrotnym mistrzem świata i jak powiedział, “bez rodziny byłbym nikim”. Ma urodziwą żonę i małą córeczkę i nie ma zamiaru tyrać na żużlu bez końca, układa w głowie pomysł na życie po zakończeniu kariery. Repertuar na pewno nie będzie banalny. Jest zawodnikiem, który myśli na torze, ucieka ze startu by nikt mu krzywdy nie zrobił, widzi co się dzieje na torze, szuka dogodnych ścieżek a sprzęt ma prędki jak wicher i nie szuka szybkości, bo on ją ma. Podobnie jak inteligencję sportową skonfigurowaną do żużla. Przyjemnie patrzeć na niego w czasie jazdy i po niej. Wyluzowany, pewny swojego motocykla, on nim kieruje rozmyślnie a nie motor jego. Sensowny w teamie i wszystko funkcjonuje profesjonalnie.

Drugi w Horsens był 48 – letni/ pierwsza liczba jest prawdziwa, tak, tak/ Amerykanin ze szwedzkim pobytem Greg HANCOCK/ nr 45/. Kalifornijski weteran żużlowych bitew, zwycięskich, czterokrotny mistrz świata. Dokłada przykładnie, bez litości młodszym. Kondycja, szybkie silniki, rutyna, świadowmy celu i swojego wieku. Jak on to robi? Ano robi, też z zasadą…majątkiem udana rodzina. Hancock przeszedł już do historii żużla długowieczną karierą z prestiżowymi laurami.

Trzeci na podium stanął po raz pierwszy Rosjanin Artiom ŁAGUTA/ nr 222/, skromny, utalentowany zawodnik, który obok Emila Sajfutdinowa jest partnerem do wielkich jazd. Robi systematycznie postępy, pojętny uczeń wchodzący do grona pretendentów.

Z finału odpadł po drugim ostrzeżeniu /WARNING/ Australijczyk Jason Doyle. Szkoda, bo finał byłby ciekawszy. W ostatnim wyścigu wieczoru Hancock trochę nacisnął Woffindena, ale Anglik włączył turbo i odjechał. Pięknie. Tai /odpukać/, jeśli zdrowie mu dopisze, będzie zwycięski po raz trzeci na świecie. Przyjemnie patrzeć na rytm jego jazdy, opanowanie i ucieczki od rywali ścigających się czasami bez głowy. Byle jak.

Z Danii do Polski jest wcale nie tak blisko. Turniej kosztuje dużo sił, zdrowia. Żużlowcy od wielu lat następnego dnia po GP ścigają się w ligowych meczach w Polsce. KURIOZALNA sytuacja, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Speedway jest sportem technicznym, ekstremalnym, wymagającym odstresowania, wypoczynku. Kontroluje się w tej dyscyplinie niedozwolone środki, alkohol. Lekceważy karygodnie natomiast czy zawodnik po upadku po nocnym maratonie, może stanąć do ligowej “bitwy” z wypoczętymi rywalami. Terminowe jazdy po Europie męczą i świadczą o zachwianych normach życia. Panel medyczny Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/FIM/ toleruje takie sytuacje od dawna. Nie wyobrażam sobie, by piłkarze na Mundialu grali mecze dzień po dniu. W innych sportach również, proceder niewyobrażalny. Gdzie odnowa? Żużlowa tradycja w tym przypadku bywa czasem uciążliwa i dobrze jeśli wszystko kończy się szczęśliwie, gorzej jednak, kiedy pech boleśnie okalecza. Wystawiam więc z troską tablicę: WARNING! Bye!

Niemęskie granie

Lewy

  1. Nie mogę w żużlowym felietonie pominąć sukcesu polskich piłkarzy, którzy ograli w dreszczowcu Irlandię w Warszawie i pojadą na finały mistrzostw Europy w roku 2016 do Francji. Robert „ Lewy“ Lewandowski, jako kapitan poprowadził reprezentację do zwycięstwa, strzela bramki i jakże miło słyszeć, że jest aktualnie najlepszym piłkarzem na świecie. Cudownie. Drużyna Adama Nawałki zrobiła wielki krok a zrobi jeszcze większy, jeśli we Francji wyjdzie z grupy. Jest czas na korektę błędów i zbudowanie mocy na mecze z najlepszymi. Losowanie grup w połowie grudnia i pora na ustawienie kalendarza żużlowego, uwzględniającego finały ME. Niestety, nie zawsze w przeszłości tak było i żużlowe imprezy pokrywały się z ważnymi meczami piłkarskimi na mistrzostwach świata, na ME i ba, w czasie igrzysk olimpijskich. A teraz zagra Polska!
  2. Reżyser o wielu zainteresowaniach Jerzy Gruza powiedział, że czasami prawda bywa nieludzka. Jest szok po zawieszeniach szefa FIFA Szwajcara Seppa Blattera i prezydenta UEFA Francuza Michela Platiniego. Oskarżenia dotyczą milionowej korupcji. Źle się dzieje w piłkarskich federacjach, w siatkówce też rządzą dziwne prawa, raz po raz słyszę o wynaturzeniach w innych grupach sportowego zarządzania. Nadal nie został w Polsce rozliczony skandal na Stadionie Narodowym żużlowego Grand Prix i prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski błyszczy ciągle w świetle jupiterów przy rozmaitych okazjach. Jakby nic się nie stało i kolejna GP odbędzie się w maju roku przyszłego z układaczem toru Ole Olsenem. Ekipa PZM i podległe jej spółki mają niezłe miotły i robią co mogą, aby ukryć pod dywanem wstyd. Niebywała sprawa, bezczelność wodzirejów przy poklepywaniu klakierów od siedmiu boleści. Grand Prix Lotto powinno być zbojkotowane przez prawdziwych kibiców za nieudacznictwo GP’15.
  3. Klub, który przegrał bitwę w niesławie z łotewskim Lokomotivem, czyli Ostrovia został zaproszony/sic?!/ do udziału w Ekstralidze.W Polsce wszystko jest możliwe. Rzeszowska dama Marta Półtorak z sarkazem dopowiedziała a może Krosno?! Może i tak, byłbym za Krosnem… W każdym razie kpina goni kpinę w blasku jupiterów i pychy zarządzających polskim żużlem, którzy nie słuchają co mówią kibice na trybunach i piszą na internetowych forach. Jeden z prezesów po warszawskim skandalu zeznał, że nie bardzo mu miło czytać o sobie takie rzeczy, które wypisuję. On rządzi i podlega recenzjom, a ja od lat więcej, niż on ma, siedzę w żużlu. Każdy ma swoje prawa i obowiązki, każdy inny żołądek i wydatki. Nie wnikam, lecz przywódcy polskiego żużla jak trądu boją się przejrzystości finansowej. Odwaga staniała i ukryła się za wysokimi apanażami. Prominenci nie bójcie się, bo przecież chyba zarabiacie tyle, na ile zasługujecie, choć kibice mają wyobraźnię i w niewiedzy podają niebotyczne kwoty. Prezes PZM zaklepuje takie decyzje, bo sam uwielbia spółki do spółki.

Prawda bywa czasem nieludzka. A może zawsze?

  1. Trener reprezentacji Polski i były szkoleniowiec Ostrovii Marek Cieślak po niesmacznym meczu ze wspomnianym Lokomotivem został przebadany alkomatem. Było promilowo źle. Mamy rok 2015 i Ostrów Wlkp. Trochę historii, jest rok 1997 i mecz istotny dla układu tabeli pomiędzy miejscową Stalą a Włókniarzem Częstochowa, którego prowadzi Marek Cieślak. Włókniarze rok temu zdobyli mistrzostwo Polski a teraz grozi im spadek. Katastrofa; z nieba do piekła i tak się stało. Sędziuje znany, poznański arbiter Jerzy Kaczmarek, który nie bał się nigdy trudnych decyzji. W pewnym momencie trener czestochowian rzuca hasło, że sędzia jest niedysponowany. Jerzy Kaczmarek sam podejmuje decyzję o przebadanie siebie na tzw. „okoliczność“. Robi się w parkingu draka, reporterzy czatują na wynik, który pokazuje, że arbiter jest czysty jak łza. Do dziś Jerzy KACZMAREK pamięta rój reporterów i żądnych sensacji ludzi, kiedy wyszedł z parkingowego zakamarka. Sensacji nie było i napompowany balon pękł. Jeszcze tego samego dnia trener Włókniarza przeprosił zdeterminowanego sędziego. Takie było to „męskie“ granie. Męskie?

Czy prawda bywa nieludzka? O, tak!

  1. Cofam pamięć i znów jestem w Rzeszowie, do którego lubiałem przyjeżdżać. Unia Leszno „testuje“ miejscowych, którzy walczą o byt pierwszoligowy, leszczyniacy mają już tytuł mistrza Polski zapewniony. Obserwatorem z ramienia Giekażetu jest były zawodnik, trener i świetny działacz Zdzisław Jałowiecki. Pamiętam jego wzburzoną relację po tym ustawionym meczu. Kibice rzucali pieniądze na tor, padł remis 45: 45!!! Zawodnicy z Leszna hamowali przed metą, by przepuścić gospodarzy. Nie opisuję szczegółów ligowej łamigłowki, co by było, gdyby; Polonia Bydgoszcz się uratowała, Stal jeździła z Unią Tarnów w barażach i zachowała swoje. Rzeszowiacy mają wpisane chyba w historię baraże, bo w tym roku wygrali je z Ostrowem Wlkp. Skandal nad Wisłokiem odebrał Unii Leszno tytuł MP, zawieszono zawodników oraz działaczy.Wstyd nabrał wody, jak głęboki jest Bajkał.

Prawda jest nieludzka?

  1. Proszę, oto…niedawno rozdano trofea Ekstraligi PGE, którą wygrała Unia Leszno. Nie zdobyła ani jednego lauru, ale wrocławski team aż cztery. Ale przebitka! Hańba w świetle jupiterów, bo nikt nie zapanował nad rozsądkiem i sportową sprawiedliwością. Leszno zostało „ukarane“ za tytuł MP?! Tak się kroi, tak się bawi a w kuluarach aż huczy. I co z tego? „Posprzątane“, jak po hucbie warszawskiej GP. Cesarstwo żużlowe PL nie liczy się z nikim. Opinia publiczna została zlekceważona do dna. Okropna rzecz.

Słucham dla ukojenia Gregory Portera “Be Good“.

Prawda bywa czasem nieludzka. Niestety. Koniec.

Jaka jest cena żużla?

Uderzam się miarowo w piersi, gdyż ten felieton rozpocznę od futbolu, którego nie wszyscy fani żużla tolerują. O kochaniu nie wspomnę. Ale prawdziwy sympatyk sportu oprócz fascynacji jedną czy dwoma dyscyplinami nie omija przecież najważniejszych wydarzeń jakimi są igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata czy Europy. Kocha jedną dyscyplinę ale wciąga go mega wydarzenie, bo sport nie zamyka się w obrębie tylko jednej fascynacji a co piękne urzeka chyba wszystkich. Mundiale futbolowe są teatrem światowym, który ogniskuje emocje, wywołuje ekstazę, przynosi jednym szczęście a drugim go brutalnie odbiera. Słabe serca kibiców nie wytrzymują napięcia, więc pękają kruche aorty. Jakże fantastyczny musi być ładunek emocjonalny, który powoduje największe uniesienia ludzkiego organizmu! Futbol jest grą błędów, estradą, gdzie spiętrzenie nerwów kończy się euforią albo furią. Szepcze się, że dla niektórych nacji piłka nożna jest religią, która warta jest największego poświęcenia. Mamy dowody.

Kończy się piłkarskie święto w Brazylii; ten Mundial przejdzie  do historii jako turniej, który pogrążył faworytów, odkrył radosny futbol pozaeuropejski, zaoferował urodę goli. Zasłynął również od początku sędziowskimi pomyłkami, które wykoślawiły sens gry. Poseł Jan Tomaszewski, były znakomity bramkarz i uwodziciel oryginalnymi oraz radykalnymi wypowiedzimi oświadczył w kontekście Mundialu, że nasza piłka nożna jest 100 lat za murzynami. Coś w tym jest, bo tempo rozgrywania meczów, znakomite czytanie gry przez trenerów i zmiany korygujące taktykę zasługują na szczery szacunek. Europejski futbol jest nafaszerowany zawodnikami z Afryki i Południowej Ameryki. Kluby mają zakontraktowanych asów, którzy w czasie Mundialu odpływają do swoich narodowych reprezentacji. I tam dopiero zaczyna się koncert. Batutą jest piłka.

Brazylijski pisarz, dziennikarz Ruy Castro pisze, że: „Duzi chłopcy płaczą ale dopiero po meczu. Podczas meczu płaczą tylko płaczki, które moczą spodnie“. Ostro, bo Mundial  oprócz pudrowania niesie z sobą zawały serca i niebotyczną radość. Zenit emocji.

Kiedy ogląda się letnie czy zimowe igrzyska oraz piłkarskie mecze takie, jak na mistrzostwach świata nie sposób wyrzucić za siebie refleksje, które plączą się w głowie a dotyczą żużla właśnie. Zaczynam zatem prać myśli.

Speedway został od 1995 roku pozbawiony swojego skromnego Mundialu, jakim był jednodniowy finał indywidulany mistrzostw świata. Lobby biznesowe pod egidą FIM, czyli Międzynarodowej Federacji Motocyklowej wydzierżawiło pakiet na rozgrywanie MŚ pod nazwą Grand Prix. Słowa jak wytrych. Wszystko pod tym można ukryć. Była euforia i była zaraz wielka nuda, gdyż ponad czterogodzinne jazdy nie uwodziły kibiców. Zwodziły raczej. Łamał się pomysł, polska strona jak husaria pod Wiedniem przed wiekami broniła angielskich funtów. Urodziła się przy okazji gollobomania, która ratowała stadiony frekwencją wypełnionych trybun. Media piały z zachwytu, nie dostrzegając rozbicia tego, co było sednem. Rozmyto mistrzostwa świata do zenitu i raz po raz jakiś zbłąkany reporter donosił, że będzie jeszcze więcej turiniejów, bo 10 – 11 to za mało. Nie pozyskano od 1995 roku ani jednej dziewiczej federacji motorowej, nie wypromowano żużla poza wprowadzeniem go w w dawne rejony, takie jak Antypody, które lansują speedway, lecz przez swoich wysłanników do Europy. W międzyczasie obniżył się drastycznie poziom żużla w Anglii, w Skandynawii wegetuje, pracują respiratory żużlowych fanatyków w Niemczech i Czechach. Samotne białe żagle na torach są potwierdzeniem, że o pakietach drużyn nie ma mowy. Mamy turnieje Grand Prix rozgrywane od marca do października, raz lepsze raz gorsze. Ligi europejskie naszprycowane są polskimi zawodnikami, tyrają Rosjanie, single z innych krajów miotają się od Anglii poprzez Szwecję do Polski, która jest największym pracodawcą elit oraz im pochodnych młodych albo emerytalnych zawodników.

Jaka jest wartość, cena sportowa żużla, jego promocyjny brand? Marka jest niestety niszowa. Nie patrzmy na polskie stadiony, które są wyjątkiem, ale z roku na rok wyludniają się powoli bez samokrytycyzmu włodarzy klubowej egzystencji.

Sport jest promowany przez gwiazdy, ich jazdy, grę, charyzmę. Czy dziś mamy takich idoli jakimi byli Szwed Tony Rickardsson czy Tomasz Gollob? Nie sięgam daleko w historię. Rozwalenie mistrzostw świata mści się okrutnie i nie ma już święta, wydarzenia, które spinało sezon jak agrafka rozdartą koszulę. Potargano wszystko przy fanfarach telewizyjnych przekazów. Festyny trwają, ludzie jeszcze się bawią ale czy są szczęśliwi?

Obserwuję rutynę, brak świeżości, jesteśmy na etapie walki światowych rozgrywek z europejskimi. I jedne i drugie są ważne, lecz zawsze najważniejszymi będą MUNDIALE oraz IGRZYSKA. Ranga w sporcie jest clou wszystkiego i nie da się wmówić, że czarne jest białe!

Decydenci obecnego świata żużlowego żyją bez wyobraźni, zadowoleni z obsługi imprez, absurdalnych obrad jury, które nic nie wnoszą a trwają i kosztują. Tak jak nota bene polscy komisarze na polskim ligowym rynku. Bzdura do kwadratu. Rozmycie władzy, rozdrobnienie regulaminów i brnięcie w biurokratyczny zaułek może tylko służyć nieudacznikom, którzy w mętnej wodzie rozkoszują się apanażami i VIP – owskim czasem. No cóż, bolesna rzeczywistość i amnezja historyczna, brak wyobraźni i jasnej perspektywy, która z jednej strony podnosiłaby speedway tam, gdzie padał i pieściła, gdzie jest prawie raj. A jest gdzieś?

Cena poszatkowanych mistrzostw świata ekscytuje tych, którzy na tym zarabiają, jednak coraz bardziej obserwatorzy nie widzą w tym tego, co powinno być harmonijnym rozwojem. I wydarzeniową sceną, gdzie gra bywa mega popisem.

Zapamiętamy brazylijski Mundial anno 2014, jako widowisko uporządkowanego i zarazem „dzikiego“ futbolu z domieszką fantazji, szałem radości zwycięzców i gorzkimi łzami przegranych, kolorowymi, rozbawionymi fanami z całego świata, którzy z daleka i bliska przyjechali żeby dopingować i cieszyć się wydarzeniem, które ogląda cały świat.

A co speedway świętuje? Zjada tort po kawałku, co dwa tygodnie i chwali się, że może będzie jeszcze więcej turniejów Grand Prix. A za przeproszeniem kur… po co?!

Dżen dybry

boniek

Jechałem autem i słuchałem rozmowy Andrzeja Janisza z radiowej “Jedynki” z nowym prezesem PZPN. Zbigniew Boniek poruszył kilka istotnych spraw, jedna utkwiła mi w głowie na dłużej. Dotyczy również żużla. O tym jednak potem.

Pamiętam, kiedy Norweg z polskim paszportem Rune Holta wygrał w Bydgoszczy pierwszy swój finał IMP i został mistrzem Polski. Wyraziłem wtedy w felietonie opinię, że wolałbym, gdyby jednak mistrzem mojego kraju został ktoś inny. Oczywiście doceniam wielkie ambicje i umiejętności Rune, ale… Po prostu jestem zazdrosny o polskie zwycięstwa i chciałbym aby rdzenni moi rodacy kolekcjonowali najważniejsze tytuły. Czy jestem Europejczykiem? Takim się czuję, choć mój patriotyzm być może ma znamiona skrajności. Wybaczcie. Po powrocie do Częstochowy Holta został uhonorowany przez macierzysty wówczas klub, dostał owacje publiczności, w pełni zasłużone hołdy, a mnie ktoś przy okazji pouczył, że nie potrafię cieszyć się z takich sukcesów, obniżam ich rangę i w ogóle piszę głupoty. Zacietrzewienie działaczy bywa czasem bardziej chore niż kibiców, którzy w przekroju historii mają trzeźwiejsze opinie.

Z ĺwalczakiemĺ do upadłego Holtą, który nauczył się żużla w Polsce bywało potem różnie, bo on na przekór rywalom, moim rodakom dawał łupnia i potrafił wygrywać jak chciał. Waleczne serce Vikinga nabrało również słowiańskości, bo długie przebywanie w naszym kraju dało znać o sobie. A więc “Rysiek” prawie nasz.

Rune Holta to osobny, reprezentacyjny rozdział, zdobywał punkty dla Polski w drużynie, w serialu Grand Prix zaznaczył swoją obecnosć wygranymi i Mazurkami Dąbrowskiego, którego to hymnu niestety nie umiał ani nie rozumiał, bo nikt mu chyba nie wytłumaczył sensu.

Roman Poważnyj mówi po polsku, żonę ma Polkę, więc nie wyobrażam sobie żeby nie była wdzięczną nauczycielką w każdej sytuacji. Polskie obywatelstwo otrzymał podczas rybnickiej, klubowej przynależności.

Pierwszy, który otworzył kaskadę transferową do polskich klubów Duńczyk Hans Nielsen, znakomity zawodnik, wielokrotny mistrz świata pożegnał się z Polską po obfitych latach startów w Pile. Otrzymał Krzyż Kawalerski i to mnie zabolało, bo inni może więcej z moich rodakow zrobili a nie otrzymali, takich wysokich odznaczeń. Pożegnalne dary w stylu bizantyjskim chyba go zażenowały, bo moi rodacy lubią przedobrzyć i nie znają umiaru. W każdym razie góra prezentów spadła na skromnego w gruncie arcymistrza żużlowych torów od Brovst po Lublin, od Oxfordu po Piłę. Hans po polsku się nie nauczył, choć to był jego najlepszy okres w karierze pod każdym względem.

Rechoczemy kiedy zagraniczny gość mówi do nas “dżenkuję”, przyjechał na chwilę do Polski i zwrotów grzecznościowych nauczył się w trzy migi.

Spotykam Grega Hancocka amerykańskiego mistrza i ten mówi dzień dobry, spotykam innych i nie potrafią.W klubach kiedy lawina zagranicznych zawodników spadła na nasze utrzymanie zatrudniano tłumaczy. Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby ich “zmuszać” do nauki polskiego. Pracujesz w Polsce, ucz się języka, niektórzy zawodnicy przebywają u nas już długo i nikt ich nie zmusza, nie ma takich opcji. Czy Robert Lewandowski mówi w Borussi Dortmund po polsku do swojego trenera? Wszyscy uczą się języków i Zbigniew Boniek również nuczył się prędko włoskiego, kiedy wylądował w Juventusie Turyn. Nie było innnej możliwości. Zibi Europejczyk.

W tej konfiguracji pomijam polskich działaczy, którzy bez znajomości języka obcego dostawali się do władz międzynardowych i były śmieszności. Czy się poprawiło? Byłem kiedyś świadkiem, kiedy prominent pomylił w menu po angielsku indyka z… tureckim. To “tarki” i to “tarki”… Działacze, sędziowie, już z tymi jest lepiej, nadchodzi nowa fala ludzi młodych i język angielski jest opanowywany. Gorzej w klubach i zaciągiem zagranicznych zawodnikow, bo nasi młodzi nie bardzo kumają a powinni ich mistrzowie mobilizować. Przyjemnie jest słuchać w angielszczyźnie Sebastiana Ułamka czy Jarosława Hampela. Są jeszcze także także, przyjdzie kolej na pochwały. Mamy inne czasy, inna jest mentalność mechanikow, którzy kiedyś wiedzieli tylko co to jest “box”.  Obecnie najlepsi zatrudniają  gremialnie w swoich “stajniach” polskich majstrów.

Zbigniew Boniek w radiowej rozmowie powiedział, że nie wyobraża sobie aby reprezentant Polski w futbolu, ściągnięty z zagranicznego klubu, urodzony poza rodzimym krajem nie mógł porozumieć się w ojczystym języku z trenerem. I tu nie chodzi o accent, jak zaznaczył Zibi, tylko o elementarne słowa. Skoro przywdziewa koszulkę z białym orłem na piersiach?! No to jak ma się porozumieć? Po niemiecku?

Rozszerzam wątek prezesa Bońka i dedykuję przesłanie nauki języka polskiego żużlowym pracodawcom klubowym, którzy zatrudniają i dobrze płacą nie tylko elicie. Niech wymagają nauki w kilka miesięcy, niech zarobią nasi nauczyciele i niech nie straszy już żadne “ dżen dybry”. Opłacamy a nie wymagamy, cieszymy się jak ktoś bąknie byle co po polsku w fatalnym wydaniu, byle nie “fuck”. Szanujmy się zatem i niech mistrzowie na torze, “ kominiarze” w kasie uczą się jak Boruc, Szczęsny, Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski, Hampel, Ułamek, czy z innych sportów, którzy zarabiają poza Polską, przecież jest sporo koszykarek, siatkarek, siatkarzy, koszykarzy. Dlaczego nie mamy zrobić zapisu w skali całego żużla, że z polskim pracodawcą po jakimś czasie należy mówić po polsku, choćby z obcym akcentem. “Oki”?

Boniek i Emma

Taka zbitka tytułowa i gdzie futbol a gdzie speedway i gdzie Rzym a gdzie Krym…

Zbigniew Boniek pochodzi z żużlowego miasta Bydgoszczy, gdzie speedway wysysany jest niemal z mlekiem matki. Powiedzmy, że tak. Nad Brdę wraca serial Grand Prix i znowu kibice tamtejsi będą mieli radość jakiej doznawali  już kilkanaście razy. Boniek piłkarz niegdyś znakomity i charakterny został nowym prezesem skompromitowanego związku piłkarskiego. Rudowłosy talent z Bydgoszczy wsławił się ongiś transferem z charakternego łódzkiego Widzewa do Juventusu Turyn i szybko został ulubieńcem tej drużyny. Strzelał tam bramki i i zdobywał je również dla polskiej reprezentacji. Ma zawsze swoje zdanie, rodzinę w Rzymie, robi interesy i znany jest właśnie z tego, że nie daje sobie dmuchać w kaszę. Charakter /widzewiaka/ ma od zawsze i pamiętam jeszcze z czasów redakcji „ Sportu“, jak reprezentacja Polski wyprawiająca się do Holandii w autokarze w proteście przeciw dziennikarzom „zaszczekała“ a sprawa dotyczyła obrony bramkarza Józefa Młynarczyka, który zabalował w stolicy. Mówiono, że „Zibi“ był czołową postacią w tym proteście szczekania. Taki epizod z dawnych lat. Po zakończeniu chlubnej kariery Boniek został szanowaną postacią, przeżył swoje pięć minut jako trener reprezentacji umiejętnie wtedy wmanewrowany przez prezesa PZPN Michała Listkiewicza i niestety nie dał rady. Dziwiłem się bardzo, że podjął się tej roboty. Nie podołał i jakby zesmaczył się tym incydentem, jako człowiek ambitny i zadziorny. Tak bywa też z góralami. Podejmował też próby zostania prezesem piłkarakiej centrali ale został wybrany Grzegorz Lato kolega z boiska, który miał duże poparcie zdetronizowanego prezesa czyli Michała Listkiewicza. Kiedy Lato okazał się kiepski jako prezes i mówca, dyplomata działacz Zbigniew Boniek znów zaczął grać, no i wygrał w cuglach. Kiedyś powiedział Lacie, że: “chciałeś Grzesiu rower, to teraz pedałuj“. Historia się zmienia, rowery zostają i pedałowanie też.

Bońka poznałem kiedyś w Pile na dobrych zawodach, gdzie kibicował Tomaszowi Gollobowi. Bywał często na turniejch i meczach, gdzie bydgoszczanin spotykał się ze swoim rodakiem. Kiedy w 1999 roku Tomasz Gollob miał makabryczny wypadek  we Wrocławiu i wyleciał za tor; w klinice ratowano mu życie a złoty medal mistrzostw świata uciekał z rąk, Zbigniew Boniek natychmiast przyleciał do swojego pupila. Z czasem jakoś przeszło mu bywanie na żużlu i nie wiem dlaczego a nie miałem okazji zapytać, co było powodem oziębłości do sportu, który w jego rodzinnym mieście jest kultowym.

Boniek został prezesem PZPN, mocno wzruszył się i ten wybór okrzyczano jako przełomowy, bo pękł mur „betonowych działaczy“. Pojawili się nowi ludzie w zarządzie i nastąpił odwrót “leśnych dziadków“. Wreszcie!.

Minister sportu odetchnęła i otworzył się chyba dach nad jej głową. Lato bramkostrzelny piłkarz przeżył w swoim życiu epizod w roli prezesa PZPN mało chlubny, aczkolwiek bardzo intratny. Zaliczył także największą, historyczną imprezę jaką było w Polsce EURO, udane organizacyjnie, mało udane sportowo. Zostały nam po EURO  „pomniki“ stadionowe w kilku polskich miastach.

Jakim będzie prezesem Boniek pokaże czas. Mieszka w Rzymie, pracować będzie musiał w Polsce. Jak mówi… nic nowego.

Wybór Bońka na prezesa w tak trudnym związku jakim jest centrala piłkarska oznacza, że przychodzi czas na nowe zarządy i prezesów w innych związkach, gdzie “leśne dziadki“ okopali się aż po zgon. Uważam, że ten wybór powinien być hasłem do kolejnych zmian w polskim sporcie. Polski Związek Motorowy ma statut i wybory zabezpieczające kadencje na lata. Dlaczego kadencyjność obejmuje funkcje państwowe, samorządowe a związki sportowe mają zapewnioną dla prezesów rutynę nie ograniczoną niczym i tak kwitnie klakierstwo bez końca. Nijak to się ma do demokracji i haseł dawania szansy młodym ludziom, którzy mają dużo do powiedzenia i chcą działać z pomysłami. Nie dziwię się zatem gwizdom kibiców, którzy sprawiedliwie oceniają prace prezesów związków sportowych.

A skąd w tytule tego felietonu Emma? Takie imię ma żona tragicznie zmarłego w tym roku na torze Anglika Lee Richardsona. Polacy mocno przeżyli ten wypadek 13 maja we Wrocławiu, lubianego żużlowca, który startował w polskiej lidze. W Rzeszowie, gdzie jeździł uczczono jego śmierć turniejem charytatywnym, także w Częstochowie, gdzie ongiś jeździł,  specjalnym wyścigiem na jego cześć. Do Rzeszowa przyjechała Emma i koszt jej pobytu był nadto wysoki. Jej rodacy potrafią liczyć funty i na pewno nie byliby tacy szczodrzy. Pani Emma upomniała się o pieniądze za ten turniej, naskarżyła do Pezemotu i w ogóle nad Wisłokiem przekroczyła nie ładnie budżet. Prezes Marmy Marta Półtorak poirytowała się tym faktem. I nie tylko ona. Prezes Włókniarza Częstochowa Paweł Mizgalski też dostał niesłusznego prztyczka w nos. Narozrabiała pani Emma i jak się okazuje mąż Lee był bardziej skromny.

Moim rodaczkom i rodakom radzę więc z całego serca aby dbali przede wszystkim o swoje rodaczki i rodaków, którym trzeba pomagać w trudnych sytuacjach życiowych. Jesteśmy narodem bardzo honorowym, lecz nie pozwólmy sobie skakać po głowach i szanujmy się, bo raz po raz zagraniczni goście dają odczuć nam swoją wyższość i zarazem poniżanie. Bardzo mnie bolą takie fakty i nie ważne dla mnie okoliczności, liczy się klasa ludzi, charakter oraz ich morale. Niskie pobudki i monety w oczach powinny być ocenione trafnie już na progu. Po prostu szanujmy się a najlepsze trunki wypijmy skromnie sami, bez towarzystwa ludzi zblazowanych i mało charakternych. Prawda prezesie Boniek?

Jego Magnificencja Statut

Minister Mirosław Drzewiecki oklapł mocno po wyborach w PZPN i wcześniejszym zamieszaniu wokół tego związku. Mamy zatem zimą Lato. Nie o ten klimat jednak chodzi. Zapowiadał pan minister zmiany w poszczególnych związkach sportowych. Nie wiem jakim cudem, ale wieścił. Nie potrzeba do tego policjantów z Miami. Nie. A zatem ?

Dotychczasowe wybory związkowe potwierdzają, iż nic się nie będzie działo, gdyż statuty i ordynacje są z lat pięćdziesiątych i modyfikacje jakie były dokonywane umacniały tylko zarządy w kontynuowaniu panowania nad sportami. Chore zjawisko od lat. Brak kadencyjności, są przemyślane ordynacje zabezpieczające synekury. W jednym takim związku dokonuje się wyborów kilkunastu działaczy, a z tych dopiero wybiera prezes and company, czyli szuka takich jakich chce, odrzuca nowych z inwencją i na pewno tych, którzy mają inne zdanie, choćby ich popierało całe środowisko. Nie ma więc rady ministrze na takie praktyki, jeśli nie zmieni się globalnie statutów, Jego Magnificencji Statutów, które zabezpieczają długoletnie panowanie na stołkach prezesowskich. 

Casus Listkiewicza przejdzie do historii. I Lato przejdzie, zaś wiceminister sportu Adam Giersz będzie nadzorował zjazdy i też przejdzie do historii, bo mu tak wygodnie. W tej sytuacji łatwo przechodzi się do historii, zaś piekielnie trudno z niej wychodzić. Trwa era JM Statutów i mamy tylko pozorne działania, abdykacje sfrustrowanych prezesek czy prezesów, których niestety zastępują podobni do odchodzących w działaniu. Taki oto jest krajobraz sportowych struktur, a minister Drzewiecki ani nie wstrzymał Listkiewicza, ani nie ruszył okalającego betonu. Ma być w związkach poza futbolowych inaczej?