Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Ach ten styl!

Harmonijny styl biegacza, fantastyczna sylwetka, łatwość pokonywania dystansu, płynność giganta z Jamajki. Usain Bolt talent olimpijskiego złota i król rekordów świata. Styl do kopiowania przez studentów Akademii Sztuk Pięknych. Antyczna rzeźba w ruchu? O tak! Styl, jakże ważna rzecz. Mówi się o paryskich kobietach z Montmartre, długonogich piękności z Martyniki, dżentelmenach w melonikach spieszących do londyńskich teatrów i kreacjach kobiecych z sal operowych świata nie tylko z La Scali. Styl. Może być rozchełstany i rozwichrzony, może być powściągliwie unurzony w czerni. Włoski błękit koszul i brąz butów do granatu czy czerni. Charakterystyczny fason. Wyróżniający kogoś z bliska i daleka bez wydawania głosu. Styl jazdy na motorze i w biegu, w gestykulacji i głosie albo kojącym nerwy albo budzącym z głębokiego snu. Osobowość i styl.

Czy sylwetka legendarnego Nowozelandczyka Ivana Maugera, który zdobył sześć tytułów świata była charakterystyczna? O tak, rozpoznawalny nawet z samej góry Stadionu Śląskiego. A jeszcze wcześniej rudowłosego Anglika Petera Cravena? Jasne! Stylowo atakował Amerykanin Bruce Penhall i pięknie był ułożony na motocyklu Edward Jancarz. Przeglądnijcie zdjęcia, taki sam styl złapał Piotr Świst. Można nałożyć zdjęcia na siebie, takie same figury. Styl bycia i styl jazdy, styl ubierania się i prezentacji. Oryginalność nie zawsze musi być elegancka. Odrzućmy jarmarczność od eleganckiej prostoty.

Słyszę kiedyś w TV z zawodów głos mówiący o tym, że nie może rozróżnić sylwetki żużlowca. Czy mamy teraz rozmazanie stylów i nie można nikogo rozróżnić na pierwszy rzut oka? O tak. Styl narzucają szkoleniowcy, nie zawsze się sztuka udaje, gdyż zawodnicy mają różne predyspozycje. Ale X nadaje taki styl, Y wcale, a trzeci  nie wie o co chodzi, bo sam jest nijaki. Czy Wiesław Jaguś ma sylwetkę do zapamiętania? Tak, ma. A nasz najlepszy zawodnik Tomasz Gollob? Też, jego styl szosowy rzuca się w oczy gdy przy maksymalnej szybkości mija rywali pod bandą. Sprint zawodnika wyciągniętego na motocyklu niczym zając wyskakujący w szalonej ucieczce spod miedzy. W sporcie mamy różne szkoły, jak w malarstwie ale style rzadko teraz są widoczne. Popatrzcie na elitę wiodącą w serialu Grand Prix: kaskaderski Nicki Pedersen, rozpędzony  siłowo Jason Crump, kalifornijska finezja krawężnikowego Grega Hancocka, skuteczna zwyczajność Leigha Adamsa. Inni, szarpiący się Andreas Jonsson, podobnie nierówny w szybkościach Rune Holta. Dalej gromada podobnych zawodników wygrywających start i pędzących do przodu albo przegrywających moment pod taśmą i szukających rozpaczliwie rozwiązań pod bandą lub na kredzie krawężnika. Czy możemy oświadczyć z czystym sumieniem mają styl?!

Piszę o tym, bo zawsze chwile szkolenia młodziutkiego chłopca są najważniejsze. Układ ciała na motocyklu, zgranie z kierownicą, dostosowanie całości do pokonywania dystansu, zwinność sylwetki w momentach dramatycznych. 

Igrzyska Letniej Olimpiady w Pekinie pokazały nie tylko piękno ludzkiego ciała, jego harmonijność w walce o medale ale i charaktery w przygotowaniach do tak ambitnej rywalizacji na świecie. Nie wiem czy miss igrzysk zostałaby Paragwajka rzucająca oszczepem, choć odległości były takie sobie ale uroda na poziomie intratnej oferty z Hollywoodu. Może. Charakter naszych wioślarzy czy Szymona Kołeckiego albo Leszka Blanika czy Mai Włoszczowskiej jest podręcznikowym przykładem sportowego ducha, stylu na sportowej arenie i poza nią. Szymon Majewski pchnął kulę po złoto a dysk Piotra Małachowskiego poleciał też po taki sam medal. Bezpośredni mocarze bez kompleksów, bez udawania kogoś innego, taniego pozerstwa i wszędobylskiej umysłowej impotencji jaką się czasami obserwuje u niektórych sportowych niespełnionych karier. Sympatyczny dyskobol chciałby zostać kapralem, przed zawodami przyznał szczerze, że śniły mu się kobiety. Szczerość do bólu bez zakłamania. Jeden z internautów złośliwie pytał, czy rączki były na kołdrze. Szczerość za szczerość a dysk leci po złoto.

Jeden z polskich działaczy zasypia na trawniku w wiosce olimpijskiej. Nie możemy się oderwać od stereotypów, które jak wspomniał reżyser „ Piłkarskiego Pokera” Janusz Zaorski ciągną nas w dół. Jacek Wszoła złoty medalista w skoku wzwyż z Montrealu’76 mówi o konieczności współdziałania resortu sportu ze szkolnictwem każdego typu. Nie mamy niestety powszechnej kultury sportowej. Nie możemy wyskoczyć z niemocy organizacyjnej sportowych związków tak, jak i z liczby posłów w sejmie, która to gromada nie zmienia się od lat i ludzie zastanawiają się czy nie wystarczyłaby nam połowa mniej. Statuty polskich związków są przestarzałe i hamują dopływ młodych umysłów, zbudowania nowego stylu myślenia w pracy. Dotyczy ten problem także Pezetmotu i poszczególnych jego komisji, które utwardzają chore schematy, mnożą niepotrzebne koszty nie tylko samochodowych delegacji a działacze obsługujący imprezy z ramienia górnej półki związku nie mają najczęściej „na dole” nic do powiedzenia. Czy zatem nie lepiej wysyłać na takie zawody sportowe autorytety, które budzą respekt u stojących na podium?!

Tradycja. Moda. Styl.

Kto jest autorytetem dla zawodnika zaczynającego karierę czy ojciec były zawodnik czy szkoleniowiec bez większych sukcesów sportowych? Dylemat. Tam już na pierwszym stopniu schodów kariery dochodzi do potknięć chyba, że obie strony opiekuńcze inteligentnie się mijają w procesie wychowawczym i nastoletni adept nie jest świadkiem destrukcyjnej dwuwładzy. Jakże ważny jest styl pracy. Artur Boruc zanim musiał go ukarać trener reprezentacji już podobne wyskoki na boki uprawiał w Celticu. Na Ukrainie wszystko się wysypało. Boruc ma klops, jego kompani i jego opiekunowie, bo szkoda zostawić ten bałagan na boku. Polski sport jest z jednej strony taki charakterny jak Kołecki czy szeregowy Małachowski albo taki rodzinnie piękny jak Blanik a z drugiej otoczony wczorajszymi schematami nie do akceptacji już dziś. Nie ulega wątpliwości, że nie każdy ma taki autorytet jak Bogdan Wenta wśród piłkarzy ręcznych i dlatego warto czasem słuchać stylowych ludzi i łapać ich złote myśli do swojego ogrodu szkoleniowego.

Żużlowy świat nie ma dziś super klubu, nie ma reprezentacji gwiazd i nie ma takiego charyzmatycznego asa, który byłby na ustach wszystkich i przyciągał do siebie fanów obu płci w różnym wieku a większość piszczała z zachwytu, kiedy taki mistrz byłby wśród nich.

A zatem czekamy na nową gwiazdę, grand idola, który byłby nie tylko czarodziejem w speedway’u ale indywidualnością dla innych, o choćby takim Tonym Rickardssonem tańczącym nie tylko na żużlu. Takim czarnym Boltem z białych plaż Jamajki.