3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

2 razy po 6 i 3 razy po 1 cz. 2

Na czym skończyłem ostatni felieton? Ano śmierci Ivana Maugera/ ur. 1939/, który zmagał się z udarem, otoczony troskliwą opieką rodziny, zmarł w domu na australijskim wybrzeżu Gold Coast 16. 04. 2018 roku. Postać wybitna, profesjonalista 100%, esteta, techniczny czempion/ jeździł na Jawie/ z nienagannym, głównie fabrycznym sprzętem. Prekursor w tym sporcie, na rynku reklamowym, to na jego plastronie pojawiła się znana, francuska marka alkoholi Ricard. Ostatni raz widzieliśmy się w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”, kilkanaście lat temu. Miejsce sielanka, staw przed oknami a na nim dzikie kaczki. Cisza głucha. Był w świetnej formie, już nie ten Ivan, bez startowego stresu. Nowozelandzki as zdobył 6 indywidualnych tytułów mistrza świata, mniej/5/ Szwed Ove Fundin. Czy ktoś “zrobił” więcej? Nie. “Tylko” zrównał się z nim Szwed TONY RICKARDSSON. Zawodnik innego stylu, z mądrego zaciągu coacha Bo Wirebranda, który odbudował szwedzką reprezentację po regresie spowodowanym stratą młodego Tomy Janssona/ zginął na torze Getingarny w Sztokholmie/. Tony, jako pierwszy żużlowiec zaprezentował nowy styl bycia, zamówił samochód – dom, w którym można mieszkać i pracować, były tam ponadto motocykle i warsztat. Niezależny na parkingach stadionowych, wzorem stajni wyścigowych F – 1, miał luzackie miejsce. Próbowano go naśladować, lecz nikt nie zainwestował w taki pojazd, były mniejsze, Rickardsson miał zrobione wg. modelu najszybszych ścigantów samochodowych. Z biegiem lat przyzwyczajono się do standartu Szweda, wcześniej oglądano jak/ w tym polski akcent mechanik, menedżer doświadczony Tomasz Suskiewicz/ wędruje z zawodów na zawody ogromnym vanem – domem. Pozornie swobodnie, bo ambicje sportowo – życiowe miał konkretne: zdobyć więcej złotych singli MŚ od Maugera. Nie chciało mi się za bardzo wpierw wierzyć, Tony nie był moim idolem. Tak jakoś, doceniałem talent, nowatorstwo, chwaliłem za profesjonalizm do ostatniej śrubki w motorach, butów i prezencji na galach. Był ambasadorem nowej jakości w żużlowej przestrzeni, zarabiał i mądrze inwestował. Chciał pobić rekord Maugera, lecz nie udało się, “tylko” wyrównał. Miał pomysły jak wygrywać, śmigał jak jaskółka, choćby przypomnieć szaleńczą szarżę w Cardiff w jednej z GP po bandzie. Kaskaderka. Pewny motocykli a jazdy były żywiołem opanowanym.

Przypatrywałem mu się wielokrotnie, także ten ostatni raz/ zaproszeni goście startowali gratis/ w pożegnalnym show/ Gollob nie przyjechał!/ w Tarnowie, gdzie jeździł w Unii a mówiono tam niego pieszczotliwie “Tosiek”, w lokalnym slangu. “Tosiek” obleciał kilka polskich klubów, rywalizował ostro z Tomaszem Gollobem, obaj potrafili ścigać się brawurowo po bandzie. Zaczynał polską karierę klubową Rickardsson w Bydgoszczy, potem walczył w klubach Ostrowa Wlkp., Zielonej Góry, Gorzowa, Gdańska, Torunia, Tarnowa. Medali mistrzostw świata ma worek, trzy córki, jednego syna z dwóch małżeństw, pierwszą wybranką była Anna, poznaliśmy się gdzieś na zawodach, drugą miłością Christine.

Rickardsson był błyskawicą, ale też miał wypadki, jeden groźny z urazem głowy i ten fakt zadecydował, że w 2006 roku postanowił zjechać z toru, bo nie chciał ryzykować życiem, kalectwem, za dużo miał do stracenia. Jeździł świetnie i tam samo tańczył /podobnie jak słynny Duńczyk Ole Olsen/ więc zajął drugie miejsce w telewizyjnym show Let’s Dance z partnerką Aniką Sjoo /ostatnie dwie literki z dwoma kropeczkami/, reklamował popularne w Skandynawii snusy, tabaki do żucia pod górną wargą, brand Swedish Match, wierny sponsor, podobnie błyskały zapalniczki Criket, robione w holenderskim Assen, jest tam duża hala z lodowym torem, w której ścigają się na motorach. Holendrzy nie przepadają za żużlem, lecz za wyścigami motorowymi na trawie, lodzie rangi MŚ. Speedway nie zachwycił w kraju wiatraków, mimo prób i nawet organizacji dwudniowego finału indywidualnych mistrzostw świata na historycznym, olimpijskim stadionie w Amsterdamie/ 1987/. Po raz pierwszy jako Polak sędziował imprezę Roman Cheładze z Torunia, Roman Jankowski zajął wtedy 14. miejsce a wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Nie powtórzono już potem dwudniowego finału, “poszukano” bezsensownej “pralni” w postaci serialu Grand Prix. I tak się wlecze, choć widać dno.
Tony był jednym z dyrektorów firmy, która produkuje miliony sztuk zapalniczek do blisko 150 krajów świata: Cricket jak zapałki! Ścigał się również autami, był mocno popularny swego czasu w rodzinnej Szwecji; zdobył dla “Trzech Koron” mistrzostwa świata na żużlu, który Skandynawowie kochają, traktują barwnie piknikowo, zaś w tamtejszej lidze polscy zawodnicy mają duże poważanie.

TONY RICKARDSSON, choć nie mój idol, zapisał się w historii żużla jako człowiek, który dał ofertę bycia innym w każdym elemencie kariery. Pokazał, że wpierw wynik, potem luksus a nie każdy ma taką filozofię. Rozważam, że gdyby pod koniec kariery nie ten “łomot” na torze, podszepty lekarzy “daj już sobie spokój ze sportem”, byłby w stanie być siedem razy mistrzem świata. Trudny rekord, dziś już raczej niewyobrażalny. Był tak często w Polsce, że poznał świetnie naszą mentalność, rzeczywistość; w Trójmieście ma swoją bazę, którą odwiedza z przyjemnością; lata mijają, spójrzcie w jego mega kronikę zdobyczy na żużlowych torach… Księga imponująca, pierwszy tytuł mistrza świata w 1994/ jeszcze finał jednodniowy Vojens, Dania/, ostatnie złoto w 2005 /serial Grand Prix, finał we włoskim Lonigo, gdzie zdobywa komplet pkt, z 7 wygranymi wyścigami. Perfekcja. Ten sezon był dla niego bogaty, oto cztery triumfy z rzędu, 6 turniejów zwycięskich na 9!

16 września 2006 w Tarnowie koniec, łzy pożegnania; nieżyjący prezes Unii Szczepan Bukowski był tak zadowolony z tego turnieju, jak i beneficjent. Kameralny bankiet na tarnowskiej Starówce był spotkaniem doprawdy serdecznym. Szwedzkie pożegnanie mistrza odbyło się w rodzinnej Aveście, meczem pomiędzy Masarną a Resztą Świata i dodatkowy wyścig o motocykl “Tośka”wygrał Australijczyk Leigh Adams, który po zakończeniu swojej kariery miał wypadek na motocrossie/ jak Tomasz Gollob/ i niestety musi być na wózku. Dramat.

Fakty radosne mieszają się w tym sporcie z bardzo przykrymi. Los reżyseruje nie tylko karierami ale także ich końcami. Extrema jest diabelnym ryzykiem, czasem mało sprawiedliwym. Ot, życie!

Idole, ikony, legendy…

Moim asem od serca na zawsze pozostanie Amerykanin z kalifornijskiego wybrzeża BRUCE PENHALL, finał na Wembley w Londynie w 1981 roku był dla niego zwycięski, powtórzył wyczyn w 1982 w Los Angeles, ten angielski był bodaj najlepszym turniejem w historii żużla i nie jest to tylko moja opinia. Bruce na Coliseum też wygrał, był członkiem wspaniałej złotej reprezentacji USA; dziś ponad 60 – letni, przystojny mężczyzna. W latach kariery nie mógł przejść spokojnie wobec naporu urodziwych dziewczyn, kobiet. Uwielbiano go, był filmowym idolem. Penhall chciał grać w Hollywood, zdradził publicznie plan wcześniej, miał jasny cel i występował w sitcomach, uganiał się po plażach na motocyklu w scenerii oceanu, błękitu nieba i skąpo odzianych girls. Nie przebił się jednak na wyżyny “fabryki snow”, jego kariera nie potoczyła się w kierunku ambitniejszych produkcji. Z Brucem/ma dużą firmę budowlaną/ widziałem się kilka lat temu w Toruniu, dokąd przyjechał na GP ze starszym synem/ młodszy zginął tragicznie/. Maniery pozostały te same, aparycja dojrzała, popularność tylko dla wybranych fanów jego talentu, osobowości, bo charyzma Penhalla, żużlowego aktora jest godna sklonowania. Jego postać przyciągała fanów, podnosiła temperaturę emocji.
CO NAM zostało jeszcze z tamtych lat? Muszę być wierny tytułowi, więc za tydzień na tych łamach: “3 razy po 1”… A może jeszcze jakaś promocyjna refleksja? /cdn/.

 

Photo by Jay Wennington on Unsplash

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

„Korniki“ zjadają speedway

Penhall6

Ole Olsen duński, były trzykrotny mistrz świata z rezerwą zapatruje się na poczynania organizatorów indywidualnych mistrzostw Europy. Nie dziwię się absolutnie, gdyż od początku był przy organizacji solowych i drużynowych mistrzostw świata i dyrektorował przez kilkanaście lat serialowi Grand Prix, który „wyciął w pień“ finał indywidualnych mistrzostw globu razem z przyległościami. Olsen był zawodnikiem nieprzeciętnym, o czym świadczą wyniki, a jego organizatorskie poczynania w żużlu mają wartość udokumentowaną. Zapatrywałem się od początku ze sceptycyzmem na nowość w postaci Grand Prix i dziwię się, że przetrwała z małymi modyfikacjami do dziś. Jestem nadal sceptykiem rozgrywania solowych mistrzostw świata w takiej formie. Przejadła się i poszukiwanie, sankcjonowanie nowych miejsc /fińskie Tampere/ na kolejne turnieje wcale mnie tak nie cieszy. Anglicy dzierżawiący prawa od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej aż do roku 2021 mają jeszcze dużo czasu by wycisnąć funty od organizatorów, którzy uważają za duży prestiż przygotowanie kolejnej rundy MŚ pod nazwą Grand Prix. Jak się zwał, tak się zwał, brakuje w każdym razie jednego dużego wydarzenia żużlowego w skali światowej. Takim wydarzeniem były jednodniowe finały, które ściągały jak w każdym sporcie wszystkich, którzy oczekiwali przeżycia nad przeżycie. Od 1995 roku, od inicjacji Grand Prix we Wrocławiu upłynęło sporo czasu, turnieje GP mimo wszystko przeżywają się i rozdrobnione mistrzostwa świata nie ekscytują jak dawniej.

Co z tym fantem zrobić?

Na razie nic…“Kotlet“ leci jak leci… umowa dzierżawców z FIM biegnie, czasu do 2021 pozostało jeszcze trochę. Rutyna goni rutynę Jak ugryźć konkurenta na rynku? Polska firma z Torunia One Sport przymierza się, moim zdaniem, do „ugryzienia“ GP wcześniej czy później i na razie zdobywa doświadczenie w postaci Grand Europy.

Prestiż i jego waga pomiędzy mistrzostwami świata a ME w każdym sporcie jest duży mimo atrakcyjności dyscypliny, obojętnie czy to futbol, lekkoatletyka, siatkówka czy piłka ręczna. Ole Olsen, jedna z pomnikowych postaci żużla i sportu, ma rację komentując prestiż jednych i drugich rozgrywek. Zgadzam się tym razem z Ole. Firma toruńska OS wjechała z hukiem w żużel i zgromadziła jednak ogólnie przyjazne komentarze. Jeśli będzie chciała poszerzyć ten rozmach liczebnie podzieli los angielskiej grupy BSI z domieszką amerykańskiej. Przesyt rodzi znudzenie.

 

W interesach kiedy nie można podzielić się łupami potrzebna jest inteligencja i wizjonerstwo. One Sport widzi interes i moim zdaniem na horyzoncie majaczy się jej łup w postaci GP światowego. Jak wytrzymać jeszcze kilka lat by osiągnąć cel?! Warto powalczyć. Jeśli wykaże wstrzemięźliwość w organizacji i nie pójdzie na ilość ma szansę wygrać z BSI i zebrać śmietanę, wykupić prawa/ chyba nie będą zaporowe?!/ i ograniczyć liczbę turniejów, zrobić z serialu wydarzenia w ramach show, reklamy no i w IMŚ powrócić do finału indywidualnego! Marzenie! Jeśli do tego dojdzie dorzucę swoje trzy grosze udziałowe w takim przedsięwzięciu.

Warto wykazać cierpliwość a telewizyjne poparcie Eurosportu na świat jest obrazkowym „treningiem“ bezcennym. Konkurencja na Wyspach Brytyjskich już jest czujna. Nie wprowadziła przez lata niczego nowego. Na początku „urodziła“ turniej, który dla normalnego „śmiertelnika“ był wizerunkową karą; to odpadanie zawodników, długość trwania turnieju przekreślała percepcję w emocjach zdroworązsądkowych. Tasiemiec trwał i trwał, media podsycały atmosferę, organizatorzy klubowi w niektórych krajach wydzierały sobie turnieje, wydając krocie, toteż pierwszy właściciel BSI, dla którego speedway był jednym z elementów zrobienia dobrego interesu po kilku latach sprzedał udziały i zajął się promowaniem odzieży z nową marką. Jakoś nie widzę jego „brandu“ na stadionach żużlowych. Horrendalna kasa krążyła na początku serialu, polska strona ratowała angielską stronę/ „Lech“ Jana Kulczyka/ zamiast „wydoić“ ile się da/ tak, bezceremonialnie/, lecz Polacy tacy są, ślepo zapatrzeni na zachodnią stronę, która traktuje nas w efekcie jak roboli. Nie raz i nie dwa pisałem, rodacy szanujcie swój prestiż, honor. Nie padajcie przed byle kim na kolana. Wydzierano jednak sobie organizację, trzy turnieje GP a gdyby można było to pięć. Bzdura. Trwała dodatkowo gollobomania. Pieniądze kończą się jednak i w Polsce, frekwencja spada, analizuję od kilkudziesięciu lat to zjawisko, frekwencja przymiera, telewizja transmituje mecze ligowe, kibice stają się wygodni i oszczędni. Nie dziwię się wcale. A kto kokietuje fanów na stadionach, czym?

Speedway w skali globalnej potrzebuje nowego kalendarza, logiki rozgrywek, przemyślanego schematu; wzory były i nie jest wstydem wrócić do czegoś, co było dobre i wywoływało ekscytację milionów. Rutyna jest zgubna w każdej dziedzinie; turnieje Grand Prix z przemęczonymi zawodnikami nudzą, dwanaście turniejów stanowczo za dużo, zawodnicy mają problemy gdzie startować. Jeśli pierwszych ośmiu najlepszych w cyklu GP nie będzie mogło startować w mistrzostwach Europy, to ten akt głupoty jest początkiem kilkuletniej Grand Wojny pomiędzy dwoma organizatorami. Mimo wszystko cieszę się, że wreszcie polska strona ruszyła do ataku, bo z historii żużla i wykładanych pieniędzy to się jej należy. Nic nie zniszczy lepszego od gorszego o czym kapitałowa strona z rynków zachodnich wiedzieć powinna. Kompromisy są dopuszczalne, lecz  byłbym bardzo restrykcyjny i niech Anglicy patrzą na swój rozdygotany żużlowy rynek a polski winduje się w górę na zdrowych zasadach. I niech wreszcie „król“ będzie „królem“, choćby z Torunia. Olsen się jeszcze przekona, swoje przysłowiowe pięć minut w GP już zaliczył.

Co jeszcze? Ano nic, mamy koniec sezonu z niewiadomymi, więc będzie się działo, oj bardzo działo.