Vojens? Ole!

 

420618.501

Nie ma żartów, już teraz mamy sprawdziany na miarę medali. Sezon wjeżdża bez pardonu w strefę radości, żalu, spełnionych marzeń, niedosytu. Dla każdego coś tam! Proszę bardzo po kolei. Przelecieliśmy przez walijskie Cardiff, gdzie gorzowski mikrus Bartosz Zmarzlik wystrzelił jak rakieta obok Australijczyka Jasona Doyla, który wcześniej wygrał rewelacyjnie praską Grand Prix. Zmarzlik wykonał manewr, który można wybaczyć młokosowi, on ma szybki motocykl, lecz miał szczęście, bo nie raz takie numery kończą się karambolem. Nie wpadam w euforię przy takich mijankach, bo speedway to szczęście i nieszczęście w jednej kopercie. Darujmy sobie przykłady. Gorzowianin jest mały i lekki a motocykl pędzi z nim jak Pendolino. Warto aby młodzieniec z talentem jeszcze nauczył się angielskiego, lepiej poczuje się w gronie zwycięzców. W Cardiff unosiła się jeszcze atmosfera piłkarskich mistrzostw Europy, gdyż futbol brytyjski ratowała właśnie Walia z Garethem Bale’m na czele, zawodnikiem madryckiego Realu. Ale teraz mieliśmy skok w bok, czyli w Millennium Stadium 5. rundę serialu GP. Wygrał dredowy Antonio Lindbeack, który jest czasami szybki jak brazylijska piłka kopana przez legendarnego Pele. Z początkiem sierpnia mamy igrzyskowy szał letniej olimpiady w Brazylii, no i liczymy na medale głównie lekkoatletów, którzy niedawno w Amsterdamie wygrali klasyfikację medalową ME, a tego jeszcze nie było w historii. Za Lindbaeckiem ze Szwecji, stanął na podium amerykański weteran żużlowych wojen Greg Hancock, który też mieszka w Szwecji. Czy ten kraj lubi emigrantów z różnych stron świata? Trzeci na podium był wspomniany Zmarzlik i szkoda, że w finale zabrakło jeszcze bardzo dobrze jeżdżącego w Cardiff Piotra Pawlickiego. Rozkręca się pociecha familii Pawlickich, jeszcze robi błędy. Nie wjechał też do finału Maciej Janowski, który jeździ mało stabilnie. No zaraz, nie za duże apetyty żeby trzech Polaków znalazło się w finale? A tak się zanosiło, bo wygrywaliśmy na układanym torze rewelacyjnie, jednak przyszła zadyszka. Usłyszałem w TV, że Cardiff to Mekka brytyjskiego żużla… Nie przesadzajmy, historyczną Mekką speedway’a pozostanie na zawsze londyńskie Wembley, a walijska stolica po prostu urządza turnieje GP. Nie kryję zdziwienia, dlaczego dla wzmocnienia prestiżu żużla, właśnie tam nie lokuje się finału sezonu; miejsce jest wymarzone na takie wydarzenie pod dachem. A tu bęc trzeba w październiku po toruńskiej GP lecieć z bagażami do Melbourne. Antypody lepsze byłyby na otwarcie sezonu! Czy władza FIM ma coś do powiedzenia, czy tylko przyklaskuje, podobnie jak polska elita żużlowa, która modli się aby w takim towarzystwie być i bez wychylania przez okno, żeby nie wypaść. Mało odważnych w gierkach pod wodzą Włocha Armando Castagny, niemal sycylijska atmosfera pachnie niczym pizza prosto z pieca.

Jedźmy jednak do Vojens, gdzie na torze Ole Olsena w półfinale drużynowych mistrzostw świata startuje polska reprezentacja obok Duńczyków, Rosjan i Czechów. Ci ostatni będą pewnie ostatnimi. A reszta? W 2010 roku, kiedy solowym mistrzem świata został Tomasz Gollob, w duńskim Vojens Polacy zdobyli złoty medal, przed Duńczykami i Szwedami. Tego polskiego złota w DMŚ trochę było i może przyda się jeszcze na… 500 plus. Baraże i finał anno 2016 są lokowane na nowym stadionie w Manchestrze, gdzie sędziował nie tak dawno Marek Wojaczek młodzieżowe zawody. Stadion robi wrażenie. Manchester futbolowy to drużyny ze światowej elity United i City a żużlowy, to Belle Vue z legendą Petera Colinsa, mistrza świata a wcześniej rudego Petera Cravena, który tak jak Zmarzlik śmigał po torze niczym Szkot z dowcipu po darmową szklaneczkę whisky. Coach Duńczyków, multimedalista Hans Nielsen słusznie pominął w kadrze “rozklekotanych” – Nickiego Pedersena i Petera Kildemanda. Gospodarze będą jednak na pewno groźni i bez odstawionej pary. Rosjanie pojadą “wpieriod” z Emilem Sajfutdinowem i braćmi Łagutami; oni mają ambicje być w finale i nie można ich lekceważyć.

Zwycięzcy półfinałów automatycznie wjeżdżają do angielskiego finału, drudzy i trzeci trafią do barażu. Nie ma co kombinować, warto więc wygrać i mieć czas a odnowę. Finał imprezy 30 lipca, wcześniej baraż a jeszcze przed tym półfinały: wpierw w Vojens / 23 lipca/ a trzy dni później w szwedzkim Vastervik.

Rok temu na torze w Vojens Polacy wywalczyli brązowy medal a wygrali dobrze zgrani Szwedzi przed Duńczykami. Zabrakło Anglików, którzy teraz mają udział zapewniony jako gospodarze i pod wodzą Tai’a Woffindena będą groźni jak… piłkarze Manchesteru United albo City. Manchester jest miastem, gdzie od futbolu i speedway’a trudno uciec.

Drużynowe MŚ sygnowane jako Puchar Ove Fundina mają swoją historię bardzo polską i znaczoną medalami, co jednak w sporcie niczego nie gwarantuje. Ceni się wczoraj ale liczy dziś! Mamy nową ekipę już bez Tomasza Golloba i Jarosława Hampela, jednak zmiennicy mogą wszystko, co pokazali w ostatniej GP w Cardiff, choć zabrakło hymnu narodowego, co jest zawsze patriotycznym momentem wzruszenia. Sport bywa piękny w uczuciach, lecz nieprzewidywalny w skutkach. Speedway szczególnie, bo znaczony wypadkami, które kaleczą wizerunek a smak łez bywa jakże różny.

Ledwie zakończy się drużnowa przygoda MŚ, już 13 sierpnia w szwedzkiej Malilli mamy kolejne zawody Grand Prix. Nie ma więc oddechu, trzeba “orać” tory ku zadowoleniu dyrygentów serialu, który stanowczo jest za długi i wyciska z wszystkich nie tylko pot ale czasem coś gorszego, gdyż zmęczenie jest przykrym towarzyszem kontuzji i wypadków.

A zatem nie ma żartów a to dopiero środek sezonu i wszystko przed nami, jak na plażach Bałtyku; ścisk, drogo, pogoda różna a do domu daleko. Ole!

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Zagadka Ullevi

Nie wyobrażam sobie serialu Grand Prix bez Goeteborga, który bardzo lubię, nie tylko zresztą ja, bo miasto ma swoją urodę, klimat niebagatelny, dla biednych, bogatych i średnich, geograficznie wszystko, bo góry, jeziora, morze, lasy, kanały, coś tak ważnego dla człowieka, jak przyjazne środowisko. I ten wszelaki sport za plecami, miasto targowych spotkań, kongresów światowych. Miasto bombonierka ze stadionem Ullevi, gdzie speedway jest takim gościem jak inne sporty, wydarzenia estradowe najwyższej klasy. Goeteborg dla sportu, zakochanych i szwedzkiego króla, który lubi tu przyjeżdzać. I ja też. Bo tu byłem świadkiem kiedy nowozelandzki mistrz Ivan Mauger zrównał się ze szwedzkim arcymistrzem Ove Fundinem pięcioma tytułami mistrza świata. Tu angielski mistrz Peter Collins jechał w finale jak kaleka,w potwornym błocie z nogą rozwaloną i opatuloną w specjalny but i zdobył srebrny medal.Tu kiedyś Antoni Woryna i Edward Jancarz byli na podium mistrzostw świata z wicemistrzowskimi tytułami. Czy można nie mieć sentymentu?

Tor był naturalny, ale kiedy Goeteborg organizował mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, gigantyczną imprezę szybkich, silnych i skocznych ludzi z całego świata przebudowano bieżnię. Adieu speedway! No nie. Tak być nie może…

Dobrze się stało, pomyślano o żużlu, gdzie klub Getingarna i kiedys startował tam niezły zawodnik a nazywał się Jan Andersson. Teraz Getinagrna jest spolszczona.

Niedaleko Ullevi, stadionu z piękną historią jest hala Scandinavium, wcale nie jak katowicki Spodek, tylko taki rozłożony kapelusz.Tam gościli różnych kuchni sportowcy jak nie w mistrzostwach Europy, to świata. Goeteborg miasto zieleni, boisk, stadionów, tam urbanistycznie dla sportu robi się wszystko, nie zamienia się wolnego terenu na domy, tylko na rekreację. Szwedzi uprawiają sporty od lat dwu do stu dwóch. Żyj zdrowo i długo.

Wybaczcie ten ton i moje odczucie Goeteborga, który, był taki czas, często odwiedzałem wiosną i jesienią.Wybaczcie te osobiste wątki, proszę. Goeteborg wart jest odwiedzania, tak jak Paryż wart grzechu.

Mamy kolejny turniej z cyklu Grand Powtórek w mieście przeze mnie opiewanym niemal jak warszawski Żolibórz przez Muńka Staszczyka. Coś w tym rodzaju. Ale to nie jest pieprzony Goeteborg ani Ullevi.Wybaczcie, choć turnieje na „ materacu“ Ullevi były przekładane ze względu na nie możliwości ścigania sięw ogólnie przyjętych warunkach. Zgroza. I to pod kierunkiem ówczesnego dyrektora SGP duńskiego mistrza Ole Olsena. Nie dało się ścigać, lecz przypominam sobie tam taki finał kiedy wygrał pupil Olsena, Erik Gundersen. Ullevi zebrało tonę krytyki, gdyż tor był betonowy, nie do walki,Erik wygrywał starty i już nie było na niego siły, rywal duński Hans Nielsen był bezradny jak dziecko. Ole był happy i Erik też. Reszta absolutnie.Przypomina ten fakt z 1984 roku, bo świadczy iż na naturalnym torze można było robić „ numery“ w elicie. A jakże. Ole pamiętasz? Erik wygrał za wszelką cenę.

Prawda kole w oczy! Mamy postlekkoatletyczny stadion, gdzie speedway musi być wykonywany na gumie pokrytej nawierzchnią. Rodzi się sytuacja dziwna, wszystko nie nie trzyma się kupy. Karykatura żużla na słynnym Ullevi, czy możliwa taka wersja?

Jak się okazywało, tak.

Jak będzie więc tym razem i czy Piotr Olkowicz z Canal + będzie miał  znów okazję do komentowania grand wywrotek i sędziowskich nieporozumień?! Miejmy nadzieję, że nie, choć nie mamy pewności. Tomasz Gollob nie lubi za bardzo sztucznych nawierzchni, jakby nie umiał znaleźć recepty na ustawienie silników w takich warunkach, przy ogromnym jego doświadczeniu. Mistrz Tomasz jednak pokazał, iż potrafi wygrywać również na „ materacu“. Rune Holta też. A Jaroslaw Hampel? Polski delfin, pretendent…

Druga odsłona SGP na Ullevi jest zagadką, bo premiera w Lesznie podniosła poprzeczkę bardzo wysoko dla wszystkich następnych organizatorów turniejów. Leszno przypomniało urodę tego sportu, jeśli tor jest bezpieczny do szaleńczych jazd na każdym metrze wzdłuż i wszerz. Taki speedway może być śliczny jak Catherine Zeta – Jones, bez Michaela Douglasa.

Nieuchronnie spodziewany jest kurs na młodych, na wilczków głodnych zwycięstw bez żadnej ulgi dla weteranów torów wszelakich.Piękna jest taka wizja, nie ukrywam, bo  może wreszcie coś drgnie w tym nieco omszałym, choć ciekawym świecie i zaskakującym mimo wszystko, bo nie zawsze młodzi są tak dobrzy jak starsi. Takie jest życie nie tylko w sporcie, rozumiemy się panie i panowie, prawda?

Tomasz Gollob musi szukać punktów, Jarek Hampel nie stracić, jest australijski aspirant Jason Crump, jak diabli wyluzowany i niezwykle naszpikowany ambicjami jego rodak, debiutant nowego miotu Chris Holder. A Rosjanin Emil Sajfutdinow, taki putinowski wyrachowany mołodiec, który bez respektu dla mistrzów, z takim noworuskim zacięciem wprowadza zamęt pozytywnego myślenia, że speedway musi mieć fantazję i wyobraźnię.

Tak? No więc jak będzie na słynnym Ullevi? Stadionie ładnym jak Goeteborg cały, torze układanym na gumie trudno wyrokować, bo wszystko  zależy od tego jak „ materac“ będzie przypominał Leszno. Diabelnie trudne no i kolejny mecz „ młodzi kontra starzy“. Już tak zostanie do Bydgoszczy, do polskiej „złotej jesieni“. Złotej?

Ile mamy wątpliwości na początku serialu SGP? DUŻO. Zaskoczył na pewno Jason Crump, taki mistrz nie z pudełka, taki dojrzały, rodzinny i zmotywowany do kolekcjonowania tytułów MŚ. Cholera, jak taki jeden może a inny pozostaje w sferze kuponu Lotto?

Legendarny zespół U2 śpiewa przebój One. Piękny. Co nas czeka na Ullevi? Niestety nie wiem, nie tylko ja ale i mocni analitycy żużla. I to jest piękne. One?

Nie ma takich drugich, jak pierwszych

Ten był taki, a tamten taki; ten będzie następcą pierwszego, a tamten następcą drugiego. Nie ma takich drugich, jak ci pierwsi. I po tym niejako filozoficznym wątku może powiem o co chodzi. Otóż dyskutowałem niedawno w małym gronie o sportowych gwiazdach z przeszłości i padło stwierdzenie bardzo powszechne, że Iks jest następcą Igreka. Wyświechtane stwierdzenia, które często są upowszechniane i łapią się na nie doświadczeni.

Popatrzmy wstecz, zacznę od Ivana Maugera, nowozelandzkiego mistrza, sześciokrotnego mistrza świata, wyjątkowo dobrze przygotowanego do każdego turnieju obojętnie jakiej marki. Ivan był moim skromnym zdaniem pierwszym zawodowcem na rynku żużlowym , kiedy jeszcze ten rynek nie był tak profesjonalnie zamocowany. Dbał o swój wizerunek, startował zabiegał o reklamy na swojej „ skórze”, dobrych firm, był wydawcą publikacji, w czym pomagał mu angielski dziennikarz Peter Oakes. Miał obok siebie czarującą Ray, która wizerunek męża utrwalała w dobrych ramach. Mauger był mistrzem w swoim boksie, warsztacie, sprzęt musiał być przygotowany na sto dwa! I mistrz startu. Wtedy nie było wykluczeń za zerwane taśmy, Ivan czarował pod taśmą, kombinował to fakt, nie raz był posądzany o układy z sędziami, zawsze jednak był tak perfekcyjny, że nikt nie był w stanie mu przedstawić słusznej racji. Mauger magik startu, mistrz swojego parku maszyn i jako pierwszy w tym środowisku promował się według zasad dzisiejszego PR. Kto jest jego następcą, kto został takim jak Ivan Mauger, nowozelandzki mistrz urodzony w Christchurch, mieszkający dziś z rodziną na skrawku urodziwej plaży australijskiej. Nie ma takiego. Nie żałował nigdy czasu dla dziennikarzy, poza oficjalnymi konferencjami, można go było „dopaść” w windzie, w restauracji, byle gdzie, a gdy nie był osiągalny dopowiadała reszty żona. Mauger wygrywał jak robot, wpierw zrównał się z Ove Fundinem, Szwedem, który zdobył pięć tytułów mistrza świata, potem w Chorzowie na Stadionie Śląskim wywalczył szósty tytuł rekordzisty.

Kto był taki jak Ivan Mauger? Ano nikt.

Mały Duńczyk Erik Gundersen, trochę miniatura zawodnika i człowieka, nisko przyczajony na torze, jakby zespolony z motocyklem, szybki na starcie i wyginający się na motocyklu jak sprężyna. Erik zanim dopadło go nieszczęście w Bradford i uraz kręgosłupa wyeliminował z życia sportowego, był kandydatem na wielokrotnego mistrza świata, kariery starczyło jednak tylko na trzy tytuły. Był mikrusem wśród wielkich, był arcymistrzem okrażeń.

Kto został jego następcą, w stylu, w sylwetce i wygrywaniu?

Był taki jakby obok Jan O. Pedersen lecz i jego przykra kontuzja pozbawił kontynuacji kariery na pewno bogatej w zwycięstwa. A czy następcą tych „duńskich sprężynek” jest Nicki Pedersen? W pewnym sensie tak, tylko tak. A skoro jesteśmy przy duńskich żużlowcach, trzeba wspomnieć o Ole Olsenie, choć to nie było tak piękne wykonanie, tylko niezwykle skuteczne pokonywanie wiraży w stylu Rambo. W tym towarzystwie pokazał się Hans Nielsen.

No właśnie. Wielki Hans, Nielsen z Brovst. To on był taki niemal jak Olsen, oszczędny w wyrazie lecz niezwykle charakterny i mający obok siebie takich mikrusów jak Gundersen i Pedersen, czy Tommy Knudsen walczył z wieloma hybrydami. Małomówny, skromny, warsztatowo prawie perfekcyjny i niezwykle skuteczny na torze, szybki po starcie, mistrz pierwszego wirażu, jazdy po krawężniku na styku wapna i trawy. Strateg wyjątkowy, w polskim wydaniu ligowym rekordzista, na którego w ciemno można było stawiać. Jak on to robił? Ano robił. Maszynka punktowa, jak trzeba było, to pojechał ostro, fair, acz zawsze celem było pierwszemu minąć linię mety! Hans solidny jak duński farmer. Zachował po zakończeniu kariery dystans do sportu, który zapewnił mu szczyty popularności, złote medale, innego koloru też i pieniądze niebagatelne dla każdego banku.

Taki jest Nicki Pedersen? Inny, bo nie ma nikogo takiego jak Hans, Erik, Jan Osvald, Tommy czy protoplasta duńskiej ery Ole Olsen.

Z Danii blisko do Szwecji. Ove Fundin był niepowtarzalny, dowodziły jego fanki wszędzie, w Polsce uwielbiały wysokiego Szweda, który nie tylko wygrywał na torze. Boski Ove. Uosobienie szwedzkiej kultury i mistrz toru, pięciokrotny mistrz świata. Potem był taki jemu podobny Anders Michanek. „ Miszanek” był kochany przez kobiety, był oszczędny w sportowym wizerunku, elegancki jak model i nietypowy dla tego sportu. Podobno, jak twierdzi moja znajoma, kobiety zakochują się uszami, czy miał w tym udział przystojny Anders? Jesteśmy dalej w Szwecji.

Tony Rickardsson, zrównał się tytułami z Maugerem, kto w to wcześniej wierzył? Na polskim rynku ksywa Tosiek. Skopiował dla żużla warsztaty busy i live – busy z cyrku Formuły – 1. Miał solidnie przygotowany w dużych ilościach sprzęt. Fascynował wielokrotnie bardzo szybkimi motocyklami, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie wszystko w życiu mu się udawało, za często opuszczał dom. Miłością Toniego  są rajdy samochodowe, dobrze tańczy i czyta jazdy w przekazie dla innych, młodszych od siebie, ot choćby w wydaniu Rosjanina Emila Sajfutdinowa. Rickardsson pierwszy w żużlowym świcie pokazał zawodowy team skonstruowany modelowo. Ten fakt mało jest doceniany, Toniego ta inwestycja kosztowała sporo pieniędzy, lubi logistykę na poziomie i kto jest mało poukładany niech się przyjrzy dokładnie na co nie żałował kasy Szwed.

Styl jazdy przechodzi do historii, nie tylko styl. Życie poza torem, walka na torze. Zachowania w każdej sytuacji, nie tylko zwycięstw, podium ale także w alkowie porażki, goryczy. Kariera nie zawsze toczy się jak po maśle, bywają w tym sporcie eliminacje nie tylko ze sportu, trzeba z tym potem żyć, nie każdy potrafi.

Na mistrzów patrzymy jak na wzorce, jacy są przed zawodami i po, w hotelu, na bankiecie i jak budują karierę, która przetrwa nie tylko z powodu pasma zwycięstw. Liczy się także charakter i sposób bycia. Żużlowy świat nie jest wielkim światem, wszyscy o wszystkim wiedzą; zawodnicy, kibice. Kiedy fani patrzą na podium widzą w tle i zachowania. Ważne problemy. Nie jesteśmy wolni od nich jako pracujący w tym maglu, w tym cyrku i w tym środowisku, które samo czasem kreuje wizerunki na własne potrzeby. Kochają fani herosów, nie lubią przegranych, to wprawdzie nic nowego, warto jednak czasem pomyśleć jacy byli dawni mistrzowie a mówienie, że są na świecie ich następcy…  zaprzeczam. Nie ma takich drugich jakimi byli pierwsi. Niepowtarzalni. Nic nie zdarza się dwa razy. Nawet uszy.