Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

Niebo i piekło sportowych dusz

STOCH

Poleciał Kamil Stoch skoczek z zakopiańskiego Zębu na Gubałówce po olimpijskie złota w Soczi. Zdeklasował na zimowych igrzyskach w Soczi rywali i nie tylko sportowa Polska została uszczęśliwiona. Pokazano przy okazji jak 12 – letni Kamil wypowiadał swoje marzenie zostania kiedyś mistrzem olimpijskim. Dziś 26 – letni Kamil mówi, że pamięta te słowa i trochę się zawstydza.

Od dziecka miał błysk w oku i jako małolat lądował blisko 130 metrów/!/ na Wielkiej Krokwi. Zuch! W sesji treningowej przed konkursem na dużej skoczni w Soczi po skoku jedna z nart ucieka, Stoch upada i kulejąc z ręką na temblaku opuszcza arenę. Stłuczony łokieć doskwiera mocno. Zawodnik jak na górala przystało nie poddaje się i walczy z zębem o kolekcję medalową. Skoczyło złoto do złota.

justyna_kowalczyk_mercedes_1_104

Niezłomna Justyna Kowalczyk ulega przed igrzyskami kontuzji stopy, pęka jedna z kości. Ciężko harowała do igrzysk, one dla każdego sportowca są najważniejszym wyzwaniem w karierze. Ciężki jest śnieg w Soczi, słońce wypala resztki, “Śniegowa gąbka” nie ułatwia biegów i jazd, mamy wywrotki jak na żużlu. Pretendenci upadają, gubią szanse w aurze sportowego nieba i piekła.

Góralka Kowalczyk jest zacięta jak Stoch. Walczy do upadłego, na ekranach TV pokazują lekarze stopę zawodniczki, gdzie widać wyraźnie, że wysiłek biegaczki musi być nadludzki. “Albo wygram albo zdechnę” powie na mecie zwycięskiego biegu na 10 km, wprost kosmicznego i złotego. Deklasuje rywalki, spadają łzy szczęścia i bólu.

Rozterki sportowców. Co robić? Wycofać się czy startować? Pani Justyna biegnie, pokonuje dystans z bólem, walczy z sobą i znów zostaje mistrzynią olimpijską. Niesamowite! Ale prawdziwe! 50 lat temu na olimpiadzie w Tokio bokser Marian Kasprzyk ze złamanym palcem zdobywa złoto. Obojczyki, palce, żebra, stopy, kolana, pogruchotane na arenach wyzwalają w prawdziwych sportowcach jeszcze większą złość, adrenalinę i moc bycia najlepszym. Zdrowie zostaje na boku, liczy się tona ambicji.

Wywrotki kolarzy, żużlowców, motocyklistów innych sportowców przynoszą skomplikowane kontuzje. Ekstremalny pech wkrada się wszędzie, pustoszy, niszczy pracę wielu lat przygotowań do finału, do prestiżowej imprezy roku w karierze. Na wynik czekają miliony fanów. W ubiegłym sezonie Duńczyk Nicki Pedersen, wielokrotny mistrz świata jeździł z kontuzją ręki, po prostu ze złamaną i moczył ją w wiadrze z zimną wodą po każdym starcie. Jeździł i walczył z sobą, z losem.

Co zatem robić? Odpuścić czy walczyć w serialu o mistrzostwo świata. Co ważniejsze zdrowie czy kariera, wynik na który czeka naród. Czasami medale wiszą bardzo wysoko a w ich cenę wmontowane jest cierpienie łagodzone ostatecznie przez medalowy wynik. Nie zawsze jednak tak jest! Kibice jakby nie doceniają gladiatorów, szantażują niemal swoich idoli.

Czy tak być musi?

Żużlowcy łamią obojczyki jak zapałki, leczą je błyskawicznie, lekarze specjaliści “spawają” i zawodnicy startują jakby nic się nie stało. Młode organizmy wytrzymują i nie  nie pękają. Dolegliwości przychodzą dopiero potem, kiedy emerytura sportowa przypomina fakty sprzed lat. Tomasz Gollob po dramatycznym wypadku na wrocławskim torze w 1999 roku pojechał wprost z kliniki, niemal na noszach, do duńskiego Vojens by bronić medalu. Przywiózł srebro z bólem, radość i niedosyt, bo mogło być złoto ale też w makabrycznym wypadku, kiedy wyleciał poza bandę finał mógł być tragiczny. Upadek zamienił się w w szczęście, które powiozło Golloba ponad 1000 kilometrów na trudny stadion, gdzie rywale nie mieli dla niego litości a matka natura okazała się jednak łaskawa.

Niebo i piekło, czyśca nie ma.

Zawodnicy startują w specjalnych butach ortopedycznych, z gipsem, opancerzeni, poskładani przez lekarzy aby nie odpuszczać najważniejszych imprez. Pół biedy jeśli to dotyczy największych wydarzeń, fatalnie jeśli szafują zdrowiem przy byle ligowej młócce. Mają jedno zdrowie i mają swoich szarlatanów, którzy nie tylko masują, nakłuwają, szprycują, faszerują ale i namawiają z hasłem na ustach ”MUSISZ”. A nikt tak doprawdy niczego nie musi.

Szanuję charaktery sportowych idoli, celebrytów, ikon, wszak to ich suwerenna wola, że stawiają na szali wynik albo zdrowie. Lat wyrzeczeń nie wróci nikt a pech zakrada się zawsze i potrafi zniszczyć ciężki trud, pokiereszować człowieka i doprowadzić do oceanu łez. Albo zwyciężyć albo… no właśnie…

Na sportowe Oscary, ba, Noble zasługują sportowcy, którzy po wywrotkach wraacają  znow na areny by walczyć. Thomas Morgenstern austriacki skoczek upadł fatalnie przed igrzyskami i nie dawano mu żadnych szans na olimpijski start. Zawziął się jak człowiek z żelaza, poleciał do Soczi i pokazał światu, że warto wygrać pojedynek z pechem. Tego czego dokonał polski kierowca, niesamowitego hartu ducha Robert Kubica podziwia cały świat. Udało się, choć nie zawsze tak jest. I banalne z pozoru wypadki “żużlowego artysty” z Australii Leigha Adamsa czy mistrza świata nie do pokonania na torach F – 1 Niemca Michaela Schumachera, kiedy wywrócili się już po zakończeniu kariery, są przykładami na wredny los i okrutnie nieszczęśliwe przypadki, kiedy niebo zamienia się  w piekło dla nich i fanów. Australijskie bezdroża i alpejskie skały okazały się w tym przypadku nie do przeskoczenia.Nie można, jak uczy historia, uniknąć pecha, który jak ten rak podstępnie wkrada się tu i tam, niweczy dorobek albo nawet życie. Jak więc ocalić zdrowie, które okaleczone podpowiada zawodnikom, że jeszcze nie wszystko stracone, że można powalczyć. I charakter sam w w sobie mówi, żeby nie stracić szansy, wystartować i zwyciężyć.  Trudne dylematy bohaterów aren oraz sztabów szkoleniowych i medycznych. Sport jest obwarowany ponadto komercyjnymi umowami reklamowymi, jest zakładnikiem sponsorskich układów z których ciężko czasami się wyplątać.

Czy warto jednak skubać swoje zdrowie w imię szlachetnej rywalizacji? Pytanie raczej retoryczne wobec takich charakterów jak Kowalczykówna, Stoch, Kubica czy plejada żużlowego towarzystwa.