Wszystko w jednym

420618.501

Gdyby przyznawano Oskary w tym sporcie, takie jak filmowe dostałby za całokształt na pewno. Gdyby rozpatrywano w tej kategorii przyznanie sportowego Nobla miałby szczęście otrzymać. O innych trofeach nie wspominam, ważne sportowe otrzymał, wywalczył na torze, nie było łatwo, był połamany, lecz szczęśliwie dotarł do końca kariery żużlowca, a potem zaczęło się na nowo i trwa, trwa. OLE OLSEN figura dużego formatu w światowym speedway’u. Ojciec zwycięskiej epoki duńskich żużlowców, która zapoczątkowała wysyp talentów i jazdy na  podium mistrzostw świata.

Odkurzam pamięć. Kiedy go poznałem? Dawno.

Poleciałem  do Londynu na WEMBLEY w 1975 roku. Polska ekipa tradycyjnie zamieszkała w hotelu „Carnarvon”. Wembley było magicznym obiektem dla żużlowego świata, bo tam rozgrywano najczęściej finały ostateczne. Tajemnica Wembley była taka, że każdy wiraż był inny a po starcie najwęższy. Nie było wówczas jeszcze przepisów normujących wymiary łuków i prostej, chyba właśnie ten nietypowy tor był początkiem dyskusji na temat normalizacji. Jednak wtedy było tak nietypowo, inaczej niż na kontynencie, zresztą do dziś Anglicy mają swoje odmienności wywodzące się historycznie chyba z imperium i panowania nad większością świata. Wembley miało przecudowną atmosferę 90 tysięcy widzów zgromadzonych wieczorem pionowo na trybunach skąd ryk tłumił wszystko co się poruszało na dole, na torze na murawie. Ole Olsen wygrał wtedy mistrzostwo świata indywidualnie po raz drugi, bo pierwszy raz to zrobił cztery lata wcześniej na Ullevi w Goeteborgu. Ole wjechał w ścisłą elitę światowego żużla, rywalem największym był nowozelandzki triumfator na różnych torach, w rozmaitych kategoriach wyścigów na torach krótkich, długich także. Olsen również taki był.

Kiedy w 1978 roku znów na tym magicznym Wembley w asyście byłych mistrzów świata przybyłych do Londynu na uroczystość 50 – lecia  światowego żużla, Duńczyk po raz trzeci zdobył złoty medal urósł do faworyta wielu imprez. Nikt wtedy nie przeczuwał, co wymyśli ten zawodnik obyty na angielskich torach, macierzystych w Newcastle, Wolverhampton i Coventry, że wymyśli własny stadion, autorskie turnieje, zaszczepi sukcesję innym i stworzy w małej Dani potęgę żużlowych ścigantów. Nie podaję teraz statystycznie jego dorobku; kronika jest bogata, trzy tytuły mistrza świata, jeden na długim torze kilka triumfów w silnym wtedy turnieju o Zlatą Prilbę Pozłacana Jawa zdobi hall sympatycznego hotelu Norden w Haderslev.

HADERSLEV. Ciche miasto, kameralne, bruk uliczek i plusk kaczek,łabędzi na miejskim stawie. Przystań żeglarska koi nerwy, tam się odpływa i przypływa. W takim Haderslev urodził się Ole i tam go odwiedziłem w 1979 rok, kiedy organizował na stadionie w Vojens, 12 kilometrów od miasta swojego urodzenia finał mistrzostw świata par. Wygrał z Hansem Nielsenem, a Edward Jancarz i Zenon Plech wzięli po brązowym medalu. Rodzinny dom był też miejscem interesu Olsena, gdzie sprzedawał z drugiej ręki Hondy i BMW. Auta. Serwisował. Żona Ulla była wierną towarzyszką  w jego karierze. W 1972 roku urodził się syn Jakob, który mimo starań i ambicji ojca jednak żużlowcem nie został. Nie każdy ma te same geny co ojciec. Pomagał potem ojcu w imprezach, był coachem reprezentacji. W 1979 roku Olsen był wielki, bo w 1978 roku na ulokowanym, daleko poza zabytkowym i ślicznym miastem bawarskim Landshut, nad rzeką Izarą, zgrabnym stadionie na wsi Olsen razem ze swoimi podopiecznymi wywalczył złoty medal. Zrodził się „gang” Olsena. U burmistrza Landshut nie brakowało piwa, bo zawody były udane, choć na chwilę tam zgasło światło. Landshut było modelem stadionu w terenie daleko od domów, co przy dzisiejszej dyskusji nad decybelami motocykli żużlowych nabiera znów znaczenia.

OleOlsen

Olsen nazywany twórcą potęgi żużlowej Danii miał pomysł na stworzenie takiej siły, był realnym wizjonerem duńskiej sytuacji, szkolenia małych chłopców a nawet dziewczyn jazdy na mini torach. Sam tego doświadczył i kiedy miał lat naście był mistrzem Danii. Zaczynał skromnie, nigdy nie był milionerem na pokaz, zbudował autorytet nie tylko dzięki sportowym sukcesom lecz także tym, co miał w głowie i potrafił swe myśli sprzedać innym, i zrealizować pomysły. Vojens było projektem kapitalnym ponieważ przyciągało turnieje światowe, więc Duńczycy mieli i mają folwark w wymiarze globalnym. Budowanie drużyny narodowej zaczęło się kiedy jeszcze startował, wjazd jego następców na salony był naturalną koleją czasu: Erik Gundersen, Tommy Knudsen a przede wszystkim taki drugi Ole, czyli Hans Nielsen. Zawodnik zimnokrwisty, technik, perfekcyjnie wykorzystujący silniki do swoich celów mistrzowskich. Jan O. Pedersen, podobny do Erika, bardziej spokojny. Obaj zostali przez fatalny los wyrzuceni za burtę czynnego uprawiania sportu; ciężkie kontuzje nie pozwoliły kontynuować karier.
Czy Nicki Pedersen jest sukcesorem, spadkobiercą olsenowej epoki? O tak. Jest, w innym stylu, choć jak się przyjrzeć to Duńczycy kochają speedway i nie są w nim chłopcami do bicia, sami potrafią skutecznie zaatakować. Ole Olsen, podobnie jak i Bo Wirebrand, szwedzki coach, doceniał silną ligę angielską. W latach 70/80 była ona doprawdy mocna. Miała asów, którzy windowali ją w górę, ludzie przychodzili na stadiony, samo Wembley czy White City w Londynie były trendy.

Potrafił w tym tyglu znaleźć się i dążył ambitnie do celu. Z jednej strony własne gniazdo stadionowe, z drugiej wyłowione talenty windujące Danię na szczyty, dopingujące innych do takich samych celów.
Przyszła sportowa emerytura, dla jednych wieść okrutna. Nie dla Olsena! Biznes w Vojens, ale nie taki o jakim marzył, tym bardziej, iż po 1988 roku po finale mistrzostw świata nie bardzo wszystko układało się dobrze. Wspólnicy bywają różni, nie tylko w Polsce. Olsen Myślał o świecie i ten świat wymyślił nie tylko dla siebie, wprawdzie jak się przyjrzeć to Europa ale ambicje zostały zrealizowane znowu. Zrodził się w 1995 roku serial Grand Prix, Ole został dyrektorem jako główny animator tego przedsięwzięcia. I tak poleciało, ile już lat? Zawsze w napięciu, zawsze gotowy do „skoku”. Turnieje Grand Prix stały się „zawodem” Duńczyka, który zaczął w innej roli, bardzo aktywnej w tym świecie, być obecnym wszędzie. Bez niego ani rusz. Wszystko w jednym? Nie gloryfikuję ale tak.

Lata lecą jak chmury na niebie. Ole Olsen urodził się 16 listopada 1946 roku. Bydgoszcz’09   finał sezonu i ostatni udział Duńczyka w roli dyrektora serialu Grand Prix. Otrzymuje nowe wyzwanie, będzie dyrektorem do spraw żużlowych w łonie Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Robota nadal, passa aktywności nie zostaje przerwana, bo ten pan ma za dużo do powiedzenia na tym forum, by zostawić go na stadionie Vojens, w pobliskim Sommersted gdzie mieszka, na resztę lat. A więc będzie nadal aktywny, choć już nie tak eksploatowany.
Uczestnik kilkudziesięciu finałów światowych, zdobywca nagrody Fair Play UNESCO, sprytny myśliwy, uwielbiał polowania  u naszych południowych sąsiadów, wypróbowany partner wieczornych rozmów towarzyskich, świetnie tańczy /wziął udział w telewizyjnym show/, lojalny kolega. Nie zawodzi, robi karierę międzynarodowego działacza i nie ukrywam, iż mistrz uhonorowany Złotym Medalem za Zasługi dla Motocyklizmu przez FIM jest realnym kandydatem na wiceprezydenta tej federacji. Może kiedyś tak być.

Lubi dom, rodzinę, lubi piwa czeskie, duńskie, dobre wino. U mnie w Katowicach w 1979 roku spróbował po raz pierwszy śląskiego krupnioka. Był w USA, Australii, Afryce Południowej jako zawodnik. Kiedyś w Malezji, podczas Kongresu FIM odbyliśmy przez palmowe lasy w dużej grupie wycieczkę do Malakki. Wszystko wie o żużlu? Chyba tak. Jego kariera nie była łatwa, jednak ozdobiona medalami, złotymi, granymi hymnami i flagą duńską wyniesioną ponad stadiony. Był poturbowany na torach? A jakże, szczęśliwie. Zawsze patrzył w przyszłość i widział  Danię, teraz będzie musiał widzieć jeszcze szerzej. Zna temat.

OLE OLSEN z małego Haderslev, ze stadionu w Vojens. Napracował się w serialu GP, grał w końcu tam główną rolę a teraz zagra w FIM, który nie jest  mu obcy, bo kto w tym towarzystwie nie zna Olsena? Lubi Polskę, zna jej zakątki nie tylko żużlowe. Startował, wygrywał, przegrywał, balował. Jest postacią, która bogatą karierę przełożyła na przekazanie swoich doświadczeń innym. Cenna cecha, nie każdy tak potrafi i chce. Olsen chciał i dalej chce.
Ole, dzięki bardzo, jak mówią Duńczycy… mange tak.

Charakter bywa złotem

Nicki Pedersen ma wyraźnego w tym sezonie pecha. Kiedy w Polsce pojawiło się słowo KRYZYS nie zaakceptował nowej oferty z Częstochowy tylko obstawał przy starej. Sezon ruszył i Duńczyk myślał, że znajdzie nową lokalizację. Niestety prezesi zaczęli liczyć „drobne” i Nicki został na lodzie, więc chcąc nie chcąc wrócił jak syna marnotrawny pod Jasną Górę, dostał rozgrzeszenie, przyjął pokutę i wystartował jako mistrz świata, obrońca tytułu z częstochowskimi kolegami. OK.W mistrzostwach świata trochę słabo rozgrzany zaliczał upadki i kontuzje łapał jak niemowlę grypę. Ma wyjątkową skłonność do uczestniczenia w karambolach z których ongiś wychodził obronną ręką i nogą, lecz szczęście tym razem okazuje się dla Duńczyka zezowate. Jak nie Emil to inny zawodnik wywozi go tam, gdzie trzeba się wydostawać z poduszek band. Co turniej, to karetka. Co zawody, to kontrowersja z sędzią, bo etykieta zawodnika jeżdżącego spontanicznie ryzykownie przylgnęła do Nickiego chyba już na stałe. Poparzona noga przez oponę spowodowała komplikacje. Pedersen gonienie Jasona Crumpa ma bardzo utrudnione i raczej to szczęśliwy Australijczyk będzie miał główną premię sezonu. – Ze szpitala uciekaj na własnych nogach –  mówi się powszechnie a z każdej trudnej sytuacji wyjeżdżaj na swoim motocyklu, zaś gips zostaw na ściany. Nie takie zwykle proste. Nicki w tym sezonie nie ma farta i łapie kontuzje, kuruje się i traci nerwy nie mówiąc o koncie. Ma jednak charakter, nie  byłby trzykrotnym mistrzem świata czyli tyle ile ma jego mentor duński Ole Olsen. Turniej półfinałowy w Vojens pokazał, że jeśli wypada z gry dwóch zawodników klasy GP czyli Nicki plus Hans Andersen jest trudno o punkty zwłaszcza z takimi Rosjanami, którzy napompowani werwą Emila  jadą jak  „zborna” z dawnych lat. Co to znaczy serce, charakter walczaka stojącego choćby na straconej pozycji.

Trzeba mieć charakter? Ano trzeba od urodzenia.

W latach sześćdziesiątych i następnych kiedy ścigano się w normalnie ustalonych regułach drużynowych mistrzostw świata zespoły ze strefy tzw. kontynentalnej technicznie były w tyle, podpatrywano w parkingach mechaników z zachodu, załatwiano sprawy w hotelowym zaciszu wypijając nie tylko na koniec drobną wódeczkę. Czasy były takie, że jeśli  podpatrzono dobrze majstra, a jeszcze zawodnik włożył maksimum serca i zdrowia można było liczyć na sukces. Tak było u nas i tak było na wschodzie, gdzie hasło „ dawaj Grisza jak katiusza” zapewniało czasami medal. Medal za uścisk prezesa i diety federacji. Można było kupić dwie pary dżinsów i coś tam jeszcze. Piszę o tym, bo czasy ogromnie się zmieniły i dziś taka polska reprezentacja nie tylko ma kadrę ale i sprzęt. Jest ubrana jak się patrzy i nie musi jeść konserw w hotelu żeby coś kupić potem rodzinie. Marek Cieślak  „kołcz” naszej reprezentacji narodowej wyrastał i startował w czasach takich i dobrze wie jak to było. A dziś jest… Kanada. Mirek Kowalik, były pomocnik Cieślaka w drużynie powiedział mi na ucho, że zazdrości Markowi trenerskiego nosa. Nie tylko on. W trenerskim zawodzie trzeba mieć rzeczywiście tzw. „czuja” i nic nie pomogą niebiosa jeśli tego się nie ma. Cieślak jest gościem bez nadętych manier, znam go jak mikrus uciekał spod startu w Częstochowie i wpychał się tam gdzie nie trzeba byle wygrać. Był w tym fachu sprytny. Nie zawsze zawodnik po skończeniu kariery potrafi „czytać grę”, przekazać innym wskazówki tak, żeby były celne. Niektórym tylko wydaje się, że potrafią a codzienność trenerska jest brutalnie weryfikowana. Jeśli mają szczęście, przez jakiś czas będą ślizgać się w temacie, lecz przychodzi czas zderzenia i sami zawodnicy już wiedzą, że z takim dyletantem nie pojadą do przodu. Marek Cieślak przejechał trochę kółek w lidze angielskiej, autorytet umie zdobyć, choć nie musi, bo ten problem sam wychodzi i taki mistrz jakim jest Crump ceni Marka bardzo. A nasi zawodnicy? Kapelusze z głów, radzę posłuchać Cieślaka, czasami to jest tak proste, że wydaje się za proste jak na  żużel. Sukces jest schowany w sercu, czasem w kieszeni.

cieslak

Marek Cieślak w barwach Włokniarza.

Trzeba mieć charakter? Ba! wypada. Ale jak go wypracować? Patrzcie na Cieślaka, który jako trener ma większe zasługi aniżeli zawodnik. Tak się ukształtowało po latach klubowych kontraktów i byli tacy, którzy na trudnej scenie wrocławskiej nie wróżyli mu za długiego pobytu a on tam trwa i trwa, mimo że ligowa pozycja wrocławian teraz nie jest łatwa. Wierzą  jednak w Cieślaka, mają Crumpa i mają wiarę w ten diaboliczny fart trenerski Marka.

Polska drużyna żużlowa jest medalowa, tak się dzieje raz po raz. Czy tacy jesteśmy silni, czy inni opadli z sił? Otóż nie jesteśmy słabi, lecz rywale nie są rzeczywiście najsilniejsi. Nasza zaletą jest drużyna, możemy faktycznie wystawić dwie reprezentacje A i B, które mogłyby ścigać się w Pucharze Świata vel drużynowych mistrzostwach świata z wielkim powodzeniem. Niektóre federacje nie mają takich kłopotów bogactwa, mają jednego albo dwóch wielkich reszta niestety nie dojeżdża. Jest przepaść. Gdzie są Czesi, Niemcy? Nie wspominając Amerykanów z czasów kiedy pędzili po medale w stylu kowbojów dobrze ubranych i świetnie stylowo zachowujących się na znakomitych motocyklach. Ale to już było, pozostało wspomnienie jak po wizycie w Hollywood.
Nasi, Polacy. Drużyna. Inaczej zachowujący się jako single w turniejach Grand Prix, natomiast jako zespół wykazujący takie cechy jak dawniej USA pod kierownictwem Johna Scotta, Dania pod egidą Ole Olsena albo Szwecja z Bo Wirebrandem jako coachem czy Anglicy z Jackiem Fearnleyem. Ten miał asa w Manchesterze Petera Collinsa i z cygarem w ustach układał prostą grę w … speedway.
Kiedy się wygrywa wszystko co się wydarzyło, postronnym wydaje się proste. Na początku zwykle malkontenci wybrzydzają na skład, niedowierzają, „ nie wystawiłbym tego, dałbym tamtego”. Kiedy jest medal klepią i ściskają zwycięzców. Animator zwycięstwa stoi z boku, choć zmontował te klocki.

Trzeba mieć charakter żeby zwyciężać i… czasami też przegrać. Złoto jednak jest blaskiem, które lśni nawet najciemniejszą nocą. Złoto jest dla wytrwałych i zuchwałych, jak w filmie który pamięta się całe życie i którego fabuła nie przemija; również reżyser i aktorzy, dźwięk i statyści także, bo sukces zdobyty w walce z charakterem jest jak show do przypominania nie tylko w święta.

Balsamowanie Karier

ole_olsen_4701

Życie sportowych prominentów jest balsamowane za żywota w sposób ewidentny. Działacz w wieku 30 lat jest smarkaczem, dziesięć lat później rozwojowym ale jeszcze nie gotowym w mniemaniu starszych konkurentów panujących nad sytuacją by piastować funkcje. Kiedy już minie następnych dziesięć lat nagle jest już stary i tak bronią się wygi przed opuszczeniem swoich stanowisk, które zapewniają im wygodne życie na państwowym wikcie. To nie żart ani żaden wymysł, proza polskiego życia w związkach sportowych, klubach, choć żywot klubowy jest jednak niepewny i wywrotka grozi szybciej. Przypominam o tym, gdyż przygotowywana jest ustawa ministerialna zmieniająca/ zapewniająca/ statutowy dobrobyt  w polskim wydaniu sportowym. Na swoim blogu napisałem: „Jego Magnificencja Statut”. Tak.  Niedemokratyczne statuty bronią do upadłego archaicznych ordynacji wyborczych, które przemycają od lat do zarządów tych samych członków. Vide polski futbolowy mur. Wybory do Giekażetu panie ministrze sportu przebiegają tak, że wpierw lud wybiera kilkanaście aktywistów a z nich dopiero dokonuje/?!/ wyboru grupa z Pezetmotu; wśród wybrańców może być nie ten, kto ma najwięcej głosów ale wedle grupy trzymającej władzę jest wyłącznie ślepo lojalny. Nieważne, że ma racje i jest sygnatariuszem wyborczych dołów. Odsiew jest pewny i bardzo przemyślany. – Nikt z ulicy nie przejdzie, mówi prominentny działacz, który nie tylko jest lojalny od lat bodaj kilkudziesięciu, ale jego poglądy nijak się mają do rzeczywistości. Kalka się zużyła.
W światku żużlowym pojawiła się wieść, że dyrektor serialu Grand Prix Ole Olsen, Duńczyk wielce zasłużony, rocznik 1946 będzie miał swojego zastępcę 43 –  letniego Szweda Tony Olssona, który ma objąć funkcję asystenta 1 kwietnia. To nie prima aprilisowy dowcip, lecz prawda potwierdzona przez prezydenta światowego żużla Norwega  Roya Otto. Olsenowi będzie lżej, prowadzi niezmordowanie turnieje GP od początku czyli od 1995 roku, a poza tym ma tyle lat ile ma, jest trzykrotnym mistrzem świata w jeździe solowej i ojcem sukcesów duńskiej reprezentacji. „Gang Olsena” m.in. z Erikiem Gundersenem, Janem O. Pedersenem, Tommy Knudsenem, Hansem Nielsenem dysponował miejscami na podium w różnych kategoriach mistrzostw świata. Przewiduje się, iż nowy, młodszy Skandynaw obok weterana Skandynawa będzie jego następcą. Naturalna kolej rzeczy w normalnym świecie, w każdej renomowanej firmie, gdzie dochodzi do zmian zrozumiałych i akceptowanych przez środowisko. Tony Olsson był udanym menedżerem szwedzkiej reprezentacji, ma doświadczenie i chyba nie spudłuje.
Polacy są potrzebni awaryjnie serialowi GP kiedy np. Niemcy nawalą, my wtedy w „ try miga” za nich zrobimy imprezę. Kiedy nikt nie chce podjąć się ryzyka organizacji turnieju, moi rodacy wydzierają sobie z ręki kwity i na kolanach podpisują deklaracje psując rynek ewidentnie.
Takie ich zbójeckie prawo…
Zostawiam skandynawskie podziały ról, otóż Norweg, który rządzi tym światkiem wespół z Duńczykiem dają szansę Szwedowi. Brakuje mi jeszcze do tego towarzystwa Fina. Może znajdzie się jakiś Juha?
A co u nas szepcze się na ucho?
Zdzisław Dobrucki, były mistrz Polski/1976 Gorzów/, zawodnik Unii Leszno, fachowiec od jazd i mechanik, nadto ojciec Rafała, bardzo inteligentnego żużlowca, jest w reprezentacyjnej ekipie Marka Cieślaka obok torunianina Jacka Krzyżaniaka, który ma pieczę nad juniorami. Tak wybrał Cieślak i jego nie zbójeckie prawo. Krzyżaniak przeżył w żużlu swoje przygody, ma na sumieniu mistrzostwo Polski, również i kontuzje, których nigdy nie zapomni. Cudem ocalony? Generalnie ekipa składa się z fachowych rzemieślników, nie partaczy, nie bawidamków mizdrzących się ekranowo zalotnie. Lobby antycieślakowe przygląda się zazdrośnie i czyha na potknięcia. No a gdyby, to: „Teraz my złotouści”.
Chcę jednak zasygnalizować coś innego. Senior Dobrucki jest w Cieślakowej kadrze, natomiast Dobrucki zawodnik Zielonej Góry ma ambicje sięgające mistrzostwa Polski i startów w serialu Grand Prix. Trudna sztuka. Rafał jest inteligentnym aspirantem, którego  sportowe życie nie pieściło za bardzo, wręcz odwrotnie ćwiczyło okrutnie na szpitalnych łóżkach. Może limit gipsu już wyczerpany.
Obojętnie, jak się ułoży dalsza kariera Rafała Dobruckiego, jego zaangażowanie w związku zawodowym żużlowców, który zamierza bronić praw zawodniczych prognozuję jego karierę w przyszłości w roli działacza. Ma wszelkie papiery na taką pracę, jeśli się zaangażuje może kiedyś zostać i szefem żużlowej centrali, międzynarodowym przedstawicielem Polski. Jest jednak ale…
Otóż, aby tak się stało musi być akceptowany przez swoje motorowe władze. Włoch Armando Castagna, zawodnik ze stażem niebagatelnym jest w Komisji Wyścigów Torowych FIM i nie ważne czy jest malowany czy nie, ale tam jest. Zna ludzi, języki i jego znają. Armando daje radę. Dobrucki jr. jest jeszcze za młody, ma pecha wiekowego.
Wcześniej zakusy międzynarodowej działalności będzie miała/ ma, co oczywiste/ familia Grodzkich. Senior, nestor Andrzej działa w strukturach FIM i Europejskiej Unii Motocyklowej, która jest tak potrzebna w takiej formule, jak żagle szachistom. No i jest jeszcze sukcesor tej działalności sędzia międzynarodowy Wojciech Grodzki, którego tata na pewno widziałby na swoim kiedyś stolcu. Szlaban dla innych? Balsamowanie karier na długo! Cdn nastąpi, bo ambicje, kompleksy i nadzieje w jednym kotle się mieszają.
Nad tym wszystkim czuwa prezes Pezetmotu Andrzej Witkowski, bez kadrowych pomyłek dla siebie i swojej kariery. I lojalnych wybrańców.
Minister sportu Mirosław Drzewiecki opracowuje ustawę, w której znajdą się nowe zapisy, jak choćby problem kadencyjności czyli ukrócenia czasu przyspawania do foteli działaczy sportowych. I nie tylko, acz o ustawie szerzej wtedy, gdy jej wersety staną się ciałem.
Tak lecą lata, bliżej do emerytury. A potem od nowa. I od nowa.
Na żużlowym polu nie brakuje coraz to nowych ciekawych ludzi, którzy powinni być wyławiani i przygotowywani do pracy na następne lata. Kluby same jakoś kastrują nieudaczników, choć nie zawsze to idzie w parze z odczuciami tych, którzy przychodzą na mecze i turnieje, interesują się na tyle swoimi drużynami, że tracą nerwy i pieniądze. Gorzej jest z tymi działaczami na szczeblu wyższym, centralnym gdzie demokracja jest tylko na wargach złotoustych.
Czy nowa ustawa i nowe wybory dadzą szansę nowym ludziom? Wątpię, wytrawne kadry zabezpieczą się jeszcze na jakiś czas. Wygrają wszyscy lojalni ludzie prezesa, króliki, króliczki i papużki nierozłączki. Lata lecą i lata jednych oddalają, a drugich również oddalają od tego, co mogłoby być wspólnym celem w myśl hasła „gens una sumus, czyli „jesteśmy jedną rodziną”.
Jednak nie jesteśmy ani rodzinni, ani skandynawscy, ani… już dodajcie sobie sami.