Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Człowiek nie jest kurzem (cz. 3)

Moda. Kupuję Vogue, kultowe pismo amerykańskie, obecne na całym świecie, w Polsce też. Tak, lubię. Nie tylko to, bo ciągle uwodzi mnie Diana Keaton i razem z Jackiem Nicholsonem w “Lepiej późno, niż później” fundują optymizm, którego tak mało na tym świecie. Teraz. Święta, sentymentalne Boże Narodzenie, choinki mają zapach lasu, u mnie w domu rodzinym zawsze mówiło się “drzewko”. W ogóle święta mają tradycję spotkań, jedzenia dobrych rzeczy, kolędowania, obojętnie jaka dopada nas aura otoczenia. Kultowe święta, rodzinne, polskie. Chcę jeszcze trochę o tym kulcie, snuję mini serial felietonowy, od dnia Mikołaja, który już na saniach nie jeździ. Lubimy jednak takie postaci, kultowe przez całe życie, bo człowiek jest ciągle jakby dzieckiem w odbiciach zdjęć sprzed lat. Wyprułem ze swojej głowy fragmenty wiedzy o żużlu, stos i etos, porządkuję magazyn przeżyć “bez pruderii” dla czytających.” Sprzedaję” siebie.

Come back wątek KULTU, który ma różne miary. Stadiony, ludzie, miasta, wydarzenia, które wpadają do historii. Pamiętamy, przypominamy sobie te najważniejsze a każdy ma inną “urodę”; na tym polega wolność myślenia, wyrażania szczerych opinii bez strachu.

“CZŁOWIEK nie jest kurzem”, powiedział rumuński pisarz, filozof, mizantrop Emil Cioran i dodał: życie trwa tak długo, jak długo trwają nasze wzruszenia. One mają różne gwiazdki znaczenia, przykre, przyjemne, doznania do zapomnienia i wspominania. Przyznaję, że wzruszenia mnie polubiły. Czy można być obojętnym wobec emocji?

Zapamiętałem pierwszy wyjazd na Wembley, angielska atmosfera na meczach nie tylko żużlowych jest wyjątkowa. To trzeba przeżyć. Przypominam sobie pierwsze widzenie z młodym niemieckim zawodnikiem na praskim stadionie Marketa. Duży szum, dobrze zaopatrzony w sprzęt, ubrany tip – top. Towarzystwo liczne i śliczne. Nazwywał się Egon Mueller, nie przypuszczałem, że zostanie mistrzem świata. Został w 1983 roku na swojej ziemi koloru Fryzji w Norden. Początki miał trudne, uczył się jeździć, sprzęt przygotowany przez najlepszych mechaników, Otto Lantenhamer bawarski spec od silników był skromnym w obejściu fachowcem od silników. Egon pojętny “gracz” szybko zyskiwał zwolenników, robił postępy na torze, miał przychylne towarzystwo. Można go śmiało nazwać kultowym sportowcem, dbał o PR, chętnie wypowiadał się na konferencjach medialnych, nie unikał wypowiedzi, wiedział, że trzeba współpracować, obecnbie aktywnie „sprzedaje się” na FB. W swojej bogatej karierze nagrał nawet dyskotekową płytę, nie najlepiej śpiewał, ale spróbował, nie był leniwy, ciągle był poszukiwaczem novum. Kiedy samochodem jechał do dawnego Związku Radzieckiego rozebrano mu na granicy doszczętnie auto i motocykle. Poskładał bez awantury razem z synem Dirkiem. Byliśmy razem w Togliatti, rosyjska kolacja, finał kontynentalny IMŚ. Egon lubił towarzystwo, piwo mu wystarczało, dbał o image w szczegółach, był niemieckim żużlowcem, który został też kilka razy mistrzem świata na długim torze, śmiem twierdzić, że Niemcy bardziej kochali długie tory od klasycznych i ciekawy jestem, co na to kultowy Christian Kalabis /częsty gość na FB/, który wydawał atrakcyjny miesięcznik żużlowy “Bahnsport Aktuell”. Egon Mueller, niemiecki as bywał często w Polsce, odcisnął w historii żużla światowego kultowy ślad. Taki zawodnik za wcześnie się urodził, bo pewnie startowałby w polskiej lidze jako gwiazda. Ilu jeszcze takich z dawnych lat? To byłaby ligowa Estrada Lux z takimi aktorami; wyobrażacie sobie np. braci Moranów, kalifornijskich kowbojów czy Duńczyka Erika Gundersena?

Leszno, miasto żużlowo kultowe, nie tylko, że tam od 30 lat ukazuje się jedyny na polskim rynku “Tygodnik Żużlowy” ale emanuje sławą klub z 80 – letnią tradycją UNIA, czterokrotny teraz z rzędu mistrz Polski, w sumie ośmiokrotny. Brand wielkopolski. Gospodarka udana, talenty szlifowane, zagraniczni zawodnicy doceniają tam startować. Stadion dawnej daty, wymaga renowacji, imienia Alfreda Smoczyka pierwszego mistrza Polski, który tragicznie zginął na drodze. W tych okolicach mówi się o żużlu prawie wszędzie, nie wypada więc być ignorantem w tej materii. Tabu objawowe. Leszno organizowało imprezy światowe, bazą była pałacową Rydzyna, ciekawe miasteczko ok. 10 km od Leszna. Klimatyczna strefa z dużym bagażem obyczajowych eventowych scen. Z plusami, minusami, kompromisami przy bufecie pałacowym, gdzie niczego nie brakowało. Kultowe miejsce z duszą hotelową, gościnne dla wszystkich.

Rok 2020, już jakiś czas temu POLSKA wyforowała się, wobec kryzysu angielskiego speedway’a na czoło. Mocno lansowany serial Grand Prix, który zastąpił inny schemat rozgrywania MŚ doszedł jednak do niemalowanej ściany i wymaga resetu. Wyrzucono drużynowe mistrzostwa świata, władza żużlowa pod włoskim beretem FIM nie ma koncepcji na ratowanie resztek, sanację, brakuje pomysłu na rozwój, propagowanie wyścigów w nowych destynacjach świata. Pieniądze na naszym rynku zasłaniają czasem świat i rozmieniają rozsądek na drobne. Polska strona ratuje poziom, zatrudnia nie tylko elitę, także młode talenty zagraniczne, chętnie tu przyjeżdżają, zarabiają dobrze. Zamykanie się jednak w swoim domu wcale nie jest korzystne wizjonersko, gdyż wbijanie w pychę zwykle źle się kończy. Nic tak nie uzdrawia, jak konkurencja, niestety Polacy jej prawie nie mają. Gorzej… tracą wzrok i słuch na otoczenie bliższe i dalsze. Co dalej? POLSKA i empty… Konkurencją dla polskiej armii są zaledwie soliści, duety, w tym nadzieje ambitne, lecz speedway światowy a prawdziwie europejski ostał się właściwie polski. Jednorodny gatunek bywa, że znika, kwestia czasu. Fakt mało pocieszający, brakuje wyobraźni “bohaterom” samouwielbienia swojej pseudo doskonałości. Egotyzm nie jest cechą pocieszającą. Ryzykiem upadku.

W skali światowego żużla od 2022 zacznie się nowy ruch, ponieważ dzierżawę FIM – owską obejmie ktoś inny po BSI. Ciekawe co przyniesie novum wokół Eurosportu…

Wracam jednak do kultowych zjawisk, bo one wirują mi ciągle w głowie. Niewątpliwie sensacją było konkurowanie Duńczyków o tron mistrzostw świata, czyli Hansa Nielsena i Erika Gundersena. Ich patron Ole Olsen nieoczekiwanie trzymał stronę małego Erika. Nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja obu, gdyby nie dramatyczny wypadek w angielskim Bradford Gundersena, który walczył o życie a zdarzyło się w finale drużynowych MŚ. Gunder ocalał, lecz na tor nie wrócił, mieszka w rodzinnym Esbjergu. Strata dla wizerunku speedway’a na świecie dotkliwa. Takich przypadków mamy sporo, speedway jest ekstremalnym sportem, choć wypadki, kontuzje nie tylko sygnujemy na torach. Tragiczne i mniej groźne, różne, tak jest usłane życie w żużlowych zakamarkach naszej rzeczywistości. W Polsce przykre zakończenie kariery miał Tomasz Gollob, który był kultowym zawodnikiem, rozbuchał emocje fanów, narodziła się gollobomania, rodacy jeździli tam, gdzie startował, w liczbie, która dawała pokaźną kasę wszystkim organizatorom. Wypadek na trasie motocrossu w 2017 spowodował u mistrza walkę w innym wymiarze; bitwę o życie i jego funkcje. Los tak chciał? Kultowy zawodnik, który zgromadził wspaniały stos wyścigów, zwycięstw, worki medali – na torach nie tylko w Polsce przecież. Speedway jest uwielbiany za dramaturgię pojedynków na ostrej krawędzi, człowiek dosiada motocykla, nie jest sam decydującym o tym, co może się wydarzyć. Bywa pięknie i bywa przerażająco. Przeżywamy, trwamy, tęsknimy za wyścigami, polski fenomen żużla jest niezrozumiały z powodu tej miłości, niemal ekstazy i nie ma w tym przypadku rozwodów. Pretensjonalne zjawisko? Nie, mamy swoje “komiksy” bez podróbek, świat żużla nie wyobraża sobie dziś życia bez nas, bez polskiego euro.

Ten sport pisze scenariusze, które nie zawsze reżyser – los kontroluje i prowadzi do szczęśliwej mety. Kochamy jednak z dobrodziejstwem zła i dobra, świąteczne dni przypominają nam bumerangowo wydarzenia i nie ma od nich w wolnych chwilach ucieczki. Jest zjawisko kultowe ocieplające serca, bo kiedy się kocha, myśli wirują niemal obsesyjnie i to są nasze fascynujące “gwiezdne wojny”.

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Egon, Niemiec z fantazją

Raz po raz spotykamy się na Facebooku. Wymyśla różne rzeczy, jest aktywny jak zwykle, nie usiedzi na miejscu, chce być obecny, pokazać się, zaśpiewać, przypomnieć się nie byle czym. EGON MUELLER. 64 lata. Niemiec z fantazją. Najlepszy niemiecki żużlowiec w historii.

Jest połowa lat siedemdziesiątych, jadę do Pragi na eliminację indywidualnych mistrzostw świata. Na liście startowej widnieje niemiecki zawodnik, którego nikt nie zna. Zwraca uwagę jaskrawym strojem z reklamami. Wówczas nie było kevlarów, miał zielonkawą skórę oblepioną logami firm. Wokół niego ludzie, jak przy ważnej osobie, dziewczyny atrakcyjne a on z jasną grzywą włosów. Nie bardzo wychodziło mu debiutanckie jeżdżenie, nie miał opanowego mocnego silnika, kręcił bączki. Budził sensację mimo wszystko; takie były jego początki i moje pierwsze zapamiętanie przyszłego mistrza świata na klasycznym torze i wielokrotnego mistrza świata na długim torze, można śmiało powiedzieć niemieckiej/ czytaj: bawarskiej/ specjalności.

Egon Muller ze znakomitym sprzętem, postury raczej wątłej, szybko robił karierę, czynił postępy, widać było, że bardzo chce i nie był artystą tylko od siadania na motycyklu, tylko sam grzebał przy silniku. Mogli uczyć się od niego nasi zawodnicy, którzy nie trudzili się takimi robotami, wyręczając się we wszystkim mechanikami. Egon był wszędobylski, interesowały go tory i ludzie. Pochodzi z Kilonii, nie miał typowego rodowodu jak na niemieckiego żużlowca, bo speedway to raczej Bawaria oraz tamtejsze krótkie i długie tory. Nie był bywalcem przedimprezowych spotkań, skrzętnie pilnował kariery. Wiedział od początku czego chce, ambitny do bólu, po prostu chciał być mistrzem świata. Człowiek nie sznurek, wszystko wytrzyma. Egon dał radę!

Polubiliśmy się, był zawsze mocno zaaferowany przed i po zawodach. Chętnie uczestniczył w konferencjach medialnych, wykorzystywałem jego” apetyt” pokazywania się w gronie dziennikarzy. Startował bardzo często w Polsce, jeździł  z rodziną, żoną i synem Dirkiem, który potem próbował pójść śladem taty, jednak nie miał tyle woli i chyba zdolności, co głowa rodziny. W parkingach godzinami majstrowali obaj przy motorach. Egon współpracował z bardzo dobrym majstrem bawarskim Otto Lantenhammerem, który świetnie rasował angielskie silniki Weslake, sygnowane literkami OL.

Nie miał silnego głosu do śpiewu ale próbował, nagrał płytkę, pojawiał się w dyskotekach, uwielbiano jego charyzmę, wyciągnął niemiecki speedway na szczyt, tak jak to zrobił w skali całego żużla amerykański gwiazdor Bruce Penhall.

Kiedy poprosiłem Egona na konferencji prasowej  na Stadionie Śląskim żeby zaśpiewał swój utwór, bez wahania wziął mikrofon i zrobił popis. Takim jest do dziś.

W 1976 roku  już w debiucie wygrał finał kontynentalny w Lenigradzie. Rok później w rosyjskim Togliatti, mieście popularnych aut Ład, spotkaliśmy się w finale kontynentalnym. Mueller w tak daleką podróż wybrał się samochodem z rodziną, zatrzymano go na granicy i celnicy dokładnie przejrzeli mu cały sprzęt, spenetrowali auto, spędził  cierpliwie wiele godzin, rozebrali cały motocykl, który musiał sam złożyć. Zdążył na zawody i był drugi. Potraktował tę podróż jako egzotyczne spotkanie ze wschodnią mentalnością. W hotelu“ Wołga” obchodził stoliki uczestników turnieju, jest towarzyski, nie pił mocnych alkoholi, coś zjadł, mówiono mi wtedy, że czegoś nie zapłacił w roztargnieniu. Bywał na wschodzie Europy, wygrał w 1976 roku pierwszy swój turniej “ kont” w Leningradzie, w 1984 roku w ukraińskim Równym, w 1985 w Pocking. Mueller jeździł z etykietą mistrza świata i robił furorę, potrafił być medialny i kokietował publiczność.

No właśnie, 1983 rok. Finał kontynentalny odbywa się w Rybniku. A finał światowy Niemcy przygotowywali na nowym aż 40 – tysięcznym Motodromie “Halbemond” w małym miasteczku Norden na północy Niemiec, we wschodniej Fryzji, skąd blisko nad Morze Północne. Stadion niemal na ściernisku powstał z inicjatywy Franza Arensa, rubasznego działacza, który w Rybniku zasmakował w tamtejszym piwie i podczas prezentacji zawodników pojawił się wesoły z buteleczką piwa w ręce. Nie bardzo chciał stamtąd odejść, były problemy, za co został ukarany przez niemiecką federację.

Finał kontynentalny wygrał efektownie Zenon Plech, Mueller był drugi. Teraz celem było Norden.

Niemcy zrobili wszystko pod Muellera. Zrobił się niezły cyrk. Niemcy pod dyktando przyszłego mistrza zrobili bardzo przyczepny tor, zawodnicy wkładali na treningu szpikulce w nawierzchnię a te głęboko wchodziły jak w torf. Protesty na nic się zdały. Stadion zapełnił się w mistrzowskim debiucie, tłumnie przyjechali Anglicy. Polskę reprezentował Zenon Plech, który niestety nie spisał się tak, jak w Rybniku i zajął z jednym punktem przedostatnie miejsce. A wygrał oczywiście dopinając celu Egon Mueller. Gospodarze znieśli pokornie krytykę a na historycznych kartach został uwieczniony Herr EM. Kto dziś pamięta, że  na ewidentnie spreparowanym torze odniósł życiiowy i jedyny taki sukces. Miał już wprawdzie ozdobione konto złotymi medalami z mistrzostw świata na długim torze, lecz “klasyk” miał największy prestiż. Niemiecki mistrz szybko dyskontował sukces, rosło jego konto, za Norden zgarnął ponad 200 tysięcy marek. Startował, śpiewał, uwielbiany jako atrakcyjny zawodnik i aktor.

Był charyzmatyczną ikoną żużla i spróbował jazd w lidze angielskiej. Nie odnosił wielkich sukcesów, najlepiej czuł się na długim torze oraz w turniejach strefy kontynentalnej. Dysponował zawsze świetny sprzęt, który potrafił sam usprawniać. Miał szczęście sportowe, omijały go większe karambole, choć zaliczył bardzo groźny wypadek na autostradzie, gdy w Porsche pędził jak szalony z południa Niemiec do Kilonii i wyleciał z trasy. Zadrżały serca fanów, jednak ich idol miał ochronę aniołów.

Po latach czynił próby rasowania silników zawodnikom/ Robert Dados/, kręcił się nawet koło Tomasza Golloba. Ciągle jest obecny duchowo i wspomnieniami w sporcie, który był jego barwną przygodą, a on jako artysta w żużlu sprawiał satysfakcję jazdami i artystycznymi popisami w dyskotekach niemieckich. Śpiewający gwiazdor, dziś starszy pan, który chętnie fanonom przypomina się; bierze do ręki gitarę i daje raz po raz czadu na Facebooku.

Taki był i taki jest Egon Mueller, Niemiec z fantazją i kufrem medali, pucharów, bagażem wspomnień przy nie gasnącym kominku. Chętnie zawsze śpiewał: “Go, go, go, Man, go”. Danke Egon.