Numer 110

Nicki_Pedersen_&_Tomasz_Gollob

Świat jest sceną śpiewał Elvis Presley, trzeba umieć na niej grać. SPORT jest i estradą, i teatrem, oglądamy, podziwiamy mecze, turnieje, pojedynki i walki mające nadmiar emocji. Wrzask radości, hymny, łzy wzruszenia i rozpacz, która kwili w kącie. Scena, Estrada, teatr. Kochamy adrenalinę aplikowaną podczas każdej imprezy. Aktorami są sportowcy o różnych kolorach skóry. Oprawa często gigantyczna, fantazyjna, bajkowa, bo poza rytuałami, tradycyjnymi obrazkami doznajemy nagle wybuchającej spontaniczności. Nie ma powtarzalności, ciągle coś nowego, choć czasem irytująca jest zgrana rutyna, łatwizna w scenariuszach imprez. Widownia na stadionie i fani przed telewizorami oczekują przyjemnych niespodzianek. Igrzyska Olimpijskie, mistrzostwa świata, Europy wywierają nacisk na organizatorów, aby zadziwić, zaskoczyć czymś nowym. Nie zawsze tak jest. Uczestnicy, “aktorzy” widowisk mają różne charaktery, ale nawet najspokojniejszego adrenalina porwie bez opamiętania przy sukcesie, który wywołuje euforię. Kochamy showmenów, podążamy za nimi, uwielbiamy, podtrzymujemy na duchu, kiedy wpadają w depresję wynikową. Wybaczamy, acz nie zawsze do końca. Taka jest natura wielbicieli. Zagrzewamy do walki i złorzeczymy SPORT jest sceną, na której “aktorzy” wywierają ambiwalentne uczucia, nie ma bowiem w karierze sportowców formy, która gwarantuje żelazną stałość. Życie umiejętnie dyryguje wyczynem. Mamy układnych, grzecznych sportowców i mamy takich, którzy swoją “grą” wywołują mieszane uczucia z ekstazą podziwu. Więc kogo lubimy bardziej – tych spokojnych bez bólu czy tych niepokornych do bólu?

Historia sportu jest wypełniona treściami rozmaitymi, sukcesami bez skazy i ze skazami, nadużywaniem popularności, nałogami, wybrykami. Grę oceniają surowo kibice, recenzenci bez skrupułów, rozpaleni jak wulkan i zimni jak lód.

Z nowym wybranym numerem w serialu Grand Prix wystąpi Duńczyk NICKI PEDERSEN. Oznaczył się jako 110 i nie wiem dlaczego, gdyż nie miałem okazji zapytać. Zwykle za każdą liczbą kryje się od dawna jakaś tajemnica, która albo jest czytelna dla ogółu albo zagadkowa. 110?!

O Pedersenie krążą różne wersje; początki kariery “załatwiły” mu opinię rozbijaki, zawodnika, który po starcie rozpędza rywali na wszystkie strony świata. Mówiono o nim źle, “jakiś rolnik” z Danii jeżdżący na oślep. 4 kwietnia Nicki przekroczy 40 – tkę, to rocznik 1977 i jak oświadcza czuje się w pełni sił by walczyć o mistrzostwo świata. Jego referencje są bogate w medale, wydarzenia, przykre kontuzje. Miejsca na podium i incydenty wykluczające. Niechęć do Duńczyka na początku kariery brała się może i z jego obcesowego zachowania. Permanentnie w karambolach winą obarczano w pierwszej chwili właśnie jego. Miał etykietę prawie żużlowego gangstera, który jedzie bezpardonowo do celu. Ta etykieta z biegiem czasu wypłowiała.

Nicki Pedersen cieszył się z sukcesów i także znosił swoje cierpienia. Ostatnie urazy z kręgami szyjnymi mocno dały mu się we znaki. Jak mówi, te dwa przypadki, po konsultacjach z lekarzami, przekonał go, że po raz trzeci mogą być katastrofą. Mr. Nicki zdaje sobie sprawę ze swojego wieku ale i doświadczenia, z posiadania rodziny i możliwości. Z chęci korzystania z życia, kiedy już nie wyjedzie na tor.

Obserwowałem go wiele razy, jego zgrany, ustawiony profesjonalnie team. Przekaz telewizyjny bezlitośnie wyłapywał w parkingu niecne zachowania Nickiego po incydentach. Kopał z furią w skrzynie z narzędziami, przewracał co było po drodze, wyrzucał z siebie złą energię bezpardonowo. Wracał do normy szybko, naturę ma wulkaniczną, erupcja nie trwa jednak wiecznie. Jak szybko wybucha, tak rychło gaśnie.

Był trzy razy mistrzem świata, kilka razy z duńską drużyną zdobywał złoto/4/, był mistrzem Europy, wywalczył Zlatą Prilbę w Pardubicach, mistrzem Danii był siedem razy, stylowo, technicznie wygrywał turnieje Grand Prix, ścigał się fanatycznie bez specjalnych zahamowań na wszystkich torach. Królował, defektował, leczył rany.

Jakiego chcielibyśmy widzieć Nickiego?

Z biegiem kariery doroślał, reprezentuje Danię/ pochodzi z Odense/, konsekwentnie gromadził kapitał z myślą jak wygrywać na torze i jak “wygrać” życie po zakończeniu kariery. Kontrowersyjny na pewno i skuteczny, bez patentu na szczęście czyli na omijanie pecha i kontuzji. Szanowany, nie przez wszystkich lubiany.

Nickiego Pedersena pamiętam sprzed wielu lat, kiedy przyleciał do Dubaju na wręczenie złotego medalu za zdobycie mistrzostwa świata, był tam także Jarosław Hampel, mistrz świata juniorów. Pokazowa gala, wcześniej na wydmach jazdy na quadach. Prywatnie, towarzysko był prawie nienaganny, miał i ma wizerunek otwartego człowieka, który nie przypomina zawodnika z toru, który gazu nie zamyka. Wolę/ choć potępiam naganne postawy/ zawodnika z sukcesami kopiącego swoją skrzynkę z narzędziami, niż bez emocji na twarzy, skrywającego w sobie zawiść do konkurentów. Na torach nie ma róż, ekstrema ma w sobie podium i kliniczne łóżko. Speedway ma odcienie piękne i brutalne.

Sędziowie często ulegają, kiedyś bardziej/ presji widowni podczas kontrowersyjnych wydarzeń na torze. Obecnie mniej dzięki obejrzeniu na ekranie TV zdarzenia na torze. Ocena jest weryfikowana sprawiedliwe jeśli nie podejmowana raptownie. Nicki Pedersen bardzo często występował w głównej roli karamboli, bo on nigdy nie grał tzw. “teatralnych ogonów”, taki żużlowy hazardzista z hasłem: “zawsze może coś się wydarzyć”. Jak w grand kasynie Monaco. Wygrać albo przegrać. Ale nie wszystko!

Nie kryje tego co było i nie ukrywa, że chciałby resztę życia zdyskontować wygodnie na miarę swoich osiągnięć i możliwości. Lubi komfort, podróże, klimat luksusowego Monte Carlo i zadziorny speedway z maxadrenaliną. Znów go zobaczymy w serialu Grand Prix i w barwach Unii Leszno. Nicki kolekcjonuje złoto, jest spełnionym, hardym, myślącym zawodowcem i czas zweryfikował sporo złych opinii o nim.

Czy sportowiec mało charakterny może mieć na koncie taki dorobek jak Nicki? Pytanie raczej retoryczne. Sport potrzebuje “żołnierzy”, którzy mogą zostać generałami.

W jakiej formie wyjedzie na tory w nowym sezonie numer 110? Ekstraliga w polskim wydaniu wymaga charakteru bez spekulacji i bez obciachów, zaś piekielny i długi serial GP powoli odpycha weteranów. Oni trzymają się uporczywie, dzielnie i z duszą rutynowanych jeszcze mogą pokazać młodszym, gdzie ich miejsce w szeregu.

No właśnie, a Nicki Pedersen jeszcze może.

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

KOLORYT ŻUŻLA

Było cicho i jakoś tak dziwnie przed końcem sezonu, i nagle wiatr historii zaczął wichurę w jesiennych liściach. Zawirowało. Zrobiło się malowniczo. Cieplej na duszy. Sport pokazał raz jeszcze, że nie ma pewniaków, nie ma mocnych na żywioły. Panie i panowie po kolei.

GREG HANCOCK po przykrej kolizji w Gorzowie, podczas GP zaleczył lewą rękę i pojechał w swojej drugiej ojczyźnie, czyli Szwecji, jak przystało na pretendenta do trzeciego złota. 44 – letni Amerykanin, który mieszka z ładną rodziną pod Sztokholmem nie odpuścił młodzieży i udowodnił, że w finale GP na toruńskim torze będzie bronił pozycji lidera przed atakami m.inn. Krzysztofa Kasprzaka. No właśnie na przestrzeni sezonu GP każdego zawodnika dotykają cierpienia kontuzji i absencje. Roni łzy obrońca tytułu Anglik Tai Woffinden i skręca się z bólu sponiewieranej ręki, wypadł z gry Duńczyk Niels Kristian Iversen a byłby blisko cennego trofeum. KK też miał kłopoty, podobnie Duńczyk Nicki Pedersen. W tym kontekście rodzi się od razu pytanie, czy cykl kilkunastu turniejów jest bardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem od jednodniowego finału?! Czekam na odpowiedzi, bo tasiemiec GP jest ciągle dziwolągiem zaspakajającym chyba tylko funkcjonariuszy tego serialu.

Rok temu w Toruniu triumf święcił Woffi a turniej wygrał Adrian Miedziński, który jest sezonową zagadką. W tej walce finałowej zabraknie niestety Australijczyka Darcy Warda, którego jazdy bywają cudowne, acz picie mocnych napojów skraca życie, czytaj: karierę. Niestety, za błędy młodości trzeba płacić, traci też publiczność, która zawsze jest łasa na popisy nie tylko na prostej. Skoro jestem w Toruniu, jeszcze raz ubolewam, że po kilku sezonach i wydaniu ok. 19 milionów złotych Roman Karkosik żegna się z Unibaxem /nazwa od jednej z jego społek/. Człowiek bogaty zaznał w sporcie żużlowym odrobiny luksusu /DMP ‘08/, kiedy najmniej go ten “interes” na początku przygody kosztował. Potem finanse zawirowały, przyssali się do bankomatu RK jak pijawki poszukiwacze lukratywnych podpisów za starty. Roman Karkosik chciał mieć coś do powiedzenia z “Aniołami”, lecz pokazano mu drzwi. Skończył ośmioletni “epizod” z klasą, nie zostawił zadłużeń, co bywa w żużlowej modzie. A hasło, kogo pieniądze, tego religia nie może na żużlowym rynku zaistnieć. Karkosik nie chciał być zakładnikiem “organizacji”. Finis coronat opus, koniec wieńczy dzieło. Było, minęło, szkoda.

Od Torunia nie jest blisko do Zielonej Góry, ale oba miasta powiązała rok temu afera ekstraligowa. W Falubazie zakotłowało się, zespół wypadł z gry o mistrzostwo Polski. Słabo wypadli w meczach prawdy ci, na których liczono, brakuje zawieszonego Patryka Dudka. Trener Rafał Dobrucki zapowiedział odejście, raczej tam nie zostanie Jarosław Hampel, który przez jakiś czas miał podobno problemy z sobą/ krążą o tym barwne plotki/, został odsunięty od składu, potem po fantastycznej jeździe w Sztokholmie w GP Skandynawii przywrócono go do drużyny. Cyrk i znowu wersje, kto za tym stoi: czy senator Robert Dowhan były guru klubowy, czy prezes Maciej Jankowski. Odcina się Dobrucki, urażony Hampel śmieje. Kabaret, który jednak odbił się na postawie i obrazie Falubazu. Wizerunki klubów podupadły także “dzięki” licencjom pod specjalnym nadzorem. Vide co jest w Czestochowie, nie mówiąc o bałtyckim wstydzie z drużyną Wybrzeża. Na tym tle rodzinna firma Skrzydlewskich z Łodzi wypada jak dziewica. No może przesadziłem, lecz ich desant w pierwszej lidze zasługuje na nowy stadion w Łodzi. Budżet został wyczerpany przez… sukces, toteż prezes Witold Skrzydlewski “szantażuje” panią prezydent miasta, że jeśli będzie baraż z Częstochową, to za pieniądze miasta. Interesy trzeba umieć robić a na tym szef Orła, o którym śpiewa Sławek Kowalewski/ “Trubadur”/, zna się dobrze.

Znają się też jak zarabiać decydenci Polskiego Związku Motorowego. Utworzenie Ekstraligowej Spółki jest dziwolągiem, który kosztuje krocie, bo prezes tego ugrupowania zarabia tyle, ile prezes dużej społdzielni mieszkaniowej. Nie pogardził by taką robotą może i tuskowy Igor Ostachowicz, bo to więcej, niż w rządzie, lecz znacznie mniej, niż w Orlenie. Rada nadzorcza spółkowej extraligi jest nieliczna, zgrana i również dostaje przelewy na konto. Teraz w żużlu funkcjonariusze dostają nawet za przejście się po parkingu. Po co spółka? Co ludzie robią od niedzieli do niedzieli? Za duże pieniądze? Dawniej obsługiwał wszystko Giekażet. PZM nie ingeruje, bo sam musiałby sobie poobcinać. Absurd.

Gospodarniej byłoby bez “gipsowych” i fasadowych firm powiększyć rutynowy Giekażet o jedną osobę i dalej działać po bożemu, bez szastania pieniędzmi. Podobno speedway ich potrzebuje. Kolejny absurd. Eskalacja zjawiska tworzenia spółek w Polsce w łonie różnych organizacji jest łacnym interesem dla ludzi, którzy chcą dużo mieć za… mało roboty. Nie wiem skąd nadleciał ten trend, czy aby nie z PKP? Działacze mają jednak mało wspólnego z kolejami, raczej z innymi ”furami”.

W sprawie ekstraligowej spółki czekam na głosy czy jest sens “pieszczenia” sztucznego ciała, które jest bliższe członkom, niż sportowi.

A tak w ogóle, zrobiło się w żużlu na koniec barwnie, bo jeden drugiego, trzeci czwartego i mamy męską końcówkę. Jeszcze do Rybnika zjadą mistrzowie świata, żeby zrobić reprint turnieju, jaki mieliśmy rok temu w Lublinie. Show po koronacjach GP w Toruniu. Jakby mało było sportu dla prawdziwych kibiców, w Warszawie “kopiemy się” z Niemcami, co szpanuje hazardzistów nie mniej, niż jazdy tego samego dnia w toruńskiej Motoarenie. Oj, będzie się działo!

ps. Dochodzą mnie słuchy o kandydowaniu do samorządów także sportowców, w tym ze środowiska żużlowego. Mieliśmy już takie doświadczenia w przeszłości z miernym skutkiem, więc polecam choć trochę samokrytycyzmu, bo żeby coś załatwić trzeba umieć sklecić trochę zdań. Mumie nie są narodowi potrzebne, zatem “mierz siły na zamiary”; rozliczenia bywają smutne i przynoszą szkody Polsce.

Kibic płaci i wymaga

3

Czego? Normalnej toalety? Czystego fotelika na stadionie? Dachu nad głową? Miejsca parkingowego bez stresu? Można jeszcze coś tam dodać do tych życzeń, choć podstawowym roszczeniem jest postawa drużyny, zawodników, którym kibice adorują. Wiernie przychodzą oglądać swoich idoli  i cieszą się z jazd, walki na torze, z dorobku punktowego. Ostatnio mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju lekceważeniem tych, którzy wypełniają trybuny w ciągu sezonu a dopływ gotówki do kas klubowych z tego tytułu nie jest skromny, wręcz zasila budżet znacząco. I nie tylko w żużlu odezwali się kibice zmartwieni wynikami swojej drużyny. Oto na piłkarskim boisku zasłużony dla sportu nawet europejskiego Górnik Zabrze wywołał do „ tablicy” swoich fanów. Kto kogo wywołał pozostawiam sumieniu jednych i drugich, także prezesa i trenera. Nawet duży autorytet może się zużyć i nie mieć argumentów przekonywujących dla swoich podopiecznych. Trener Henryk Kasperczak ma ogromne zasługi dla futbolu, w tym dla afrykańskiego ale i po ostatnich mistrzostwach tego kontynentu salwował się szybkim wyjazdem do Europy. W Górniku zastał nie najlepszą sytuację. Kiedy drużyna pod koniec sezonu przegrywała mecz za meczem kibice ruszyli do natarcia i ostrzegli zawodników w stylu budzącym mimo wszystko zaskoczenie, bo powiedziano im dosłownie, że na boisku trzeba zapier… Pytam, a na żużlu nie?!

Podobno trener i prezes „kokietowani” przez grupę Alianz wiedzieli o tym ruchu kibiców a ponieważ sami nie mieli już chyba nic do powiedzenia swoich pupilom, posiłkowali się zdeterminowanymi kibicami. Inne sytuacje. Oto piłkarze Jastrzębia, Ruchu Chorzów dramatycznie domagali się uregulowania zarobków. Wstyd. Działaczom! Poirytowani kibice żużlowej Polonii Bydgoszcz ruszyli do natarcia gdy porażki zespołu stały się normą. Ostro przedstawili swoje uwagi i pogonili prezesa oraz trenera. Zjawiska nie nowe. Zawodników i kibiców nie można traktować instrumentalnie. Nie da się lekceważyć i jednych, i drugich przez zarządy klubowe. Dynamiczni kibice z Częstochowy zjednoczeni na dobre i złe nie dadzą sobie dmuchać w kaszę. I prezes Marian Maślanka dobrze o tym wie. Demokracja wozi taczki z sobą. Zawodnicy mają określone obowiązki ale i słabości. Kibice płacący za bilety, kupujący programy imprez chcą widzieć walkę nawet kiedy ich idole przegrają. Żal mi było gorzowskich kibiców po derbowym pojedynku z Zieloną Górą, bo Falubaz dokonał ruiny w ich sercach. Klub o dużym budżecie dostał lanie w prestiżowym pojedynku. Bezradny był w motywacjach trener, ekipa dostała po uszach. Takiego wyniku nie spodziewał się chyba nikt, bo to nie Falubaz był genialny, lecz przeciwnik oddał im pole już od startu najczęściej. Co czuje w takich chwilach kibic, rzesza fanów jadąca na widowisko, oczekująca jazd od których nie powinno się odchodzić nigdy. Chyba, że kataklizm… Ale takowego nie było. Czy można dziwić się kibicom ich gwałtownych reakcji i wyłożenia racji w stylu zabrzańskim, bydgoskim, że nie tylko za duże pieniądze trzeba zapierd… Lekceważenie licznej widowni budzi refleksje i czasami… niechby zawodnicy oddali część swoich apanaży na biedny dom dziecka w sytuacji, kiedy spadają z motocykli.

Nie unikniemy już demokratycznych ruchów. I sterowania ręcznego, bo jak pokazał zabrzański protest przygotowano go w zmowie z trenerem i prezesem. W tym ruchu kibicowskim zmartwiło mnie, że taki mag jakim jest Henryk Kasperczak musiał się posiłkować stadionowym ludem. Pamiętajmy, że kij ma zawsze dwa końce. Kibice w różnych sportach zachowują się w chwilach zwycięstw i porażek podobnie. Jedna jest bowiem ich dusza, a eliminuję ekstremę fans, która zawsze trafi tam, gdzie kraty w oknach. I tak oto z jednej strony mamy postawy kibiców wobec fatalnych postaw drużyn, wobec idoli uwielbianych bezgranicznie, choć nie do końca; z drugiej strony mamy weryfikację postaw przez kibiców prezesów za ich ruchy kadrowe oraz szkoleniowe wybory; z trzeciej strony mamy jeszcze tłum widzów i przy słabym sędziowaniu nie tylko okrzyki po których więdną uszy kandydatom i kandydatkom na klasztorne cele. Bo dobry sędzia dziś, za kilka dni może być okrzyczany jako ch…

Mnie interesuje jednak relacja: zawodnicy, kibice, zarządcy klubowi. Zgadzam się z tzw. warunkami obiektywnymi na które czasami składają się okoliczności dołujące wyniki. Ale z każdej sytuacji jest wyjście. I jak zwykle powtarzam, ze wyobraźnia jest potrzebna jak metanol silnikowi. Zadufanie, często ślepe, brak kompetencji i wiara w cuda kosztuje prestiż.
Jesteśmy w trakcie ciekawego sezonu i jak widać niektórzy mają kryzys i są kłopoty. Poziom ligowy się spłaszcza, nie winduje w górę, nie każdy as jest tynfa wart. Zaraz po sezonie rzucono się hurmem na podpisywanie kontraktów nie wytrzymując ciśnienia a przecież speedway jest biznesem i nie można łapać much na mrozie.

Mamy więc „dywaniki”, wertowanie umów a papiery są podpisane. Co robić? Bydgoscy kibice pogrozili palcem, pogrożą inni pewnie też jeśli będzie chora sytuacja. Zjawisko w skali mikro tego typu nie jest groźne, lecz w skali makro może być kłopotliwe dla organizatorów żużlowej zabawy w Polsce. Wszystko zwykle sprowadza się do kompetencji, fachowości i urządzania atrakcyjnego życia na torach tak, aby to były widowiska godne kibiców. Bez nich ani rusz i wcale się nie pomylę, kiedy napiszę, iż trzeba prezesie czasem wytrzeć fotel dla kibica, bo on został zaproszony za swoje pieniądze. Nie można być niegościnnym, chyba, że? A zawodnicy niestety muszą ostro zapier… tak orzekli sympatycy słynnego Górnika, a jak trzeba gonić pokazuje cudownie futbolowa Liga Mistrzów. Zawodowy sport nie ma czasu na lekceważenie gości.

Co w żużlu? Poziom i styl mistrzowski prezentują niezmiennie takie asy jak Australijczycy Jason Crump, Leigh Adams, weteran z USA Greg Hancock czy obrońca tytułu Duńczyk Nicki Pedersen. Jeszcze można dodać kilku do tego towarzystwa nie zepsutego przez polskie kluby. Oni jadą nie tylko po kasę, oni mają nazwisko, którego nie można rozmieniać obojętnie czy to deszcz czy kanikuła albo dziury. Ich sprzęt świadczy o nich. Także profesjonalne morale. 

To tyle i aż tyle o prozaicznych sprawach, acz istotnych, na które zwracają zawsze wierni kibice i jak już nie mogą wytrzymać nerwowo, ruszają z hukiem na klubowe kanapowe życie. Nie można takich ruchów lekceważyć, trzeba po prostu raz jeszcze cytuję: „ zapierd…” zawsze i wszędzie. 

Gorycz Nickiego

Nicki Pedersen chce walczyć o kolejne mistrzostwo świata, jest zorganizowanym zawodnikiem, jego team wierzy w niego a on w nich. Być mistrzem świata trzy razy nie  może być przypadkiem. Zaczynał od zawadiackich jazd w stylu Rosjanina Sajfutdinowa, ale czy pokorny zawodnik może być najlepszy, taki układny, który koleżeńsko przepuści rywala do przodu? Pytanie raczej retoryczne. Nicki wie  czego chce, ma pecha uczestniczyć w karambolach po których wina pada na niego, bo zwykle tak to wygląda. Prawda jest inna, choć N.P. nie zawsze protestuje. Niewinny ukarany zawsze będzie miał uraz do kwalifikatora takiej oceny. Sprawiedliwość w sporcie jest warunkiem jego wiarygodności. Nickiemu przelało się po niesłusznym wykluczeniu z gry w Goeteborgu i rozumiem jego żal, gorycz. Speedway nie jest szachami i brydżem, ekstremalny sport wymaga kosztów finansowych i narażania życia. W Goeteborgu sędzia Wojciech Grodzki nie kwestionował jakości toru, choć znacznie lepsze tory w Polsce, w naturalnej scenerii po burzy czy deszczu były uznawane za niegodne do jazdy. W konfliktowej sytuacji na torze z udziałem Pedersena i Sajfutdinowa padło na tego z hipoteką różnych win z przeszłości. Nie bez przyczyny są także media, które konsekwentnie przylepiały etykietę rozbójnika Nickiemu. To już nie ten Pedersen. I wrażliwy sportowiec na niesprawiedliwe werdykty.

Co zrobić więc, aby sędziowie nie wydawali tak szybko złych orzeczeń? Przecież sędzia nie jest sam, bo towarzyszy mu grupa trzymająca władzę na zawodach, czyli Jury Grand Prix. „Carem” jest arbiter, lecz po co opłacani  nie tak słabo notable rangi FIM?! Niech odejdą od bufetu i pomogą błądzącemu czasem sędziemu by nie niszczył, nie tylko mistrzów ale i takich, co mistrzami chcą być. Każdego.

Wielbłąd Grodzkiego

Tak, Wojciech Grodzki sędziujący trzeci turniej z serii Grand Prix w Goeteborgu niesłusznie wykluczył Duńczyka Nickiego Pedersena  w sytuacji konfliktowej na torze z Rosjaninem Emilem Sajfutdinem. W finale upadli obaj, ale Duńczyk był niewinny. Padło na niego po błyskawicznej reakcji sędziego. Nie zastanowił się ani na chwilę, a nie jest nieomylny. Nicki był wściekły. Takie decyzje wypaczają sport, łatwo też w żużlu przykleja się etykiety zawodnikom jeżdżącym odważnie. I Duńczyk, i Rosjanin do takich należą, z tym że pierwszy jest trzykrotnym mistrzem świata, drugi pretendentem w debiucie.

Sędziów międzynarodowych na żużlu z dobrą opinią nie jest wielu. W ubiegłym sezonie odpadł z wydawania werdyktów Marek Wojaczek po kilku latach bycia w elicie, teraz znów polski arbiter jest w centrum uwagi i odegrał na Ullevi kiepską rolę. Zdarza się każdemu, ale najgorzej jest wierzyć w swoją wielkość. Wojciech, syn Andrzeja działacza międzynarodowego powinien zatem uderzyć się w piersi. A jakie będzie miał zadośćuczynienie Nicki? 

Łatwo być obnoszonym prominentem, szybko kogoś skrzywdzić, zniszczyć sens sportu. Grodzki jr. ma na sumieniu międzynarodowego „wielbłąda” i musi teraz na nim jeździć po Opolu.