20 metrów szczęścia

 

1280px-Motorspeedway

Nad ziemią! 20 metrów, z takich wysięgników w Lublinie kibice oglądają mecze Motoru. Obraz tej nowości kosmicznie piękny, Artur Bieniaszewski, który powiększa liczbę tych urządzeń rozbi światową karierę. Grand pomysł. Widowiskowa sprawa, z koszy wysięgników trudno wypaść, jest bezpiecznie, obraz bitwy żużlowej jak na stole. Wspaniały pomysł godny upowszechnienia. Ma być coraz więcej tych urządzeń, które  tylko nie zabezpieczają przed deszczem. Burza nagła jest zagrożeniem i wichura diabelska. W porę jednak można przewidzieć takie pogodowe niespodzianki. Dawno temu np. w Rybniku/nie tylko tam/ kibice oglądali mecze wspinając się na topole. Można było zlecieć w dół, acz nie słyszałem o takich przypadkach, bo kibice mają moc. W każdym razie lublinianie raz po raz zaskakują żużlowy świat: jak nie kontraktem przed laty mistrza świata Duńczyka Hansa Nielsena, to brawurowym awansem/ po dłuższej nieobecności/ do elity ligowej i atrakcyjnymi meczami z prądem emocji 300 v! Miasto żyje żużlem na ziemi i na wysokościach. Chwała im wielka: na stadionie i nad nim, jak w niebie. Atmosfera czegoś wyjątkowego, bez reżysera z Hollywood.

Ale spadnijmy bezpiecznie na ziemię, oto pojawił się projekt mini serialu Grand Prix anno 2020. Polska, Dania, Czechy i Polska mają być gospodarzami. Armando Castagna i BSI kombinują jak wozacy do Morskiego Oka. Osiem turniejów, czyli 4 razy po dwie imprezy: Wrocław, Vojens, Praga i Toruń. Good luck. Tak być musi? Co na to koronawirus, który nie daje za wygraną, on czyha, niezależnie od reklam.

Przełożono Grand Challenge do GP z Żarnovicy do Gorican, Słowacja Martina Vaculika odstawiona a szkoda, wybrano już otrzaskany imprezami Gorican. Niech tak będzie, polska strona desygnuje Krzysztofa Kasprzaka jako swojego kandydata, bo wygrał rok temu Złoty Kask. To było dawno, jak jeździ teraz były wicemistrz świata widzimy. Pokazuje speedway, który nie porywa, schematyczny na torze odstaje, więc ironizuję z przesłaniem czy postawiono na… młodzież? A mamy tak wielce utalentowaną. Czy trzeba kogoś ośmieszać dotrzymując słowa za wygranie ZK, albo ratując prestiż polskiego żużla.  Nie zawsze cel uświęca środki. Życzę zatem powodzenia specom od przewidywania. Oczywiście może tak się stać, że KK awansuje do GP i drżę co będzie potem. Z Chorwacji awansuje trzech pierwszych zawodników; turnieje challenge nie są łatwe, ale też nie zawsze kandydaci mają potem co robić w serialu GP. Przypominają mi się dawne czasy, kiedy z tzw. strefy kontynentalnej IMŚ awansowali żużlowcy do finału światowego i oblewali egzamin w konfrontacji z Zachodem. Ale to już było, bo wymieszał się Wschód z Zachodem. Serial GP jest wymagający, “wożenie się” nie ma sensu. Mam myślowe skakanki, oddalam się więc od mistrzostw świata, od włoskiego makaronu, który lubię, lecz nie bardzo znoszę, kiedy mi ktoś nawija go na uszy. Sport jest dyscypliną odważnych decyzji, wręcz pokerowych zagrań i kompromisy bywają kosztowne.

Mamy kolejne covidowe poluzowanie i 50 % widzów może wchodzić na stadiony. Zastrzyk ulgi dla klubów, które z frekwencją są na bakier w kasie. Dobrze, gdyby fani nie siadali gromadnie, bo licho nie śpi a co dopiero wirus wszędobylski. Ostrożność w cenie.

Monopolowy talent czyli Rafał Sz. z Rybnika posiedzi dłużej w areszcie, jest on klasycznym przykładem talentu zmarnowanego przez nałóg. Talent czystej krwi, która od razu była zasilana alkoholem. Rafał zdawał sobie sprawę ze swojego talentu, startował incydentalnie w turnieju Grand Prix, był w Rybniku objawieniem, charakter miał nie tyle górniczy co góralski. Niestety meandry życiowe zaprowadziły go tam, skąd mało widać normalnego świata. Ale jest spóźniony czas na refleksje, tylko żałowanie nie jest pocieszeniem dla bliskich. Rafał Szombierski potrzebował mentora silnego, mocnego autorytetu, który by opanował jego rogaty charakter od początku kariery. Nie było takich dla niego, on łatwo przełamywał bariery a ostatnia jazda samochodem w pijanym widzie była tragiczna w skutkach. Ubolewam, że młodzi ludzie mając wielkie perspektywy rozwoju tracą wszystko. Za krótkie i za szybkie jest życie, żeby w głupi sposób marnotrawić co ono ofiarowało. Oj, Rafał… co się  z twoim życiem porobiło.

Szalejący mały, spolszczony Duńczyk Leon Madsen wygrywa turnieje na obszarze SEC, czyli indywidualnych mistrzostw Europy. Jest szybki, zwinny, potrafi zostać na pierwszym wirażu w tyle i gonić, kombinować, chce być zawsze pierwszy, natura podobna Bartoszowi Zmarzlikowi, który też gna przed siebie finezyjnie. Pierwszy mistrz świata, drugi wice. Przyjemnie patrzeć jak ścigają się obaj, dbają na każdym metrze o fair play, nie ma jazdy na oślep, jest speedway łokieć w łokieć,  porywający serca.

Kiedy trzeci turniej SEC rozgrywano w Rybniku publiczność przypominała Griszy Łagucie exodus z ROW po odbytej karencji. Były gwizdy; tacy są fani: jak kochają, tak nie lubią; rosyjski wojownik zajął drugie miejsce w turnieju. Można sobie czasem przecież pogwizdać, choć lepiej gromko pośpiewać. Mało tego na polskich stadionach, w odróżnieniu od widowisk sportowych poza Polską, dreszcze przebiegają, kiedy kibice Liverpoolu, Barcelony czy Milanu dają głos… Nie będziesz nigdy szedł sam… słynny hymn Liverpoolu. Gwizdy także tam się zdarzają. Daje czadu gwizdami “żyleta” na warszawskiej Legii, lecz jak oni drą się cudownie, gdy leci “Sen o Warszawie”, przejmujący song Niemena. Hymny sportowych klubów mają historię, która utrwala pamięć o drużynach, tworzą oryginalne scenariusze niezapomnianych widowisk.

Jeszcze o SEC, który zawstydza niemrawą FIM. W Gnieźnie odbył się zaległy turniej.

Przypominał chwilami Rajd Paryż/ Dakar. Kurzyło się strasznie a wody brakowało. Susza na torze, Wygrał tym razem rozpędzony jak Pershing Robert Lambert, Anglik wycofał na fotelu lidera SEC Madsena. I dobrze. Coś się dzieje, finał w Toruniu 29 lipca. W VII wyścigu w karambolu z Rosjaninem Andriejem Kudriaszewem ucierpiał Nicki Pedersen /Duńczyk go przeprosił/, pojechał do szpitala z silnym bólem ręki, szkoda, bo liga na karku. Dawno nie widziałem takiego oszczędzania wody. Tumany pyłu były widowiskowe niczym burza piaskowa, lecz to przecież speedway!

Kończę, dzwoni limiter. Patrzę na trybuny stadionów, siedzą ludzie w różnym wieku, jedna wielka rodzina, maski schowane, strach pomyśleć jaka lekkomyślność i jaką może mieć cenę. Żywioł unicestwia nawet betony, dlatego szczęściem jest panoramiczne oglądanie żużla 20 metrów nad ziemią. Po lubelsku.

Narkotyczna miłość

download

„Skąd to się bierze“, pyta mnie gość, siedzący naprzeciw mnie w Pendolino, kiedy jadę z Katowic do Warszawy. A „to“ jest zjawiskiem pn. SPEEDWAY. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, krajobraz przewijał się szybko za oknem. Zacząłem mówić o fascynacji żużlem, więc padło pytanie skąd to się bierze…

Tak jest od wielu lat. Kilka miesięcy w roku, kiedy trwa sezon i ludzie przychodzą na stadiony, kiedy już zimno i kończą się wydarzenia na torach trwa podsumowanie w koleżeńskich gronach, samotnie, nie byle jak, poważnie, kibic żużlowy jest mocno wciągnięty w tajemnice środowiska. Dużo wie, zbiera programy z imprez, gadżety, ustala gdzie i kiedy pojedzie na mecze, turnieje. Znajomość tego sportu zasługuje na respekt, tu nie ma amatorstwa. Jest ogromne przywiązanie, wierność, pochwały i wybaczanie za spaprane wyniki. Rodzinne układy niemal. Znam takiego gościa z Czech, który „karmi się“ polską ligą, przyjeżdża do Wrocławia najczęściej, bo mu najbliżej, ale wyprawia się także dalej. Zauroczenie, zbieractwo pamiątek, są tacy, którzy mają hałdy materiałów, co jest imponującym sportowym archiwum.

Speedaway jest sportem rodzinnym, od małego dzieci nasiąkają z tatą, mamą emocjami żużlowymi. Ładne obrazki, jak z albumów. Powiem Wam, że ostatnio byłem na meczu Legii w Warszawie, gdzie atmosfera piłkarska jest fantastyczna, trybuna „żyleta“ w białej  tonacji pulsuje przez ponad półtorej godziny rytmem wulkanu. Poza tym miejscem dużo rodzin z dziećmi, nawet małymi. Tam przychodzi się nie tylko na czysty sport, tam kibice zjawiają się w gromadzie, żeby spotkać się i cieszyć dopingiem. Taka żużlowa atmosfera bez dwóch zdań. Sport w wydaniu pokoleniowym. I takim jest też speedway, który ma różne odcienie. A propos futbolu, ostatnio przypomniała się apetyczna modelka Claudia Romani w skąpym czarnym odzieniu, które podkreśliło kobiece walory, nie są one obojętne dla męskiego oka, Artur Jóska z redakcji „TŻ“ poszukał zdjęcia Claudii, jakbym widział podprowadzające sylwetki na starcie żużlowych widowisk, dziewczyny na okładki pism kolorowych, niektóre z nich zrobiły przecież kariery. Uciekły spod taśmy startowej, zawodnicy wypatrujący zielonego światła na starcie widzieli w ułamkach sekund także te dziewczyny i narodziły się romanse skwitowane fakturami małżeństw.

Claudia Romani ma 37 lat, urodziła się we Włoszech, mieszka na Florydzie i jest zagorzałą fanką AC Milanu. No, no gwiazda nie od parady. Speedway ma takie fanki na pęczki, nie są lansowane na siłę, pokazywane przez stacje TV, utrwalane w czasie serialu Grand Prix. To już wyższa półka, skok w świat karier wybiegów kreatorów, reklam rozmaitej treści. Sport jest kreatywnym zjawiskiem naszego życia, on potrzebuje celebrytów, choć emocjami broni się czasem bez osłonek. Proszę pani, proszę pana, „skąd to się bierze“… Ano ze zdrowej fascynacji. Zapach żużlowych spalin podnieca od dawna nie tylko kobiety. Wiruje, mąci w głowach, przyciąga, uzależnia, narkotyczna miłość. Kobiety lgną do żużlowych trybun stadionów, podnieca ich wprost jazda i zapach spalanej mieszanki. Charakterystyczna woń uzależnienia od sportu, który w swojej ekstremie różni się od skoku wzwyż, pchnięcia kulą czy wioślarstwa. Nie chcę przypominać tekstów swoich, gdzie analizowałem fascynacje żużlowe i pytałem dziewczyny jaki jest ich soczysty odbiór widowisk, które pobudzają, wciągają emocjonalnie w walkę na torze, w przeżycia swoich ciał. Takie teksty można czytać bez dzieci, speedway jest nasiąknięty erotyką wyjątkowej dramaturgi zawodów i owiany zapachem spalin. Osobliwość, nie tylko polska, wszędzie tam, gdzie na torze mamy jazdy.

Lubelski MOTOR po wielu latach awansował do Ekstraligi, jako beniaminek zrobił furorę, nie tylko utrzymaniem się w elitarnym gronie ale atmosferą kibiców, którzy stworzyli najlepszą widownię w Polsce, bez szowinizmu, teatr tolerancji, szacunek dla rywali, przyjezdnych fanów. Będą mieli nowy stadion na 20 tysięcy ludzi, świetny projekt, obiekt na serial Grand Prix i pewnie doczekają tego wyznawcy familii Kępów, która programuje scenariusze dla lubelskich wielbicieli żużla. Lublin jest przykładem do naśladowania, że sport kulturowo łączy wszystkich, a tego nam potrzeba w dzisiejszych czasach kibicowskiego rewanżyzmu.

Kiedy sięgam pamięcią wstecz, zawsze widzę na żużlowych stadionach rodziny, najbliżej z tego resetu jest siatkówka, która tworzy wspaniałe widowiska w halach, tam jest zabawa, kolorowe festyny, doping nieustający bez alkoholowych ceregieli i burd. Wspólnota sportu buduje więzi, jest przykładem dla nieletnich, wzorem do naśladowania dla sportów, gdzie ciężki sprzęt do walki wręcz jest przemycany dziwnymi sposobami, żeby wzniecać zamieszki. Nie tylko na stadionach, przed i po zawodach. Polscy kibice piłkarscy nie są lekkim chlebem, bułką z masłem dla organizatorów imprez w Europie.

Narkotyczna miłość, felieton może banalny ale speedway jest w swoim żywiole zjawiskowym przeżyciem.

Kończy się sezon, faza ostatecznych meczów, turniejów, pobudza zmysły. W Ekstralidze Unia Leszno, która broni mistrzowskiego tronu jest silna. Team na złoto. Przyjdzie czas na analizy, także w niższych wagowo ligach. Jest szczyt i doliny. Toruńska upadła twierdza chce zbudować nowe oblicze. Znowu klakierzy tego zasłużonego klubu, który wywrócił się jak szalupa na oceanie, trąbią o transferach. Dziwię się, że tak długo wierzono w gwiazdy, które począwszy od nieudacznictwa ustawiania składu wpadły w kanał spadku. W tymże Toruniu będzie finał GP, indywidualnych MŚ. Bartosz ZMARZLIK, gorzowski bojownik ma szanse być trzecim polskim mistrzem świata.Tam, gdzie pierniki Kopernika smakują najbardziej z jednej strony może być euforia i roztrząsanie upadku klubowej egzystencji. Sezon się kończy, nie ma  alternatywy indoor, czyli turniejów pod dachem, przedłużenia letnicj miesięcy w innej wersji zdarzeń na torze. Nie ma już tak atrakcyjnych wojaży na Antypody, które organizował dla europejskich graczy Ivan Mauger. The end. No tak, KONIEC, lecz nie zanik narkotycznej miłości do ścigania się z napędem 4×4. „Skąd to się bierze…“  Ano bierze i to jak!

Zaglądanie do cudzej kieszeni nic nie kosztuje

 

Co najwyżej można nabawić się kompleksów. Ludzka rzecz, choć najgorszą jest bezinteresowna zawiść. A podobno brzydką sprawą jest chytrość i zakłamanie. Nie wnikam dalej w słowa i słówka. Żużlowcy jak każda grupa sportowa i społeczna ma różne żołądki i apetyty. I talenty owinięte w kariery; w szczęście oraz los. Nie każdemu dane być bogatym a biednym może być każdy. Jak mówią lekarze nie wszyscy muszą być ginekologami. Medale wiszą wysoko i trudno je zerwać.

Speedway od początku na gruncie polskim był uważany za dyscyplinę zawodową, gdyż płacono oficjalnie za zdobyte punkty. Było to kilkadziesiąt złotych zaledwie, w najwyższej lidze ciut więcej. Mit o żużlu zawodowym kursował w opiniach i nie ważne było, że pozostałe sporty miały inne bonusowe rozwiązania, wygodne w wojskowych klubach czy policyjnych /dawnej milicji/. Jeśli pojawił się talent mundurowe kluby mogły zawsze takiego gościa pojmać w kamasze. W żużlu zmiany klubowe były znikome do czasu, zanim ten” kod” został złamany przez nuworyszowskie rozwiązania rozbiórki zawodników. Szum był na cały kraj, kiedy Zenon Plech emigrował ze Stali Gorzów do gdańskiego Wybrzeża będącego w opiece policyjnych władz. Gorzowianie stawiali opór na wszystkie sposoby, lecz nic nie wskórali wobec mundurowych i Plech wystartował nad Bałtykiem. Transfer Marka Kępy z lubelskiego Motoru do Startu Gniezno opiewał na okrągły milion złotych, co było wtedy pestką wobec przejścia futbolisty Dariusza Dziekanowskiego za 12 “baniek”. Ale i tak skok Kępy, który w Starcie nie za wiele się nabrudził był odczytany przez środowisko za mega wyczyn.

Do interesów trzeba mieć głowę i odwagę. Speedway made in Poland w kaperownictwie trzymał się mocno i opierał jak panienka na pierwszej randce. Trener Ryszard Nieścieruk, gorzowianin i dr z AWF – u, gdy przeniósł się do Wrocławia, gdzie miał mocnych opiekunów w klubie, zaszalał jako pierwszy w Polsce. Nie fałszujmy pomnikami historii, tak było! Wychować a kupić zawodnika to dwie różne okoliczności bynajmniej nie łagodzące obyczajów. Ryszard mówił mi kogo chce mieć w klubie. Budował dream team i nastał czas kupowania zawodników. A kiedy otworzyła się furtka wjazdowa dla zagranicznych żużlowców towarzystwo nad Wisłą i Odrą oszalało. Polski żużel zaczął dobrze karmić przybyszów różnych nacji. Zrobił się boom bum! Stawki z dawnych lat: 60 i 40 złotych za punkt były humorystycznym wspomnieniem. Duńczyk Hans Nielsen otworzył depozyty a wyobraźnia zaczęła głupieć. Prezesi prześcigali się w kontraktach, oto w Zielonej Górze, w Rybniku 2 tysiące marek niemieckich/ takie były czasy monetarne/ za punkt było obłędem. Spirala nakręcała się niebezpiecznie. Skąd polski speedway miał pięniądze na dopieszczanie zawodników? Ano miał. Krążyły legendy o umowach podpisywanych w cztery oczy na stole i pod. Firmy wydawały krocie, prywatni biznesmeni w dobie gollobomanii nie liczyli się z niczym a żużlowcy nadal narzekali, że mają za mało. Ten swąd hipokryzji pokutuje do dziś a zdobycze finansowe i majątkowe świadczą wyraźnie, że były to mega tłuste lata. Wokół żużla zarabiało się i nadal zarabia, choć bardzo stopniały zasoby klubowych kas. Ojcowie zawodników tradycyjnie biadolili, że synowie narażają życie, które w każdej chwili mogą stracić, albo zostać kalekami. Nie każdemu jednak cegła spada na głowę. Czasem bywa tak, że w życiu sczęściem jest… nie mieć pecha. A wypadki kiedy zdarzają się w rozmaitych miejscach, mają różne odcienie wysokości ubezpieczeń do końca życia. I jeden może żyć za tysiąc złotych renty a drugi za tysiąc euro albo i więcej. Nie zaglądajmy do kieszeń, bo one mają dziwne rozmiary, podobnie jak domy czy auta bogatych, biednych, poszkodowanych i zdrowych, mądrych, głupich i nijakich.

Polski speedway nadal żywi światową elitę, wyszkolił za psie pieniądze sporo młodych, zagranicznych zawodników. Teraz prezesi liczą pieniądze inaczej, niż dawniej. Sakiewka jest mniejsza: “ bo już nie dają”. Głupota odleciała, acz… Funkcjonuje niezmiennie zasada, mimo nalotów władzy motorowej, odwlekania wypłat, polska choroba dłużników i wielu musi upominać się o zaległości. Paskudna rzecz. Biedny pozostanie biednym a bogaty bogatym? Takie pojęcia mają czasem swoje idiotyczne, podwójne dno.

Prezesi z różną wyobraźnią odeszli, choć nie chcieli. Musieli? Krążą takie wersje zdarzeń, że ile by w speedway nie wpompować pieniędzy i tak zabraknie. Nikt nie odłoży na czarną godzinę w klubie, na przyszły sezon czy lepszy transfer. Mentalność fatalna, zgubna, obrosła w pychę i brak wyobraźni. Kiedy na pożegnalny turniej Szweda Tony Rickardssona w Tarnowie zjechali się niektórzy zawodnicy/ byli tacy co się wykręcili/, byłem świadkiem jak polski zawodnik vel celebryta żebrał u nieżyjącego prezesa Szczepana Bukowskiego pieniądze: “daj za przejazd chociaż”, choć tego nie miał w umowie. “Żebractwo” bez honoru funkcjonuje w głowach chyba od czasów, gdy w klubach udzielano tzw. bezzwrotnych pożyczek. Byli “bieda – rekordziści” zwłaszcza w obliczu ważnych meczów i prestiżowych turniejów. Straszyli prezesów a oni bali się władzy kacyków, zaś zawodnicy nie bali nikogo. Na zimno w11667494_10204516185604706_8526129785432921958_nykorzystywali koniunkturę,“kredyty” szybko umarzano. Luksusowe życie, prawda? No a kto inwestował mądrze nie liczy dziś na ZUS.

Świat żużla jest kolorowy i taki jak kilka cyrków razem wziętych. Narzekających nie brakuje i nie brakowało a życie weryfikuje postawy wobec kibiców. Chytry traci dwa razy zrzędzą bywalcy kasyn. Pieniądze raczej nie wyleczą kompleksów, mentalność ludzka bywa zagadką. Jak klimat…

Jest kapryśna wiosna i wielkanocne święta. Nigdy jajko nie będzie mądrzejsze od kury i nie wszystko jest do chrzanu. Moc przyjemności i słońca życzę wszystkim sympatykom, którzy często wiedzą więcej o zawodnikach ode mnie. Nie zazdroszczę nikomu, bo mam to, co mam. Wielkanocną babę.

Lublinianie wracają do gry

Jak to dobrze, pauza trwała tylko rok. W Lublinie reanimowano speedway i tradycje oraz nadzieje ożyją. Duże wyzwanie dla nowego trenera Rafała Wilka, da radę. Charakterny człowiek jak mówią górale. Lublinianie byli wicemistrzami Polski w1991 roku, stamtąd wywodzi się legendarny dwukrotny mistrz Polski Włodzimierz Szwendrowski, tam jeździł Duńczyk Hans Nielsen na którego przychodził komplet widzów. Jeszcze był taki czarodziej jak Marek Kępa, zdobywali wiernie punkty Dariusze Stenka i Śledź. Takie miejsce nie może być bez żużla, toteż znów będzie i mam nadzieję, że już bez zawirowań organizacyjno-gospodarczo-finansowo-sportowych.

Marek Kępa: kepa-m

Piękne miasto, mili ludzie… z tej reanimacji cieszy się na pewno wielki fan speedway’a Krzysztof Cugowski z Budki Suflera no i przecież Piotr Olkowicz z Canal Plus, którzy mają Lublin w swoich rodowodach. Kto jeszcze? Ano niepokorny poseł PO Janusz Palikot, który na inauguracyjny mecz wytoczyć powinien stos napojów ze swojej fabryki, wszak dobry początek, to połowa sukcesu i do takiego speedtanga trzeba więcej. Czekam zatem na ustawienie teamu made in Lublin. 

lublin