Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

Ballada Terenzano

Hotel “President” w Udine, cztery włoskie gwiazdki, jak nasze trzy. Tu zamieszkał nowy mistrz świata Tomasz Gollob. Tor żużlowy jest w stronę Triestu, daleko za miastem, w mało ciekawym miejscu i dziwię się, że takie miejsce zostało wybrane na kolejną rundę Grand Prix. Od dwóch tygodni panuje susza, lecz prognozy są kiepskie, będzie deszcz. Trening w piątek na białym “ betonie”, twardy tor a infrastruktura jaką trudno spotkać. Zadaję sobie pytanie po co organizować prestiżową imprezę na siłę. Włosi uwielbiają calico czyli boski futbol, wyścigi motocyklowe i samochodowe, na trasie w Monzie bolidy raz do roku zbierają ponad 100 tysięcy ludzi, taka frekwencja nie jest obca w Imoli, gdzie motocykle fruwają w powietrzu. Speedway jest na uboczu, mało popularny, Lonigo zostało zamienione na Terenzano, na peryferiach Udine. W Lonigo od 1977 roku popularyzowano speedway, lepiej czy gorzej w sumie nie chwyciło; teraz mamy Terenzano. Uczestnicy imprezy mieszkają w Udine, mieście rozmaitości zabytków, rozległym po którym paradują szykownie ubrane Włoszki. Cafe Macchiato smakuje wybornie, wina prowincji Friuli też… W oddali, jak popatrzeć na północ mamy Alpy, gdzieś na czubkach przyprószone już śniegiem. Pod koniec treningu już pada… W nocy ulewa i tak do późnego rana. Pytanie jest jedno… czy będą zawody. Zjeżdżają się polscy kibice, marki Nice, na biało – czerwono, z trąbkami. W południe wychyla się słońce i daje nadzieję na turniej, po którym Tomasz Gollob może zostać mistrzem świata po raz pierwszy w swojej bogatej karierze. Transmisję z imprezy prowadzi Canal +; wydawca  “Student” Marcin Stachowicz krząta się i uwija jak mrówa, spokojny jest realizator Robert Grodkiewicz, obok Błażej Glapa. Operacja została podjęta szybko “robimy studio na stadionie”. Wyzwanie mimo wszystko duże dla doświadczonego Multi Production. Jadę z dźwiękowcem “ Domino” Tomaszem Dominiewskim i operatorem Tomkiem Biegalskim/ znającym się świetnie na włoskiej kuchni/, bywalcami prestiżowych imprez. Inżynier studia “ doktor” Krzysztof Czekaj skutecznie i twardo/ dużo może// dociera się z gospodarzami na stadionie, gdzie usytuować studio. Czekamy na ekipę z finezyjną Darią Kabałą – Malarz, która leci z Grecji, gdzie mieszka w Larissie z mężem, dolatują arcymistrz nastroju nocą i dniem “Olo” Piotr Olkowicz, wszędobylski w parkingach  “Łopat” Michał Łopaciński. Deszcz mocno dołował, jednak w południe niemrawe słońce dawało nadzieję na bańkę szampana.

Sobotnie popołudnie, gdyby nie kibice z Polski, byłoby krucho z frekwencją. Spotykam kibiców z różnych stron, są naładowani optymizmem na sukces Tomasza Golloba. Przyjeżdża do Udine ojciec mistrza “ Papa” Władysław Gollob, który od kołyski był promotorem poczynań młodszego syna. Wierzył zawsze w jego talent i cierpliwie czekał na złoto, a charakter ma hardy, jakby góralski. Ma syna mistrza świata kompletnego stylu. Finis coronat opus.

Niebiosa Italii są ostatecznie łaskawe dla wszystkich, którzy chcieli przeżyć wzruszenie ostateczne. TOMASZ GOLLOB wygrywa turniej, zostaje mistrzem, traci punkty Australijczyk Jason Crump, wręcza Polakowi swój plastron z jedynką, wcześniej przekreślając swoje nazwisko. Trzykrotny mistrz świata gratuluje, podobnie Amerykanin Greg Hancock, który ma jedno złoto na koncie, chwali ciepło Duńczyk Nicki Pedersen, trzykrotny mistrz świata. WIELKI SERDECZNY HOŁD dla najlepszego polskiego żużlowca w historii, więc jakże przyjemnie słyszeć takie słowa. Balsam na duszę.

A mistrz ukontentowany! Chciał, wierzył, ma sezon przed czterdziestką perfekcyjny.  Oblegany przez reporterów, przez sympatyków, w studiu Canal + zwierzył się spontanicznie z tego, co złożyło się na taki wyczyn.

Tomasz Gollob jest symbolem żużlowca, który przez dwadzieścia lat czerpał garściami, dzięki pracy, ze swojego talentu co najlepsze, układał, analizował, nie zawsze dopisywało szczęście, ale jak mówi jego menedżer od początku kariery Tomasz Gaszyński, “byliśmy kilka razy, bardzo blisko tego złota”. Były łezki wzruszenia. Udana ekipa na sukces. I wreszcie jest. Pod niebem Italii Tomasz Gollob dorównał do jedynego do tej pory złotego medalisty z Polski Jerzego Szczakiela, który wywalczył ten tytuł 37 lat temu na Stadionie Śląskim przy aplauzie prawie 100 tysięcy kibiców, teraz w Terenzano było tylko około cztery. Marnie i dlatego nawołuję do korekty żużlowy biznes i robienia czegoś na siłę a wybranie właściwych miejsc na popularyzację speedway’a. Terenzano jest “be”, choć zapamiętamy go jako ogromną glorię polskiego żużla, w wykonaniu Tomasza Golloba i wysiłek ludzi, którzy dramatycznie walczyli by zrobić telewizyjny przekaz polskim fanom w kraju.

Widziałem ten trud, widziałem sukces. Jakże przyjemnie w takich momentach robi się na sercu, targa wzruszenie i radość, że się udało! Udało, choć zabrakło mi w Terenzano władz różnego gatunku z Polski, by na gorąco wynieść ten sukces na piedestały. W Bydgoszczy będą w ciżbie słodzić na różne sposoby, bo fota i uścisk z takim “ Noblistą” sportu żużlowego może przydać się w zawodowej karierze, no i być pamiątką na całe życie. No cóż, sukces ma wielu ojców, a… matka jest jedna.

Miałem okazję uścisnąć mistrza w Terenzano na placu boju. Po zawodach włoskie niebo zaczęło znów płakać, ironia losu, ale złoto już było w garści. I ten deszcz był jak łzy szczęścia.

I jak tu nie napić się czegoś mocnego z okazji historycznego faktu, który tak fantastycznie utrwalił Tomasz Gollob w stylu wywołującym zachwyt, szczery podziw dla talentu i kunsztu.

To nie był sen, ani marzenie, to było tak cudne, że zostaje w pamięci i sercu na zawsze. Italia bywa czasem szczęśliwym miejscem dla Polski. Grazie.

Król Tomasz I

Wreszcie Tomasz Gollob zdobył tytuł mistrza świata, długo czekaliśmy na drugie w historii polskie złoto w żużlowym singlu. Polak jest mistrzem toru, potrafi na nim robić wszystko, zna motocykl jak nikt inny. “Noblista”. Zasiadł na tronie i wielki hołd złożyli mu rywale. Bardzo miło było słyszeć takie opinie o Tomaszu, oglądać jego jazdy i walkę zdeterminowaną do końca. Polak ma to, na co w pełni zasłużył przez 20 lat startów. Gratulacje! I ogromnie cieszę się, że turniej we włoskim Terenzano mogłem oglądać I pogratulować Tomaszowi wielkiego sukcesu. Doczekałem; byłem w 1973 roku na Stadionie Śląskim, kiedy Jerzy Szczakiel zdobył złoto, wtedy było około 100 tysięcy widzów, teraz w Terenzano tylko cztery tysiące. Serdecznie mało, nie na takim stadionie powinno rozgrywać się turnieje rangi mistrzowskiej.

Dobra czy zła, byle była

Piszę ten felieton zawieszony jakby w balonie na dużej wysokości i nie widzę ziemi, nie wiem co tam się dzieje. Sugeruję, że kiedy siedziałem przy laptopie, nie wiedzialem jak potoczył się przedostatni turniej Grand Prix we włoskim Terenzano na przedmieściach Udine i jaki status zapewnił sobie Tomasz Gollob. To jest hazard, to jest gra. Pisać w ciemno nie dam rady, szukam zatem czegoś innego w speedway’u, nie tylko uroku, charyzmy, raczej dziwności. Wszystko co jest proste i czytelne ułatwia szalenie życie. Udziwnianie wywołuje kontrowersje, niszczy często sens. Wypacza wynik, bulwersuje kibiców a zawodników zwyczajnie stresuje do cna.

W żużlu, kiedy jest kolizja zawodników na pierwszym wirażu sędzia może powtórzyć start całej czwórki. To jest czytelne, często jakby zaistniałe warunki walki uniemożliwiają obiektywnie jazdę do przodu, a więc sędzia ma ręce rozwiązane i podejmuje bez żadnych kłopotów werdykt, który jest przyjmowany z normalnością przez zawodników podkręconych adrenaliną i rozgrzanych emocjami kibiców. Mówi się wówczas, że zwycięża duch sportu i walczymy razem, nikt nikogo nie krzywdzi, choć w bezpardonowej walce pracują ostro łokcie, nogi i bywa, że upadki są groźne.Praca kończyn w różnych sportach przybiera znamiona brutalności. Proszę popatrzeć co dzieje się na przykład podczas wykonywania rzutu rożnego w futbolu, jak na kilku metrach zawodnicy niczym zapaśnicy z opcją bokserów przepychają się, łapią za wszystko co na przeciwniku da się urwać, przewrócić wręcz lub uderzyć łokciem. Brutalna walka jakby nie była kontrolowana przy wykonywaniu stałego fragmentu gry.

Zostawiam jednak ten element futbolowego wyczynu, obojętnie czy to się dzieje na stadionie warszawskiej Legii czy Barcelony… Speedway też ma swoje łokcie, kolana i nogi i jeszcze rozpędzony motocykl. Brutalizacja w sporcie jest duża, tam gdzie dochodzi do kontaku rywali walenie się nawzajem jest okropne, bo nie tylko w futbolu, ale w piłce ręcznej czy koszykówce. Można być okaleczonym na zawsze.

W żużlu jeśli jest faul sędzia nie patyczkuje się i nawet w tym pierwszym łuku może pokazać zawodnikowi out. Najczęściej na pierwszym wirażu wykorzystuje się słusznie możliwość powtórnego startu w komplecie. I tak jest najlepiej. Dobrodziejstwo regulaminu zdaje egzamin od lat.

JEST JEDNAK INNA SYTUACJA, poza pierwszym wirażem i tam dochodzi do kolizji, bo było piekielnie ciasno, nikt nie zawinił, w ostrej walce nie było nawet mowy o dodatkowej pracy kończyn, po prostu nie było miejsca na złożenie motocykla, na objechanie rywala. I sędzia musi kogoś wykluczyć… najczęściej tego, który nie wpakował się w bandę. Na decyzję czekają fani, sędzia miota się w myślach, nagle zawodnik czujący się niewinny zostaje wykluczony. Nie ma powtórki dalej w czterech, jeden zostaje w parkingu, reszta jedzie, kibice tumultują. Ktoś traci punkty, ktoś ratuje te punkty, nie ma sprawiedliwości na tym świecie mruczą fani. Ano nie ma… O tym problemie już pisałem, podnosili temat zawodnicy i walimy głową w ścianę. Ani mru, mru. Niesłusznie poszkodowany zawodnik traci sens walki, „przy okazji“ także drużyna. Kogoś trzeba wykluczyć a więc ofiara wnet się znajduje, jest obligatoryjny mus… A można by śmiało powtórzyć wyścig w komplecie, co byłoby normalne i sprawiedliwe. Piszę o truizmach, tak, jestem mocno przekonany, że taki punkt regulaminu powinien być szybko znowelizowany dla dobra sportowej rywalizacji. Prosiłbym w tym aspekcie o nadsyłanie opinii, gdyż problem jest bardzo ważny i naprawdę warto obalić idiotyczny punkt regulaminu. Jest on tak często dokuczliwy, że ból aż doskwiera.Pozostawia ślady i niekończące się dyskusje. Po co taka paranoja?! O co chodzi w sporcie? O czytelność i sprawiedliwe werdykty. W tym przypadku mamy idiotyczny zapis.

A teraz o czymś innym…

Czy historia żużla jest sprawiedliwa? Bywają mistrzowie świata tacy jak Niemiec Egon Mueller, który na spreparowanym ewidentnie torze w rodzimym Norden wywalczył złoto. Nikt już nie wraca do tego faktu, faktem jest mistrzostwo i statystyki. Bywają mistrzowie świata objuczeni tytułami, zasłużenie, bywają tacy, co raz wyskoczyli jak Wojciech Fortuna w Sapporo i mają medal najcenniejszy.  Historia z otwartymi rękoma przyjmuje mistrzów. Bywają mistrzowie, którym się nie wiodło i szczęście ich omijało na zakręcie. W środowisku uznani za arcymistrzów ale bez korony. Nie ma recepty na sukces ostateczny, dojechanie do mety ze złotem bywa latami niebotyczną pracą, szukaniem szczęścia, wyrzeczeniami dla siebie i bliskich. Czy warto tak harować?  O tak, mówią pełnokrwiści sportowcy, którzy często mają przyjemność i satysfakcję otrzymać WIELKĄ NAGRODĘ w końcowym etapie kariery. I to jest też szczęście niebywałe, i jeśli tak się dzieje, wtedy sprawiedliwości dziejowej staje się zadość, choć z tą sprawiedliwością po drodze bywało różnie i nie zawsze świeciło słońce. Kogo mam teraz na myśli? Wcale nie na ucho… przecież mamy najlepszego polskiego żużlowca, który zatoczył wielkie koło historii światowego żużla a nazywa się TOMASZ GOLLOB.

Jakby nie mówić i pisać o żużlu, zawsze natrafi się na sagę Gollobową. On też doświadczył takich bzdurnych wykluczeń w karierze, jakie powyżej poddaję krytyce i nawołuję do skreślenia regulaminowego. Nic tak nie szpeci jak głupota. A mądrość? Wcześniej czy później bywa uhonorowana.