Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Niepokorni

Jeden lubi piwo, drugi coca – colę, trzeci dziewczyny i samochody, czwarty  filmy i TV. Jak dogodzić kiedy będą razem? Odwieczny problem młodzieńczych dusz. W raportach figurują pod szyldem: sprawy wychowawcze. 

luszczek2

Trudne problemy z którymi boryka się świat. Alkohol, zabawy, jazdy dyskotekowe i balangi gdzie się tylko da. Są grzeczni sportowcy i tacy, co dają popalić trenerom. Józef Łuszczek, narciarski biegacz z Zakopanego przed którym trzech królów zdjęło czapki kiedy zdobył zloty medal na koronnym skandynawskim dystansie sprawiał wiele kłopotów. Nie usiedział na miejscu w hotelu, gnała go góralska dusza gdzieś do Jędrusia, Watry byle towarzystwo grało. A potem wygrywał, ale czym więcej balował, to tracił siły aż wytracił choć mógł być królem nad królami. Góralska krew nie woda, harnasiowa, bo pamiętacie co było z Wojciechem Fortuną, który zdobył olimpijskie złoto na skoczni w Sapporo. Nie tylko z tym skoczkiem bywało różnie i teraz nie jest najlepiej tu i tam, bo i nasza polska a góralska zwyczajność przy stole, w towarzystwie honoruje mocne napoje. Artur Boruc, bramkarz charyzmatyczny zawojował  Celticem Glasgow, zarobki przewróciły mu w głowie, porzucił młodą rodzinę, znalazł wybrankę, zaczął puszczać „ szmaty”, trener Strachan był wyrozumiały do maksimum ale miarka się przebrała i „ Klops” musi pracować nad swoją marką. Lubi piwo, lubi towarzystwo i wszyscy czekają aż z tego… wyrośnie. Albo tak się stanie albo nie. Nie pierwszy ten Boruc, nie ostatni…

 
Każda dyscyplina sportu zna takie przykłady niepokornych, zdolnych ale zmanierowanych przez sukcesy, towarzystwo, charakter, który wygina się i nagina tam gdzie nie potrzeba. Wielcy i mali, dobrze zapowiadający się i tacy, którzy mają złote medale najwyższych rangą imprez. Dobry trener powinien wiedzieć jak okiełzać takiego delikwenta, jak poskromić jego słabe punkty. Dla byka obojętne w rodeo, kto go dosiada… Sprawy wychowawcze były, są i będą. Szkoda tylko karier, które mogły zawojować świat. Trzymanie pod kołdrą niepokornych nic nie da, jak więc im wytłumaczyć co w życiu jest ważne dziś, a co jutro będzie ważniejsze? Jeden z trenerów siatkarskiej kadry kobiet był tatą i twórcą medali dziewczyn. Nie dał rady z sobą i nimi. Ale to twardziel i nie zginął w tłumie. Andrzej Niemczyk wie jak się gra w siatkówkę i życiowe dramaty. Pokonuje chorobę, pokonuje stres. Każdy zawód ma inklinacje do wynaturzeń, rzecz w tym aby nie przekraczać barier.

Paweł Hlib jest talentem z gorzowskiego miotu, który jeździ w lewo a czasem w prawo. Mocny chłopak z zadatkami na jazdy w stylu Jasona Crumpa. Ale musi odrzucić wszystkie pokusy tego świata, nocnego życia  i wziąć się do roboty. Będzie teraz w Poznaniu pod czujnym okiem chlebodawców, choć zarzekał się onegdaj, że może zakończy karierę. Małyszem nie jest żeby straszyć o końcu tego świata. W Gorzowie były i są tradycje żużlowe a Edward Jancarz jest tam pomnikiem nie bez skazy. Gdyby nie wyemigrował stamtąd Zenon Plech byłoby dwóch takich, co sławią miasto nad Wartą, dwóch o charakterach niepokornych ale jakże owocnych w sukcesy. Rybniczanie wspominają talent Rafała Szombierskiego. Wspominanie nie nawróci jednak nikogo. Junior był z medalem, z szansami na jazdy  w elicie światowej. Szwed z brazylijskim rodowodem, talent na wielką miarę Antonio Lindbaeck tak się pogubił na wstępie swojej kariery, że pomyliły mu się dyskoteki z zawodami. Jak szybko się wzniósł na piedestał, tak szybko z niego zleciał. Teraz wpadł jednak w objęcia sześciokrotnego mistrza świata Tony Rickardssona, który nie będzie się cackał z czekoladowym Antonio.

Kelly Moran: moran_kelly

Amerykanie Moranowie Kelly i Shawn byli wesołkami do jazd i zabawy. Wtedy nie było takich szczegółowych badań „dopingowych”, to w zasadzie między innymi i ich postawa przyśpieszyła zmiany regulaminowe, jakby powiedział Andrzej Grodzki „ w tym zakresie”. Moranowie byli nietuzinkowi, uwielbiani. Nie stronili od nocnych zabaw przed turniejami. Nie każdy tak potrafi, męczy go stres i idzie do łóżka, tam nie może zmrużyć oka, wstaje rano i dętka, a ten na kacu wygrywa luzacko ze zmordowanym kolegą. Na Boga nie podaję przykładu do naśladowania, odczytuję tylko samo życie. Jeździłem z zawodnikami, ekipami wystarczająco długo aby przekonać się jacy są, jakie mają charaktery i nie bywałem tylko w branży żużlowej. Z zapaśnikami też miałem epizod zakopiański. Mike Lee, wysoki Anglik, teraz doradca, mechanik/ Taia Woffindena/ i robi to, co jego tata ongiś. Długonogi mistrz świata, lecz kiedy pojechał na żużlu w odwrotną stronę, powiedziano mu sorry Mike, out. Trawka była wciągająca i niszcząca. Nie tędy droga. Tylko w lewo jest O.K. Niepokorni w sporcie, w życiu. Nie miał spokojnego charakteru Henryk Gluecklich z Bydgoszczy, towarzyski zawodnik. Dał jednak radę.

Shawn Moran: 300px-bruceflandersandshawnmoran

Byli różni szefowie związku, płk Rościsław Słowiecki miał posłuch wojskowego i sprawiedliwego, trzymał w ryzach towarzystwo nawet jak piło nie tylko wodę. Zagubiony był inż. Zbigniew Flasiński, gdyż forma brała górę nad realiami. Andrzej Grodzki terminował  długo i był akuratnym szefem polskiego speedway’a, przez regulaminy nie prześlizgnęła się żadna myszka, lecz kiedy przeniósł się do Warszawy Giekażet zmienił oblicze na grupę trzymającą władzę a nie twórczą brygadę ludzi rozwojowych. Dziś mamy pokłosie. 

Piszę o tym, gdyż każda władza jest też odbiciem stanu posiadania. Niepokorni nigdy nie mogą liczyć na pobłażanie ani na ulgi, ale kompromis i wyrozumiałość jest rzadką sztuką rozstrzygania sporów, na podobną Julii Tymoszenko postać nie możemy liczyć.

Wieloskładnikowa w charakterach każda dyscyplina sportu ma indywidualności, które pracowitością osiągają wiele, ma także takich, którzy gdyby byli tacy pracowici i nieskazitelni, to osiągnęli by szczyty. Marek Cieślak opiekun reprezentacji potrafi dotrzeć do sumienia. Nie był chojrakiem, ścinał go stres z nóg, ma za sobą doświadczenie i widzenie potrzeb. Teraz inna jest młodzież, bardziej rozbiegana, świat się zmienił. Następców Moranów nie unikniemy, oby w tym dobrym wydaniu. Angielska  „Speedway Star” pokazuje, co kiedyś już publikowałem, jacy byli w przeszłości herosi żużla. Większość z charyzmą i duszami rogatymi. Trzeba mieć w głowie wiedzę i mieć charakter, i ambicje sięgające podium.

Amerykański show z Finału Zamorskiego z 1982 roku: 

Przeciętność się utrzyma, niezwykłość dotrze do celu. Jedno piwo nie wywróci marzeń, ale jego beczka i głupota zniszczą bezpowrotnie talent i dojazd do medali.