“Szoł” prezes

Decorating-Easter-Eggs-SBS-3-CMS

Mamy święta i pierwszy dzień tych bardzo radosnych dni znaczony jest Prima Aprilisem. Robi się w tym dniu różne psikusy, dla hecy. Kiedyś napisałem, że do hotelu “Katowice” przejazdem Mercedesem do Moskwy zjawi się francuska aktorka Marina Vlady, która romansowała namiętnie z rosyjskim bardem Włodzimierzem Wysockim. To była miłość od pierwszego wejrzenia nie tylko tych dwóch osób ale także mariaż Wschodu z Zachodem. Wysocki zachrypniętym głosem był zakazaną ikona artystyczną w trudnym czasie politycznym na świecie. Zjawił się przed hotelem tłum fanek, fanów, władza miała z tym problem na szczęście ja nie, bo obronił mnie “immunitet” primaaprilisowy.

Nie ukrywam, często w tym miejscu przywołuje cytaty, wspomnienia, szperam w swojej głowie i staram się aby Czytelnikom było dobrze. Obserwuj scenę sportu od wielu lat. I nie tylko tę scenę. Kiedyś spotkałem w Zielonej Górze człowieka, który mnie zobaczył i palnął jak łysy o beton, to pan jeszcze żyje. Sparowałem jak bokser , to pan nie czyta Tygodnika Żużlowego? Ano nie, żegnam pana i kątem oka widziałem, jak przypatruje mi się z niedowierzaniem. Człowiek jest istotą ułomną. Mówi się, że popularność jest jak opalenizna, szybko schodzi…

W historii żużla mamy osoby wybitne, zawodników, szkoleniowców, prezesów, którzy razem stworzyli i tworzą rozdziały tego sportu. Etapy znaczone walką o przetrwanie i ozdobione laurami, które dla słabych charakterów są niebezpieczne. Po prostu “odbija im

palma”. Znacie? No na pewno! Zawodników cierpiących, żużlowców świetnych, bogatych, biednych I takich, co kiedyś bralki tzw. bezzwrotne pożyczki/ jest taki nawet rekordzista i niech każdy sobie przypomni lata tzw. komuny/. Jedni mają, drudzy stracili samo życie kreśli historie, które nie zawsze są racjonalne. Nie lansuję hasła słynnego Jana Himilsbacha, artysty, aktora/ film Rejs/, który mawiał przy barach różnych knajp, że w życiu treba pić i jeb… żeby z nędzy się wygrzebać. Co jest dobre a co złe niech Czytelnicy sobie pomyślą, najlepiej w oparciu o swój życiorys. W czasach, kiedy na stadionach telewizja była wydarzeniem o którym się mówiło potem dlugo i z emocjami, osoby funkcyjne na stadionach nie były jeszcze opętane parciem na szkło. “Telwizyjne szkło” coraz bardziej wchodziło na arenę żużlową i rasowało charaktery. Pokazać się gdzieś, choćby na ułamek minuty, było na miarę imponowania. Z biegiem lat TV mościła sobie miejsce w żużlu i bardzo dobrze, bo nie tylko upowszechnia ten sport ale równocześnie wspomaga finansowo dzięki reklamowym ofertom. Biznes jest wielokierunkowy. Dziś żużlowe środowisko skażone pozytywnie telewizyjnymi przekazami nie wyobraża sobie życia bez obecności kamer TV na stadionach, pokazywania się na antenie i to różnych stacji. Nie lokuję towaru, więc zostaję bez marek.

Obserwuję sporty różne, speedway uwielbiam, lecz on nie jest osamotniony w miłości. Jakoś sobie nie wyobrażam, by prezesi wielkich piłkarskich klubów latali po murawie, odwiedzali szatnie. Obecni na stadionie w lożach władcy Realu, Barcelony, Bayernu, angielskich oraz włoskich klubów nobliwie śledzą, jak “ miliony dolarów” na boisku wykonują robotę. Nikt nie leczy kompleksów przez wbijanie się w oko kamery.

A speedway? Słaby musi a mocny może…

Nie neguję zachowań, każda osoba publiczna zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności pokazywania swojej twarzy. W każdym razie ewolucja, głównie prezesów, zmierza ku pozyskiwaniu popularności przez pokazywanie się na stadionach wszędzie i nie koniecznie w potrzebnym czasie. No tak, istnieje pewne ryzyko, że facet może być wygwizdany, publicznie obrzucony słowami, którymi obecnie wybrukowane są ulice. Popularność jak opalenizna szybko schodzi, powtarzam, ale serwuje sukcesy polityczne, awanse, które często jeszcze bardziej umacniają bohaterów klubowych w dążeniu do jeszcze większej aktywności bycia tu i teraz. Sława przemija jak każda powódź.

Na plecach sportowej kariery można wywindować się wysoko. Tak, tak…

Od dłuższego czasu umacniana jest tradycja prezentacji drużyn przed sezonem. Dobry pomysł dla kibiców, mają okazję atrakcyjnie zobaczyć swoich idoli, nowych zawodników i snuć rozważania, jaki będzie kolejny sezon. Niektóre prezentacje zamieniają się w kabaretowe występy prezesów, zawodnicy są pretekstem, tłem. Leczenie kompleksów jawne i powstaje pytanie po co wydawać pieniądze na prezentację szalejącego prezesa?! Środowisko jest dobrze zorientowane w słabościach klubowych władców. Przyjdzie czas na weryfikację takich postaw, na obnażenie słabości męskich. Pieniądze moi kochani nie lubią rozgłosu, to prawda od wieków.

Speedway z jednej strony buduje wizerunek bogatej dyscypliny, z drugiej mamy ścianę pod którą stoją potrzebujący każdej kasy. W blasku jupiterów tracimy nie tylko w sporcie rozsądek. Nie każdy jest Kamilem Stochem, który poprawi i moich kolegów jak wymaga tego sytuacja. Pycha jest zgubna, truizm, zarozumiałość jest wrogiem skromności.

Mamy początek sezonu, jednak pogoda tak łagodna w środku zimy, pokazowo dała kopa na swoje ostatnie dni. Damy radę? Słońce już daje znać. Turnieje indywidualne a potem liga, która rozbudzi emocje. Szansa dla latających prezesów, popychających motocykle zawodnikom, miotających się śmiesznie od kamery do kamery, od mikrofonu do mikrofonu. Bez dystansu. Lepko. Bezkrytycznie.

Garnitur Armaniego nie powstrzyma zapędów, wręcz odwrotnie, jak katalizator rozpali złe emocje. To w przypadku słabości charakterów. Trudno. Niech się dzieje.

Przed nami nie tylko wielkanocne uczty, tenże dowcipkujący Prima Aprilis i śmigus dyngus. Wiadro zimnej wody przydałoby się na głowy niektórych, by zrozumieli, że kabaret wymaga prawdziwych artystów. I jeszcze jedno, przypominam jednego z pisarzy Izaaka Babla, który napisał, że żadne żelazo nie może wejść w ludzkie serce z tak rażącą siłą, jak kropka w porę postawiona. Alleluja!

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Niebo i piekło sportowych dusz

STOCH

Poleciał Kamil Stoch skoczek z zakopiańskiego Zębu na Gubałówce po olimpijskie złota w Soczi. Zdeklasował na zimowych igrzyskach w Soczi rywali i nie tylko sportowa Polska została uszczęśliwiona. Pokazano przy okazji jak 12 – letni Kamil wypowiadał swoje marzenie zostania kiedyś mistrzem olimpijskim. Dziś 26 – letni Kamil mówi, że pamięta te słowa i trochę się zawstydza.

Od dziecka miał błysk w oku i jako małolat lądował blisko 130 metrów/!/ na Wielkiej Krokwi. Zuch! W sesji treningowej przed konkursem na dużej skoczni w Soczi po skoku jedna z nart ucieka, Stoch upada i kulejąc z ręką na temblaku opuszcza arenę. Stłuczony łokieć doskwiera mocno. Zawodnik jak na górala przystało nie poddaje się i walczy z zębem o kolekcję medalową. Skoczyło złoto do złota.

justyna_kowalczyk_mercedes_1_104

Niezłomna Justyna Kowalczyk ulega przed igrzyskami kontuzji stopy, pęka jedna z kości. Ciężko harowała do igrzysk, one dla każdego sportowca są najważniejszym wyzwaniem w karierze. Ciężki jest śnieg w Soczi, słońce wypala resztki, “Śniegowa gąbka” nie ułatwia biegów i jazd, mamy wywrotki jak na żużlu. Pretendenci upadają, gubią szanse w aurze sportowego nieba i piekła.

Góralka Kowalczyk jest zacięta jak Stoch. Walczy do upadłego, na ekranach TV pokazują lekarze stopę zawodniczki, gdzie widać wyraźnie, że wysiłek biegaczki musi być nadludzki. “Albo wygram albo zdechnę” powie na mecie zwycięskiego biegu na 10 km, wprost kosmicznego i złotego. Deklasuje rywalki, spadają łzy szczęścia i bólu.

Rozterki sportowców. Co robić? Wycofać się czy startować? Pani Justyna biegnie, pokonuje dystans z bólem, walczy z sobą i znów zostaje mistrzynią olimpijską. Niesamowite! Ale prawdziwe! 50 lat temu na olimpiadzie w Tokio bokser Marian Kasprzyk ze złamanym palcem zdobywa złoto. Obojczyki, palce, żebra, stopy, kolana, pogruchotane na arenach wyzwalają w prawdziwych sportowcach jeszcze większą złość, adrenalinę i moc bycia najlepszym. Zdrowie zostaje na boku, liczy się tona ambicji.

Wywrotki kolarzy, żużlowców, motocyklistów innych sportowców przynoszą skomplikowane kontuzje. Ekstremalny pech wkrada się wszędzie, pustoszy, niszczy pracę wielu lat przygotowań do finału, do prestiżowej imprezy roku w karierze. Na wynik czekają miliony fanów. W ubiegłym sezonie Duńczyk Nicki Pedersen, wielokrotny mistrz świata jeździł z kontuzją ręki, po prostu ze złamaną i moczył ją w wiadrze z zimną wodą po każdym starcie. Jeździł i walczył z sobą, z losem.

Co zatem robić? Odpuścić czy walczyć w serialu o mistrzostwo świata. Co ważniejsze zdrowie czy kariera, wynik na który czeka naród. Czasami medale wiszą bardzo wysoko a w ich cenę wmontowane jest cierpienie łagodzone ostatecznie przez medalowy wynik. Nie zawsze jednak tak jest! Kibice jakby nie doceniają gladiatorów, szantażują niemal swoich idoli.

Czy tak być musi?

Żużlowcy łamią obojczyki jak zapałki, leczą je błyskawicznie, lekarze specjaliści “spawają” i zawodnicy startują jakby nic się nie stało. Młode organizmy wytrzymują i nie  nie pękają. Dolegliwości przychodzą dopiero potem, kiedy emerytura sportowa przypomina fakty sprzed lat. Tomasz Gollob po dramatycznym wypadku na wrocławskim torze w 1999 roku pojechał wprost z kliniki, niemal na noszach, do duńskiego Vojens by bronić medalu. Przywiózł srebro z bólem, radość i niedosyt, bo mogło być złoto ale też w makabrycznym wypadku, kiedy wyleciał poza bandę finał mógł być tragiczny. Upadek zamienił się w w szczęście, które powiozło Golloba ponad 1000 kilometrów na trudny stadion, gdzie rywale nie mieli dla niego litości a matka natura okazała się jednak łaskawa.

Niebo i piekło, czyśca nie ma.

Zawodnicy startują w specjalnych butach ortopedycznych, z gipsem, opancerzeni, poskładani przez lekarzy aby nie odpuszczać najważniejszych imprez. Pół biedy jeśli to dotyczy największych wydarzeń, fatalnie jeśli szafują zdrowiem przy byle ligowej młócce. Mają jedno zdrowie i mają swoich szarlatanów, którzy nie tylko masują, nakłuwają, szprycują, faszerują ale i namawiają z hasłem na ustach ”MUSISZ”. A nikt tak doprawdy niczego nie musi.

Szanuję charaktery sportowych idoli, celebrytów, ikon, wszak to ich suwerenna wola, że stawiają na szali wynik albo zdrowie. Lat wyrzeczeń nie wróci nikt a pech zakrada się zawsze i potrafi zniszczyć ciężki trud, pokiereszować człowieka i doprowadzić do oceanu łez. Albo zwyciężyć albo… no właśnie…

Na sportowe Oscary, ba, Noble zasługują sportowcy, którzy po wywrotkach wraacają  znow na areny by walczyć. Thomas Morgenstern austriacki skoczek upadł fatalnie przed igrzyskami i nie dawano mu żadnych szans na olimpijski start. Zawziął się jak człowiek z żelaza, poleciał do Soczi i pokazał światu, że warto wygrać pojedynek z pechem. Tego czego dokonał polski kierowca, niesamowitego hartu ducha Robert Kubica podziwia cały świat. Udało się, choć nie zawsze tak jest. I banalne z pozoru wypadki “żużlowego artysty” z Australii Leigha Adamsa czy mistrza świata nie do pokonania na torach F – 1 Niemca Michaela Schumachera, kiedy wywrócili się już po zakończeniu kariery, są przykładami na wredny los i okrutnie nieszczęśliwe przypadki, kiedy niebo zamienia się  w piekło dla nich i fanów. Australijskie bezdroża i alpejskie skały okazały się w tym przypadku nie do przeskoczenia.Nie można, jak uczy historia, uniknąć pecha, który jak ten rak podstępnie wkrada się tu i tam, niweczy dorobek albo nawet życie. Jak więc ocalić zdrowie, które okaleczone podpowiada zawodnikom, że jeszcze nie wszystko stracone, że można powalczyć. I charakter sam w w sobie mówi, żeby nie stracić szansy, wystartować i zwyciężyć.  Trudne dylematy bohaterów aren oraz sztabów szkoleniowych i medycznych. Sport jest obwarowany ponadto komercyjnymi umowami reklamowymi, jest zakładnikiem sponsorskich układów z których ciężko czasami się wyplątać.

Czy warto jednak skubać swoje zdrowie w imię szlachetnej rywalizacji? Pytanie raczej retoryczne wobec takich charakterów jak Kowalczykówna, Stoch, Kubica czy plejada żużlowego towarzystwa.