Prawdy, fałsze, fantazje

t1.jpg

Na razie nie pakuję bagażu, przyjdzie czas, mam swoje miejsca ulubione, gdzie odskakuję od polskiej rzeczywistości. Każde państwo potrzebuje mocnych charakterów do przewodzenia narodowi; Polska bardzo, bo charaktery mamy skomplikowane. Rozbiory nie wzięły się z niczego, trwały długo a czy zrozumienie historii uczy? Mam wątpliwości. Każdy człowiek, każda zbiorowość jest inna, Polacy mają w genach przekorę i chyba czasem, takie odnoszę wrażenie, nie lubią… samych siebie. Przykre moje odniesienie do tego, co dzieje się nie tylko na szczytach władzy. Każda władza upaja a potrzebuje rozumu, jak wódka, której nie każdy może pić, zatracając świadomość prawdziwej oceny sytuacji. Co będzie dalej? Odskakuję z ogólnych treści; w sporcie jest wykluczenie Rosji z Zimowych Igrzysk’18, bardzo drastyczna decyzja, bolesna również dla rywali, bo sportowiec chce walczyć, mieć konkurencję. A teraz speedway…

Przeleciał sezon, jeszcze rok kalendarzowy wprawdzie nie skończył się, lecz wjeżdżamy na ostatnie okrążenie. Nie jestem przygotowany na oceny głębokie… mamy medale, mamy zawodników z elity światowej, sukcesy powinny cieszyć i wbijać w dumę.

Ten miniony sezon przyniósł fantazyjny atak młodzieży na pozycje seniorów, ekipa młodych z Polakami na czele mości sobie gniazdo. Seniorzy powoli, z trudem odpuszczają. Wiek ma swoje prawa, do uprawiania sportu w ekstremalnych parametrach. Ryzyko jest wpisane w speedway, obojętnie ile ma się lat, ale sportowiec nie patrzy za siebie, trening wykształcił pęd do zwycięstw, stawania na podium, zdobywania medali i tytułów. Kto na siłę kalkuluje, mimo talentu, srogo przegrywa. Kogo w potędze uwielbienia zwodzą inne moce, niż sport, zostaje szybko na poboczu. Liczy się tu i teraz. Last minute…

Trener reprezentacji Marek Cieślak powraca na częstochowski grunt, gdzie jego talent ciosał inżynier Zdzisław Jałowiecki, fachowiec, były zawodnik, potem trener. Marek uczył się rzemiosła w Polsce, Anglii. Kiedyś, hm, chyba sam nie przewidywał, że większe sukcesy osiągnie jako szkoleniowiec nie tylko klubowy, lecz i reprezentacji Polski. Włókniarz miał ongiś pakę chłopaków do bitki i wypitki, jazd na krawędzi połamania kości. Mikrus Cieślak był zawsze ambitny, ścigał się jak kamikadze. Prezes Włókniara, obecnie panujący Michał Świącik namówił Marka do come back’u. No i stało się; względy rodzinne Cieślaka też miały duży wpływ, ale myślę, że w pewnym wieku natura ciągnie do lasu, który zna i wie, gdzie zbierać jagody. Oczekiwania w Częstochowie, która od zawsze kocha speedway, są ogromne. Ten ośrodek, nie tylko z powodu Jasnej Góry, ale i tradycji bogatych wcześniej czy później, zawsze będzie znaczący. Miłość potrzebuje pieniędzy, ułatwia ich zdobywanie, wspólnota celu i zgoda rodzi sukcesy. Marek Cieślak wrócił nie jako syn marnotrawny tylko jak komandos.

Cieślaka nie ma w Zielonej Górze, Falubaz ma markę taką, jak krupnik czy winiak lubuski. Tam na stadionie jest biało – zielono i tłumnie, mają senatorskie wsparcie i jest wicemistrz świata Patryk Dudek. Chce złota? Na pewno. A drużyna zdobyć też złoto. Szkoleniowo klubem ma zająć się Adam Skkórnicki z Leszna, który ma medialne koneksje, lecz one czasem zaciemniają sytuacje, liczy się zawsze praca organiczna i po niej poznać efekty. Skórnicki da radę w takiej firmie czy nie?

Szkoleniowiec sprawdza się w klubowych potyczkach, w szybkich decyzjach, w motywacjach, po prostu w wielu wątkach, które generują sukcesy. Chleb nie jest pachnący, chleb może być czerstwy. Przed Adamam Skórnickim wyzwanie odpowiedzialne, ktoś na niego postawił, a kibice ocenią, zawodnicy zaakceptują metody. Żeby stać się faktycznym maczo i ojcem sukcesów, trzeba mieć intuicję trenera czytającego “grę” i być suflerem dla zawodników. Oni muszą ufać trenerowi w każdej sytuacji. Harówa nie za darmo, opłacalna, egzamin zdaje się w trudnych momentach.

Sport buduje autorytety, weryfikuje spekulacje szybko wynikami; oglądam sporo innych sportów, sporo futbolu nie tylko tego z Ligi Mistrzów. Słynne kluby zatrudniają trenerskie sławy, które kombinują składy, zarabiają pieniądze kosmiczne, ale też osiągają poziom nieprzeciętny. Liczy się taktyka i gra, piękno i efekty, same nazwiska nie “koncertują”, musi być sprawny “dyrygent”, autorytet budowany ciężką pracą bez umizgów taniego leczenia kompleksów. Media nie ubiorą w królewskie szaty trenerskie kogoś, kto nie będzie miał wyników. To one kreują szkoleniowców, których w żużlu z cenioną marką można policzyć na jednej ręce, zaś tzw. menedżerowie to sprytne krycie szkolnych świadectw i asekuracja przed odpowidzialnością.

Zrywam kartki kalendarza, już muszę napisać coś pod choinkę. Prezent… felieton.

Ten mijający rok 2017 ma jeden smutny epizod, otóż wypadek Tomasza Golloba sponiewierał jego życie na koniec bogatej kariery, zły los przewrócił wszystko do góry nogami. Życie, wypadki nie mają reguł, nieszczęścia spadają jak grom z jasnego nieba. Nieprzewidziane sytuacje w chwilach, kiedy wydaje się, że mamy wszystko poukładane powodują koszmarne dni, miesiące, lata. Losu nie można prowokować, gdyż jest obłudny, paraliżuje i zadaje człowiekowi przewlekły ból. Tomasz Gollob jest autorem “gollobomanii”, podniósł speedway na wysoki poziom, został żużlowym ambasadorem porywających wyścigów do filmowania, zapamiętania. Epoka, opoka. Ten rok dramatycznie obezwładnił ikonę polskiego, światowego żużla z witalnych sił. Człowiek jest mocny, lecz miewa i słabe chwile, pozostaje w chwilach krytycznych błąkające się, dręczące pytanie: dlaczego ja i za jakie grzechy? Nie byłem piejącym bezkrytycznie z zachwytu nad jego sukcesami, dostrzegałem co dobre i złe; szczerze współczuję i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że Tomasz Gollob ma do pokonania jeszcze najważniejsze, trudne, inne w gatunku wyścigi w swojej karierze, życiu. Tego nie przewidział nikt i musi dać radę! A to nie jest last minute.

“Terrier” Cieślak kocha psy i złoto

csre_07_09_2016

Jechał na rowerze, codziennie pokonuje kilkadziesiąt kilometrów. Zwolnił, porozmawiał. Niezmordowany, wyluzowany, choć czasem w parkingu jest spięty, kiedy dochodzi do niespodziewanych rozstrzygnięć na torze. Kiedyś spotkałem go na londyńskim White City, dziś już nie ma tego stadionu w centrum stolicy Anglii, a był alternatywą dla Wembley. Dwa lata tam jeździł, częstochowski, macierzysty klub dostał za transfer cztery silniki. MAREK CIEŚLAK. Trener tak skromny, jak wybitny.

CZĘSTOCHOWA. Włokniarz, klub, który w żużlowej historii ma zacne miejsce, tam talenty wyrastały jak grzyby po deszczu. Zdzisław Jałowiecki ma ponad 80 lat, to pierwszy wychowawca i trener Marka Cieślaka, ktory był objawieniem w klubie, zwinny i utalentowany, nie zapominał o szkole, uczył się pilnie i uczył żużla. Nauczył jednego i drugiego. Znamy się od wielu lat, nie chowałem krytyki, kiedy trzeba było do szuflady, taki jestem, a redakcja SPORT – u nauczyła mnie obiektywizmu i szanowania reguł w dawnych latach. Kiedy to było? Nie podaję, ale jedno dorosłe życie strzeliło jak błyskawica.

Cieślak, ma intuicję trenerską jak Kazimierz Górski, Hubert Wagner, Adam Nawałka, Andrzej Pogorzelski, kiedyś też w żużlu. Poczet polskich trenerów byłby ogołocony bez Marka. Nie wnikam w szczegóły, nie lubię statystyk, życie weryfikuje liczby, choć one także są ważne.

“Psy są lepsze od ludzi, mają swoje drogi, uczciwe, proste, nie oszukują” – mówi trener kadry reprezentacji Polski, jednocześnie szkoleniowiec Falubazu Zielona Góra. Już tam kedyś był i rozegrał partię po mistrzowsku, w ogóle gdzie trenował odnosił sukcesy. Piszę o Marku Cieślaku w kontekście kolejnego finału drużynowych mistrzostw świata, Pucharu Świata im. Ove Fundina, Szweda, pięciokrotnego mistrza świata.

Leszno, sobota, 8 lipca polska reprezentacja jest faworytem i tylko pech może pozbawić tego tytułu drużynę biało – czerwoną. Na tym stadionie im. legendarnego Alfreda Smoczyka Polacy ongiś w przekładanym turnieju z powodu pogody, podnieśli się z błota po złoto. Cieślak, kocha medale tego koloru tak, jak swoje psy/ponad 10/ rosyjskie terriery, medalowe jak właściciel. Piękne hobby, super gromada psów robiących wrażenie na prestiżowych pokazach. “Terrier” Cieślak, jako zawodnik zaliczył dwa medale w roli reprezentanta Polski: srebrny i brązowy.

Trenerem repezentacji Polski jest od 2007 roku; byli tacy co przepowiadali jego odejście ale wyniki obroniły mistrza. Potrafi czytać grę, kiedyś obruszył się, gdy napisałem w książce, że ma chłopski rozum. To komplement, każdy chciałby taki mieć. Wielcy zawodnicy chcieli być trenerami, nie podołali, nie umieli dostosować swojego ego do zespołu, choć wyrastali przecież w teamach. Marek Cieślak daje super radę i jeździ na rowerze, prawie codziennie… taki życiowy przerywnik. Zdrowy, kondycyjnie wspomagający organizm. 28 czerwca szkoleniowiec reprezentacji Polski skończył 67 lat. Brawo, w takiej kondycji tyle świeczek na torcie?! I zdmuchnął, jak wicher. Prostolinijny i nie owija w bawełnę zwykłych spraw.

Kocha psy i złoto. Proszę, oto 10 medali w blasku złota za drużynowe finały mistrzostw świata, 2 srebrne i 1 brązowy. A w kategorii juniorów “tylko” 5 złotych i po jednym srebrnym i brązowym. Dodając jego osobiste 2 medale w reprezentacji, mamy dorobek 20 medali na koncie. Kapitał trudny do pobicia, bo przecież warunki w sporcie bywają różne. Trzeba mieć… zdrowie i… rower, i… psy. Mieszka pod Częstochową, ma swoje włości i relaks. Cieślak, który był w swoich pierwszych startach na torze w barwach Włókniarza rewelacją. Śmigał odrzutowo, nie zawsze było dobrze, sport nie lubi stagnacji zarówno na górze, jak i na dole, dlatego amplitudę doznań ćwiczy regularnie.

“ Moim sukcesem w tym roku /do tej pory przyp. aj/ jest Jarek Hampel, mówi Marek, odnalazł siebie, wrócił i będzie rezerwowym w finale DMŚ w Lesznie. To bardzo ambitny zawodnik, mądry, inteligentny. Wrócił po ciężkiej przecież kontuzji na tor”. Obok niego czterech uczestników serialu Grand Prix: rewelacja sezonu Patryk Dudek, z Falubazu, gdzie trenuje Cieślak, dalej Maciej Janowski, doświadczony, wszechstronny, szkoła polska i angielska, ubiegły rok taki sobie, teraz jedzie ze skrzydłami, Bartosz Zmarzlik, gorzowski talent, fruwający na łukach jak ptak, zadziwiający szczęśliwie “lotnictwem” na torze. No i miejscowy idol Piotr Pawlicki, z “tych Pawlickich”, którzy mają speedway we krwi, jak hrabiowie podobno błękitną…

Zapowiada się w Lesznie, które w historii już tyle widziało koncertowego żużla jeszcze jedno widowisko, które powinno dodać do kolekcji Marka Cieślaka jeszcze jedno złoto. To już prawie worek…

Finały drużynowe mają dramaturgię; pamiętam ten z Leszna, gdzie podnieśliśmy się z kolan i ten z Pragi, gdy jednym punktem pokonaliśmy Duńczyków. Wspaniałe wydarzenia, które utwierdzają nas w przekonaniu, że speedway jest wyjątkowy w swojej ekspresji, urodzie ścigania się biodro w biodro.

Jak ocenia szanse trener reprezentacji? Otóż ma cichą nadzieję, że… Nie nalegam na wyznania, kibice oczekują hymnu narodowego, gospodarze kompletu na “Smoczyku”. Będzie walka i jazdy na krawędzi. Jarosław Hampel jest na każde skinienie, taki ojciec kapitan, który wie, gdzie i jak pojechać na maksa, oferuje kredyt zaufania a czterech reprezentantów z serialu Grand Prix ma główne oparcie w trenerze, który jakby wyluzowany a we wnętrzu gorąco myślący do końca “co i jak”. Sztukmistrz.

Poczet wybitnych polskich trenerów bez wątpienia nie może obejść się bez Marka Cieślaka; pamiętam go jako zawodnika częstochowskiego Włókniarza i White City. No i nie myślałem, kiedyś, że stanie się osobowością polskiego żużla, ba! światowego. Jakoś bez fanfar, konsekwentnie schodek po schodku i tak latami dojechał do 20 medali i czeka na 21. Kocha swoje psy i kolekcjonuje z żużla medale, głównie złote, bo one mają blask połączony z hymnem narodowym, no i wieńczą dzieło biało – czerwoną flagą. Jakież miłe obrazki i totalne wzruszenia serc na stadionach całego świata. Czekam na Leszno.

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Niemęskie granie

Lewy

  1. Nie mogę w żużlowym felietonie pominąć sukcesu polskich piłkarzy, którzy ograli w dreszczowcu Irlandię w Warszawie i pojadą na finały mistrzostw Europy w roku 2016 do Francji. Robert „ Lewy“ Lewandowski, jako kapitan poprowadził reprezentację do zwycięstwa, strzela bramki i jakże miło słyszeć, że jest aktualnie najlepszym piłkarzem na świecie. Cudownie. Drużyna Adama Nawałki zrobiła wielki krok a zrobi jeszcze większy, jeśli we Francji wyjdzie z grupy. Jest czas na korektę błędów i zbudowanie mocy na mecze z najlepszymi. Losowanie grup w połowie grudnia i pora na ustawienie kalendarza żużlowego, uwzględniającego finały ME. Niestety, nie zawsze w przeszłości tak było i żużlowe imprezy pokrywały się z ważnymi meczami piłkarskimi na mistrzostwach świata, na ME i ba, w czasie igrzysk olimpijskich. A teraz zagra Polska!
  2. Reżyser o wielu zainteresowaniach Jerzy Gruza powiedział, że czasami prawda bywa nieludzka. Jest szok po zawieszeniach szefa FIFA Szwajcara Seppa Blattera i prezydenta UEFA Francuza Michela Platiniego. Oskarżenia dotyczą milionowej korupcji. Źle się dzieje w piłkarskich federacjach, w siatkówce też rządzą dziwne prawa, raz po raz słyszę o wynaturzeniach w innych grupach sportowego zarządzania. Nadal nie został w Polsce rozliczony skandal na Stadionie Narodowym żużlowego Grand Prix i prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski błyszczy ciągle w świetle jupiterów przy rozmaitych okazjach. Jakby nic się nie stało i kolejna GP odbędzie się w maju roku przyszłego z układaczem toru Ole Olsenem. Ekipa PZM i podległe jej spółki mają niezłe miotły i robią co mogą, aby ukryć pod dywanem wstyd. Niebywała sprawa, bezczelność wodzirejów przy poklepywaniu klakierów od siedmiu boleści. Grand Prix Lotto powinno być zbojkotowane przez prawdziwych kibiców za nieudacznictwo GP’15.
  3. Klub, który przegrał bitwę w niesławie z łotewskim Lokomotivem, czyli Ostrovia został zaproszony/sic?!/ do udziału w Ekstralidze.W Polsce wszystko jest możliwe. Rzeszowska dama Marta Półtorak z sarkazem dopowiedziała a może Krosno?! Może i tak, byłbym za Krosnem… W każdym razie kpina goni kpinę w blasku jupiterów i pychy zarządzających polskim żużlem, którzy nie słuchają co mówią kibice na trybunach i piszą na internetowych forach. Jeden z prezesów po warszawskim skandalu zeznał, że nie bardzo mu miło czytać o sobie takie rzeczy, które wypisuję. On rządzi i podlega recenzjom, a ja od lat więcej, niż on ma, siedzę w żużlu. Każdy ma swoje prawa i obowiązki, każdy inny żołądek i wydatki. Nie wnikam, lecz przywódcy polskiego żużla jak trądu boją się przejrzystości finansowej. Odwaga staniała i ukryła się za wysokimi apanażami. Prominenci nie bójcie się, bo przecież chyba zarabiacie tyle, na ile zasługujecie, choć kibice mają wyobraźnię i w niewiedzy podają niebotyczne kwoty. Prezes PZM zaklepuje takie decyzje, bo sam uwielbia spółki do spółki.

Prawda bywa czasem nieludzka. A może zawsze?

  1. Trener reprezentacji Polski i były szkoleniowiec Ostrovii Marek Cieślak po niesmacznym meczu ze wspomnianym Lokomotivem został przebadany alkomatem. Było promilowo źle. Mamy rok 2015 i Ostrów Wlkp. Trochę historii, jest rok 1997 i mecz istotny dla układu tabeli pomiędzy miejscową Stalą a Włókniarzem Częstochowa, którego prowadzi Marek Cieślak. Włókniarze rok temu zdobyli mistrzostwo Polski a teraz grozi im spadek. Katastrofa; z nieba do piekła i tak się stało. Sędziuje znany, poznański arbiter Jerzy Kaczmarek, który nie bał się nigdy trudnych decyzji. W pewnym momencie trener czestochowian rzuca hasło, że sędzia jest niedysponowany. Jerzy Kaczmarek sam podejmuje decyzję o przebadanie siebie na tzw. „okoliczność“. Robi się w parkingu draka, reporterzy czatują na wynik, który pokazuje, że arbiter jest czysty jak łza. Do dziś Jerzy KACZMAREK pamięta rój reporterów i żądnych sensacji ludzi, kiedy wyszedł z parkingowego zakamarka. Sensacji nie było i napompowany balon pękł. Jeszcze tego samego dnia trener Włókniarza przeprosił zdeterminowanego sędziego. Takie było to „męskie“ granie. Męskie?

Czy prawda bywa nieludzka? O, tak!

  1. Cofam pamięć i znów jestem w Rzeszowie, do którego lubiałem przyjeżdżać. Unia Leszno „testuje“ miejscowych, którzy walczą o byt pierwszoligowy, leszczyniacy mają już tytuł mistrza Polski zapewniony. Obserwatorem z ramienia Giekażetu jest były zawodnik, trener i świetny działacz Zdzisław Jałowiecki. Pamiętam jego wzburzoną relację po tym ustawionym meczu. Kibice rzucali pieniądze na tor, padł remis 45: 45!!! Zawodnicy z Leszna hamowali przed metą, by przepuścić gospodarzy. Nie opisuję szczegółów ligowej łamigłowki, co by było, gdyby; Polonia Bydgoszcz się uratowała, Stal jeździła z Unią Tarnów w barażach i zachowała swoje. Rzeszowiacy mają wpisane chyba w historię baraże, bo w tym roku wygrali je z Ostrowem Wlkp. Skandal nad Wisłokiem odebrał Unii Leszno tytuł MP, zawieszono zawodników oraz działaczy.Wstyd nabrał wody, jak głęboki jest Bajkał.

Prawda jest nieludzka?

  1. Proszę, oto…niedawno rozdano trofea Ekstraligi PGE, którą wygrała Unia Leszno. Nie zdobyła ani jednego lauru, ale wrocławski team aż cztery. Ale przebitka! Hańba w świetle jupiterów, bo nikt nie zapanował nad rozsądkiem i sportową sprawiedliwością. Leszno zostało „ukarane“ za tytuł MP?! Tak się kroi, tak się bawi a w kuluarach aż huczy. I co z tego? „Posprzątane“, jak po hucbie warszawskiej GP. Cesarstwo żużlowe PL nie liczy się z nikim. Opinia publiczna została zlekceważona do dna. Okropna rzecz.

Słucham dla ukojenia Gregory Portera “Be Good“.

Prawda bywa czasem nieludzka. Niestety. Koniec.

Billy nie był sam

291272

Życie nie każdego pieści. Pieszczochy niech się cieszą pod niebiosa, że nie mają większych kłopotów. Łaskawość losu jest dla nich darem, który nie zawsze jest doceniany. Sport przynosi z sobą stresy, które drążą ciało i umysł bezceremonialnie. Nie każdy wytrzymuje i pęka albo na chwilę, dłuższy czas lub na zawsze. Stany depresyjne bywają silniejsze od chęci życia. Wygrywa najgorszy wybór i kończy się wszystko na mecie po raz ostatni. Mieli po dwadzieścia kilka lat i świat dla nich urwał się na zawsze. Rybniczanin Łukasz Romanek/23 lat/ i zielonogórzanin Rafał Kurmański/22/ targnęli się na swoje życie, trochę starszy od nich rodem z Lublina, mistrz świata juniorów Robert Dados/27/ był ratowany w podobnej sytuacji, lecz niestety lekarze nie dali rady. Wszyscy trzej byli nadziejami polskiego żużla, młodzi, Romanek miał na koncie tytuł mistrza Europy juniorów, mistrz świata juniorów Dados trochę innego charakteru, który po ciężkim motocyklowym wypadku na grudziądzkiej ulicy borykał się z problemami, których już nie poznamy nigdy, Kurmański targnął się w hotelu na życie skutecznie. Talenty, fajni ludzie, świat tańczył przed nimi a jednak sami dokonali tragicznych, ostatecznych wyborów. Nie tylko oni w polskiej rzeczywistości, byli też inni.

Walczący w światowej elicie Anglik Kenny Carter/25/ z Halifaxu, talent, buzia aniołka, nagle na swojej farmie Grey Horse w Bradshaw bierze fuzję i strzela do żony Pameli a potem do siebie. Dramat na miarę zabójstwa Edwarda Jancarza, który w Gorzowie został celnie trafiony nożem przez żonę. Niedawno minęło 23 lata od śmierci Jancarza.

Australijski zawodnik /Billy/ William Robert SANDERS/ ur. 1955/ był czołową postacią narodowego teamu. Utytułowany, jeździł w parze w MŚ z Garym Grahamem Christopherem Guglielmim/ur. 1958/, obaj pochodzili z Sydney. Znacznie lepszego Billy Sandersa nazywano “Czarną strzałą”. Gary w 1985 roku został ukarany za stosowanie narkotyków i zakazano mu startów. W światku żużlowym były takie ”mody” na branie “trawki”, casus Anglika Mike Lee czy rozbrykanych na europejskim gruncie Amerykanów braci Moranów. Jazdy nie tylko w lewo, czasem ostro pod prąd.

Billy Sanders ma bogaty dorobek sukcesów. Przyleciał do Anglii i jeździł w Ipswich, Birmingham, Hull, King’s Lynn. Przyjeżdżał do Polski na mistrzostwa świata i poznałem go na Stadionie Śląskim. Sympatyczny, przystojny, przede wszystkim waleczny i skuteczny. Pamiętam jego udział w finale drużynowych MŚ na londyńskim White City. Startował tm w klubowej drużynie nb. Marek Cieślak…Dziś już nie ma tego stadionu a szkoda, był w centrum Londynu. Australijczycy na White City zdobyli złoto z 31pkt., w składzie: Phil Crump/ ojciec Jasona/ 11, Billy Sanders 7, Phil Herne 7 i John Boulger 6. Srebrny medal wywalczyli POLACY/!/ 28 pkt., Edward Jancarz 9, Marek Cieślak 7, Zenon Plech 6, Jerzy Rembas 5 i Bolesław Proch 1. Brązowy medal dla Szwedów 26 pkt /m.inn. Anders Michanek 11,/ a czwarte miejsce pod szyldem ZSRR 11/ bracia Gordiejewowie, Chłynowski, Paznikow i Trofimow, głównie Ukraińcy/. Gospodarzy brak, odbili sobie za rok we Wrocławiu, gdzie jeździli jak w transie po złoto a Polacy znów ze srebrem /Jancarz, Rembas, Cieślak, Bogusław Nowak, Ryszard Fabiszewski, czyli trzon Stali Gorzów/. Australijczyków w Polsce zabrakło i na długie wypadli z historii DMŚ. Ciekawe, prawda? Trudno im było skompletować skład 4 – 5 zawodników. Odrodzili się po latach i pojawili się m.inn. Todd Wiltshire, Craig Boyce, Ryan Sullivan, Jason Lyons, Leigh Adams, Shane Parker, Jason Crump, Chris Holder, Darcy Ward, Troy Batchelor, Rory Schlein, Davey Watt, Jason Doyle. Medalowe stado” Kangurów”. Ach!

Sanders startował… wszak były na wokandzie atrakcyjne wyścigi MŚ par. W 1983 roku na “Ullevi” w Goeteborgu Sanders z Guglielmim ulegli tylko Anglikom /Carter oraz Peter Collins/ i sięgnęli po srebro. Był w sztosie. Pięć razy uczestniczył w finałach IMŚ; w 1979 roku, gdy na Stadionie Śląskim wygrał Nowozelandczyk Ivan Mauger a Zenon Plech był drugi, Billy zajął piąte miejsce. Na skopanym torze w niemieckim Norden w finale IMŚ, gdzie spektakularne zwycięstwo zaliczył z kompletem punktów ekstrawagancki Egon Mueller, Sanders był drugi, odniósł największy sukces a na trzecim miejscu znalazł się Anglik Mike Lee. W 1980 roku wywalczył brązowy medal IMŚ w Goeteborgu a wygrał długonogi Lee, przed swoim rodakiem Dave Jessupem, czwarty był miejscowy żużlowiec/ dziś tuner/ Jan Andersson a piąty wschodząca gwiazda Bruce Penhall z USA. Byłem wtedy na modnym Ullevi, niestety Plech zdobył tylko jeden punkt i był przedostatni; tajemniczo testował silniki, był w turnieju bez mocy.

Pięć razy startował Sanders w MŚ par a udział z Guglielmim najlepszy, bo srebrny. Pięć razy zwyciężał w mistrzostwach Australii w 1980,81,82,83 i 1985. Uśmiechnięty, czarnowłosy Billy stracił jednak sens życia. Partner z teamu “Kangurów” Gary związał się z jego żoną. Billy nie mógł sobie z tym poradzić. Na progu sezonu 1985, po zwycięstwie w Australii, gdzie Gary/srebro/ przegrał z nim, powziął samobójczą myśl i zatruł się spalinami w aucie. Szok w środowisku! Miał 30 lat i jeszcze sporo startów przed sobą. W tym roku mija 30 lat od jego tragicznej śmierci. A Guglielmi ożenił się z wdową po zmarłym. Samo życie. W Ipswich zainicjowano Memoriał Sandersa. Kariera znalazła koniec zbyt wcześnie i miała dramatyczny finał. Nie pierwszy i nie ostatni.

DLACZEGO tak się dzieje, dlaczego uciekają w nicość? Samotność zabija, otoczenie w decydujących chwilach jest ślepe i głuche. Milkną wiwaty fanów, złowroga cisza paraliżuje i wywołuje ból. Rodzą się więc pytania DLACZEGO… Trudno rozwikłać tajemnice duszy wydawałoby się twardzieli, którzy mają trudne problemy i rozterki. Wjeżdżają ryzykancko w życiowe wiraże i nie potrafią się czasem z karamboli emocjonalnie wydostać. Podejmują okrutne decyzje, które łamią nasze serca, kiedy wspominamy jakimi byli. Miota nami żal i wściekłość, gdy nagle, brutalnie przerwana zostaje nić życia. Tak, ot, bez sensu i zwykle jesteśmy bezradni. Zostajemy zwykle z dręczącymi pytaniami, szukamy odpowiedzi i nie znajdujemy. Niestety!

Z podłogi pod sufit i wyżej

PIERWSZE dni listopada zaimponowały ciepłymi temperaturami. Można by śmiało jeździć na torach, dawno takiej pogody dla żużlowych bogaczy nie było. He,he, bogaczy…

W kulisach klubowych gabinetów wirują pomysły jak skompletować drużyny, kogo zbyć a kogo kupić. Giełda pracuje na pełnych obrotach. Największy wiatr wieje z Tarnowa, gdzie sponsor nie jest biedny ale wiadomo bogaty chce mieć jeszcze więcej i szuka tańszych rozwiązań. Nie będzie tam już dojeżdżał trener Marek Cieślak i trzykrotny mistrz świata Greg Hancock, ciekawe kto kupi Amerykanina. Trener reprezentacji czyli Cieślak już posprzątał w Tarnowie, dorobek medalowy jest w klubie. Kto zostanie nad Dunajcem? Tarnów czekają trudne chwile, by nie wspomnieć Częstochowy czy Gdańska. O ile w Unii dadzą sobie pewnie radę i Azoty ułożą stosunki, to w pozostałych dwóch klubach przyszłość jawi się fatalnie i nie pomoże żaden cudotwórca. Niestety spuszczono w dół zasłużone drużyny dzięki ludziom, których kibice już nazwali dosadnie grabarzami. Takie sprawy bardzo źle brzmią. Kluby wyleciały z elity i muszą zorganizować życie na nowo a taki czas po rozwodach jest trudny i albo obronią honor tradycji albo będą wegetować. Szkoda rządów nuworyszy, którym wydaje się, że interes w klubach jest łatwy do zrobienia. Nie. Wymaga szczególnej dyscypliny i poszanowania tych, którzy walczą na torach o wynik. Nie mogą oni jeździć za obietnice i marzenia. Wydane licencje tzw. nadzorowane pękły jak bańki mydlane i czas cierpliwości skończył się bezpowrotnie. Władza żużlowa okazała się wreszcie władzą.

MAREK CIEŚLAK zrobił w Tarnowie tradycyjnie swoje i będzie miał nowe miejsce w Ostrowie Wielkopolskim. Tamtejsze środowisko jest zakochane w żużlu od dawna, tradycyjne turnieje o “Łańcuch Herbowy” na zakończenie sezonu zawsze miały szacunek i choć w klubie bywało cienko, organizowano imprezy finalne sezonu. Historia ostrowskiego żużla jest historią polskiego speedway’a, stamtąd wywodzi się wiele sław. Dla miasta oraz dla okolicy, speedway był sportem kultowego zagospodarowania wolnego czasu. A bywało, że nie tylko wolnego. Atmosferę żużlowego ciepła w tym mieście można wyczuć wszędzie, tam rozmawia się o tym nie tylko w taksówce.

Przyjemnie zawsze być na stadionie w klimacie totalnego uwielbienia ścigania się na torze. Cieślak ma fart i znów dobrze trafił a gospodarze mają dobrego nosa, że tak wybrali. Wielkopolska kocha speedway ponad wszystko, jest energia i ambicje.

DRUŻYNY kompletują składy, układają marzenia, liczą na ile ich stać. Wycofanie z elity Włókniarza i Wybrzeża jest poważnym ostrzeżeniem dla innych w żużlu a np. w piłce nożnej za lekceważenie umów licencyjnych sypią się ostatnio bardzo surowe kary i prostowanie klubów w królestwie PZPN Zbigniewa Bońka biegnie bez pobłażania. Mamy kary finansowe oraz bolesne odejmowanie punktów od przyszłego sezonu. Nie ma żadnej litości i taki trend sugeruję żużlowej władzy dla oczyszczenia środowiska z osób toksycznych. Zero tolerancji dla pychy! Dość obiecywania i budowania wirtualnych budżetów, i niech wróci normalne klubowe życie. Mało tego w takim wydaniu.

Speedway nie jest sportem, który notuje rozwój, wręcz odwrotnie trzeba koniecznie tworzyć projekty jak przyciągnąć adeptów do uprawiania drogiego i ryzykownego sportu. Fakty kurczenia się grupy zawodniczej w skali makro są niepokojące. Blask turniejów Grand Prix nie powoduje niestety rozwoju, a byli tacy, którzy już dawno przewidywali, że blichtr GP będzie powodował recesję. I stało się! Tylko praca organiczna w klubach może spowodować odbudowę chylącego się do upadku sportu. Sonda w klubowych szkółkach daje dużo do myślenia, notujemy spadek zainteresowania adeptów a z drugiej strony mamy pełne stadiony na hitowych turniejach czy meczach. Paradoksy. Obraz prawdy jest za kotarami, realny pesymizm ma dowody.

KOŃCZĄ się klubowe bankomaty bez limitu, fakt, Romana Karkosika będzie brakowało w polskim żużlowym krajobrazie, nie tylko w Toruniu. Wartością dodatnią jest przytrzymanie takich ludzi w sporcie. Wnioski są przykre i władza żużlowa powinna znajdować kompromisy w takich sytuacjach. Zniechęcić łatwo, trudniej przyciągnąć.

Wspomniałem o “bankomatach”, otóż Karkosik wydał kilkanaście milionów złotych na toruński klub, ściągnął gwiazdy i płacił. Nie wszyscy sprostali zadaniom. Zawiedli, bo nie każdy jest Gregiem Hancockiem.

Robert Lewandowski najlepszy nasz piłkarz, światowa gwiazda monachijskiego Bayernu zarabia rocznie 11 milionów euro! Futbol nijak ma się do żużla, lecz na polskim rynku, to nie jest tak do końca w przypadku niektórych głośnych zawodników. Tak jak w życiu są krezusi i biedniejsi oraz tacy, co czekają w kolejce na kasę. I są ambitni młodzi dla których sport jest żywiołem bez granic. Trzeba chcieć uczyć się za funty z fantazją.

RECESJA polskiego żużla polega na kurczeniu się budżetów, które zostały kiedyś sztucznie nadęte i na coraz mniejszej liczby chętnych do uprawiania tego sportu. Nie mam listopadowego, kiepskiego nastroju by pisać takie rzeczy, tylko od dłuższego czasu niepokoją mnie fakty, które obserwuję a mogą przynieść zgubne skutki w przyszłości. Mamy zdolnych juniorów na medale MŚ, utytułowanych seniorów i mamy nadal zainteresowanie kibiców, choć też notuje się spadki i… nie mamy wizji jak skutecznie zadbać o dopływ” świeżej krwi” do klubowego zaplecza.

Aby nie było tak minorowo, muszę podkreślić, że cieszy wspomniany fakt budowy nowej siły w Ostrowie Wlkp. No cóż, tam gdzie jest super ciśnienie na żużel inaczej się pracuje. Marek Cieślak and company mogą być na zapleczu polskiej ligi powiewem nadziei na lepsze jutro oraz wzorem dla innych w myśl hasła: z podłogi pod sufit. Fajnie. Realny optymizm jest bardzo cennym towarem i deficytowym, więc go trzeba szanować jak własne zdrowie. Tak? Chyba tak!

Liga jak dobra matka

zuzel

Do takiej opinii mój znajomy dopowiada: ”i karmi piersią”.W każdym sporcie, w którym funkcjonują rozgrywki ligowe zajmują one miejsce na czele. Oczywiście międzynarodowe sukcesy są prestiżowe, rozsławiają regiony i państwa, przynoszą rozgłos w świecie ale LIGA rządzi się prawami wyjątkowymi, wzbudza emocje, które trwają w duszach nieprzemakalnie przez cały sezon. I można sobie odpuścić jakiś turniej ze szczytu elity, zobaczyć go na ekranie telewizyjnym, ale na meczu w swoim mieście, okolicy wypada być. Jest w tym pewna celebra przygotowywana dyskusjami przed sezonem a potem między meczami w gronie fanów. Kto kogo i za ile. Wykluwa się specyficzny “klubowy nacjonalizm”, ba! patriotyzm, który w ramach fanklubów przybiera formy zorganizowanego dopingu. Nie chcę używać słowa szowinizm, lecz w pewnych przypadkach tak jest i często można zaobserwować pianę na ustach kibiców, zacietrzewienie, obłęd u ludzi, którzy na codzień są przecież spokojnymi. Na stadionach mają jednak inne twarze, słownictwo, gesty, interpretują fakty po swojemu, odbiegając od sprawiedliwych ocen wydarzeń na torze.

Ligowe rozgrywki unoszą kibiców jak morskie fale tratwę. Często dryfują. Żużlowe stadiony oblepione kibicami, choć już nie tak jak dawniej, gdzie okoliczne drzewa przytulały fanów jak gniazda ptaki, mają specyficzną atmosferę. Nie można porównać ich do futbolowych obiektów ani hal, gdzie grają piłkarze ręczni albo są mecze siatkówki. Ubolewam, że tzw. klatki dla kibiców gości niestety mają miejsce. Gospodarze… “muszą” być niegościnni ze względów bezpieczeństwa. Tego przed iluś tam laty nie było. Była kibicowska harmonia, dziś buszuje szowinizm transplantowany z futbolowych stadionów. Czy to się zmieni? Raczej nie, bo na speedway chodzi się rodzinnie, taka tradycja i trudno by organizatorzy wzięli na siebie ryzyko folgowania niebezpiecznym burdom. W euforii wszystko może się zdarzyć, więc “klatkowe sektory” muszą istnieć. Jak długo? Już na zawsze?

Na ligowe mecze czeka się z miłością, toteż premiery jeśli tylko pogoda dopisze, są wyjątkowym darem dla klubowych bossów. Brakuje miejsc i nie brakuje wyjątkowej atmosfery, gdyż liga jest jak dobra matka, przytula, karmi… “piersiami”!

Premierę Ekstraligi mamy w Zielonej Górze, gdzie mistrz Polski FALUBAZ zafaluje kibicami w meczu z Unią Tarnów. Ale będzie się działo! Falubaz już gotowy, kibice  tarnowscy jeżdżą wszędzie, więc będzie ostry doping. To będzie również mecz trenerów, Rafała Dobruckiego z Markiem Cieślakiem, a ten drugi, także trener reprezentacji Polski, nie raz i nie dwa ozłoconej, był przecież królewskim szkoleniowcem Falubazu.

Premiery mają  odświętne oprawy i przebieg nieobliczalny. “Ciąża” oczekiwania  na wydarzenie po zimowej przerwie podnosi adrenalinę aż pod sufit. Opanowuje głowy z namiętnością kochanków, jest cudownie, bosko. STOP.

W przeddzień ekstraligowej premiery na torze, w Teatrze Lubuskim im. Leona Kruczkowskiego odbędzie się uroczystość pt. Moje cudowne lata, która będzie świetną przystawką do tego, co zobaczymy na stadionie. Otóż były prezes klubu, który rozbujał zielonogórskie nastroje, doprowadził klub do mistrzowskich laurów senator RP Robert DOWHAN zamierza zakończyć po kilkunastu latach bujną karierę działacza. Pełni zaszczytną funkcję senatora, nie ma czasu, choć serce ciągnie w stronę żużlowych bram, ofensywnie działać na miarę mistrzowskiego klubu. Koniec i kropka. Szkoda. Albo Warszawa oraz inne lokacje albo Falubaz. Impreza w zielonogórskim teatrze zapowiada się nader ciekawie, gdyż Robert Dowhan ma duże rzesze sympatyków i przyjaciół. Był w stolicy ambasadorem sportu nie tylko spod znaku Myszki Miki, lecz w ogóle żużla. Brawo. Niektórzy celebryci zobaczyli speedway po raz pierwszy za sprawą właśnie senatora i przyjeżdżali do Zielonej Góry. I podobało się i polubili jazdy tylko w lewo.

Na rozważania Roberta Dowhana nad mijającym czasem w roli działacza przyjdzie  czas; senator ma prawo wybierać życiowe drogi. To był dobry, dowhanowski okres dla Falubazu. Budowanie stabilnej drużyny, ze światowymi gwiazdami a trener Marek Cieślak świetnie dopasował atmosferę sukcesu, ma ten gen w sobie, który trudno kupić, bo trzeba się z tym urodzić. Falubaz nie jest zespołem bez tradycji, wręcz przeciwnie z ogromnymi zasługami i zawsze był kuźnią talentów. Markową sukcesję trenerską sprawuje były zawodnik Falubazu Rafał Dobrucki, przed którym medalowa przestrzeń znów do zdobycia. Już bez Roberta Dowhana, z następcami senatora, który nigdy nie bał się przekazywać pałeczki młodym, utalentowanym ludziom z inicjatywami. Cool.

A więc: PREMIERA. Sobota 12 kwietnia 2014. EKSTRALIGA podnosi kurtynę! Taśma w górę. Falubaz kontra Unia Tarnów! Pełny stadion i barwna oprawa z dwóch stron. Sceneria filmowa, serial DMP zaczyna pierwszy odcinek. Szczęścia nie kupisz, pecha nie ominiesz. Taki los. Podobno pogodę zamówiono gdzieś na górze.

Ostatni mecz w Zielonej Górze za sprawą toruńskiego Unibaxu, który uciekł ze stadionu, przyniósł duży wstyd polskiemu żużlowi. Jak będzie tym razem jesienią w finale?

Unibax ma kilka punktów karnych w plecy, jak się pozbiera z Tomaszem Gollobem i australijskimi fighterami? Będą “koperniki” na pewno walczyć. Wróżenie przed startem ligowym jest trudne i trzeba poczekać na kilka meczów, wtedy dadzą obraz czego możemy spodziewać się w następnych kolejkach. Walka będzie zapewne wyrównana, spłaszczenie poziomu drużyn gwarantuje szczytowe emocje, może nie wszędzie, lecz prawie. Nie ma/?/ team dreamów, jest tylko nierównomiernie położona kasa/!/.

A zatem orły do boju! Kibice szykują gardła i serca. A reszta należy do artwykonawców tego cyrku, który jako SPEEDWAY nie daje nam żyć bez stresu. Za co więc kochamy ten sport czasami tak anielsko a czasami tak diabelnie? No cóż, jest w tym po prostu Wielkie Coś!

Szybkość nie wybacza nikomu: Marek Cieślak – Tak to bylo i tak jest


Moja znajomość z Adamem trwa ponad 40 lat. Był jedynym dziennikarzem, który przez lata rzetelnie zajmował się tematyką żużlową, pisząc do wielu wydawnictw, a przede wszystkim dla katowickiego „Sportu”. W każdy poniedziałek po niedzielnym meczu swoje pierwsze kroki kierowałem do kiosku, aby zakupić „Sport”, gdyż obiektywne opinie Adama były dla mnie i dla innych zawodników bardzo ważne. Spotykaliśmy się na wielu światowych finałach indywidualnych i drużynowych, gdzie mieliśmy okazję dobrze się poznać i dyskutować na tematy związane z „czarnym sportem”. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale na tym polega konstruktywna dyskusja. Przez ten długi czas byliśmy świadkami wielu historycznych sukcesów oraz tragicznych wydarzeń. Wspólnie tworzyliśmy historię speedwaya, ja na torze, a Adam piórem, relacjonując nasze zmagania z kronikarską dokładnością. Dlatego też cieszę się, że Adam spisał część historii, z którą będą mogli się zapoznać zarówno kibice, jak i młodsi zawodnicy, którzy często nie wiedzą, kto był pierwszym mistrzem świata i kto jeździł w ich drużynach przed laty.

Z koleżeńskim pozdrowieniem,

Marek Cieślak*

* Marek Cieślak — trener reprezentacji Polski, która trzy razy z rzędu zdobyła złoty medal drużynowych mistrzostw świata. Wychowanek częstochowskiego Włókniarza, wielokrotny reprezentant Polski, uczestnik finałów mistrzostw świata, trener kilku klubów, z którymi zdobywał mistrzostwo Polski. Startował w lidze angielskiej, wychował kilku znakomitych zawodników. W Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” został wybrany trenerem roku 2011. Cieszy się ogromnym autorytetem na polskim i zagranicznym rynku szkoleniowym.