Bałagan nadzorowany

1. Obok potocznego określenia bałagan, jest też inne, w tym przypadku znacznie mocniejsze na b, które kończy się na… el. Pomyślcie, o co chodzi. Polskie kluby z prezesami oraz ich wspólnikami sprawiają wrażenie, że mogą robić wszystko. Znajomy  człowiek ze Skandynawii nie może się nadziwić, jak polskie “firmy” żużlowe egzystują, które z niczego tworzą budżety, obiecują, żeby potem nie płacić w terminie a długi odwlekać w nieskończoność. Gdzie się podziały biznesowe reguły, by nie wspomnieć o honorze. Generalnie przypomina to słynną aferę Amber Gold; zresztą przekrętów w Polsce nie brakuje i pokutuje taka opinia, że trzeba ukraść dużo, bo mało się nie opłaca. Jakieś przyzwolenie na takie działania jest, mamy winy a kar niestety nie ma. W każdym razie kary nie odstraszają od krętactwa, więc w różnych dziedzinach życia trwa eskalacja bałaganu. Niepłacenie albo płacenie śmieciowe jest na porządku dziennym i taka jest polska obyczajowość ekonomiczna, nazywana biznesem. Oto ktoś, kto ma długi kupuje dom, nowe auto i nie bardzo przejmuje się zobowiązaniami. Honor, jak mawiała moja babcia był przed wojną pierwszą i drugą światową ale umarł już dawno po wyzwoleniu.

2. Polskie kluby mają nadal zadęcie imperialistyczne i jeszcze wiszą na nich długi a już obiecują krocie nowym zawodnikom, których kuszą zaraz po zakończeniu sezonu lukratywnymi kontraktami. W polskim żużlu stworzono wielką bramę do bytu nieprawdziwego i dziwię się niepomiernie, że zawodnicy przystają na takie rozwiązania. Jest teraz bramka tzw. licencji nadzorowanej. Po co?! Hulaj dusza bez kontusza? Fatalne rozwiązanie, choć krąży taka opinia, że gdyby tego nie stworzono, nie miałby kto jeździć w drużynach. A może trzeba zrobić wreszcie porządek i ustalić normalne reguły gry, bez horrendalnych zaległości, sądów, straszeniem, szukaniem win, oskarżaniem się wzajemnym aby tylko obciąć wiszące jak miecz nad głową należności. Kto daje i odbiera niech się w piekle poniewiera… raz a dobrze i bez współczucia.

Mamy na wokandzie systematyczne skandale o choćby w Częstochowie z Emilem Sajfutdinowem albo w Gnieźnie z Sebastianem Ułamkiem. Zdeterminowani poszkodowani popuszczają, tracą i dalej dają się nabierać naiwnie w takie klocki. Nie masz kasy nie pchaj się na afisz, głosi stare hasło. Nie mają a pchają się bezczelnie, toteż dziwią się starzy działacze, dla których obecne praktyki klubowe szokują swoją arogancją władzy. Zaległości wobec zawodników są ogromne, lecz stworzona licencja nadzorowana pozwoli na budowanie dream teamów obok istniejących długów. Koło się zamyka i tak oto wygląda niemoralny obraz polskiego biznesu żużlowego. Śmieje się Duńczyk i Szwed, Amerykanin kiwa głową z uśmiechem, jak to w kraju nad Wisłą kwitnie bezprawie. Anglicy mają swoje biznesy i nigdy nie zrozumieją polskich praktyk wydawania więcej, niż się ma na koncie.

Wypowiedź jednego z działaczy częstochowskiegio klubu jest przykładem na arogancję i bezczelność, który uznał roszczenia zawodnika o swoje pieniądze i zwrócenie się do lokalnych władz za… psucie wizerunku klubu. Ha, ha, ha… Kabaret  na cyrkowej arenie. A gdzie wstyd? Gdzie on się podział w niby świętym mieście? Wiem, pewnie winny gender…

3. Polskie towarzystwo żużlowe nie jest liczne ale śliczne. Od lat trąbię jak hejnalista z wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie, że popuszczanie pasa w tym kręgu zemści się kiedyś okrutnie. Nie można pozwalać dzieciom bawić się zapałkami. Rynek ekonomiczny klubów żużlowych w Polsce opiera się na kibicach, którzy nadal tłumnie przychodzą na stadiony, choć spadek co roku jest widoczny. No i mamy sponsorów, bogatych wujków, którzy jednak chcą mieć mistrzów, artystów wygrywających za wszelką cenę.W speedway’u nie da się przewidzieć końca, happy endu, gdyż kontuzje kontrolowane przez los wykluczają czasami niemal pewne szczęście.

Dbałość o wizerunek drużyny, klubu, poszanowanie tradycji to jest unikanie wszelkich zatargów, piekących konfliktów, zwłaszcza tak spektakularnych jak zaleganie z płatnościami. Z obiecywanych gór złota robią się miesiącami sterty smrodu i to jest wizerunek klubu, to jest marka, która psuje się od głowy zarządów. Wydaj tyle na ile ciebie stać, nie oszukuj. Taka dewiza w polskim żużlu niestety nie obowiązuje, co jest przykrym zjawiskiem nie od dziś.

4. Zalegalizowanie kontrolowanej licencji pod nadzorem jest błędem. Moralna cena tego pomysłu jest wysoka i czas pokaże kto ma rację.

Kiedy rozmawiałem w gronie ludzi obeznanych w tym temacie zdania były podzielone, bo jedni są za sankcjonowaniem złych metod, aby nie było upadłości teamów, drudzy jednak za radykalnymi rozwiązaniami, żeby ukrócić wreszcie praktyki budowania budżetów klubowych z przysłowiowych fusów. Sponsor zawsze może wycofać się nagle, tak jak i zawodnik liderujący w zespole wylądować w klinice na długie miesiące. Speedway jest sportem dużego ryzyka i nagle wszystko może się zawalić. Od lat klubowi bossowie narzekają, co jest polskim zwyczajem a lament słychać najbardziej u bogatych, bo oni nie mają … drobnych. Mają teraz raj w postaci licencji nadzorowanych i mają wizerunki spaprane, lecz tym akurat wcale się nie przejmują, gdyż byle do przodu ze wstydem schowanym do teczki.

Moi drodzy świat wszystko jednak widzi, wykorzystuje i śmieje się z tej polskiej przypadłości: “zastaw się a postaw się”, głupiej dewizy bez żadnego honoru.  mess

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Już jutro w Tarnowie „ Szybkość nie wybacza nikomu“!

W niedzielę, 22 kwietnia wielki mecz o godz. 17.00 pomiędzy Unią Tarnów a Włókniarzem Częstochowa! Będę tam z moja książką i podpiszę dedykację każdemu! 160 stron opowieści i kulis żużlowego życia dostępne będą w klubowym sklepie. Do żobaczenia!

Szybkość nie wybacza nikomu – nowa książka już za tydzień!

Już za tydzień dostępna dla wszystkich moja nowa publikacja. Dzisiaj, tytułem zapowiedzi, fragment wstępu…

Jeździłem z ekipami żużlowymi, obsługiwałem finały światowe od londyńskiego Wembley, przez Goeteborg, Monachium, do Katowic. Nazbierało się dużo wspomnień. Nie jestem z tych, którzy by je chowali pod dywan. Były turnieje dramatyczne, smutne i radosne. Polski speedway przeżywał różne koleje losu: raz pod wozem, raz na wozie.

Obecność polskich kibiców tam, gdzie dzieją się najważniejsze wydarzenia rangi światowej, jest znacząca. Biało-czerwone barwy są mocnym akcentem. Widać to również na zdjęciach w tej książce, których autorem jest Wiesław Ruhnke. W Polsce w ligowych rozgrywkach bierze udział światowa elita, a frekwencja na widowni jest imponująca. Adrenalina sięga zenitu. „To działa jak afrodyzjak” — mówią bywalcy stadionów. Żużel oglądany jest chętnie przez kobiety, na zawody przychodzą też całe rodziny. Polscy działacze organizują prestiżowe imprezy na wysokim poziomie i, nie tylko za sprawą Tomasza Golloba, coraz bardziej liczymy się na żużlowych torach.

Jestem recenzentem i świadkiem wydarzeń, skrzętnie odnotowuję to, co miłe i gorzkie. „Czarny sport”, jak nazywany jest speedway, w swojej szybkości czterech okrążeń ma dramaturgię często tragiczną, bo przecież szybkość nie wybacza nikomu.

Śląska bessa

I kto mógł przewidzieć, że śląska, dawna potęga żużlowa znajdzie się na dnie. Kto? Śląskiem Świętochłowice opiekowała się grupa ludzi, która pobudzała klub do istnienia. Hutnictwo dawało pieniądze i nazwiska reprezentantów, medalistów mistrzostw świata miały magnes przyciągający kibiców. Paweł Waloszek był wicemistrzem świata i jednoznacznie kojarzył się ze Świętochłowicami, Jan Mucha jako reprezentant Polski i uczestnik wielu prestiżowych turniejów pompował sławę/ tak, tak, były takie czasy/ klubu, który mocno zaznaczył swoją obecność w polskim krajobrazie żużlowym.

Ze Świętochłowic do Rybnika jest blisko, a tam jeszcze większa potęga stojąca na węglowym fundamencie. Dwunastokrotny, drużynowy mistrz Polski i nazwiska Joachima Maja, braci Tkoczów ze Stanisławem i Andrzejem na czele, Antoniego Woryny i Andrzeja Wyglendy były znane w Europie. Nie tylko oni, bo rybnicka kuźnia raz po raz wypuszczała w świat nowe nazwiska i nie chodzi mi teraz o pełny kronikarski zapis. Jest bogaty.

W Rybniku częściej, w Świętochłowicach znacznie rzadziej, lecz także organizowano prestiżowe imprezy z mistrzostwami świata i finałami na czele. Rybnik słynął ze znakomicie przygotowanych turniejów; w 1969 Polska zdobyła złoty medal drużynowo, efektowny sukces można zaznaczyć sukcesem pary: Andrzej Wyglenda i Jerzy Szczakiel, którzy zdobyli złoty medal MŚ brawurowo w roku 1971; potem były inne  finały oraz turnieje a światowa elita chętnie przyjeżdżała do gościnnego Rybnika, bo zawsze miło być w mieście, gdzie jest klimat do uprawiania żużla i nie brakuje talentów. Panowała atmosfera sukcesu długo. Rybnicki Okręg Węglowy miał renomę nie tylko sportową ale i gospodarczą w Europie.

Co nam zostało z tamtych lat? Dreszcze rozpaczy mnie przelatują, kiedy tylko pomyślę co mamy dziś.

No bo tak… w Świętochłowicach ostatnie podrygi żużlowe odbyły się dawno temu na „Skałce“ i lat kilkadziesiąt już temu zaorano speedway wraz z tradycjami. W mieście takiego mistrza jak Paweł Waloszek! Wstyd dla miasta. Od ludzi, zagorzałych fanów zależy utrzymanie ulubionego sportu, oczywiście w konglomeracie takich sympatyków, którzy mają także wpływ na pozyskanie stosownego budżetu. Miastu nie zależało na utrzymaniu tradycji żużla i sport ten padł bez ruchu. Oczywiście były próby reanimacji, lecz garstka ludzi bez podparcia finansowego nie mogła dać rady i mamy tylko wspomnienia ostatnich turniejów oraz meczów na „ Skałce“. Wpierw zaczyna się od upadku ligowego, potem już leci całość klubu na łeb i szyję. Nie ma już nic.

Czy ktoś znajdzie się taki, kto wskrzesi dawny Śląsk? Jan Mucha jest potężnym biznesmenem w branży motoryzacyjnej, jednak nie kwapi się do sponsorowania i zbudowania klubu, który kiedyś reprezentował. Przymusu nie ma.

RYBNIK. Żal. Smutek i chandra ogromna. Upadek na samo dno i zadłużony klub będzie zaczynał przygodę ligową od zera. Czy ktoś 20,10 lat temu przewidywał taki scenariusz? Owszem byli malkontenci, bo takich tam nie brakuje, którzy bez przerwy kręcą nosami, sarkali a nie pomagali, chociaż mogli. Zabrakło pod egidą prezydenta miasta wyszukiewarki prężnego prezesa, który utrzymałby w ryzach towarzystwo, zadbał o  budżet w celu uratowania tonącej arki. Miasto wpierw zachłysnęło się przebudową stadionu, który dziś w obliczu nowoczesnych obiektów Torunia, Gorzowa, Zielonej Góry i następnych projektów jest już tylko stadionikiem. Lobby futblowe w Rybniku wzięło górę i zakopało tradycje. Kiedy pomyślę jak potężny to był wielosekcyjny klub i funkcjonujący jak dobre przedsiębiorstwo łzy sączą mi się z oczu. I była płyta boiska podgrzewana! W ramach modernizacji stadionu w miejsce tradycyjnej trybuny postawiono nową z kuriozalnym dachem, który nie zabezpiecza wszystkich widzów przed zmoknięciem. Kto tak projektuje, kto to zatwierdził Panie Prezydencie?

Czy dziś pomoże zaciąg szkoleniowo – organizacyjny aż z Grudziądza, by ratować speedway owiany legendą Andrzeja Wyglendy, który czasami gości na tym stadionie?

Słyszę głosy, że dobrze iż klub nie rozpadł się i jednak drużyna wystartuje. Po latach doszło do takich pocieszeń! Smutne, by nie rzec, że dramatyczne. Nie wyobrażałem sobie, że do tego dojdzie mając w pamięci pełne trybuny i zawody trzymające w napięciu. Wspomnienia są piękne ale równocześnie potrzeba piękna teraźniejszości.

Dwa znane kluby na Śląsku polecam uwadze wojewody Zygmunta Łukaszczyka /harcerz, miłośnik żeglarstwa/, który może zmobilizuje skuteczne lobby dla reanimacji rybnickiego żużla i wskrzeszenia tego sportu w Świętochłowicach.

Gdy uprzytomnię sobie, że na Stadionie Śląskim mieliśmy kilka finałów światowych i dziesięć lat temu jeszcze dwa turnieje Grand Prix a teraz speedway będzie wyprany z tego obiektu, to obraz speedway’a w aglomeracji śląskiej przedstawia się bardzo czarno. Na „Śląskim“, który ma teraz duże problemy budowlane w ogóle nie myśli się o żużlu. Szkoda! Tylko „ fuzbal“?! Mamy przecież inne piłkarskie bombonierki na ME.

Wspomnienia/ plus kapitalne zdjęcia/ z pobytów w Katowicach i Chorzowie zawodników z pierwszej półki oraz licznego grona kibiców ze świata wciąż krążą nie tylko na facebooku. Podtrzymanie tradycji jest obowiązkiem chyba każdego, komu bliskie małe i duże ojczyzny. Speedway na Śląsku ma tak ogromne tradycje, że doprawdy nie można o tym zapominać. Szuka się raz po raz na siłę za duże pieniądze atrakcyjnej promocji a nie dostrzega tego, co kiedyś rozsławiało region i że warto wrócić do korzeni.