SUKCESOR DOYLE

18976

Do czego zdolny jest kangur? Do skoków, ładne zwierzę, sympatyczne. W sylwetce, w zachowaniach gromadnych. Kangury przypisane są do Antypodów; w Australii można zobaczyć małe i duże, chowają te większe w swoich “kieszeniach” ciał małe. Oryginalnie. Antypody daleko od Europy, mentalność Aborygenów obca dla Polaków, choć nie brakuje ich na tym kontynencie. Byli, odkrywali regiony, budowali, projektowali, pracują nadal i cieszą się uznaniem. Speedway światowy ma korzenie właśnie tam a przetransportował go do Europy Anglik Johnnie Hoskins kilkadziesiąt lat temu. Konkretna data pierwszych zawodów na Wyspach Brytyjskich jest dyskusyjna, w każdym razie dirty track, jak po raz pierwszy nazwano, wzbudził zainteresowanie wyspiarzy i tak już poleciało, organizowano coraz więcej zawodów a kolebką mistrzostw świata zostało londyńskie Wembley, stadion kultowy, piłkarski, żużlowy tor o geometrii charakterystcznej, różnych łukach, pierwszym wirażu po starcie bardzo wąskim, więc kto pierwszy przejechał miał już ułatwione zadanie. Wembley huczało dopingiem kibiców jak potężna górska rzeka. Niezapomniane przeżycie. Z Antypodów do Europy przylatywali zawodnicy, zarabiali i utrwalali popularność sportu, który dziś już na tym kontynencie nie jest tak popularny. Wygasło zainteresowanie mierzone polską frekwencją.

Pierwszym mistrzem świata w 1936 roku na Wembley został Lionel Van Praag, trzeci był jego rodak Blue Wilkinson, szósty kolejny “Kangur” Dicky Case, ósmy Vic Huxley. Finał wygrał Praag bonusem, miał 12 pkt, drugi był z 13 pkt. Anglik Eric Langton. Wyspiarze stanowili większość uczestników turnieju, lecz czwarty był Amerykanin Cordy Milne, dziesiąty jego brat Jack Milne, 11. miejsce zajął Duńczyk Morian Hansen. Jack Milne zdobył złoto rok później, a w 1938 roku mistrzem świata został Australijczyk Wilkinson, J. Milne był drugi, trzeci jego rodak Wilbur Lamoreaux, za nim Praag. Finał w 1939 roku nie odbył się z powodu wybuchu II Wojny Światowej, do ostatecznego turnieju zakwalifikowało się wtedy m. inn. czterech Australijczyków: Praag, Vic Duggan, Ron Johnson, Aub Lawson. Po wojnie pierwszym mistrzem został w 1949 roku Anglik Tommy Price. Za rok Walijczyk Fred Williams, trzeci Australijczyk Graham Warren. W 1951 roku wygrał “Kangur” Jack Young, trzeci jego rodak Jack Biggs, Young powtórzył sukces w 1952 roku, dalej na Wembley, które było jedyną areną finałów indywidualnych MŚ do roku 1960.

Wspominam australijskich zawodników, którzy wspomagali aktywnie speedway na Starym Kontynencie, potem doszli inni mistrzowie z pobliskiej Nowej Zelandii; Ronnie Moore, Barry Briggs, człowiek, który ma duże zasługi dla speedway’a w Europie, nie bez późniejszego udziału sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera. Podkreślam też starty od początku żużla na świecie Amerykanów. Zastanawiający jest fakt, że finałowe turnieje organizowano tylko w Londynie. Wembley, dziś przebudowane, pozbawione żużla, tamtejsze pieściło fantastyczną atmosferą wszystkich sympatyków żużlowego ścigania. WEMBLEY było i pozostanie symbolem żużlowego chrztu w Europie i jego dorastania, zafascynowania nim przez Szwedów, którzy potem odejmowali organizację MŚ Anglikom. Trzeba podkreślić włączenie się bardzo udane polskiej federacji z turniejami finałowymi MŚ we Wrocławiu. Polacy zaakcentowali obecność zarówno wynikami medalowymi, jak i organizacyjnie uzyskali uznanie. Speedway nie był w Polsce kopciuszkiem ale miał ambicje mistrzowskie w skali światowej. I to się udało, indywidualnie, drużynowo, parami, choć pierwszy polski mistrz świata “narodził” się dopiero na Stadionie Śląskim w 1973 a autorem sensacji był Jerzy Szczakiel.

Zawodnicy z Antypodów wzmacniali skutecznie brytyjską ligę, Nowa Zelandia taka mała a taka silna była żużlowo. Australia mocna, Jason Crump, rudowłosy przebojowy zawodnik trzy razy zgarniał złote medale. Żużlowcy z Antypodów byli w gronie faworytów. Speedway błyszczał, był popularny, liga brytyjska atrakcyjna w formule i każda federacja chciała tam się uczyć na nietypowych torach. Test – mecze były w kalendarzu najlepszych teamów i Polacy tam jeździli, przegrywali, startowali w lidze, szlifując technikę. To były wspaniałe czasy!

Nic nie trwa jednak wiecznie. ŚWIATOWY SPEEDWAY jest obecnie w kryzysie. POLACY niosą dumnie kaganek tego sportu, podtrzymują tradycje i emocje, jednak świat stoi z boku i czerpie cynicznie korzyści bez wyobraźni co będzie dalej.

W polskiej lidze jeżdżą Australijczycy, nie wszyscy zaczynają naukę od EKSTRALIGI, więc to, co robiła kiedyś brytyjska liga, dokonuje nasza rzeczywistość. Mamy dobrą frekwencję, jeszcze są pieniądze by utrzymywać sport, który poza Polską robi się niszowy. DLACZEGO jest źle? Zostawiam wnioski na inny czas.

I akcentuję wyczyn w tym sezonie Australijczyka Jasona Doyle’a, który przed własną publicznością w ostatnim turnieju tegorocznego serialu GRAND PRIX na okazałym stadionie Etihad w Melbourne zdobył złoto w stylu mistrza o jakim można marzyć. Leczył cierpliwie kontuzję; rok temu przegrał mistrzostwo świata pechowo przez uraz, teraz konsekwentnie pilnował celu, dojechał do domu i wygrał jak chciał. ŚWIETNY mistrz na kryzysowe lata, budujący wizerunek charakteru sportowca, twardego, z ambicjami bez kalkulacji. Zaczynał w polskiej lidze w małym Rawiczu, hartował ciało i ducha. Kiedy jego rodak młodziutki Darcy WARD został okaleczny katastrofalnie przez los, wówczas DOYLE ścigał się na granicy ryzyka, jakby chciał pokazać, że jeździ na cześć kolegi. Brawurowo, jak DARCY, podobnie jak ongiś, obecnie także wyłączony z aktywnego życia, australijski dżentelmen torów LEIGH ADAMS. No i jak, Chris Holder, jednorazowy mistrz świata, który potrafi wygrywać, lecz sprawia wrażenie lekko wycofanego z ryzyka walki na torze.

JASON DOYLE/ ur. 1985/ pochodzący z australijskiego Newcastle, był w Melbourne gwiazdą, po raz pierwszy australijski reprezentant zdobył złoto na swojej ziemi; przyjemnie było patrzeć na jego efektowną jazdę, zwycięską, szczerą radość dzieloną z sympatyczną żoną Emily, z całą rodziną. Jego idolami są rodacy, były mistrz świata/ 3 razy/ Jason Crump, który wręczał złoty medal i błyskotliwy kierowca Formuły 1, Mark Webber. To sportowcy bez strachu w oczach, kochający ściganie sami i dla kibiców. Jason Doyle jest udanym sukcesorem pierwszego mistrza świata rodem z Australii Lionela Van Praaga, dynamicznym “Kangurem”, który pokazał, że można dzięki charaktorowi przeskoczyć nawet siebie!

Niebo i piekło sportowych dusz

STOCH

Poleciał Kamil Stoch skoczek z zakopiańskiego Zębu na Gubałówce po olimpijskie złota w Soczi. Zdeklasował na zimowych igrzyskach w Soczi rywali i nie tylko sportowa Polska została uszczęśliwiona. Pokazano przy okazji jak 12 – letni Kamil wypowiadał swoje marzenie zostania kiedyś mistrzem olimpijskim. Dziś 26 – letni Kamil mówi, że pamięta te słowa i trochę się zawstydza.

Od dziecka miał błysk w oku i jako małolat lądował blisko 130 metrów/!/ na Wielkiej Krokwi. Zuch! W sesji treningowej przed konkursem na dużej skoczni w Soczi po skoku jedna z nart ucieka, Stoch upada i kulejąc z ręką na temblaku opuszcza arenę. Stłuczony łokieć doskwiera mocno. Zawodnik jak na górala przystało nie poddaje się i walczy z zębem o kolekcję medalową. Skoczyło złoto do złota.

justyna_kowalczyk_mercedes_1_104

Niezłomna Justyna Kowalczyk ulega przed igrzyskami kontuzji stopy, pęka jedna z kości. Ciężko harowała do igrzysk, one dla każdego sportowca są najważniejszym wyzwaniem w karierze. Ciężki jest śnieg w Soczi, słońce wypala resztki, “Śniegowa gąbka” nie ułatwia biegów i jazd, mamy wywrotki jak na żużlu. Pretendenci upadają, gubią szanse w aurze sportowego nieba i piekła.

Góralka Kowalczyk jest zacięta jak Stoch. Walczy do upadłego, na ekranach TV pokazują lekarze stopę zawodniczki, gdzie widać wyraźnie, że wysiłek biegaczki musi być nadludzki. “Albo wygram albo zdechnę” powie na mecie zwycięskiego biegu na 10 km, wprost kosmicznego i złotego. Deklasuje rywalki, spadają łzy szczęścia i bólu.

Rozterki sportowców. Co robić? Wycofać się czy startować? Pani Justyna biegnie, pokonuje dystans z bólem, walczy z sobą i znów zostaje mistrzynią olimpijską. Niesamowite! Ale prawdziwe! 50 lat temu na olimpiadzie w Tokio bokser Marian Kasprzyk ze złamanym palcem zdobywa złoto. Obojczyki, palce, żebra, stopy, kolana, pogruchotane na arenach wyzwalają w prawdziwych sportowcach jeszcze większą złość, adrenalinę i moc bycia najlepszym. Zdrowie zostaje na boku, liczy się tona ambicji.

Wywrotki kolarzy, żużlowców, motocyklistów innych sportowców przynoszą skomplikowane kontuzje. Ekstremalny pech wkrada się wszędzie, pustoszy, niszczy pracę wielu lat przygotowań do finału, do prestiżowej imprezy roku w karierze. Na wynik czekają miliony fanów. W ubiegłym sezonie Duńczyk Nicki Pedersen, wielokrotny mistrz świata jeździł z kontuzją ręki, po prostu ze złamaną i moczył ją w wiadrze z zimną wodą po każdym starcie. Jeździł i walczył z sobą, z losem.

Co zatem robić? Odpuścić czy walczyć w serialu o mistrzostwo świata. Co ważniejsze zdrowie czy kariera, wynik na który czeka naród. Czasami medale wiszą bardzo wysoko a w ich cenę wmontowane jest cierpienie łagodzone ostatecznie przez medalowy wynik. Nie zawsze jednak tak jest! Kibice jakby nie doceniają gladiatorów, szantażują niemal swoich idoli.

Czy tak być musi?

Żużlowcy łamią obojczyki jak zapałki, leczą je błyskawicznie, lekarze specjaliści “spawają” i zawodnicy startują jakby nic się nie stało. Młode organizmy wytrzymują i nie  nie pękają. Dolegliwości przychodzą dopiero potem, kiedy emerytura sportowa przypomina fakty sprzed lat. Tomasz Gollob po dramatycznym wypadku na wrocławskim torze w 1999 roku pojechał wprost z kliniki, niemal na noszach, do duńskiego Vojens by bronić medalu. Przywiózł srebro z bólem, radość i niedosyt, bo mogło być złoto ale też w makabrycznym wypadku, kiedy wyleciał poza bandę finał mógł być tragiczny. Upadek zamienił się w w szczęście, które powiozło Golloba ponad 1000 kilometrów na trudny stadion, gdzie rywale nie mieli dla niego litości a matka natura okazała się jednak łaskawa.

Niebo i piekło, czyśca nie ma.

Zawodnicy startują w specjalnych butach ortopedycznych, z gipsem, opancerzeni, poskładani przez lekarzy aby nie odpuszczać najważniejszych imprez. Pół biedy jeśli to dotyczy największych wydarzeń, fatalnie jeśli szafują zdrowiem przy byle ligowej młócce. Mają jedno zdrowie i mają swoich szarlatanów, którzy nie tylko masują, nakłuwają, szprycują, faszerują ale i namawiają z hasłem na ustach ”MUSISZ”. A nikt tak doprawdy niczego nie musi.

Szanuję charaktery sportowych idoli, celebrytów, ikon, wszak to ich suwerenna wola, że stawiają na szali wynik albo zdrowie. Lat wyrzeczeń nie wróci nikt a pech zakrada się zawsze i potrafi zniszczyć ciężki trud, pokiereszować człowieka i doprowadzić do oceanu łez. Albo zwyciężyć albo… no właśnie…

Na sportowe Oscary, ba, Noble zasługują sportowcy, którzy po wywrotkach wraacają  znow na areny by walczyć. Thomas Morgenstern austriacki skoczek upadł fatalnie przed igrzyskami i nie dawano mu żadnych szans na olimpijski start. Zawziął się jak człowiek z żelaza, poleciał do Soczi i pokazał światu, że warto wygrać pojedynek z pechem. Tego czego dokonał polski kierowca, niesamowitego hartu ducha Robert Kubica podziwia cały świat. Udało się, choć nie zawsze tak jest. I banalne z pozoru wypadki “żużlowego artysty” z Australii Leigha Adamsa czy mistrza świata nie do pokonania na torach F – 1 Niemca Michaela Schumachera, kiedy wywrócili się już po zakończeniu kariery, są przykładami na wredny los i okrutnie nieszczęśliwe przypadki, kiedy niebo zamienia się  w piekło dla nich i fanów. Australijskie bezdroża i alpejskie skały okazały się w tym przypadku nie do przeskoczenia.Nie można, jak uczy historia, uniknąć pecha, który jak ten rak podstępnie wkrada się tu i tam, niweczy dorobek albo nawet życie. Jak więc ocalić zdrowie, które okaleczone podpowiada zawodnikom, że jeszcze nie wszystko stracone, że można powalczyć. I charakter sam w w sobie mówi, żeby nie stracić szansy, wystartować i zwyciężyć.  Trudne dylematy bohaterów aren oraz sztabów szkoleniowych i medycznych. Sport jest obwarowany ponadto komercyjnymi umowami reklamowymi, jest zakładnikiem sponsorskich układów z których ciężko czasami się wyplątać.

Czy warto jednak skubać swoje zdrowie w imię szlachetnej rywalizacji? Pytanie raczej retoryczne wobec takich charakterów jak Kowalczykówna, Stoch, Kubica czy plejada żużlowego towarzystwa.

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 2: Odjazd duńskiego królewicza JOP

Fatalnie dla żużlowego świata zaczął się rok 1992, oto wpierw na początku stycznia dociera tragiczna wiadomość o zabójstwie  Edwarda Jancarza w Gorzowie Wlkp. a jeszcze w tym samym miesiącu w Australii gruchocze kręgosłup rewelacyjny Todd Wiltshire. Dwie różne gwiazdy, dwa diametralnie inne wydarzenia. Zbrodnia i wypadek. Wiąże te zdarzenia szok i złe wróżby dla speedway’a.

Eddy Jancarz

***

Zaczyna się po wstrząsach nowy sezon 92 i z Antypodów wracają żużlowcy do Europy, rozpoczynają się rozgrywki ligowe i eliminacje MŚ.

Tytułu mistrza świata w jeździe solowej broni duński mikrus Jan Osvald Pedersen. Zdobył ten tytuł na torze Ullevi w Goeteborgu w 1991 bezapelacyjnie, z kompeletem punktów. Start i odjazd do mety bez żadnych przeszkód. Nie mógł go dogonić szwedzki talent Tony Rickardsson, który wjeżdżał na orbitę mistrzostw świata. Oto J.O.P miał 15 pkt, TR 12 pkt, zaś o trzecie miejsce ścigali się w barażu Duńczycy Hans Nielsen i Tommy Knudsen, bardziej przebiegły był ten pierwszy i zgarnął brązowy medal. Zanim do tego doszło na poznańskim Golęcinie w środku lata 1991 roku w finale mistrzostw świata par Duńczycy zdobyli złoty medal w składzie: Jan O. Pedersen/14/, Hans Nielsen/14/, Tommy Knudsen nie startował, za nimi byli Szwedzi, potem Norwegowie co było rewelcją/ jeszcze nie jeździł Rune Holta, tylko błyskotliwy i elegancki Lars Gunnestad/. Niestety w tym finale Polacy/Ryszard Dołomisiewicz, Piotr Świst i Wojciech Załuski/ mimo własnego toru zajęli ostatnie miejsce. Kompletna klapa.

Wracam do duńskiego królewicza JOP, który w roku 1991 w Vojens przed swoją publicznością razem z kolegami z reprezentacji wywalczył złoty medal w finale drużynowych mistrzostw świata. Duńczycy zdeklasowali wtedy rywali, JOP był najlepszy, choć Hans Nielsen był przecież perfekcyjny, mały Pedersen wyrósł na godego następcę też małego Erika Gundersena, którego kontuzja wyeliminowała z jazd na torach, po dramatycznym wypadku w Bradford w finale DMŚ w 1989 roku. Pedersen został mistrzem Danii w 1991. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, sypały się złociste medale.

Jan O. Pedersen WF 1991

Trzy złote medale Pedersena w 1991 roku windowały go na szczyt i rokowały piękną karierę. Dwa kluby polskie biły się o jego starty w sezonie 1992, padały wysokie kwoty, ostatecznie Niemyjski z Rybnika przebił Morawskiego z Zielonej Góry. Walka była ostra i żużlowy światek żył na przednówku nie tylko dramatycznymi wydarzeniami ze stycznia 1992 ale i „chorymi“ ambicjami nuworyszy polskiego biznesu.

Życie potrafi jednak platać figle okrutne i jak się okazało pokiereszowało plany rybnickiego klubu za duże pieniądze. Fartu nie kupi się za żadne pieniądze.

Po wypadku Erika Gundersena asa duńskiej reprezentacji, coraz bardziej wyrastającego na arcymistrza Hansa Nielsena, nieobliczalnego Tommy Knudsena, w towarzystwie Ole Olsena, Jan O. Pedersen był królewiczem nie z bajki, lecz rzeczywistym faworytem  potrafiącym na szybkim motocyklu zdobywać punkty dające mu wysokie pozycje.

Tak było w 1991 roku i nic nie zapowiadało kolejnego dramatu, bo przecież duńska armada doznała już gorzkiego doświadczenia z Gundersenem.

Sporty ekstremalne żyją niepewnością jutra. Czy ktoś mógł przeczuwać, co stanie się z Australijczykiem Leighiem Adamsem w roku 2011, kiedy zakończył już bogatą karierę? Był zawodnikiem doświadczonym i chciał jeszcze pokazać na co go stać poza żużlem. Nagle stało się najgorsze i Adams musi korzystać z pomocy wózka inwalidzkiego, bo obrażenia jakich doznał okazały się bardzo groźne. Próbuje wrócić do sprawności, rehabilituje się w USA, walczy z determinacją jak na torze a przyszłość pokaże czy los okaże Adamsowi litość.

Trudny przypadek, nie pierwszy i nie ostatni, żużlowcy w jednej sekundzie mogą stracić to, co jest w życiu cenne lub najcenniejsze. Prawdy bywają okrutne a życie bezlitosne.

Zaczyna się sezon 1992. Wiosna, polska liga tradycyjnie bywa różna, w Rybniku mają w zespole asa nad asami. Roman Niemyjski, który pompował wtedy w klub ambicje i pieniądze dopiął swego i wygrał rywalizację o duńskiego królewicza z zielonogórskim biznesmenem leśnego runa i żużlowego podwórka Zbigniewem Morawskim, który urządzał niezłe fajerwerki w Grodzie Bachusa. Rybniczanie mieli nadzieję, że duński królewicz poprowadzi klub do zwycięstw.

Los jest przewrotny i nigdy nie zasypia, zdradliwie czuwa i atakuje zza winkla.

Jan Osvald Pedersen urodził się w środku Półwyspu Jutlandzkiego w Middelfart w 1962 roku w listopadzie. Zaczął jeździć w Fjelsted, znanym klubie, byłem tam owszem i mam dobre wspomnienia z młodzieżową reprezentacją Polski; to był okres tradycyjnych czwórmeczów juniorów Skandynawii, Polski, Niemiec. W Anglii JOP zaczynał bardzo dobrze, bo w Cradley Heath/ 338 m/ naszpikowanym zawsze gwiazdami pod okiem Colina Pratta. Pedersen miał w CH znakomite towarzystwo. Przylepiony do motocykla balansował na nim umiejętnie i potrafił wykorzystać moc silnika. „Brylant“ ubrany na biało, zwykle uśmiechnięty.

XXX

W zabytkowym Viborgu, w środkowej Danii, między Randers a Holstebro, kilkanaście kilometrów od Hjarbeak Fjord mamy 15 maja 1992 roku tragiczny wypadek. Agencje rozsyłają dramatyczne depesze, Jan O. Pedersen ulega groźnej kontuzji i nie wiadomo, czy wróci na tor. Mistrz świata uszkodził kręgosłup i jego sportowa przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania. Kolejny szok. Kruszy się duńska potęga. Speedway znów jest okaleczony.

Trwa walka 30 – letniego królewicza o powrót do rzeczywistości. Uraz okazuje się silniejszy. JOP chodzi, nie wraca na tor i kończy nieszczęśliwie karierę. Zajmuje się samochodową branżą, spotykam go w Vojens, w kurtce Castrola uśmiechnięty, choć za tym uśmiechem jakbym dostrzegł żal, że kariera została tak brutalnie przerwana przez złowrogi los, który niestety nigdy nie zasypia. O tym żużlowy świat zawsze pamięta.

Bądź silny jak kangur

Niezwykły profesjonalista, perfekcyjny w parkingu, rodzinny, doświadczony jako zawodnik i człowiek. Tak mówił o nim były szef światowego żużla, znakomity działacz formatu międzynarodowego, nieżyjący już niestety Władysław Pietrzak. Takich ludzi potrzebuje speedway, kontynuował były dyrektor Biura Sportu Pezetmotu, który z Leighiem Adamsem znał się dobrze. Zapoznał mnie z Australijczykiem na dobre mój przyjaciel, naczelny redaktor londyńskiej “Speedway Star”, Richard Clark. Richi uwielbia irladzkie piwo, ja też, wypiliśmy kiedyś przed Grand Prix w Bydgoszczy po pincie ciemnego piwa rodem z Dublina w towarzystwie Australijczyków.

Adams znał sport. Przyleciał do Europy i szybko zaistniał jako zawodnik punktujący. Liga brytyjska była jego uniwersytetem, inne dostarczycielem kasy, w tym polska klubowa rzeczywistość. Leigh nie lubił zmieniać klubów jak rękawiczki, był solidnym zawodnikiem, przyzwyczajał się do realiów a klubowi władcy do niego. Tak było w Lesznie, gdzie startował w Unii na dobre i na złe. Zdobywał z tym klubem mistrzostwa Polski, z drużyną Australii złote medale mistrzostw świata, sam był wybitnym solistą, ma na koncie brązowy i srebrny medal mistrzostw świata. Nie dane mu było zostać mistrzem świata, wyręczał go rodak Jason Crump. Tak to bywa. Kiedy w serialu Grand Prix Adams wygrywał koledzy jakby cieszyli się razem z nim; rzadkie przypadki, podobnie dostrzegam, gdy na podium staje Amerykanin Greg Hancock. W czym rzecz? Prostota i przystępność, normalność zawodników zyskują im sympatię. Zazdrość zostaje na boku, jest sportowa złość, to coś innego. Leigh znał tor Unii Leszno jak własne konto. Wygrywał w GP, zwyciężał w lidze, był wzorem jak zdobywać punkty, toteż porównuję go do takich ligowych asów, jak chociażby wspomniany Hancock, czy legendarny już “zegarek” Duńczyk Hans Nielsen. Ten miał dopiero regularność godną podziwu. Adams także, taki zwykły wyrobnik urodzony w australijskiej Mildurze czterdzieści lat temu, podziwiany za swój żużlowy fach.Dobry kumpel na torze i poza nim.

Przeglądam internetową pocztę i natrafiam na facebooku na post najlepszego fotoreportera żużlowego Mike Patricka ze wspomnianej “ Speedway Star”. Mike pisze zrozpaczony o fatalnym wypadku w Australii po którym Leigh Adams doznał potężnych obrażeń ciała.  Trenował  przed motocyklowym rajdem Finkle Desert Race. W Alice Springs jego Honda CRF450 R nie powiozła Leigha tam gdzie trzeba. Trzykrotne złamanie kręgosłupa i pięciogodzinne czekanie na powietrzny transport 1500 kilometrów do kliniki w Adelajdzie, gdzie razem z żoną Kylie lekarze ratowali życie zawodnika, który na żużlowym torze nigdy nie miał tak strasznych obrażeń. Wyjątkowe zrządzenie losu, trudno to nazwać pechem, raczej wielką tragedią dla sportu, bo Leigh Adams przyjął nowe wyzwania i chciał pokazać co może  zrobić na motocyklu silniejszym od żużlowego. Nie dał rady, wysłużony kręgosłup nie wytrzymał upadku.

Adams walczy o swój pozasportowy los i cały świat, w tym najbardziej żużlowy liczy na dobre wieści.

Adams w ubiegłym sezonie postanowił zakończyć karierę, turnieje w Anglii, Australii, Lesznie i przyjaciele. Był rodzinnym typem człowieka, jeździł z żoną i dziećmi na zawody, taka swoista wędrówka i mało wygodna tułaczka, ale ten wariant podróżowania, towarzyszenia zawodnikowi na meczach, turniejach od dawna jest rytualnym wręcz sposobem bycia w środowisku. Grillowanie przed zawodami i po, w różnych miejscach Europy, jest sympatycznym sposobem spędzania czasu.

Jakże okrutnym w swoim wymiarze okazał się jednak los w przypadku Adamsa. Oto spełniony niemal zawodnik, o karierze udokumentowanej sukcesami i uznanym autorytecie moralny, sportowym, kiedy już zamknął duży rozdział startowy doznaje urazów niewyobrażalnych. Nachodzi mnie refleksja, nieco zbliżona w formacie, do Roberta Kubicy, który w mało znaczącym rajdzie pakuje się w bandę  i as Formuły – 1 wyeliminowany jest z wyścigów, rehabiltuje się, obrażenia są ogromne i tylko hart ducha zadecyduje o powrocie na tor. Niewątpliwa paralela, może trochę na siłę, lecz coś łączy te wypadki. Adams ma inne zmartwienia, jest sparaliżowany. Ba, zmartwienia…  Nie tak dawno pisałem felieton o dziwnych wypadkach na torach żużlowych i przypadkach poza torami, które zapisały się w kronice dramatów.

Życie przynosi niebagatelne przypadki, sport jest nieprzewidywalny. Bez szczęścia nie ma szczęśliwego życia, kariery. Jedna chwila zamienia normalną codzienność w koszmar. Przynosi nieszczęście. Ogromnie współczuję Leighowi, jego rodzinie w sytuacji jakiej się znaleźli i wierzę, że może ten los nie będzie taki w końcu bezlitosny.

Pamiętam taki kiedyś wieczór w jednej z praskich piwiarni, kiedy siedzieliśmy w gromadzie i był tam Leigh. Miał swoje sposoby odgonienie stresu. Zamurowało mnie, kiedy  przeczytałem post wspomnianego Mike Patricka. Warto wiedzieć, że Adams był zaprzyjaźniony ze “Speedway Star”, cenionym autorytetem.

I jeszcze jedno: potrafił pojechać ostro, nie miałby przecież takich sukcesów, to oczywiste, lecz znany był z jazd fair, widzącym w rywalu, przeciwniku kumpla, z którym po zawodach trzeba pogadać bez przykrości. Rzadka cecha, prawda? Tak. Znał Adams swoje miejsce w szeregu, jednak na tej żużlowej emeryturze chciał jeszcze pokazać w innej dyscyplinie, że potrafi. Co za paskudny i niesprawiedliwy przypadek spowodował  rozdarcie duszy. Serce płacze każdego żużlowca i chce zobaczyć Australijczyka na własnych nogach. Leigh bądź silny jak kangur!

Kibic płaci i wymaga

3

Czego? Normalnej toalety? Czystego fotelika na stadionie? Dachu nad głową? Miejsca parkingowego bez stresu? Można jeszcze coś tam dodać do tych życzeń, choć podstawowym roszczeniem jest postawa drużyny, zawodników, którym kibice adorują. Wiernie przychodzą oglądać swoich idoli  i cieszą się z jazd, walki na torze, z dorobku punktowego. Ostatnio mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju lekceważeniem tych, którzy wypełniają trybuny w ciągu sezonu a dopływ gotówki do kas klubowych z tego tytułu nie jest skromny, wręcz zasila budżet znacząco. I nie tylko w żużlu odezwali się kibice zmartwieni wynikami swojej drużyny. Oto na piłkarskim boisku zasłużony dla sportu nawet europejskiego Górnik Zabrze wywołał do „ tablicy” swoich fanów. Kto kogo wywołał pozostawiam sumieniu jednych i drugich, także prezesa i trenera. Nawet duży autorytet może się zużyć i nie mieć argumentów przekonywujących dla swoich podopiecznych. Trener Henryk Kasperczak ma ogromne zasługi dla futbolu, w tym dla afrykańskiego ale i po ostatnich mistrzostwach tego kontynentu salwował się szybkim wyjazdem do Europy. W Górniku zastał nie najlepszą sytuację. Kiedy drużyna pod koniec sezonu przegrywała mecz za meczem kibice ruszyli do natarcia i ostrzegli zawodników w stylu budzącym mimo wszystko zaskoczenie, bo powiedziano im dosłownie, że na boisku trzeba zapier… Pytam, a na żużlu nie?!

Podobno trener i prezes „kokietowani” przez grupę Alianz wiedzieli o tym ruchu kibiców a ponieważ sami nie mieli już chyba nic do powiedzenia swoich pupilom, posiłkowali się zdeterminowanymi kibicami. Inne sytuacje. Oto piłkarze Jastrzębia, Ruchu Chorzów dramatycznie domagali się uregulowania zarobków. Wstyd. Działaczom! Poirytowani kibice żużlowej Polonii Bydgoszcz ruszyli do natarcia gdy porażki zespołu stały się normą. Ostro przedstawili swoje uwagi i pogonili prezesa oraz trenera. Zjawiska nie nowe. Zawodników i kibiców nie można traktować instrumentalnie. Nie da się lekceważyć i jednych, i drugich przez zarządy klubowe. Dynamiczni kibice z Częstochowy zjednoczeni na dobre i złe nie dadzą sobie dmuchać w kaszę. I prezes Marian Maślanka dobrze o tym wie. Demokracja wozi taczki z sobą. Zawodnicy mają określone obowiązki ale i słabości. Kibice płacący za bilety, kupujący programy imprez chcą widzieć walkę nawet kiedy ich idole przegrają. Żal mi było gorzowskich kibiców po derbowym pojedynku z Zieloną Górą, bo Falubaz dokonał ruiny w ich sercach. Klub o dużym budżecie dostał lanie w prestiżowym pojedynku. Bezradny był w motywacjach trener, ekipa dostała po uszach. Takiego wyniku nie spodziewał się chyba nikt, bo to nie Falubaz był genialny, lecz przeciwnik oddał im pole już od startu najczęściej. Co czuje w takich chwilach kibic, rzesza fanów jadąca na widowisko, oczekująca jazd od których nie powinno się odchodzić nigdy. Chyba, że kataklizm… Ale takowego nie było. Czy można dziwić się kibicom ich gwałtownych reakcji i wyłożenia racji w stylu zabrzańskim, bydgoskim, że nie tylko za duże pieniądze trzeba zapierd… Lekceważenie licznej widowni budzi refleksje i czasami… niechby zawodnicy oddali część swoich apanaży na biedny dom dziecka w sytuacji, kiedy spadają z motocykli.

Nie unikniemy już demokratycznych ruchów. I sterowania ręcznego, bo jak pokazał zabrzański protest przygotowano go w zmowie z trenerem i prezesem. W tym ruchu kibicowskim zmartwiło mnie, że taki mag jakim jest Henryk Kasperczak musiał się posiłkować stadionowym ludem. Pamiętajmy, że kij ma zawsze dwa końce. Kibice w różnych sportach zachowują się w chwilach zwycięstw i porażek podobnie. Jedna jest bowiem ich dusza, a eliminuję ekstremę fans, która zawsze trafi tam, gdzie kraty w oknach. I tak oto z jednej strony mamy postawy kibiców wobec fatalnych postaw drużyn, wobec idoli uwielbianych bezgranicznie, choć nie do końca; z drugiej strony mamy weryfikację postaw przez kibiców prezesów za ich ruchy kadrowe oraz szkoleniowe wybory; z trzeciej strony mamy jeszcze tłum widzów i przy słabym sędziowaniu nie tylko okrzyki po których więdną uszy kandydatom i kandydatkom na klasztorne cele. Bo dobry sędzia dziś, za kilka dni może być okrzyczany jako ch…

Mnie interesuje jednak relacja: zawodnicy, kibice, zarządcy klubowi. Zgadzam się z tzw. warunkami obiektywnymi na które czasami składają się okoliczności dołujące wyniki. Ale z każdej sytuacji jest wyjście. I jak zwykle powtarzam, ze wyobraźnia jest potrzebna jak metanol silnikowi. Zadufanie, często ślepe, brak kompetencji i wiara w cuda kosztuje prestiż.
Jesteśmy w trakcie ciekawego sezonu i jak widać niektórzy mają kryzys i są kłopoty. Poziom ligowy się spłaszcza, nie winduje w górę, nie każdy as jest tynfa wart. Zaraz po sezonie rzucono się hurmem na podpisywanie kontraktów nie wytrzymując ciśnienia a przecież speedway jest biznesem i nie można łapać much na mrozie.

Mamy więc „dywaniki”, wertowanie umów a papiery są podpisane. Co robić? Bydgoscy kibice pogrozili palcem, pogrożą inni pewnie też jeśli będzie chora sytuacja. Zjawisko w skali mikro tego typu nie jest groźne, lecz w skali makro może być kłopotliwe dla organizatorów żużlowej zabawy w Polsce. Wszystko zwykle sprowadza się do kompetencji, fachowości i urządzania atrakcyjnego życia na torach tak, aby to były widowiska godne kibiców. Bez nich ani rusz i wcale się nie pomylę, kiedy napiszę, iż trzeba prezesie czasem wytrzeć fotel dla kibica, bo on został zaproszony za swoje pieniądze. Nie można być niegościnnym, chyba, że? A zawodnicy niestety muszą ostro zapier… tak orzekli sympatycy słynnego Górnika, a jak trzeba gonić pokazuje cudownie futbolowa Liga Mistrzów. Zawodowy sport nie ma czasu na lekceważenie gości.

Co w żużlu? Poziom i styl mistrzowski prezentują niezmiennie takie asy jak Australijczycy Jason Crump, Leigh Adams, weteran z USA Greg Hancock czy obrońca tytułu Duńczyk Nicki Pedersen. Jeszcze można dodać kilku do tego towarzystwa nie zepsutego przez polskie kluby. Oni jadą nie tylko po kasę, oni mają nazwisko, którego nie można rozmieniać obojętnie czy to deszcz czy kanikuła albo dziury. Ich sprzęt świadczy o nich. Także profesjonalne morale. 

To tyle i aż tyle o prozaicznych sprawach, acz istotnych, na które zwracają zawsze wierni kibice i jak już nie mogą wytrzymać nerwowo, ruszają z hukiem na klubowe kanapowe życie. Nie można takich ruchów lekceważyć, trzeba po prostu raz jeszcze cytuję: „ zapierd…” zawsze i wszędzie.