LEGENDA JANCARZA

 

CqkmhcCXYAAxfNZ

Nie ma Edwarda Jancarza/ rocznik 1946/ i nie ma jego czerwonego Mercedesa GOE 2882. Styczniowa noc 1992 w jego domu okazała się ostatnią w życiu. Druga żona sprowokowana przez Edwarda pchnęła w emocjach nożem i żużlowiec skończył życie. Bogata kariera; gdyby dziś żył byłby w cyklu Grand Prix, takim zawodowcem jak Greg Hancock. Eddy był solidnym zawodnikiem, stylowym, znał tajemnice silników, wywodził się przecież z renomowanej stajni żużlowej Stali Gorzów, a tam nie tylko, podobnie jak w Rybniku, wykluwali się reprezentanci Polski, również warsztat żużlowy był na poziomie zapewniającym sprzęt pierwszej jakości.

EDWARD JANCARZ. W kilka miesięcy po tragicznej śmierci odbywają się Memoriały czczące jego zasługi sportowe. Stadion nosi jego imię, ma pomnik i ulicę, pozostaje w pamięci nie tylko gorzowian, jako żużlowiec z charyzmą, ciekawym, barwnym towarzysko, który zrobił karierę światową.

A nie było łatwo, przebić się do angielskiej ligi, dostać zgodę klubu, który magazynował drużynowe mistrzostwa Polski a duet Zenon Plech i Edward Jancarz śmigali po medale mistrzostw świata. Gorzów, Rybnik, jeszcze Leszno czy Bydgoszcz wyznaczały kurs polskiego żużla, Wrocław organizował dzięki sprawnym, inteligentnym działaczom imprezy rangi światowej, które miały opinię wzorowych. Miasto gościnne do dziś.

A nie było łatwo, bo żeby coś zrobić na poziomie trzeba było umiejętnie zdobywać to, czego tu nie było a gdzie indziej zbywało. Sztuka, której teraz młodzież nie pojmuje.

Wspominam Edwarda z którym odbyłem kilka podróży na ważne turnieje – łatwiejsze, trudniejsze, poznałem/ tak mi się wydaje/ nie łatwy jego charakter – z tego okresu przed wypadkiem z młodym Włochem Valentino Furlanetto i po wypadku, który o mało nie zakończył się tragicznie, gdyż zawodnik był nieprzytomny przez dłuższy czas. Znałem faktycznie… dwóch Jancarzów, ten “drugi” był trudniejszy pod każdym względem.

Miał 22 lata, kiedy w Goeteborgu/1968/ w finale indywidualnym mistrzostw świata wywalczył brązowy medal.

A było to tak, z kompletem punktów/15/ wygrał jeszcze wtedy nie as ale rokujący bogatą karierę Nowozelandczyk sprytny Ivan Mauger, za nim uplasował się jego rodak przedsiębiorczy Barry Briggs/ 12 pkt/; obaj zapisali bogaty rozdział historii w światowym żużlu. Antypodowe talenty na europejskim gruncie. O brązowy medal trzeba było rozegrać baraż, pod taśmę podjechali Edward Jancarz i Genadij Kurylenko/ obaj mieli po 11 pkt/ z ówczesnego Związku Radzieckiego. Wygrał Polak! Sensacja. Eddy w Szwecji w tym finale nie był jedynym Polakiem, bo piąty był pracowity i skromny Paweł Waloszek /Świętochłowice/ – 10 pkt, /miał w pierwszym starcie upadek/, dwunasty Antoni Woryna/ Rybnik/ – 5 pkt./, czternasty Jerzy Trzeszkowski/Wrocław/ z 3 pkt. Szwedzi jeździli u siebie, elegancki Anders Michanek był siódmy a dziewiąty już as, bożyszcze dziewczyn Ove Fundin. Rezerwowym w tym finale była rosyjska blond torpeda Igor Plechanow. Niespodziewany mistrz Szwecji /wygrał z Fundinem/ Gunnar Malmqvist zajął dziesiąte miejsce. Wyniki obrazują sukces Jancarza, jego talent, który z biegiem lat dostawał orlich skrzydeł. W tym okresie indywidualne MŚ, zanim urodził się serial Grand Prix, który promowano z hukiem jako nowoczesny projekt wyłaniania króla, miały mocno rozbudowaną strukturę eliminacyjnych turniejów i szczytem był awans do najlepszej 16 – tki świata. Serial GP po kilkunastu latach miotania się nie spełnia oczekiwań, rozmywa skutecznie jednorazowy ładunek emocji /nawet narciarski Turniej Czterech Skoczni wydaje się morderczym, zwartym maratonem dla skoczków/ i nie pozyskał nowych “rynków”. W tasiemcowym serialu GP mamy kilkanaście turniejów a wystarczyłoby może tylko sześć! Rutyna potrzebuje czasem szoku. Zresetowania.

Ale miało być o Jancarzu. Otóż finał kontynentalny, kwalifikujący ze strefy wschodniej zawodników do ostatecznego turnieju IMŚ wygrał wspomniany Kurylenko, przed Waloszkiem, IV był Jancarz, V Trzeszkowski/ wyjechał potem do Szwecji, do Goeteborga i tam go po latach spotkałem/, VI Woryna, VIII Konstanty Pociejkowicz, IX Jerzy Padewski. Startowali jeszcze Andrzej Wyglenda, Zygmunt Pytko, Jan Mucha i Joachim Maj. Wyraźnie silna grupa biało – czerwonych na trudnym torze w siermiężnym okresie żużlowej walki o sprzęt dorównujący Zachodowi. Grupa “ kont” miała jednak ułańską fantazję i ogromną ambicję zwycięstwa i zakwalifikowania się dalej, gdyż ten akt nobilitował sportowców pod każdym względem. Przedostatnią zaporą /potem go zniesiono/ był finał europejski, gdzie spotykały się dwa światy: Zachodu i Wschodu. W pamiętnym dla dziejów Polski roku 1968 taki finał rozegrano we Wrocławiu. No i co? Zwyciężył śląski “chop” Paweł Waloszek, przed Woryną, Trzeszkowskim, czwarty był Mauger, za nim Biriggs, za jego plecami Kurylenko i Jancarz. W takim systemie rozgrywania mistrzostw IMŚ ładunek adrenaliny sprytnie kumulowano, by eksplozja nastąpiła w ostatecznym finale, który był wydarzeniem nr 1 dla całego świata żużlowego. Tego brakuje chyba nie tylko mnie. Mam dowody. Dziś inny “tort” podzielony jest na drobne kawałki. W tej chwili obserwuje się znużenie rutyną organizacyjną, brakuje świeżości i należytego prestiżu. Środowisko pozorami oszukuje samo siebie.

JANCARZ. Jest postacią zasłużoną dla polskiego, światowego sportu żużlowego. Był 10 razy w finałach światowych, indywidualnie. 7 razy w finałach MŚ par, zdobył srebro z Piotrem Bruzdą /wrocławianin, który wyjechał do Szwecji/, jeszcze srebrny i dwa brązowe medale z gorzowskim rodakiem, zawadiaką Zenonem Plechem. Dwukrotny mistrz Polski, zdobywca 3 Złotych Kasków i jednego Srebrnego jako junior. Dziewięć razy startował w finałach drużynowych MŚ, miał złoto, srebra, brąz. Kolorowo. Bogato. Ścigał się po medale mistrzowskie w lidze, Stal Gorzów zdobyła/15 medali DMP/ i była marką/ nadal jest/, która gwarantowała stabilność, dopływ talentów. Nie ważne do końca EDDY był w Gorzowie popularną postacią, mozolnie budował legendę, wzmacniał ją osiągnięciami na londyńskim WIMBLEDONIE. Szanowano tam jego profesjonalizm, styl i znajomość żużlowego fachu. FATALNY splot zdarzeń w Gorzowie i wypadek z Furlanetto/ Włoch najechał na niego/, pozostawiły jednak trwały ślad w codziennym życiu; odeszła żona Halina, druga Katarzyna popełniła tragiczny czyn. Wcześniej po zakończeniu kariery /1986/ Eddy próbował sił jako szkoleniowiec w Gorzowie, Krośnie, niestety nie radził sobie życiowo.

t_ep1_174

LEGENDA trwała i trwa, dramat z 1992 roku wstrząsnął żużlowym światem i nie tylko, kiedy ginie tak znana postać nie sposób zapomnieć niczego. Gorzów nie zapomniał i nie zapomina do dziś. Tak, jak dziś pamiętam, kiedy Edek wysiada z czerwonego Mercedesa i mówi przed gorzowskim stadionem “jestem gotowy jedziemy na angielsko – szkockie tournee”. W Dover był niespodziewany strajk dokerów, męczące, nerwowe czekanie na promie a na Wimbledonie mijał termin meczu Anglia – Polska. Kibice nie opuszczali trybun. Wyniosły John Berry z BSPA poganiał. Coach reprezentacji Edward Jancarz znając na skróty drogę do Londynu poprowadził spóźniony team na stadion. Mile uciekały i czas. Przegraliśmy niestety mecz, tournee nie było łatwe, m.inn, szkocki Edynburg, górnicze Stoke… Edward Jancarz był na Wyspach znany i lubiany, miał cenioną markę, podobnie jak i gorzowski klub. Popularności nie kupuje się za nic.

Anglia była dla niego atrakcyjnym drugim domem, ten pierwszy, gorzowski – zamknął się nagle i dramatycznie na zawsze.

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

Kawałek nieba dla Erika

erik gundersen

Dla jednych to duże niebo, dla drugich tylko kawałek. Strzępy dla innych. Wspomnienia, przeżycia. Richard Clark, szef londyńskiej Speedway Star, przyjaciel od lat mojej rodziny przypomina na łamach tygodnika o tragedii Erika Gundersena. Zdarzyła się ona 17 września 20 lat temu, a 8 października tego roku mały Duńczyk, trzykrotny mistrz świata w indywidualnych wyścigach i wielokrotny mistrz globu w drużynowych oraz parowych jazdach skończy 50 lat. Jak ten czas zleciał! Niemal tak, jak pokonywał wiraże niezapomniany Gunder albo Gundo…

Erika poznawałem od pierwszych startów na różnych stadionach Europy, w tym oczywiście na polskich torach. Wtedy jeszcze nie był otwarty nasz rynek ligowy dla zagranicznych zawodników. Kiedy ojciec chrzestny duńskich żużlowców wywindował ich na szczyty i gdy rozstawał się z torem, też z trzema złotymi medalami MŚ, na horyzoncie już było widać armadę jego rodaków, którzy jechali po mistrzostwa świata. Kiedy na londyńskim Wembley w 1978 roku Mary Stavin, niebieskooka miss świata w tiulowej sukience pocałowała na podium za mistrzostwo świata Olsena jego następcy zostali już namaszczeni, nie tylko Erik ale i Hans Nielsen, Tommy  Knudsen, Jan O. Pedersen oraz pozostali, którzy stworzyli grupę wygrywającą różne zawody. Olsen był spokojny, budował w Vojens swój stadionowy pomnik. Tam za dziesięć lat, w 1988 roku Erik zdobył trzeci tytuł mistrza świata i wydawało się, że końca nie będzie. Vojens i Ole, i „złoty ptaszek” Erik. Było cudnie jak w kinie.

erik gundersen

Jesteśmy w Goeteborgu, 1984 rok. To na Ullevi jak beton, Olsen faworyzuje, zawsze tak było Erika, wydaje się, że kocha go jak syna. Hans  Nielsen nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. Tor jak beton, szybki start decyduje o zwycięstwie, robi się nudno, krytyka po zawodach takiego finału jest ogromna, Erik jest oczywiście najszybszy. Powtarza ten sukces w angielskim Bradford, na Odsal gdzie tor jest koloru wiśniowego a łuki jak w cyrkowej beczce. I znów za plecami Erika plasuje się jak cień Nielsen. Stoją na podium i nie patrzą na siebie. Dziwna sytuacja  duńskich rodaków, rywalizacja rośnie w siłę, która przeistacza się w niechęć. 1986 rok i Stadion Śląski, Chorzów. Kilkanaście tygodni wcześniej wpadają tam na trening z Olsenem Erik i Jan O. Pedersen, kompani Hansa nie zabierają. No i co się dzieje potem… Nielsen ze stoickim spokojem kontrowersyjnie wywozi w bandę Tommy Knudsena, jest szybki jak rakieta, natomiast bezradny robi się w turnieju Erik. Daleko w tyle, jest dopiero dziesiąty i nie wie co się stało, więc kiedy go pytam w parkingu o przyczynę porażki, dotkliwej, bolesnej dla takiego faworyta, odpowiada mocno zszokowany: „ A kto to jest Nielsen?”.

Autentycznie. Nieco wcześniejsze zawody, mistrzostwa świata par w Rybniku, rok 1985, wygrywają razem Erik z Tommym Knudsenem są świetni a na trybunie podekscytowana na maksa Helle, narzeczona Erika piszczy z radości w szale uniesienia. Żywiołowa dziewczyna, miła.

Filigranowy Erik Gundersen urodził się w Esbjergu w 1959 roku na zachodnim wybrzeżu Danii, w miejscowości ładnej i turystycznej. Nieco niedbałego chodu, z wąsikiem małym, przypominał posturą… Charlie Chaplina, toteż czasami go na imprezach naśladował. Miał wyczucie motocykla, był przyczepiony do niego jak koliber i fruwał na torze w efektownej pozie, zmienianej ile trzeba było. Nieraz zastanawiałem się jak taki człowieczek może panować nad motorem i panować nad nim, bo zwykle Erik prowadził motocykl do celu a nie motocykl jego. I jak się zwijał na tym siodełku, nieprawdopodobnie cyrkowo. Widowiskowo.

I nikt chyba nie przeczuwał, że kiedyś jego kariera skończy się w koszmarnym incydencie na tym samym Odsal, gdzie został pierwszy raz mistrzem świata. Co za ironia życia na wirażu.

Mamy niedzielę 17 września 1989 roku i finał drużynowych mistrzostw świata. Wcześniej w  mistrzostwach świata par w Lesznie Erik wygrywa z Hansem Nielsenem mistrzostwo świata. Finał wielki dla Duńczyków, ze świetną organizacją miejscowych i atmosferą niepowtarzalnego pikniku, choć nasza para niestety zajęła dopiero ostatnie miejsce. Roman Jankowski i Piotr Świst zajęli dziewiąte miejsce, bo „motory nie jechały”. A motory Duńczyków były niedoścignione. W pałacu  w Rydzynie z szampana mokre były wykładziny.

Potem mieliśmy debiut w MŚ olimpijskiego stadionu w Monachium i wielki triumf Hansa, Erik był dopiero czwarty. Tam Hans pilnował startów, wjeżdżał w swoją erę.
No i trzeci finał w Bradford, drużynowa potyczka, jest niedziela i nikt nie przeczuwa tragedii jaka wydarzy się już w pierwszym wyścigu. Prasa pisze potem o czarnej niedzieli, krwawej nawet… USA, Szwecja, Anglia i Dania. Potęgi. Nie ma Ole Olsena, który zostaje w domu w Haderslev z żoną Ullą ze względu na urodziny swojego jedynego syna Jakoba.
Na starcie Erik z czwartego pola, Amerykanin Lance King, Szwed Jimmy Nilsen i Anglik Simon Cross. Erik odjeżdża ale na wirażu reszta wali się jak domino i kraksa jest koszmarna. Erik wyleciał w górę jak jaskółka, wszyscy upadki, rozrzuceni na torze jak po samolotowym wypadku, powiało grozą na stadionie. Dr Roger Brown, przypominający niemieckiego zawodnika Egona Muellera, w jednej chwili znalazł się przy Gundersenie i to on szybką reakcją ratował jego szyjny kręgosłup. To właśnie dr Brown jak twierdzą wtajemniczeni uratował życie małemu Duńczykowi. Od razu była na torze Helle, natychmiast brat Erika Preben, mechanik Michael Hansen. W świat poleciały błyskawicznie depesze z tragiczną wiadomością o wypadku. Zrobiło się smutno, bo życie zostało zagrożone. Przerażenie i szok.

Erik Gundersen 88 B

Erik znalazł się w pod czułą opieką w szpitalu Pinderfields. Żużlowy świat zamarł w milczeniu, choć słowa otuchy zostały od razu uruchomione zewsząd i znalazł się tysiące kartek. Helle czuwała jak najwierniejsza istota w szpitalu, byłem też wtedy w kontakcie na łamach katowickiego Sportu z Pinderfields i Speedway Star.

Przeglądam skromnie wydaną książkę „Moje dwa życia” autorstwa trzykrotnego mistrza świata z toru solowego, Erik Gundersen w pełni chwały i po wypadku, po którym już w dwa tygodnie było lepiej, choć nie tak jakby oczekiwał Erik. Musiał zrozumieć, że jego miłość z aktywnym żużlem będzie miała kres. Wcześnie, zanim jeszcze rozbujała się ta miłość, musiała przejść rozstanie. Druga miłość z… Helle jeszcze bardziej się  zacieśniła, urodziła się córka Nana. Erik wstał na własne nogi, co było niemal cudem, został na jakiś czas coachem duńskiej reprezentacji, teraz komentuje speedway w TV. Szkoli młodzież, wie, że bez angielskiej ligi, która jest słaba nie będzie rozwoju tego sportu. Od żużla nie uciekł.

Erika Gundersena pokiereszowało życie okrutnie. Miał wielką przyjemność startować w super angielskim klubie Cradley Heat, tam gdzie sławę zdobył Amerykanin Bruce Penhall, tam gdzie inni Jankesi uczyli się jazd z Billym Hamillem i Gregiem Hancockiem.
Ole Olsen uważa Erika za talent, którego kariera trwała by długo w owocnym dla tego sportu znaczeniu. No cóż lecz przykry los wybrał inaczej, 20 lat temu zdarzyło się w niedzielę coś fatalnego w skutkach dla duńskiego sportowca.

danish speedway team

Erik był nieziemskim zawodnikiem, wspomniany mechanik Hansen i brat Preben byli zawsze czujni obok, ale „majstrem” był słynny tunner Eddie Bull, który przygotowywał mu motocykle jak szwajcarskie zegarki. Nie zawsze wprawdzie były dokładne, ale przecież żużel ma też swoje widzimisię. Silnik jest atutem, człowiek potrzebnym dodatkiem.
Wspomniany Richard Clark z Londynu pobudził moje wspomnienia o filigranowym chłopcu z Esbjergu, którego pamiętam z tamtych lat jako skromnego, a potem poszkodowanego przez los acz zawsze blisko drepczącego w parkingu i spoglądającego na tor, na zawodników ujeżdżających w euforii jakby z pewnym w oczach żalem dlaczego go spotkała taka boska kara. Za co?! „My two lives”… Nie dla każdego żużlowe wypadki kończą się happy endem.

Nie mamy więc wpływu żadnego na los i kiedy czytam niektóre teksty depesz do Gundersena, kiedy życie Erika wisiało na cienkim włosku w Pinderfields Hospital, to mam przekonanie, że ten los przychylił mu jednak kawałek szczęśliwego nieba na resztę życia razem z Helle i Naną, no i żużlem, który czasami diabelsko zdradliwie sypie po oczach.

ps. Teraz czasami gra w minigolfa, no prosze!