Konserwa

 

res_376b255e7ca3c3f5d898accd1a028923_full

Jaki jest światowy speedway? A jaki polski? Ekstraliga najlepsza na świecie bez konkurencji! Dmuchanie balonu “jesteśmy najlepsi”. Wiatr zrzuca liście z drzew, szurają już mocno pod nogami. Jesień jeszcze słoneczna, choć zmienna, długie wieczory sprzyjają refleksjom nad tym co było i co będzie. Deprecjonowanie jest domeną polskiej rzeczywistości. Nie ruszajmy polityki, zostawmy do wiosny. Dostrzegam, że polski parlamentaryzm staje się familijny, sukcesje przechodzą z ojców na synów, podobnie w żużlu; jeździł tata, jeżdżę ja. EGO jest ważne jak Fogo. Maniery zawodnicze rosną jak na drożdżach, wyrabiają się niektórzy, jak wielkanocne, drożdżowe baby. Bywają czasem zakalce i przypalenia. Mamy transfery oraz wyjazdy lukratywne, dodam – zasłużone. Gdzie biały piasek i ocean lazurowy, palmy jak wierzby. Barbadosowy rum i muzyka, i ciepła woda. Fale odpływają, przypływają. Pobudzają wyobraźnię różnego gatunku, jeśli ona w ogóle jest a dochodzę do wniosku, że nie wszyscy mają wyobraźnię, tylko im się wydaje, więc udają kiepsko bohaterów jednych turniejów.

W światowym żużlu Moi Drodzy nie wiele się zmieni, metalowa konserwa trzyma się krzepko, nie odda stołków, nic nie wymyśli ale trwanie jest dla przeciętności marzeniem życiowym. Serial Grand Prix anno 2020 otworzy warszawski turniej majowy. Bilety sprzedane prawie wszystkie niczym przydrożne grzyby. Impreza ma walory nie tylko jako premiera sezonu w wydaniu extra, w stolicy, która oferuje kibicom atrakcje miasta. Na każdą kieszeń bez nudy. Rodzinnie można obejrzeć widowisko w atmosferze pikniku, deszcz nie zakłóci, zimno nie groźne, dach na Stadionie Narodowym chroni klimat. W tym miejscu, w takich warunkach warto zobaczyć każde wydarzenie sportowe, speedway ma lokum o jakim marzyć mogą inni. Więc co proponuję od dawna? Aby tu zaczynał się ten serial i także kończył. Jestem przekonany o akceptacji kibiców polskich i zagranicznych. Do Warszawy można dojechać, dolecieć i spędzić czas wygodnie. W tej opinii nie jestem osamotniony, potrzeba tylko śmiałej decyzji polskiej władzy żużlowej oraz notabli FIM i namawiam prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej /FIM/ Jorge Viegasa z Portugalii, który obserwował zabawę na Narodowym i finał w Toruniu, gdzie Bartosz Zmarzlik został mistrzem świata. Uczta Mr. Viegas, prawda? Więc kokietujmy tego sympatycznego działacza by przekonał Armando Castagnę, który funkcjonuje na fotelu światowego wodza żużlowego, ma fajną rodzinę, ścigał się na GM z włoską fantazją oraz nie do końca panował nad jazdami, do korekty kalendarza serialu GP i przystosował go do słusznego lokowania produktu na antenach TV. Torunianie pewnie na mnie sarkają, lecz niech martwią się raczej ligowym upadkiem a nie szczytem żużlowych rozgrywek światowych. Stolica ich bije w każdym calu i nie ważne koneksje rangi nieziemskiej. Świat się kręci, ziemia też… Warszawa jest nr 1.

Frekwencja w stolicy buduje szacunek do kibiców żużlowego autoramentu. Zawody uświetni nowy mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który nie żałuje ani godziny by zadowolić kibiców; uśmiechnięty, radosny jak skowronek pod niebem. Udany młodzieniec, nowa generacja zawodników zdesperowanych na sukces. Gdzieś wyczytałem, że jest zaprogramowany na wygrywanie…  Mocne stwierdzenie. Bardzo. Jak miło mieć takiego zawodnika, który jest sztandarem polskiego żużla, ba! jak mówił mi szkocki przyjaciel żużlowego towarzystwa Bert Harkins, gorzowianin jest prognostykiem na lepsze czasy tej dyscypliny. Nagle wyłoniła nam się ikona, polskiego chowu, która leci w stronę światowej galerii gwiazd: Fundina, Briggsa, Maugera, Olsena, Penhalla… Legend, które są treścią historii tej dyscypliny. Idol Zmarzlik powinien pojawić się w Anglii na jakimś extra turnieju, gdzie będzie ambasadorem polskiej szkoły speedway’a ale i atrakcyjnym asem na brytyjskim rynku. O taki występ, prestiżowy w szczegółach powinien zadbać szef polskiego żużla Piotr Szymański, choć nie wiem, czy właśnie on, bo wodzirejów u nas za pryncypialnym stołem jest kilku. Warto Bartoszem pochwalić się wszędzie, gdzie trzeba. PR jest łatwy, przyjemny, dający satysfakcję w stylu Adama Małysza, Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego, Roberta Kubicy.

Jest świetnie, rzecz w tym żeby sukces zdyskontować skutecznie rangą renomowanej agencji reklamowej. Co mogą zrobić media? Dużo, ale z rozwagą. Sukces Bartosza tkwi w nim samym. Charakterze sportowej duszy i życiowej postawie. Po prostu: self – made man! Za jego plecami stoi w pierwszym rzędzie tata Paweł i koniec, kropka.

SPEEDWAY zaczyna zimową drzemkę, Europa zamyka tory. Antypody otwierają wrota do ścigania. Dawno temu słynny nowozelandzki as Ivan Mauger organizował wyjazdy czołowych zawodników ze Starego Kontynentu, byłytam turnieje, klasyczne przedłużenie sezonu europejskiego nad oceanem, treningi w słońcu, punktowanie. Walorem inne tory, niż europejskie. Kangurowe ściganie na luzie na australijskich obiektach.

Nie ma obecnie skondensowanych wyjazdów, można na własną rękę zorganizować sobie eskapadę w odmienny świat.

W Europie niegdyś planowano imprezy pod dachem; w Anglii, Niemczech. Zostały tylko wspomnienia. Każde przedłużenie sezonu letniego o wydarzenia żużlowe zimą na naszym kontynencie mają rangę promocji, szansą do spotkań w relaksowej atmosferze. Jest potrzeba takich spotkań. Zamiennikiem są organizowane pod dachem wyścigi na lodzie, więcej jednak w tym zabawy. Polski speedway kilka lat temu dorobił się w Sanoku poważnych imprez na naturalnym torze w ramach mistrzostw świata. Miejscowe władze popierały, był przekaz telewizyjny. Zanim w Sanoku rozpędzono takie wyścigi, na warszawskich Stegnach urządzano ścigania lodowe GP, które są bardzo ekspresyjne, szalenie widowiskowe. Jednak nie ma ma tradycji, toteż promocja turniejów nie wytrzymała obciążenia. Szkoda. Polski speedway pozostaje od lat monotematyczny, rajcuje klasyk i na niego skazani są kibice. Brakuje wytrwałości sponsorów, więc jest tylko tradycyjny żużel, nie ma wyścigów na lodzie rangi mistrzostw świata czy gonitw na trawie albo na długich torach. Czesi, którym daleko do poziomu polskiej ligi, chętnie uprawiają inne kategorie, Skandynawowie, Niemcy mają podobne upodobania, Rosjanie uwielbiają ściganie na naturalnych torach lodowych, pozwala im na to surowy klimat. Tam “grasują” arcymistrzowie cyrkowych, dramatycznych występów na motocyklach z kolcami.

Polakom pozostaje więc zimową porą sport – turystyka na zawody tego typu, no i cierpliwe odliczanie dni do nowego sezonu. Czas jednym szybko leci, innym dłuży się niemiłosiernie. Trudno, zwykle wyposzczenie wzmaga apetyt.

Odjazd Jasona

JASON CRUMP

Zawsze trzeba wiedzieć kiedy odejść ze sportu. Bywają zawodnicy długowieczni w uprawianiu wyczynowej sztuki. Mówią koledzy życie krótkie, sztuka wieczna… Artyści. Czy do nich na torze należał australijski as, urodzony w angielskim Bristolu Jason Crump? Decyzję o zakończeniu kariery podjął na dwie raty; wpierw jesienią zakomunikował, że nie będzie startował w serialu Grand Prix, co też jest pewnym sygnałem, nie pierwszym, że turnieje GP są wyczerpujące i jest ich za dużo. Hm, o cztery mniej uczestnicy mieliby pewien luz, komfort przygotowania się, odświeżenia, nabrali dystansu do galerów co dwa tygodnie. Zamiast tego jest kalendarz przepełniony, zawodnicy zmęczeni już w w drugiej połowie startów. Bardzo widoczne objawy, nie wszyscy wytrzymują trudy. Nie chcę powtarzać moich uwag, opieram się także na opiniach innych ludzi, którzy pilnie śledzą zmagania najlepszych żużlowców świata. Przyglądając się jazdom, można wysnuć tezę, że w drugiej połowie serialu, już nie ma elity, ona bardzo się zawęża a reszta asystuje i czeka na zakończenie jazd.

JASON CRUMP po kilkunastu tygodniach o powzięciu decyzji o absencji w GP znów zaskoczył. Poleciał z rodziną do Australii a tam zaufany lekarz poradził mu, że musi poddać się operacji, która usprawni jego organizm na następne lata. Crump jr. nie zawahał się, wybrał zdrowie, rodzinę i przyszłośc, by nie zostać kaleką. Los nie oszczędzał go w ostatnich latach; oparzenie, obojczyk łamany, dłoń, ręka… Zawsze coś tam go bolało i dokuczało, nie pozwałało ścigać się w jego stylu.

„Nie płacz kiedy odjadę“ śpiewał włoski bard. I my nie płaczemy, bo zdrowie jest najważniejsze a los australijskiego kolegi z reprezentachji Leigha Adamsa, którego dotknął dramatyczny pech, nie wątpię miał na pewno pewien wpływ na ostateczną decyzję  trzykrotnego mistrza świata na klasycznym torze. Jego ojciec Phil nie był mistrzem, był medalistą mistrzostw świata. Jason urodził się w żużlowej rodzinie, znany był wszędzie jego dziadek Neil Street, który nie tylko był świetnym mechanikiem ale i mentorem wnuka. A wnuk nie wypadł sroce spod ogona i jako nastoletni chłopak śmigał jak strzała na astralijskich torach, potem poleciał do Anglii do Poole i tam w Piratach narodziła się jego legenda. Legenda Crumpa mistrza świata.

Jakim był zawodnikiem? Na pewno niepokornym, walecznym, zadziornym i przy tym walorach nie stylistą. Mocny i agresywny na torze, siłowy, jego sylwetka nie przypominała celebrytów żużlowych torów, którzy postaciami wabili oczy i wywoływali szczery podziw. Skuteczny i mocny, mający w sobie nie tyle siłę kangura, co niedźwiedzia. Rudowłosy o twarzy gladiatora zdecydowanego na walkę.

Jason Crump uczestniczył w 145 turniejach GP, wygrał 23 turnieje, zaliczył 822 wyścigi, wygrał 299, 77 razy był w finałach i zdobył rekordową ilość punktów aż 2006, jako pierwszy przekraczając magiczną barierę dwóch tysięcy punktów!

Jego pierwsza decyzja o zaniechaniu startów w GP była już zaskoczeniem, druga  przed końcem roku 2012 na pewno kolejną niespodzianką, bo w polskiej czy szwedzkiej lidze liczono na jego udział i zdobycze punktowe. Jason zna polskie kluby, mentalność ludzi z którymi współpracował a byli tacy rodem z Polski, którzy mu zapewniali komfort sprzętowy. W polskich klubach Crump jr. zarabiał niezłe pieniądze jako mistrz.

Nie był lalusiem, potrafił „przyłożyć“ na torze, wypiąć się na kibiców i pokazać gdzie ich ma głęboko. Rodzinę ma poukładaną i wierną, żona, córka, syn. Jeździli z nim prawie wszędzie, zahipnotyzowani jego startami, często martwili się, gdy ojcu rodziny coś się przykrego wydarzyło. Mieć taką familię warto troszczyć się, by kiedyś nie być ciężarem a cieszyć życiem po zakończeniu bogatej kariery.

Speedway jak prawie każdy sport jest kontuzjogenny, lecz w swoim uroku bardzo dotkliwy i nieobliczalny w życiowych konsekwencjach. Ułamki sekund przekreśliły wiele karier i zawodnicy lądowali na zawsze w wózkach inwalidzkich. Czy można cokolwiek przewidzieć? Absolutnie nie. Doświadczenie jednak sportowe, upływający wiek i dorobek mogą wpływać na decyzję, jeśli ma się  ambicje, konto i scenariusz na dalsze pozasportowe życie. Crump na pewno wie co potem robić, na razie wypoczywa i czekają go na wiosnę kliniczne operacje, zabiegi. Musi być zdrowy, bo chce być użyteczny w życiu zawodowym i prywatnym.

Zawsze kiedy gwiazda odjeżdża z toru robi się smutno i już pisałem kiedyś po pierwszej decyzji Jasona, że będzie go brakowało na torach w roli walczącego „kangura“. W typowaniu na zwycięzcę, gdyż zawsze był brany pod uwagę jako faworyt.

Crump jr. daje chyba jako pierwszy sygnał, że dobrze skończyć coś w pełni chwały z sukcesją rodzimego matadora, jakim jest nowy mistrza świata Chris Holder. Światową elitę czeka zmiana warty, mają swoje lata i Amerykanin Greg Hancock, i Tomasz Gollob, choć jako czterdziestolatkowie nadal są w gronie faworytów w starciu z młodzieżą. Sportowy tryb życia zapewnia im długowieczność w uprawianiu dyscypliny, speedway jest jednak ekstremalnym sportem i zawsze istnieje obawa przed ciężkim urazem, nawet czymś najgorszym. Kiedy osiąga się wiele, a Jason Crump wpisał się w kronikę światowego żużla ogromnymi zasługami, workiem medali, przychodzi też refleksja, kiedy wreszcie odcinać kupony od urodzajnych żniw?!

JASON CRUMP udany syn Phila, żużlowca, utalentowany wnuk dziadka Neila Streeta podjął wyborów życiowych i chwała mu za wszystko, czego dokonał na sportowych arenach świata. Był niepokornym mistrzem, który wiedział, kiedy zjechać z toru.

Gorzowianie szukają prawdziwego Golloba

Jak sięgnę pamięcią wstecz zawsze derby Ziemi Lubuskiej pomiędzy Falubazem Zielona Góra a Stalą Gorzów wzbudzały zenitowe namiętności. Tym razem okazało się podobnie ale tylko przed meczem. Zielonogórzanie zdruzgotali sąsiadów i nie pamiętam takiego spoliczkowania. Klęska. As gorzowian Tomasz Gollob nie mógł sobie pojeździć ani w lewo ani w prawo. Nie pierwszy raz w tej drużynie, choć miał być ojcem zwycięstw, lokomotywą ciągnącą punkty. Lokomotywa nie pcha jednak wagonów, odstaje, prezes klubu jest zafrasowany w końcu ekipa kosztuje trochę „ drobnych”. Jazdy Golloba w gorzowskiej drużynie nie przypominają tej z czasów kiedy był tarnowską „ jaskółką”.

Inny Tomasz Gollob, inne jazdy, wolne motocykle i punkty uciekają zespołowi, który ma aspiracje. Jakby ta drużyna nie była drużyną; w czym więc tkwi przyczyna dołowania? Brak motywacji, brak autorytetu kierowniczego? Przypadek gorzowski jest intrygujący, bo wodzirej nie jest wodzirejem, a drużyna nie jest paką gotową na wszystko, nawet na „święte derby”, które ostatecznie zakończyły się klęską jakiej w historii nie było.