Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

Samoodejście, dlaczego? Największym dobrem jest życie

Wypadek, choroba, nagła, trudna sytuacja… Samobójcy zostawiają po sobie gwałtowny ból. Rodzą się pytania dlaczego i najczęściej nie ma odpowiedzi a przypuszczenia bywają tajemnicze i nieodgadnione. Speedway jest sportem ekstremalnym, niebezpiecznym nie tylko z powodu na kraksy, które okaleczają ciało ale bywa, że zostawiają trwałe kalectwo do końca życia. Zawodnik jeżdżący na żużlu ma stres, on nie boi się ale nie jest wolny od myśli o niebezpieczeństwie. W trakcie walki na torze zapomina się o tym, tam buzuje adrenalina i każdy sportowiec chce swoją ambicją pokonać wszystko. Albo udaje się, albo zwycięstwo zostaje odłożone na później, trudno zresetować niebezpieczeństwo.

Profesor dr. hab. Agnieszka Gmitrowicz, psychiatra z AM w Łodzi mówi tak: “ Ja nigdy bym się nie podjęła wytłumaczenia, dlaczego ktoś popełnił samobójstwo, jeśli tej osoby nie poznałam i nie mogłam jej wcześniej zdiagnozować”.

“Wskakuję” w historię żużlowych przejść, nie mam zamiaru robić statystyk, dotknę tych faktów, no i osób, które znałem. Dawno temu Australijczyk William Robert “Billy” Sanders popełnił samobójstwo, wsiadł do auta, włączył silnik i zatruł się w garażu spalinami. Był nazywany “australijską strzałą”, uczestnik wielu finałów światowych, znakomity, sympatyczny, przystojny. Wicemistrz świata, medalista, postać znacząca w żużlu. Billy miał problem z żoną, którą zainteresował się jego kolega z reprezentacji “Kangurów”. Szok a psychika Sandersa była za słaba, więc sam zadał sobie cios. Koniec.

Wielki talent angielskiego żużla Kenny Carter, zwinny na torze, marzący o tytule mistrza świata, nie doczekał takiej satysfakcji, w Los Angeles na Coliseum w kontrowersyjnej sytuacji lepszy od Cartera okazał się Bruce Penhall, kalifornijskie bożyszcze żużlowych serc, także mojego. Na swojej farmie Kenny po rodzinnej sprzeczce bierze dubeltówkę i strzela do żony, potem do siebie. Dwie ofiary, dramat oblatuje sportowy świat. Kariera Cartera stała otworem, furiat popełnia morderstwo, dzieci zostają sierotami. Tragiczny western.

DLACZEGO on to zrobił?

A dlaczego Edward Jancarz zostaje zasztyletowany przez drugą żonę pewnej styczniowej nocy w Gorzowie? Ikona polskiego i światowego żużla ginie a sensacja jest wstrząsem, nie tylko w środowisku żużlowym. Noż jest ostry tak, jak i wiadomość, że Eddy umiera.

Polska scena żużlowych wydarzeń. Robert Dados, lubelski matador, talent wyjątkowy do ścigania się na torach. Mistrz świata juniorów. Luzacki idol, popularny, efektowny jazdami i efektywny punktowymi zdobyczami. Odlatuje z Lublina, jest we Wrocławiu, w Grudziądzu. Przeżywa ciężki wypadek drogowy w Grudziądzu, “zalicza” próbę samobójstwa, już nie wiem, co było pierwsze. Podczas Grand Prix w Kopenhadze na Parken nagle jedzie pod prąd. Ma zaburzenia psychiczne, błądzi, zły duch czeka na okazję. Robert Dados wybiera śmierć, skraca życie, zadaje potężny ból rodzinie. Dotychczasowe jego życie już było karierą a mogło być jeszcze większą. Już nie będzie.

DLACZEGO on to zrobił?

“Problem samobójstw jest bardzo złożony, a każda osoba ma inną historię życia”, mówi prof. A. Gmitrowicz. – “Zidentyfikowane zostały oczywiście różne czynniki ryzyka. Samobójstwo nie jest przeważnie czymś, co się zdarza bez uprzedzenia. To bardzo często jest proces” oświadcza profesor w rozmowie z Urszulą Rybicką… “Można go przedstawić w postaci wykresu. Na jednej osi można zaznaczyć czynniki ryzyka genetyczne i uwarunkowania osobowościowe, a na drugiej osi można odłożyć stresory, czyli kolejne sytuacje w życiu powodujące stres.”

Młody zawodnik Falubazu Zielona Góra Rafał Kurmański targnął się przed laty na życie. Niesamowita historia, jak inne przypadki, niestety. Młody talent, obiecujacy, życie i medale przed nim a jednak śmiertelna decyzja jest silniejsza od rozumu. Straszne.

Rybniczanin Łukasz Romanek, mistrz Europy, sentymentalny, ambitny. Miał presję na wynik, lecz poza żużlem są też sprawy ważne. O tym warto pamiętać! Trzeba o tym mówić. Był taki skoczek narciarski z USA, który cieszył się z tego, że poleciał, nie wywrócił, wylądował. Oczywiście ambicje są nie do zważenia, inne u każdego, nic jednak na siłę. Łukasz podobnie, jak Rafał i Robert wybrali samoodejście, brutalnie przerwali młode życia, które rokowało sukcesy. Wcześnie złamali swoje charaktery.

Słoweniec Matej Ferjan, żużlowiec lubiany, zżyty z Polską decyduje się na koniec. Wstrząsające. Nitka życia przecięta wbrew naturze. Płaczemy i brniemy w nicość.

DLACZEGO oni to zrobili?

Na oko gladiatorzy, w środku wątli. Szacuje się, że ok. 40 proc. młodych ludzi w Polsce ma myśli samobójcze. Liczba ta rośnie w cywilizacyjnym zawrotnym kieracie.

Bohaterów nie satysfakcjonują słowa: musisz wziąć się w garść. Wszystko albo nic?

TOMASZ JĘDRZEJAK ostatni smutny, tragiczny przypadek samobójstwa…

Znów przywołuję opinię prof. A. Gmitrowicz: – Jeżeli dojdzie do pewnej kumulacji, czyli u osoby, która ma predyspozycje/ tzw. podatność/ nagromadzą negatywne doświadczenia i kryzysy, to ryzyko zamachu samobójczego znacznie wzrasta…

Tomasz Jędrzejak, b. mistrz Polski, zawodnik urodzony w Ostrowie Wlkp. tam mieszkający z rodziną/ dwie nastoletnie córki/ kilka dni temu okrył żałobą bliskich. I nie tylko, cały sportowy świat nie może zrozumieć dlaczego to zrobił, półtora dnia po udanym meczu. Dyskusje trwają, człowiek czasem nie może sobie poradzić sam. Ale dlaczego inni nie widzą załamań, no właśnie jest taki kamuflaż psychiczny. Niby nic a jednak zło dopada. Niszczy psyche, obezwładnia, brakuje wyobraźni, jest destrukcja.

Samobójstwa są nagłymi zdarzeniami, które jak atak serca szokują otoczenie. Jeśli nie ma widocznych symptomów, zrozumienie ostatecznej sytuacji jest niemożliwe. Absolutnie.

SPEEDWAY jest znaczony śmiertelnymi wypadkami na torze, trwałym kalectwem na całe życie. A jednak startują młodzi, chcą być mistrzami, ginie na torze zawodnik a jego brat zaczyna ściganie. Nieprawdopodobne, prawdziwe. Cóż za moc w ludziach, strach wypędzony, ambicja wyżyłowana, wygrywa etos ścigania za wszelką cenę. A cena ostatniej chwili życia jest wciąż bardzo wysoka! Paradoksy gniotą sumienia.

Każdy człowiek ma swój Stalingrad życiowy, mniejszy, większy, górki i dołki, trzeba pokonać zło, żyć dobrymi wspomnieniami a te malowane na czarno odrzucić.

Porady psychologów w życiu pomagają, psychoanalitycy, psychiatrzy pozwalają wrócić do normalności. Każdy chce może czasem wynurzyć się z otchłani dręczących myśli i lekarz jest konieczny. A jeśli furtka ratunkowa zamknięta? Co się robi, by pomóc zawodnikom? Szkoleniowcom, nawet prezesom… Nie ma co się wstydzić. Stać chyba polską władzę żużlową na taką osobę, która bezpłatnie pomoże każdemu w potrzebie. Pogoń za wynikami, pęd dygnitarzy za apanażami – zaciemniają skomplikowane problemy ludzi. Jeśli władze żyją z “żużlowych galerników”, powinny obowiązkowo zadbać o ich życie, kondycję, pomyślność. Pamiętacie jak bohater amerykańskiego serialu Soprano korzystał z psychoanalityczki? Kosztowne, konieczne wizyty; mam informacje, że obecnie w Polsce sporo osób korzysta z porad psychologów, psychiatrów, gdyż życie jest bezwzględne w swojej istocie. “Wyścig szczurów” zabija humanizm i drenuje bezwzględnie. Jak to możliwe, żeby zawodnicy po turnieju Grand Prix w Szwecji/ Malilla/ pędzili 1600 km na mecz Ekstraligi do Częstochowy; byłem tam i widziałem zmęczenie, zawody GP skończyły się późno w sobotę z powodu złej pogody a mecz w Polsce zaczynał w niedzielę o godz. 17.00. no a we wtorek ligowe ściganie w Szwecji. Człowiek musi zregenerować siły, być w pełni wypoczętym, zdrowym, gotowym do jazdy. Działacze z innych sportów nie pojmują tak obciążonego kalendarza. Czy piłkarz Ronaldo gra mecz dzień po dniu? On biega, żużlowiec jeździ. Proponuję, by po turnieju GP daleko poza granicami Polski, dygnitarze żużlowych salonów szybko wrócili/ śpiąc czy nie/ a potem przebiegli na stadionie choćby jedno okrążenie na torze… Za darmo.

DAXuCtBXcAAnaxV

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Różna waga medali

SPORT jest loterią, jego urok polega właśnie na tym, że jest nieprzewidywalny i do końca nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście można czasem przewidzieć wynik, zdarzają się jednak i nieziemskie cuda. Narciarski skoczek leci i leci, dostał wiatr pod narty i szybuje jak ptak. Nagle defektuje faworytowi motocykl albo co gorsze pakuje się w bandę i nie zdobywa pewnych punktów. Coś się nie klei drużynie piłkarskiej, natrafia na mur, na lepszych przeciwników i przegrywa. Zdarza się zawodnikowi strzał w bramkę, którą eksponują telewizyjne agencje bez opamiętania, bo to gol cudo. Bywa i tak, że pewniak pudłuje i nie wykorzystuje karnego. Bokserskie wpadki, układy i wypaczone werdykty. Dramaty. Kontuzje, bóle, szał radości i ekstaza, grymasy porażki, łzy szczęścia ronione na podium. Sport ma wymiar nie do ogarnięcia w uczuciach, doznaniach. Przeżywamy i mamy satysfakcję z oglądanych widowisk. Glamour do powielania. Serce rozrywane na kawałki. Magia. Czar. Kochamy spięcia, wielbimy ryzyko i niespodzianki. Gryziemy wargi. Szaleństwo. Jest cudownie.

Cena zwycięstw jest okupiona różnie. Porażki bywają bolesne. Olimpijskie przygotowania trwają kilka lat, decyduje czasem sekunda o triumfe i ułamki tej sekundy o goryczy przepracowanych lat.

MEDALE. Mają różną wagę; zdobyte w rozmaitych warunkach, przy sprzyjającym szczęściu i czyhającym pechu. Jaka jest ich wartość? Medal zdobyty szczęśliwie wywołuje duże kontrowersje, jest krytykowany, trwają długo dyskusje. Wreszcie wrzawa milknie, sytuacja przechodzi do historii. Po latach mało kto pamięta jakie były okoliczności zdobycia “złota”. Liczy się efekt, statystyka pokazuje dobitnie kto wygrał i liczy się ten właśnie akcent. Już nie pamięta się loterii, fartu, pecha, historia uwieczniona w kronikach nabiera cech trwałego przetrwania i udokumentowania tego, co jest zapisane.

Mówi się o loterii. Wciąż za mało wybija się na czoło rolę sędziów, którzy jakże często pomagają losowi. Mówi się, szczęściu trzeba pomóc a jaką rolę odgrywa pech!

Onegdaj wspominałem złoty medal zdobyty w 1983 roku na torze Norden przez Niemca Egona Muellera. Fuks ewidentny, bo gospodarze przygotowali przyczepny tor, rzadko spotykany na tej rangi zawodach. Na takim kopnym torze Egon zwijał się jak kret i zdobył upragnione złoto. Jest uwieczniony w annałach.

1973 rok, Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim sięga niespodziewanie po złoty medal i wywołuje szok. Sędzia zawodów przez Międzynarodową Federację Motocyklową/ FIM/ został zawieszony i już nigdy nie stanął za pulpitem maszyny startowej w finale światowym. Zarzutem pod adresem niemieckiego arbitra na Stadionie Śląskim było puszczanie Polaka z lotnych startów. Georg Transpurger z Pocking mocno przeżył porażkę, chciał zrehabilitować się, jednak nie dostał szansy sędziowania turnieju najwyższej rangi. A szkoda, ambicjonalnie bardzo chciał rewanżu.

TORY przygotowane jak skała pod konkretnych zawodników gdzie liczy się szybki start i dojazd do mety. W 1984 roku na Ullevi w Goeteborgu Duńczyk Erik Gundersen nie dał szans rywalom na betonie. Beznadziejny to był w emocjach turniej, rywalizacja dwóch duńskich potentatów Gundersena i Hansa Nielsena została rozstrzygnięta wyborem nawierzchni pod egidą mentora Ole Olsena.

Co liczy się bardziej jednodniowy turniej o indywidualne mistrzostwo świata czy kilkanaście imprez w ramach serialu Grand Prix? Jaka jest waga tych zdobyczy na podium? Co jest sprawiedliwsze? Czy to jedno wielkie wydarzenie owiane tajemnicą czy harowanie w serialu przez cały sezon. Jaka jest wartość złota Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba?! Czy nie zastanawiamy się nad ceną takich sukcesów, które podziwiane, dyskutowane  w chwilach ich osiągania szybko przechodzą do historii, gdy zanikają emocje a czas pokrywa wszystko patyną. Odkurzamy, już nic nie zmienimy.

CZY najlepszy w historii żużla arbiter norweski Tore Kittilsen nie popełnił błędu podczas finału w 1982 roku w Los Angeles, kiedy w Kalifornii nikt nie dopuszczał myśli, że przegrać może gwiazdor Bruce Penhall, wykluczając w przedostatnim starcie angielską perłę Kenny Cartera? Zrobiło się spore zamieszanie, oczywiście wygrał Penhall, późniejszy aktor hollywoodzkich sitcomów, przegrał z sędzią i presją Carter. Anglik nie dojechał na podium, był szósty. Potem zastrzelił się w swoim domu, wcześniej pakując kulę w serce swojej żony. Dramaty, których się nie zapomina. Kittilsen przeszedł na zasłużoną sędziowską emeryturę, został prominentnym działaczem FIM, był niewątpliwie w dotychczasowej historii najlepszym arbitrem, któremu jednak można zarzucić kontrowersyjną decyzję w Los Angeles na Coliseum. Był pod wyraźną presją organizatorów, zrobili pierwszy finał światowy na żużlu, mieli na starcie mistrza świata z 1981 roku z londyńskiego Wembley i nie wyobrażali sobie, by charyzmatycznemu Penhallowi nie zagrano amerykańskiego hymnu. Zagrano efektownie z fajerwerkami w scenerii westernowej i w otoczeniu roznegliżowanych girls. Było więc “Hollywood” na zaliczkę dla aktorskiego Bruce’a. Stewardem FIM /wtedy ta funkcja tak się nazywała/ był szef światowego żużla Polak Władysław Pietrzak. Startował  w LA Edward Jancarz, mieliśmy widoczne polonica. Turniej był wyjątkowy, zwycięzca zaprogramowany.

Ile takich mieliśmy w historii, jaka jest waga medali, jaka jest cena złotego medalu zdobytego jednego dnia, a jaka w ciągu kilkumiesięcznej walki w różnych warunkach?! CO jest bardziej sprawiedliwe i co ma większy prestiż, jednorazówka czy serial? Tor betonowy czy przyczepny i jaka jest rola pogody jako reżysera, czy wręcz arbitralna władza sędziów, którzy mają panowanie nad startującymi i często doprowadzają do białej gorączki zawodników i kibiców. Wypaczają sens sportu. Rozterek nie brakuje a życie ich nie eliminuje do końca.

Szczęściu trzeba pomóc, pecha przegonić, tylko jak to zrobić? Ba! Recepty jeszcze nikt nie znalazł, dlatego sport jest wielce uzależniającą loterią bez granic.

Miś do poduszki

„Pragnę być twoim misiem do poduszki” – tak pisały, na początku lat 80. do Bruce Penhalla angielskie fanki speedway’a. Dwukrotny indywidualny mistrz świata był jednym z najprzystojniejszych zawodników w historii tego sportu. Na co dzień mieszkający w Kalifornii uruchamiał wyobraźnię naturalną, złotą opalenizną, a jego blond, długie włosy były magnesem dla oczu wszystkich dziewczyn. Na torze brylował. Swoim widowiskowym stylem jazdy, niejednokrotnie niemal zwisając z motocykla, onieśmielał rywali. „Trudno sobie było wyobrazić, że kiedyś ktoś będzie tak jeździł,” wspomina Piotr Pyszny, reprezentant Polski, który startował w angielskiej lidze. „Miło było patrzeć z jaką fantazją Bruce poruszał się na torze”. Elegancki Bruce, był zaprzeczeniem znoju i kurzu, jaki towarzyszył zawodom żużlowym. Zawsze czysty kombinezon, błyszczące szprychy w kołach motocykla – wszystko było jak z bajki. I taki też był Bruce. Przyjechał do Londynu z myślą nauki jazdy na żużlu, szybkiej kariery i co zaskakujące jeszcze szybszego „zjazdu” ze szczytu sportowej piramidy… ale wprost do Hollywood. Świat filmu i rozrywki był jego celem. Chciał być gwiazdą i został nią. Wygrał i zdobył tytuł mistrza świata na żużlu, już w 1981 roku – w uznanym za najlepszy finał w historii. W „świątyni sportu”, jak nazywano londyńskie Wembley, nie miał sobie równych! Przyszedł czas na światła jupiterów, okrzyki dziewczyn… tego ten sport wcześniej nie widział. Na Wyspach startował w zespole Cradley Heath – klubie, który porównać można do obecnego Realu Madryt. Jedni ich kochali, drudzy nienawidzili – ale nie można było niedoceniać ich siły i widowiskowej jazdy zawodników, w przeważającej części Amerykanów.

Poznałem Penhalla w londyńskiej restauracji „Taj Mahal”, gdzie spotkaliśmy się w gronie starych żużlowych znajomych. Przyszedł z Indianką, o tak niewyobrażalnej urodzie, że długo zastanawialiśmy się nad tym co zamówić… nie mogąc oderwać od niej wzroku. Bruce pomimo, że kochały go tysiące, wierny był swojej Indiance. Może bał się duchów… Polskę odwiedził w 1981 roku, tuż przed zdobyciem tytułu mistrzowskiego. W Katowicach, w hotelu o tej samej nazwie, zdziwił się jednak mocno, kiedy na bankiecie zabrakło dziewczyn. „Jak można tak świętować i cieszyć się życiem? Następnym razem przywiozę do Polski prawdziwe fanki speedway’a,” żartował. Uwielbiały go kilkunastoletnie dziewczęta i 60-letnie fanki. Pamiętam, jak w Katowicach pocałował w dłoń recepcjonistkę w hotelu – od tego czasu wszystkie jego życzenia były dla obsługi rozkazem. Rozdawał uśmiechy, autografy, ustawiał się do zdjęć, zwyczajnie, bez manier – jak Brad Pitt. Speedway miał swojego króla, który tak jak szybko się narodził, tak szybko „odszedł”, zdobywając kilka trofeów mistrzostw świata. Marzył o filmie i wrócił do Kalifornii. Grał w sit-com’ach – The Chips, miał kilka ról w filmach, uczestniczył w pokazach jako kaskader. Pożegnał żużel bez kontuzji, dorobiwszy się majątku i ruszył na plan filmowy – plan niemal idealny i udany. Wszyscy go pamiętają, wspominają. Kiedy odwiedza stare żużlowe kąty w Europie, nie tylko jemu łza w oku się kręci, a że z wiekiem, przystojnieje jak Robert Redford fanki ma wciąż te same…