Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Ward chciane dziecko żużla

darcy_ward

Nie będę powtarzał, że sport najbardziej lubi młodych. A kibice? Kibice najlepszych, dobrych, widowiskowych zawodników. Arystoteles stwierdził, że „siła jest w młodych, roztropność w starszych“. Nie trzeba być filozofem by trochę przeżyć i przekonać się o takiej maksymie. Speedway kokietuje brawurę, ceni rozwagę, docenia wszystkich, którzy dostarczają emocji i przenoszą kibiców w ocean adrenaliny.

W historii żużla mieliśmy raz po raz chwile olbrzymich emocji za sprawą asów, celebrytów, którzy szokowali postawą na torach oraz poza nimi, byli uwielbiani dzięki zwycięstwom. Walczyli, wygrywali, toczyli pojedynki zapierające dech w piersiach. Speedway zna gwiazdy z talentami wielkimi i zna przypadki, kiedy te gwiazdy szybko spadały na ziemię. Zna żużel asów, którzy zyskiwali takie miano dzięki talentowi ale jeszcze większej pracy. I zna takich, którzy triumfowali raz, z rozgłosem, by zamilknąć potem bezpowrotnie.

Kiedy pojawili się na torach bracia Moranowie z USA powiało atrakcją na stadionach i w hotelach. Kelly i Shawn byli oryginalni w sposobie bycia i jazdy. Ich rodak Bruce Penhall, dziś stateczny Jankes wyniósł na wyżyny amerykański speedway, który jest sportem w Ameryce prawie niedostrzegalnym. Bez tej ekscytacji znaczonej kwikiem radości polskich stadionów. Sześciokrotni mistrzowie świata: Nowozelandczyk Ivan Mauger i Szwed Tony Rickardsson byli wyrachowanymi zawodnikami, którzy dowieźli złote medale bez skandali, bez piekących komentarzy brukowych tabloidów. Byli dobrzy, wiedzieli czego chcą i konsekwentnie podążali ścieżką sukcesów do celu.

Tomasz Gollob wywiózł  polski speedway tam, gdzie do tej pory nie wywoził nikt, konsekwentnie był kompatabilny z poszczególnymi elementami zwycięskich meczów i turniejów. Nie jest multimedalistą indywidualnych mistrzostw świata wskutek życiowego losu, który nie każdemu daje a potrafi odebrać w najmniej oczekiwanej chwili. Polski as żużlowej przestrzeni zgromadził olbrzymie grono wielbicieli, którzy zostali zdeterminowanymi kibicami na wszystkich stadionach, gdzie startował ich idol, ikona, gwiazda za którą można było pojechać za ostatnie pieniądze nawet do piekła. Tomasz Gollob stworzył markę polskiemu żużlowi i nadal promuje speedway made in Poland.

Talenty nie rodzą się na kamieniach. W walce. W pracy. I zanim staną na podium i wzruszą się i zaczną ocierać łzy płynące razem z narodowym hymnem muszą ostro orać i bywają ściorani jak na najgorszej farmie.

Gwiazdy i talenty, asy i pracusie. Gdzieś pośród nimi krąży los mający w torbie szczęście. I niespodziewanie rozdaje albo brutalnie zabiera. Dziś temu, jutro tamtemu. Nie każdemu talentowi jest pisany historyczny życiorys. Nie ma nic na siłę.

Bywają gwiazdy sportu „sterylne“ w działaniu i niesamowicie charyzmatyczne, które uwielbiane przez tłumy lokują się znacząco w historii dyscypliny, która ich wyniosła pod niebo.

Mamy…postaci sportu owiane legendą; z jednej strony zwycięstwa, z drugiej życie pozasportowe, bogate, bujne, śledzone z uwagą przez media, które reagują i czekają na wszystkie sensacje. Kibice lubią takich i przyklejają się do nich od razu, „kupują“ takich którzy nie żałują życia na pokusy jakie przynosi rzeka kariery.

Speedway roku 2013 ma obiecującą grupę zawodników, którzy mają przed sobą przyszłość gwarantowaną w sukcesy i historię, w uwielbienie fanów pod warunkiem, jeśli nie zbrukają swojego talentu.

W solowych mistrzostwach świata liderem jest Rosjanin Emil Sajfutdinow, który z ruskim impetem wjechał w światowe towarzystwo, które szybko utemperowało „mołodca“ a ten nie stracił kontaktu z rzeczywistością, zebrał doświadczenie na torze i wtedy, gdy leczył przykre kontuzje. Dorósł do lepszych medali od tego, który zdobył w premierze swojej kariery. Emil jest na dobrej ścieżce by zyskać złoto i wywieźć rosyjski żużel tam, gdzie jeszcze nie był. Charaszo. OK.

Australijski fighter Chris Holder w  roku 2012 zdobył mistrzostwo świata, podtrzymując sławę „żużlowych kangurów“. Obok siebie ma Dracy Warda o którym za chwilę.

A przeżywająca kryzys żużlowa Anglia doczekała się niespodziewanie Taia Woffindena, który jest objawieniem i ma wszelkie dyspozycje żeby kontynuować „królewskie“ tradycje na Wyspach. Jest znakomite towarzystwo, które rozrabia na torach i oddala dawnych mistrzów od medalowego stołu. Jedźmy dalej, pełny gaz…

Wspomniałem DARCY WARDA. Tak, bo to jest chciane dziecko AUSTRALIJSKIEGO I ŚWIATOWEGO ŻUŻLA. Kiedy w dniu swoich urodzin złamał 4 maja złamał łopatkę w Szwecji na Ullevi w Goeteborgu, podczas Grand Prix los wykluczył go na dwa miesiące z walki. Rok temu zrezygnował z udziału w mistrzostwach świata. Taki młody a taki przebiegły. Wrócił i dojrzał. Leczył uparcie kontuzję po Goeteborgu, kocha speedway i w Kopenhadze wygrał Grand Prix Danii. Jeździ widowiskowo i wciska się tam, gdzie za młodu wjeżdżał Tomasz Gollob. Jestem pod jego wrażeniem od dawna, gdyż upatruję w takich mocach siłę sportu i cieszę się, kiedy tacy właśnie zawodnicy windują żużel i dostarczają tak potrzebnych emocji, że serce bije radośnie.

Ward spod Brisbane ma 21 lat i wszystko przed sobą, zawdzięcza swoje sukcesy rodzicom. Przyleciał do Europy, jeździ, poznaje Polskę i kształci się na ligowym uniwersytecie. Medale i nagrody są dla najlepszych i Ward jest nie tylko sukcesorem australijskich czempionów ale i pretendentem do tytułów, które są tradycyjnie pisane najszybszym na torach. Przyjemnie więc patrzeć na jego jazdy, lecz mniej cieszą jego  „boki“ pozasportowe, za które dostaje kary i zawieszenia. Widocznie ma takie wybryki wpięte w życiorys, lecz oby one nie zdominowały jego kariery, która jawi się na mistrzowskim luzie. Z hukiem, charyzmą i fantazją młodzieńczej zadziory. No to co? Ano… Lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim mówi przysłowie. Ward potrzebny jest żużlowi jak kangury Australii.

PS. Półfinał tenisowego Wimbledonu na trawie i dwaj Polacy 22 – letni Jerzy Janowicz /potęga serwisu/ i 31 – letni, fantazyjny Łukasz Kubot. Piękna walka w trzech zwycięskich setach dla tego pierwszego. Po meczu dwaj Polacy dziękują sobie i trwają w objęciach. Na stojąco publiczność oklaskuje moich rodaków. Janowicz nie może opanować wzruszenia i łez, nawet w wywiadzie dla TV a jego rywal cierpliwie czeka na zwycięzcę przed zejściem z kortu. Pięknie. Tenisiści wymieniają się koszulkami! Widzowie podziwiają Polaków i mocno biją brawo. Wygrany i przegrany schodzą z areny RAZEM. Męskie granie a wrażliwość ujmująca.

Dedykuję ten obrazek innym sportowcom, politykom i ludziom niedobrej woli.

Jazdy nabierają prawdy

W kinach leci Vicky Cristina Barcelona i ludzie nie narzekają na emocje. Na stadionach żużlowych nabiera rozpędu sezon, dostał wiosennego popędu i bzykanie motorów trwa i trwać będzie jak tylko można. Barcelona piłkarska zdruzgotała madrycki Real i mamy bramek grad. A na żużlu trwa mocowanie się mocnych ze słabymi, mocnych z mocnymi i słabych ze słabymi. Jest śmiganie i jest zabawa, wszystko dopiero przed nami ale i jest czas do pierwszych refleksji, szarych i słonecznych, w każdym razie na pewno ozdobionych emocjami wyzwalającymi adrenalinę, która powoduje migotania wokół serc.

1. Gdzie są chłopcy z tamtych lat? No, gdzie ci Jankesi z kalifornijskich podwórek? Ostał się tylko Greg Hancock, który jedzie swoje i po swoje. Taki samotny biały żagiel z Pacyfiku czy może raczej jeździec z kalifornijskich żużlowych placów, gdzie zanim się rozpędzisz musisz hamować i jak sprężyna miotać się na motocyklu. Greg powołany został do reprezentacji USA na eliminację drużynowych mistrzostw świata na Łotwie i sam zdobył aż 14 punktów, podczas gdy jego partnerzy amatorzy 12. A było ich aż czterech! USA zajęły ostatnie miejsce i nie liczą się na salonie żużlowym. Co będzie kiedy Greg odjedzie na emeryturę, wszak wiecznie nie będzie tyrał a jest zawodnikiem ze stażem przedemerytalnym. USA słabe jak nigdy, po Nowej Zelandii mamy wspomnienia, Norwegia to tylko przeloty Rune Holty a Anglia jest na kolanach. Jakie paskudne czasy, tak, paskudne, gdyż tylko ostra rywalizacja i gwiazdy charyzmatycznego formatu napędzają koniunkturę. Amerykanie byli mistrzami świata, prowadzeni przez Johna Scotta z asem Brucem Penhallem jechali kosmicznie pięknie i wygrywali jak chcieli, a dziewczyny piszczały i marzyły by nie zasnąć w ramionach takich boys.

2. A propos Anglii. Słyszę, iż Marek Cieślak bije się w swoje, na szczęście, piersi a dudnienie dochodzi aż do Rzeszowa, że zakontraktowany został w Atlasie Scott Nicholls, przypominający raczej posturą / pamiętacie?/ Joe Screena, w gruncie rzeczy sympatycznego zawodnika, który chyba futrowany puddingiem utył nad miarę. Nicholls nie był pewnym zawodnikiem, to nie jest pracownik na którym można polegać o czym nie raz zapewniał sprzętowo i kondycyjnie swoich prezesów. Dlaczego Cieślak  zaufał Scottowi? Dobroduszny acz jeśli ma się miękkie serce, to co trzeba mieć twardego? Już wiecie i pewnie Marek też. Nicholls  nie zapomniał czego nauczył się w swoim kraju, lecz jest niefrasobliwym facetem, któremu trzeba dać odpoczynek od polskiego krajobrazu z pożytkiem dla naszych rodzimych zawodników. Utarło się dziwnie, że lepszy taki Scott niż Antek albo Jasiu…Weryfikacja musi jednak być i nie każdy funt tynfa wart. Marek Cieślak zaufał, Anglik S. N. jest chimeryczny no i teraz jest kłopotek. Rutyna jest zgubna, Atlas musi odkleić pewne schematy, gdyż nic tak nie ożywia jak nowe. Co do Anglii, mają kryzys kadrowy. Nicholls kiepski, a Chris Harris nie może odnaleźć się drugi sezon, jedzie jakby do tyłu, rozczarowuje nie tylko fanów Albionu ale i Ostrów Wlkp. Anglicy dołują wyraźnie, fatalnie i szkoda chyba na nich funtów, euro i każdej złotówki.

3. No właśnie. A co teraz jest na ustach w Toruniu? Kopernik? Radio Maryja? Moto Arena? Zgadnijcie?  Nowy stadion im. Mariana Rose,  nowe cacko Moto Arena na światową skalę z urodą miss world. Szkoda tylko, że na piętnaście tysięcy widzów. W Toruniu ten stadion zbudowali szast – prast i chyba nikt nie wierzył, iż w błyskawicach medialnych piłkarskich ME 2012 zbudowana zostanie taka bombonierka. W premierze pałacu torunianie „stuknęli” Unię Leszno. Było kompletnie na widowni; wspaniała tablica świetlna, dach pozwalający dojrzeć gwiazdy z księżycem i zbiorowe przekonanie, że to stadion mistrzów Polski. Znów mistrzów? Nie tak hop. Wiecie co, bardzo mnie zaskoczyła opinia Roberta Sawiny, który tam startował, a teraz dorabia jako instruktor w gdańskim Lotosie, kiedy Falubaz złoił skórę żużlowcom z wybrzeża, że „przegrali chyba z mistrzami Polski”. Do tego jeszcze daleko, a ponadto gdzie wiara Sawiny w zespół pompowany szkoleniowo przez niego. Nie mieszczą mi się w głowie na początku sezonu takie opinie. Czasem wiara czyni cuda zwłaszcza nad morzem. Trochę odjechałem z Torunia, nie szkodzi, bo wrócić tam zawsze można jeśli mają takie żużlowe cudo i wielka szkoda, iż tego nie dożył sędzia Roman Cheładze. Zastanawiam się jak wyremontowano rybnicki stadion czy częstochowski moloch bez dachu nad głową. W Rybniku trybuna niby kryta jest dziełem jakiejś damy, tak jak i cały stadion. Daszek pozwala dobrze zmoknąć kiedy zacina deszcz, a stary dach był tak dobry jak czarny parasol. Potrafimy spartolić, nie mówiąc już o tablicy jakby sklepowej na rybnickim stadionie. Do Rybnika jeszcze wskoczę na chwilę, a Toruń zaskoczył, jak kiedyś Kielce piłkarskim obiektem z kasy Kolportera. Mamy jeszcze niedokończony gorzowski stadion, mamy wrocławski antyk tak legendarny i lubiany przez kibiców. Do reszty stadionów  jeszcze wrócę przy okazji. Torunianom przybijam piątkę, czekam na ich  naśladowców.

4. Mamy za sobą premierę w Grand Powtórkach, jakieś tam ściganie się na rubieżach w ramach Europy no i mamy ligowe poty. Na pewno Polonia Bydgoszcz liczyła na więcej, nie mówiąc o Lotosie, który ma skład słabszy od tarnowskiej Unii. Rzeszowianie spodziewali się ananasów, lecz nic nie spada z nieba. A więc? Konia z rzędem temu, kto stawiał na Rybnik, a tu Pawliczkowa grupa jedzie i ciuła punkty, niepozornie wygrywa i do domu ucieka. Kibice w Rybniku uwierzyli w drużynę, choć mało kto miał taką wiarę, poza nowym zarządem. Sam byłem sceptykiem, ciekawy jestem jak będzie dalej. W każdym razie rybniczanie bez fanfar fedrują wózek za wózkiem. Martwią się za to we wspomnianym Ostrowie, ale skoro tak sobie ułożyli wszystko kadrowo, to niech Jan Grabowski teraz główkuje. Robił takie rzeczy już w Rybniku. Do szkoleniowców przypięte jest nieszczęście albo szczęście poza oczywiście zmaterializowanymi cechami codziennej pracy. I jedno, i drugie jest na kredyt ale egzekucje bywają brutalne. – Takie życie jest na kółkach i nic nie zrobisz na siłę, powiedziała znajoma, która jeździ na rowerze i mijają ją mercedesy. Każda jazda ma swój charakter, bo rower rowerowi nie jest równy a co dopiero motocykl czy auto. I zawodnicy, i szkoleniowcy też mają różne oblicza oraz wyniki, które albo znaczone są porażkami albo szczęściem nie mającym granic. Jak w tej Barcelonie.

Niepokorni

Jeden lubi piwo, drugi coca – colę, trzeci dziewczyny i samochody, czwarty  filmy i TV. Jak dogodzić kiedy będą razem? Odwieczny problem młodzieńczych dusz. W raportach figurują pod szyldem: sprawy wychowawcze. 

luszczek2

Trudne problemy z którymi boryka się świat. Alkohol, zabawy, jazdy dyskotekowe i balangi gdzie się tylko da. Są grzeczni sportowcy i tacy, co dają popalić trenerom. Józef Łuszczek, narciarski biegacz z Zakopanego przed którym trzech królów zdjęło czapki kiedy zdobył zloty medal na koronnym skandynawskim dystansie sprawiał wiele kłopotów. Nie usiedział na miejscu w hotelu, gnała go góralska dusza gdzieś do Jędrusia, Watry byle towarzystwo grało. A potem wygrywał, ale czym więcej balował, to tracił siły aż wytracił choć mógł być królem nad królami. Góralska krew nie woda, harnasiowa, bo pamiętacie co było z Wojciechem Fortuną, który zdobył olimpijskie złoto na skoczni w Sapporo. Nie tylko z tym skoczkiem bywało różnie i teraz nie jest najlepiej tu i tam, bo i nasza polska a góralska zwyczajność przy stole, w towarzystwie honoruje mocne napoje. Artur Boruc, bramkarz charyzmatyczny zawojował  Celticem Glasgow, zarobki przewróciły mu w głowie, porzucił młodą rodzinę, znalazł wybrankę, zaczął puszczać „ szmaty”, trener Strachan był wyrozumiały do maksimum ale miarka się przebrała i „ Klops” musi pracować nad swoją marką. Lubi piwo, lubi towarzystwo i wszyscy czekają aż z tego… wyrośnie. Albo tak się stanie albo nie. Nie pierwszy ten Boruc, nie ostatni…

 
Każda dyscyplina sportu zna takie przykłady niepokornych, zdolnych ale zmanierowanych przez sukcesy, towarzystwo, charakter, który wygina się i nagina tam gdzie nie potrzeba. Wielcy i mali, dobrze zapowiadający się i tacy, którzy mają złote medale najwyższych rangą imprez. Dobry trener powinien wiedzieć jak okiełzać takiego delikwenta, jak poskromić jego słabe punkty. Dla byka obojętne w rodeo, kto go dosiada… Sprawy wychowawcze były, są i będą. Szkoda tylko karier, które mogły zawojować świat. Trzymanie pod kołdrą niepokornych nic nie da, jak więc im wytłumaczyć co w życiu jest ważne dziś, a co jutro będzie ważniejsze? Jeden z trenerów siatkarskiej kadry kobiet był tatą i twórcą medali dziewczyn. Nie dał rady z sobą i nimi. Ale to twardziel i nie zginął w tłumie. Andrzej Niemczyk wie jak się gra w siatkówkę i życiowe dramaty. Pokonuje chorobę, pokonuje stres. Każdy zawód ma inklinacje do wynaturzeń, rzecz w tym aby nie przekraczać barier.

Paweł Hlib jest talentem z gorzowskiego miotu, który jeździ w lewo a czasem w prawo. Mocny chłopak z zadatkami na jazdy w stylu Jasona Crumpa. Ale musi odrzucić wszystkie pokusy tego świata, nocnego życia  i wziąć się do roboty. Będzie teraz w Poznaniu pod czujnym okiem chlebodawców, choć zarzekał się onegdaj, że może zakończy karierę. Małyszem nie jest żeby straszyć o końcu tego świata. W Gorzowie były i są tradycje żużlowe a Edward Jancarz jest tam pomnikiem nie bez skazy. Gdyby nie wyemigrował stamtąd Zenon Plech byłoby dwóch takich, co sławią miasto nad Wartą, dwóch o charakterach niepokornych ale jakże owocnych w sukcesy. Rybniczanie wspominają talent Rafała Szombierskiego. Wspominanie nie nawróci jednak nikogo. Junior był z medalem, z szansami na jazdy  w elicie światowej. Szwed z brazylijskim rodowodem, talent na wielką miarę Antonio Lindbaeck tak się pogubił na wstępie swojej kariery, że pomyliły mu się dyskoteki z zawodami. Jak szybko się wzniósł na piedestał, tak szybko z niego zleciał. Teraz wpadł jednak w objęcia sześciokrotnego mistrza świata Tony Rickardssona, który nie będzie się cackał z czekoladowym Antonio.

Kelly Moran: moran_kelly

Amerykanie Moranowie Kelly i Shawn byli wesołkami do jazd i zabawy. Wtedy nie było takich szczegółowych badań „dopingowych”, to w zasadzie między innymi i ich postawa przyśpieszyła zmiany regulaminowe, jakby powiedział Andrzej Grodzki „ w tym zakresie”. Moranowie byli nietuzinkowi, uwielbiani. Nie stronili od nocnych zabaw przed turniejami. Nie każdy tak potrafi, męczy go stres i idzie do łóżka, tam nie może zmrużyć oka, wstaje rano i dętka, a ten na kacu wygrywa luzacko ze zmordowanym kolegą. Na Boga nie podaję przykładu do naśladowania, odczytuję tylko samo życie. Jeździłem z zawodnikami, ekipami wystarczająco długo aby przekonać się jacy są, jakie mają charaktery i nie bywałem tylko w branży żużlowej. Z zapaśnikami też miałem epizod zakopiański. Mike Lee, wysoki Anglik, teraz doradca, mechanik/ Taia Woffindena/ i robi to, co jego tata ongiś. Długonogi mistrz świata, lecz kiedy pojechał na żużlu w odwrotną stronę, powiedziano mu sorry Mike, out. Trawka była wciągająca i niszcząca. Nie tędy droga. Tylko w lewo jest O.K. Niepokorni w sporcie, w życiu. Nie miał spokojnego charakteru Henryk Gluecklich z Bydgoszczy, towarzyski zawodnik. Dał jednak radę.

Shawn Moran: 300px-bruceflandersandshawnmoran

Byli różni szefowie związku, płk Rościsław Słowiecki miał posłuch wojskowego i sprawiedliwego, trzymał w ryzach towarzystwo nawet jak piło nie tylko wodę. Zagubiony był inż. Zbigniew Flasiński, gdyż forma brała górę nad realiami. Andrzej Grodzki terminował  długo i był akuratnym szefem polskiego speedway’a, przez regulaminy nie prześlizgnęła się żadna myszka, lecz kiedy przeniósł się do Warszawy Giekażet zmienił oblicze na grupę trzymającą władzę a nie twórczą brygadę ludzi rozwojowych. Dziś mamy pokłosie. 

Piszę o tym, gdyż każda władza jest też odbiciem stanu posiadania. Niepokorni nigdy nie mogą liczyć na pobłażanie ani na ulgi, ale kompromis i wyrozumiałość jest rzadką sztuką rozstrzygania sporów, na podobną Julii Tymoszenko postać nie możemy liczyć.

Wieloskładnikowa w charakterach każda dyscyplina sportu ma indywidualności, które pracowitością osiągają wiele, ma także takich, którzy gdyby byli tacy pracowici i nieskazitelni, to osiągnęli by szczyty. Marek Cieślak opiekun reprezentacji potrafi dotrzeć do sumienia. Nie był chojrakiem, ścinał go stres z nóg, ma za sobą doświadczenie i widzenie potrzeb. Teraz inna jest młodzież, bardziej rozbiegana, świat się zmienił. Następców Moranów nie unikniemy, oby w tym dobrym wydaniu. Angielska  „Speedway Star” pokazuje, co kiedyś już publikowałem, jacy byli w przeszłości herosi żużla. Większość z charyzmą i duszami rogatymi. Trzeba mieć w głowie wiedzę i mieć charakter, i ambicje sięgające podium.

Amerykański show z Finału Zamorskiego z 1982 roku: 

Przeciętność się utrzyma, niezwykłość dotrze do celu. Jedno piwo nie wywróci marzeń, ale jego beczka i głupota zniszczą bezpowrotnie talent i dojazd do medali.