Łzy cierpienia i radości

Taki tytuł w finale sezonu? Ano tak. Żadna łza nie ugasi cierpienia, żadna. Bywają także inne łzy, gdy z oczu płyną ze wzruszenia i radości. Jaka jest cena tych ludzkich oznak?

Speedway jest naszpikowany od zarania dramatami, znaczony tak sukcesami, jak i tragediami. Dotykają one zawodników i rodzin. Czas dramatów bywa długi i krótki, zawsze jednak zostawia rany, blizny. Trudno je zagoić, ciężko wytracić pamięć tragicznych sekund, minut a czasami i lat. A radość? Przychodzi znienacka, jak i wypadki. Oblicze żużla jest bardzo złożone, skomplikowane, barwne i fenomen tego sportu polega na niesamowitym nagromadzeniu adrenaliny, która w sekundzie eksploduje albo dramatem na torze albo wybuchem radości na podium, smakiem medalu i szczerym wzruszeniem podczas słuchania narodowego hymnu.

Nie tak dawno odbył się Kongres Kobiet, na którym polskie panie obradowały nad swoim losem. Ich udział w życiu ulega coraz większemu poważaniu. Instytucjonalne zauważenie pozycji kobiet, ich awanse i często na siłę wynoszenie na ołtarze niech się wartko toczy, taki syndrom obecnych czasów. Kto docenia kobiety w ciszy domowych kątów jest chyba najważniejsze. Symptyczny Krzysztof Kasprzak, z rodu żużlowego ile razy ma okazję być przed kamerą TV pozdrawia swoją mamę a ostatnio dodał, bo ma z nami siedem światów i to wszystko jakoś wytrzymuje. Krzysztof miał na uwadze także swojego tatę Zenona i brata Roberta. Kobiety w obrębie żużla; babcie, mamy, żony, narzeczone, kochanki i fanki uwielbiają ten sport i zarazem cierpią.  Boją się o zdrowie swoich ukochanych. Czy mają satysfakcję? Czasami, lecz gdyby można było zważyć stres i radość, nie wiem czy byłaby równowaga.

Żużlowy świat zdominowany jest przez mężczyzn, wiadomo zawodniczo i w przestrzeni mechaników, działaczy i za sędziowskim pulpitem. Tylko widownia nie zawodzi ze swoim obliczem kobiet od dziecka po wiek dojrzały. Kobiety chciały jeździć na torach ale napotykają na betonowe bandy. Zostaje im dopingowanie a incydentalne próby wyjazdów na tor mają charakter widowiska.

Żużel jest sportem ekstremalnym i dlatego wywołuje emocje zenitalne. Ten sport ma na swoim sumieniu zawodników okaleczonych mocno przez los. Los niektórych skazał na ostateczność, innym podarował cząstkę życia na innych warunkach i z tym muszą się godzić, być pod opieką najbliższych. Wózki inwalidzkie są wpisane w życiorysy wielu zawodników. Część z nich wybrnęła z opresji zawodowo; mają zajęcia, są i tacy, którym charakter nie dał szansy powodzenia.

Okrutne i prawdziwe zderzenie z rzeczywistością, kiedy los w ułamku sekundy daje jeszcze szansę. Ważne bowiem, gdzie i kiedy dochodzi do wypadku i pomoc jest błyskawiczna i skuteczna. Czy to nasz kraj, czy inny… Trzeba mieć we wszystkim szczęście. Czy kraj jest sterylny czy nie. Ważne gdzie dochodzi do wypadku, bo wówczas odszkodowanie i potem renta z zagranicy mierzona jest w kilku tysiącach euro albo pozostaje polska nędza ZUS – owska. Diametralnie inny wymiar na koncie. Mamy takie przypadki i wtedy mówimy w tym nieszczęściu o …szczęściu.

Jaka jest pomoc dla poszkodowanych z obszaru sportu? Kto analizuje sprawiedliwość losu? Nie ma takiej i jednym jeszcze dosypują tyle, że większości okaleczonych nie mieści się to w głowie. Nie ma sprawiedliwości, wyznał jeden z młodych niegdyś zawodników, którego okrutny los wykluczył nie tylko ze sportu, lokując go w wieku niemal nastoletnim na wózku. Zapominamy o tych bohaterach, którzy poświęcili swoje zdrowie, bo chcieli zrobić coś w sporcie.

Czy mamy choć jeden turniej w sezonie, w dobrej obsadzie, którego dochód przeznaczony byłby na pomoc dla tych najbardziej poszkodowanych, dla wyrównania sprawidliwości choć na chwilę, raz do roku?! Jakoś nikt nie wpadł na taki pomysł, wprawdzie zdarzają się na gorąco charytatywne turnieje, lecz potem następuje cisza a ludzie nie umierają i muszą żyć. A wiecie jak żyją? Zwracam się do działaczy, zawodników, którym los dał i daje szanse. Czy można czasem podzielić się chlebem? Nie dramatyzuję, w tym brudnym świecie pychy chciałbym odnaleźć trochę serca i zrozumienia dla innych.

Proszę mi więc wybaczyć takie stwierdzenie Oscara Wilde‘a, który powiedział, że „im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta“.

Po letnich igrzyskach w Londynie odbyły się podobne paraolimpijskie. Dla niepełnosprawnych. Polska reprezentacja zdobyła 36 medali i zrobił się wielki szum, ponieważ telewizje zapomniały o przekazach. Jedna z celebrytek /w programie Tomasza Lisa/  Karolina Korwin – Piotrowska palnęła w TVP, że „ daliśmy d…“ Niech mówi za siebie; język w mediach staje się brutalny i brzydki jak zapyziałe dzielnice miast. Nagle dostrzeżono tych ludzi, którzy wielkimi wyrzeczeniami wywalczyli start w igrzyskach a potem sięgnęli po medale. Niektórym było więc wstyd.

W gronie złotych medalistów znalazł się Rafał Wilk, były zawodnik rzeszowskiej i krośnieńskiej drużyny, trener, którego los powalił z mocą na koniec kariery, niemal tak jak Australijczyka Leigha Adamsa. Rafał zdobył dwa złota w wyścigach rowerowych, jest bohaterem jak i jego koleżanki i koledzy, którzy walczyli do upadłego na obiektach Londynu. Rafał Wilk pokazał, że można, nie robił wokół siebie aury i nie popisywał się w światku żużlowym, nie obnosił, nie udawał kogoś innego. Miał cel i wywalczył złote medale, pojechał fantastycznie. Brawo.

Jaka jest cena szczęścia w nieszczęściu? Jaka? Świat bywa obłudny; potrafi odebrać i potrafi dać, acz nie wszystkim i jest okrutnie przewrotny, czasem do bólu bezduszny. Nasze życie obfituje w łzy cierpienia i radości. „Nadzieja umiera ostatnia a wiara nic nie kosztuje“ powiedział ostatnio mistrz kierownicy Robert Kubica. Tak. I żadna łza nie ugasi cierpienia, choć są i takie łzy, które wypływają z oczu strumykiem radosnego ukojenia.

Kobieta ustawia drużynę

Tak być może? Jasne. Ten felieton nie będzie z jądrem sportu, tak jakoś po wielkanocnych świętach mi wychodzi. Dość jaj. Poczekajcie, z jednej strony mamy już nowozelandzką przygodę z Gregiem Hancockiem w roli głównej, który jako aktualny mistrz świata wjechał w nowy sezon z rozpędem i sygnalizuje, że z nim nie ma żartów, on zawsze jeszcze może. Być dobrym w Europie i na antypodach. Jarosław Hampel jedzie za nim jak cień, a dzieli ich kilkanaście lat i kto wytrzyma trudy tasiemcowego walki o mistrzostwo świata włoży koronę na głowę w toruńskim finale Grand Prix. Długa droga jak trasa Orient Expressu i pełna niespodzianek.

Przed nami Leszno i druga odsłona serialu, już inaczej, już będą rozgrzani ligowymi meczami a tam w regionie byłych mistrzów świata Maugera, Briggsa i Moore’a premiera wypadła egzotycznie daleką podrożą i nie tylko. Tomasz Gollob nie składa broni, wszak młodszy jest od Hancocka. Jak będzie smakować sezon zobaczymy w okolicy połowy maja.

A ligowe potyczki? Ekstraliga i przepaść. Trudne czasy dla obu lig, poza tą elitarną, dla egzystencji, pozyskania reklam. Los porzuconych dzieci jest bardzo trudny, wymagają opieki żeby egzystowały, wyrastały, zaniedbane mają marny żywot.

A teraz o szkoleniowym rynku. Ministrowie sprawiedliwości Jarosław Gowin i sportu Joanna Mucha zgodnie zadecydowali, by zawód TRENER znalazł się na liście zawodów do otwarcia.

W piłce nożnej system szkolenia jest niezależny od państwa/ licencje trenerskie np. wydaje PZPN czy UEFA/, samodzielny system szkolenia ma także Polski Związek Jeździecki. Ministerstwo sportu sugeruje by inne związki też tak zrobiły.

Mamy deregulację trenerskiego zawodu. Na liście ogłoszonej przez ministra sprawiedliwości znalazło się 49 zawodów do których ma być ułatwiony dostęp. W przyszłości ma  być 240 takich profesji na 380. Deregulacja ma objąć trenerów wszystkich klas, czyli pierwszej, drugiej i mistrzowskiej.

Aby zostać trenerem w Polsce są dwie drogi.

JEDNA akademicka czyli po ukończeniu AWF. Dyplom daje stopień instruktora sportu. Po dwóch latach praktyki i studiach podyplomowych można być trenerem II klasy. Stopień I klasy uzyskuje się po trzech latach praktyki i ukończeniu specjalistycznego kursu z egzaminem. Klasę mistrzowską otrzymuje się po kolejnych dwóch latach i kursie. Obłęd, papier goni papier. Te wszystkie zdobycze można uzyskać oczywiście bez karalności za przestępstwa popełnione we wspołzawodnictwie sportowym.

DRUGA droga obejmuje tych ze średnią szkołą; więc by zostać instruktorem trzeba zaliczyć specjalistyczny kurs i nie mniej niż 250 godzin oraz zdać egzamin. Koszty są różne od 1,5 złotych o kilku tysięcy złotych.

Deregulacja wprowadza poluzowanie i trenerem sportu będzie mogła zostać każda pełnoletni osoba nie karana za przestępstwa w sportowym współzawodnictwie. W projekcie akcentuje się, że osoby powinny mieć wiedzę „w zakresie działalności trenerskiej“.

Tak to wygląda w projektach łatwego dojścia do różnych zawodów.

Sport żużlowy nie ma nadmiaru trenerów z wykształceniem. W historii był dr Ryszard Nieścieruk, który ukończył AWF. Ilu mamy teraz magistrów po AWF? Na palcach jednej ręki można chyba policzyć.

Szkoleniowy rynek w żużlu jest ubogi, niesie z sobą znajomość jazdy, specyfiki sięgającej tajników sprzętu i ustawiania składu drużyny, czyli tajników psychologii. Mieć tzw. „czuja“ jest darem wielkim jak Giewont. Nie każdy ma w sobie czytanie jazd, gry. W żużlu jest poważny kłopot z absolwentami szkół średnich. Pozostawała więc druga ścieżka zdobywania zawodu i taką Giekażet lansuje.

W sporcie żużlowym mamy instruktorów pierwszych kroków, pracujących w szkółkach oraz szkoleniowców zajmujących się pierwszymi zespołami. Nie każdy potrafi łączyć jedno i drugie. A tak w ogóle to jest deficyt szkoleniowców z intuicją, toteż Marek Cieślak jest  „profesorem“ jako menago.

Starty zagranicznych zawodników w polskich ligach żużlowych nie bardzo uaktywniły szkoleniowy rynek, poliglotów to my nie mamy, próby zatrudniania zagranicznych trenerów/ Duńczyk Tommy Knudsen we Wrocławiu/ raczej nie spełniły oczekiwań. Najczęściej szkoleniowcami żużlowymi są byli zawodnicy, czy ktoś ich weryfikuje? Życie dopiero po latach, kiedy z talentu wychodzą błędy pierwszych jazd. W odróżnieniu od innych sportów ludzie nie jeżdżący wcześniej na torze nie bardzo są akceptowani jako szkoleniowcy. Dyplomy niczego nie zapewniają, weryfikują wychowanków jazdy.

DEREGULACJA trenerska umocni tych, którzy będą mogli po podstawowej szkole szkolić zawodników. Problem w tym, że młodzi ludzie potrzebują także wiedzy ogólnej, no i trenerzy powinni być wychowawcami młodych ludzi. Czy tak jest?

Czy mistrz sportu ale o ograniczonej wiedzy ogólnej może odnosić sukcesy jako trener?

Życie stawia przed każdym z nas obojętnie od wieku coraz większe wymagania i to nie jest sprawa kliknięcia komputerowego, śledzenia internetu, lecz systematycznego pogłębiania wiedzy. Liczne starty w Europie ułatwiają chyba zdobywanie doświadczenia. Życie pędzi, sport gna jak huragan. Każdy żywioł niszczy, więc musi być pod kontrolą.  System więc powinien być monitorowany by uniknąć przykrych wpadek.

Mam przekonanie, że czas trenerów, którzy lansowali piwo zamiast herbaty na śniadanie już chyba minęły. I na koniec taka oto refleksja…  jeszcze w żużlu szkoleniowcem nie była kobieta. Na pocieszenie inne męskie sporty też mają z tym dziewiczy problem. Słaba płeć? Chyba nie.