Grand Szczakiel

Jerzy. Zmarł o świcie 1 września 2020, w dniu tak pamiętnym dla Polski, ze względu na wybuch II Wojny Światowej. Po cichutku, takim był zresztą zawsze. Skromny swoim charakterem, obyczajowości, jako sportowiec i człowiek. JERZY SZCZAKIEL. Z Grudzic pod Opolem, przywiązany do Kolejarza Opole przez całą karierę. Wspomina Andrzej Grodzki, fachowy działacz międzynarodowy, były szef polskiego żużla, znany w środowisku od Bałakowa, przez Pragę po Krsko. – Pamiętam jak zjawił się w klubie, byłem prezesem Kolejarza, dyrektorem patronackich zakładów ZNTK, które znajdowały się za płotem stadionu. Jerzy ukończył zakładową szkołę, ścigał się obiecująco na torze. Zawsze był skromnym chłopakiem spod Opola, stamtąd wyjeżdżał raz po raz w wielki świat. Jego sukcesy rozsławiły Kolejarza, miasto. Nie było z nim kłopotów.

Szczakiel w 1971 roku w Rybniku razem z Andrzejem Wyglendą z miejscowego klubu zdobyli złoty medal mistrzostw śwata par z kompletem punktów, pokonując brawurowo nowozelandzki, znany duet: Barry Briggs, Ivan Mauger. Sławny sukces, świetnie zorganizowany turniej przez górniczy klub, wszystko zagrało jak 600 metrów pod ziemią. Trudno było zagranicznym reporterom wymawiać nazwisko opolanina. Mamy rok 1973. Otwarcie toru żużlowego na śląskim gigancie w Chorzowie. Na Stadionie Śląskim ponad 100 tysięcy kibiców, szok i show dla zagranicy, arena większa od legendarnego Wembley w Londynie. Największa scena żużlowa świata otworzyła bramy, potem jeszcze tam odbyło się pięć finałów światowej rangi, indywidualnie, parami, drużynowo. Faworyzowano w 1973 roku gorzowianina Edwarda Jancarza, lecz Nowozelandczyk Mauger był głównym faworytem. W ekipie efektownie zaistniał 19 – letni Zenon Plech/ zdobył brązowy medal!/ Stadion wył emocjami, dopingiem, władze regionu pieściły imprezę aby pokazać światu, że stać ich na widowisko, które odbije się głośnym echem. Potrafili. Żużlowy rock and roll wypadł rewelacyjnie a po dodatkowym wyścigu z Ivanem Maugerem –  Jerzy Szczakiel zdobył, jako pierwszy polski speedwayman złoty medal, wcześniej mieliśmy w dorobku srebro i brązowe medale IMŚ. Zaskoczenie niespodziewanym zwycięstwem Jerzego było niewiarygodne, reporterzy zachłystywali się wyścigami Polaka, który idealnie wstrzeliwywał się na startach kontrolowanych przez sędziego bawarskiego Georga Transpurgera, /potem był zawieszony przez FIM za  “szybkie puszczanie taśmy”/. A Mauger, który w tym barażu przewrócił się z bólem serca pogratulował Szczakielowi zwycięstwa. Wiwatów innych nie zabrakło.

W mega zachwycie nad turniejem, nad wyścigami, umykała wiedza, że przecież dwa lata wcześniej opolanin zgarnął już złoty medal w MŚ par na rybnickim torze. Wtedy na jego start postawił stanowczo ówczesny szef Głównej Komisji Sportu Żużlowego Polskiego Związku Motorowego ppłk Rościsław Słowiecki, żołnierz o twardym charakterze, mający dar wydawnia “frontowych” decyzji. Oba finały, ten rybnicki i ten chorzowski ustawiły karierę Jerzego Szczakiela. “Wskoczył” do polskiej reprezentacji, były starty międzynarodwe, włącznie z trudnymi test – meczami na terenie Anglii. Przywiązanie do barw klubowych było w czasie lat siedemdziesiątych i wcześniej charakterystyczną cechą w żużlu.

Szczakiel na stadion Kolejarza z domu rodzinnego miał kilka kilometrów. Klub dobrze prowadzony był w elicie polskiej ligi, wyrosło tam wielu znanych zawodników, a Jurek był sztandarowy. Mały stadion, tor specyficzny w stylu angielskim krótki, trudno rywalom przychodziło wygrywać. Co z tego zostało? Z tej ogromnej tradycji? Czas rozmienił zebrany kapitał dobra. Klub jednak istnieje i walczy w najniższej grupie ligowej/ II/.

Zmarły/ 71 lat/, były mistrz świata pod koniec kariery zaliczył bardzo groźny wypadek na swoim torze, długo rehabilitował się i wydaje mi się, że przykre zdarzenie przyczyniło  do przyspieszenia końca startów. Jerzy próbował szkolenia, jednak nie nadawał się do takiej roli. Wielu znanych zawodników sportu nie potrafiło być coachami z sukcesami.

Jakim był Jurek w odbiorze kolegów? Trochę traktowano go jako dziwaka, bo nie uczestniczył w koleżeńskich balangach, spotkaniach, lubił spokój i miał myśli zebrane na swój użytek. Rywale zdawali sobie sprawę, że potrafi ścigać się, miał szybkie starty, walczył na dystansie. Charakter miał inny od kolegów, przyzwyczaili się do niego.

Długo był jedynym mistrzem świata w solowej jeździe, bo aż 37 lat, dopiero w 2010 we włoskim Terenzano Tomasz Gollob dołączył do złotego klanu, a rok temu Bartosz Zmarzlik powiększył grupę lux. Jest ich zatem trzech “zuchwałych”, co zgarnęli złoto mistrzów świata, bogaty sztos zapisany w historii polskiego i światowego żużla.

Kiedy wjeżdża się do Opola od strony Katowic, zjeżdża z autostrady, jest ładne rondo, a na nim stoi… motocykl żużlowy… Znak symboliczny a rondo nosi imię pierwszego polskiego, złotego medalisty MŚ. Rzadkie uhonorowanie sportowca, który rozsławił OPOLE, znane też w innej kategorii, gdyż Festiwale Polskiej Piosenki są imprezami wyjątkowymi na kulturalnej mapie naszego kraju. Luzacki, sympatyczny opolski amfiteatr i jest “tronem” polskiej piosenki, udanych debiutów i nieprzemijających przebojów polskich gwiazd estrady. A żużel? Trochę tam podupadł, lecz nie zginął. Wciąż tam przędą tradycję kolejarskiego klubu, nie jest łatwo, życzę wytrwałości.

Teraz smutkiem żałobnym okryło się miasto i okolice po śmierci prawdziwej ikony żużlowego lansu. JERZY SZCZAKIEL. Przez 37 lat samotny na tronie króla nad Wisłą, chętnie zapraszany na imprezy, sam również z zadowoleniem uczestniczył w znaczących wydarzeniach i nigdy nie stronił od wywiadów dla mediów, traktowano go zawsze z  należnym szacunkiem dla pierwszego Mistrza. W swoim lakonicznym stylu podtrzymywał w rozmowach nadzieje na lepsze jutro. Będzie? To już inny tor jazdy.

Bywałem kilka razy w jego domu. Sport nie może zastygnąć w rutynie, ciągle potrzebuje zastrzyków inowacyjnych, pompowania nowej krwi do twórczego krążenia. Ostatni raz widzieliśmy się na Stadionie Narodowym w Warszawie rok temu, podczas majowej Grand Prix. Szykował się do implantu biodra. Martwił się koniecznością zabiegu.

Na początku tego roku nagle przyplątała się choroba, groźna i nie było żadnego ratunku, oto kilka miesięcy cierpienia i Jerzy Szczakiel, umarł zanim wzeszło słońce. Coś się skończyło, era tamtych pionierskich czasów, polskiego zdobywania podium na torach świata. Wspomnienia są zapisem historycznym, pomocą w nauce dla młodych. Lekcją.

Dzisiejszy speedway jest inny swoim wizerunkiem; nie ma już siermiężnych przyczepek do aut, na których stały motocykle a w podłużnych skrzynkach przewożono “warsztat”. To były charakterystyczne obrazki, które akcentowały “ jadą żużlowcy”. Dziś mamy wygodne vany, eleganckie, syndrom czasów lśniących motocykli, zdobnych kevlarów z designem charakteryzującym “czarny sport”. Jerzy Szczakiel zrobił karierę w tamtej epoce. Może chwilami siermiężnej ale i chyba radosnej z wszystkiego wokół.

Umarł cicho, tak jak żył. A tego czego dokonał jako nr 1 w polskim wydaniu nie można zapomnieć. Historia zapisała, warto zatem w Opolu zobaczyć jak wygląda rondo Jego Imienia, z motocyklem, niczym herbem. Oryginalny w ekspresji pomnik. Podziwiany. SYMBOL. Warto więc zwolnić i objechać cztery razy. Jak na żużlu, tak jak robił Jerzy Szczakiel, kiedy żył. Mgła smutku tak szybko nie opadnie.

Jazdy One Sport

59f085ab1f049_o,size,969x565,q,71,h,ef21ad

I znów One, w poprzednim felietonie tytuł był One Szczakiel, teraz znów lokowany produkt z toruńską nazwą firmy, która zdobywa z uporem rynek żużlowy. Nie odpuszczą! I oni , i śląska grupa trzymająca władzę na kultowym obiekcie. Speedway wystartował po latach przerwy na Stadionie Śląskim meczem Polska kontra Reszta Świata, wygranym przez wybrańców trenera Marka Cieślaka dwoma punktami w ostatnim wyścigu. Szkoleniowiec denerwował się przed startem, który decydował o zwycięstwie, bo “ wypadało wygrać inaugurację żużla na historycznym obiekcie”. Jasne. I znów się sprawdziła intuicja częstochowianina, który jako trener kadry zalicza ostatni sezon, a wszystkie w jego bogatej karierze, przyniosły worek medali dla reprezentacji Polski. Komu przypadnie reprezentacyjna scheda po Cieślaku? Radzę mocno się zastanowić i wybrać fachowca. I dla seniorów, i dla młodzieży. Kto brzęczy w uszach? Jest kilku chcących błyszczeć na międzynarodowym forum. Ilu faktycznie? Dwóch, na razie trzymam w tajemnicy, to moje przemyślenia. Celebrytów i udawania polski speedway nie potrzebuje, normalność jest cnotą, przewidywanie sztuką życia.

Wjeżdżam na Stadion Śląski i obszar Karola Lejmana oraz Jana Konikiewicza, którzy wpadli na pomysł utworzenia firmy, która obnaży luki żużlowych speców spod znaku Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Nie wbili się z pomysłami na forum zarządzane przez Włocha Armando Castagnę, dość często przeze mnie lokowanego w felietonach. Jego szefowanie jest podtrzymywaniem żużla pod kroplówką, nie ma kreacji, ludzie z jego szeregów nie wychodzą przed orkiestrę. Serial Grand Prix, obojętnie co mówią i klepią ludzie pracujący w tej przestrzeni, zużywa się już wyraźnie. I tylko polska strona jest łakoma turniejów, które mają frekwencję zadziwiającą świat. Niszowy sport oddycha płucami znad Wisły. Lejman i Konikiewicz trwają na posterunku i organizują imprezy rangi światowo – europejskiej. Nie ma nici kompromisu z FIM, bo to właśnie oni wyraźnie dowiedli, że mogą kręcić lody. Speedway jest sportem małym o dużym zainteresowaniu hobbystów. Nie wszyscy jeżdżą od imprezy, do imprezy. W domowym zaciszu śledzą wydarzenia, notują, zbierają gadżety, robią statystyki. Fenomenalni kibice tworzący łańcuch wiedzy o żużlu w skali globalnej. Inni mają możliwości oglądania na żywo meczów, turniejów. Wszyscy jednak marzą o jednym, totalnym wydarzeniu w roku, które umożliwi spotkanie pokoleń, mistrzów i outsiderów. Z całego świata, takie żużlowe forum, towarzyska randka z miłości do żużla. Były takie w przeszłości, lecz zostały zastąpione kilkoma, mniejszymi. Nie każdy ma czas i pieniądze, by objeżdżać wszystko, co chciałoby się zobaczyć. Może wróci sentyment realny? Nie wiem.

Siedzę w poczekalni u dentystki katowickiej, obok zaczyna się dyskusja na temat… żużla, jedna pani drugiej pani chwali się, że ma już bilety na finał SEC (15 września, godz. 20) na Stadion Śląski. Podlałem ”oliwy” do tej dyskusji. Entuzjazm z okazji żużlowego ścigania przyćmił to, co miało się odbyć na fotelu dentystycznym. Miło. Come back speedway’a na śląski obiekt w parku, który jest oazą przyrody i wypoczynku dla tysięcy ludzi, został przyjęty, jak się w różnych miejscach tego regionu zorientowałem, z niekłamaną satysfakcją, że “będzie znów się działo”, jak dawniej.

Pierwsze koty za płoty już za One Sport. Teraz zjawi się znacznie większa publika, na meczu było blisko 20 tysięcy ludzi. No, no… mimo telewizyjnych przekazów kibice chcą zobaczyć na żywo ostre ściganie. Dla jednych nowość, dla pozostałych powrót do wspomnień od roku 1973. Premiera stadionu ze złotym medalem Jerzego Szczakiela wryła się mocno. Nie ma już 100 tysięcznej widowni; czasy się zmieniły, telewizja zapewnia wygodę oglądania w domu – na kanapie, w fotelu, choć atmosfery na żywo nic nie zastąpi. Spotykałem teraz kibiców z południa i wschodu, z północy i zachodu Polski. Zadowoleni, choć było krzykliwie i za głośno. Sędzia i podprowadzający przejęli się tym wydarzeniem na tyle, że nie można im wystawić dobrych ocen. Ale… nie nawaliła maszyna startowa i nie trzeba było startować na zielone światło, jak w meczu Ekstraligi następnego dnia na innym stadionie. Niemal wszystko zagrało i pogoda zrozumiała intencje takiej imprezy. Luz, ściganie bez napinki, wszak dzień później były ważne mecze play – offów, które drapieżnie mobilizowały zawodników. A propos startów na zielone światło, byłem kilka razy świadkiem takich sytuacji. Coś tam się psuło… We Wrocławiu zbulwersowało mnie ostrzeżenia dla Janusza Kołodzieja, kiedy już startowano bez tasiemki. Brak empatii sportowej Artura Kuśmierza, zalecam wpierw pomyśleć, potem wydać decyzję. Arbiter za psucie meczu pozostaje bezkarny? Dlaczego? W tym sezonie jest sporo nawalanek sędziów. Nie tylko na startach.

Pierwsza impreza anno 2018 na Stadionie Śląskim była “treningiem” przed ostatecznym finałem indywidualnym mistrzostw Europy. Udało się. Ściganie będzie ostrzejsze, zwykle solowe wyścigi są bardziej zacięte. Jaki zagrają hymn: duński, polski? Tor wytrzyma? Zawsze są dyskusje, jaka nawierzchnia by nie była… To jest materiał położony na bieżni lekkoatletycznej, tartanowej. Po finale SEC – u już go nie będzie, poczeka na następny rok, gdyż nie wyobrażam sobie, aby toruńscy inicjatorzy odpuścili śląską aglomerację. Stadion również kupił tradycję odnowioną, przepakowaną i niech zarządzający nim ludzie twardo tego się trzymają. Karol LEJMAN i Jan KONIKIEWICZ robią swoje, ten duet powinien kiedyś wziąć w pakiecie/ zamiast BSI/ organizację prestiżowych wydarzeń żużlowych na świecie. Polska swoim wkładem w istnienie speedway’a zasługuje na taki proces dziejowy: organizacją imprez, wynikami sportowymi, utrzymywaniem światowej elity i szkoleniem zdolnej młodzieży w ligach. Organizacyjnie historia pokazała, że Polacy potrafią urządzać speedway na poziomie.

15 września kolejna szpila między turniejami Grand Prix, ligowymi play- offami. Scena Stadionu Śląskiego po raz drugi, po solidnej reanimacji podnosi przyjaźnie kurtynę na żużlowe widowisko bez tajemnic. A więc – jazda! Madsen, Hampel, Lambert? No kto?

ONE SZCZAKIEL

IMG_2024

Pojechali! Odjechali! Stadion Śląski, po kilkunastu latach przerwy, sztucznym torem znów zaprosił sympatyków żużla. No i dobrze. Mecz Polska kontra Reszta Świata był prologiem przed indywidualnym finałem Mistrzostw Europy/faworyt Leon Madsen, skażony miłością do Polski, mieszkaniec Wejherowa/, który odbędzie się 15 września na wyszykowanym na nowo stadionie, który w przeszłości był areną kilku finałów MŚ. O meczu inaugurującym sezon na “odgrzebanym” obiekcie innym razem. Obie imprezy pod egidą toruńskiej firmy One Sport, z kapitałem Karola Lejmana i Jana Konikiewicza, którzy obok Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, z żużlowym guru włoskiego pochodzenia Armando Castagną, podsycają ogień na palenisku tego sportu. Wkładają podpałkę, bo speedway wpadł w niebezpieczną rutynę rozgrywania mistrzostw świata. W pseudoelicie jadą o medale nie wszyscy, którzy powinni, a lepsi patrzą na popisy frustratów. Mam nadzieję, że Lejman z Konikiewiczem wybaczą mi tytuł, ściągnięty z nazwy ich firmy One Sport, ale… Po kolei panie i panowie.

Cofnijmy czas, który strasznie szybko leci w dobie błyskawicznej informacji, przesył myśli skraca życie. Cywilizacja, cały świat przez internet wyciskany jest jak gąbka.

Lata 1972 – 1973. Grupa sympatyków żużla na Śląsku, z prezesem okręgu Polskiego Związku Motorowego Aleksandrem Szajerem, który miał pełne zaufanie prezesa Zarządu Głównego PZM nieodżałowanego o świetnej dyplomacji motorowo – sportowej na świecie i trudnych czasów w Polsce Romanem Pijanowskim, postanowiła zbudować tor na Stadionie Śląskim. Linia Katowice – Chorzów, obiekt obok warszawskiego Stadionu Dziesięciolecia największy z niezapomnianymi meczami polskiej reprezentacji, klubowymi pojedynkami Górnika Zabrze i telewizyjnymi komentarzami redaktora Jana Ciszewskiego, który nie krzyczał a komentował z wyczuciem, dając odetchnąć w emocjach kibicom. Wzór. A kibice chętnie przychodzili na stadion, on był ich, władza była potrzebna inwestycyjnie, patronacko a tacy fani, wierni z hasłami piłkarskiego triumfu zabrzan np. “tako Roma momy doma”. Było hucznie, wesoło, zwycięsko. Był “fuzbal”, lecz nie było tam żużla, który bujał się w Rybniku a śląski speedway miał etykietę szybkich i niezawodnych mistrzów toru. Rybnik był Mekką, przy ul. Gliwickiej rozgrywano światowe finały i w 1971 para rybnicko – opolska, czyli Andrzej Wyglenda plus Jerzy Szczakiel wymanewrowała wielkich bossów nowozelandzkich jak: Barry Briggs i Ivan Mauger. W finale MŚ par, polski duet wywalczył komplet punktów, szok dla Zachodu; Rybnik był synonimem żużla sportowo, organizacyjnie na światowym poziomie, który jeszcze glancował na angielskich torach Antoni Woryna. Nie wymieniam wszystkich, którzy tam ścigali się pod patronatem górnictwa, to była zgrana paka ludzi, którzy kochali ten sport na zabój. I działacze byli na poziomie, i zawodnicy świadomi swoich celów. Trochę oddaliłem się od Katowic. Byłem świadkiem i nie tylko, jako dziennikarz “ Sportu” tego, co robiono, żeby speedway zaistniał na Stadionie Śląskim. Władza zaufała działaczom, nikt nie liczył czasu i nie pytał za ile… Pasjonaci za bułkę bez banana. A dziś jakie mamy czasy? No dobrze, “tamto” było podobno szare, a dziś jest kolorowe i coraz droższe. Jak sobie postawiono cel, to zrobiono, bo na Śląsku, kiedy mówią tak, znaczy TAK.

Klubowymi siłami Rybnika i Świętochłowic odwalono kawał roboty, szychty były pracowite i przyniosły efekt. Organizacyjnie, familijnie, sportowo udany.

2 września 1973 roku odbył się finał indywidualnych MŚ, najbardziej prestiżowa impreza w tym sporcie. Magiczne było londyńskie Wembley, które nie gromadziło 100 tysięcy widzów, byłem tam trzy razy i doznałem uczucia jakbym wpadł w piekło i niebo zarazem. Wembley pozostanie dla mnie wspomnieniem do końca życia turniejów z gatunku największych wzruszeń. W głowie buzuje mi atmosfera legendarnego stadionu.

STADION ŚLĄSKI, położony w ogromnym, atrakcyjnym parku chorzowskim, “płucach” śląskiego klimatu, pomysłu Jerzego Ziętka, prawdziwego gospodarza.

Żużel, święto całego regionu, Polski też. Wszystko podporządkowane tej imprezie na którą przyszło ponad 100 tysięcy ludzi! Wyobrażacie sobie? Do dziś spotykam wnuczki, wnuków, którzy z babciami, dziadkami uczestniczyli w tym wydarzeniu. Dobrze wspominają, starsi, młodsi, jak film z Bondem czy Klosem. Otwarcie turnieju przy pogodzie, sceneria w regionalnym stylu, co ważne, bo każde duże wydarzenie powinno mieć akcenty rodzime. Nie zawsze tak niestety się dzieje, bo rutyna jest wygodna i mniej kosztuje, ale robi się cholerna grand nuda: wybieg super dziewczyn na starcie, Harley’e, bzykanie fajerwerków, wszędzie podobnie i nie wiem czy jestem w Polsce, czy Danii.

Pretendentów do podium było kilku, po cichu liczono na cud, na polskie cudowne objawienie. Polska do tej pory nie miała mistrza świata w solowym ściganiu.

Asem był Ivan Mauger, Nowozelandczyk, sprytny na starcie, z dobrym sprzętem. W polskim zestawie był ze złotej pary/ 1971/ Jerzy Szczakiel, także m.inn. Zenon Plech /był trzeci/, Edward Jancarz. JUTRO nie każdemu jest dane… Szczęście sprzyja lepszym.

Trybuny pełne, święto jak się patrzy. Sędziuje Bawarczyk/ z Pocking/ Georg Transpurger. Odrębny rozdział. Wcześniej notabli kokietowali włodarze regionu, bogato i skutecznie. Doping dla każdego Polaka niesamowity, brawurowe jazdy na maksa. No i co się dzieje? Jurek Szczakiel z opolskiego Kolejarza imponuje piorunującymi startami, nie daje rady Mauger. Zagraniczni kibice w liczbie kilkudziesięciu tysięcy/tak, najwięcej z Wielkiej Brytanii/ “wbici” w drewniane ławki, bo takie tam były. Baraż; Ivan przewraca się na wirażu, leży i patrzy ukradkiem, jak Jerzy szaleńczo pędzi przy ogłuszjącym, radosnym aplauzie widzów; wygrywa, zostaje mistrzem świata jako pierwszy Polak. Jest cudownie, kończy się śląska ballada, darmowa komunikacja rozwozi zadowolonych kibiców. Wspomnienia tułają się do dziś. Nic dwa razy się nie zdarza. Szkoda.

1973 rok, 2 września, rocznica, 45 lat temu… Po tylu latach Szczakiel/ rocznik 1949/ znów robi rundę honorową, dobrze się trzyma, raz jeszcze honorowo jedzie, tym razem na kładzionym torze. Brawa. Podziw. Jerzy był w 1973 roku “ogłuszony” złotym medalem, dostał wysoki puchar kryształowy, kiedy wsiadał do dużego Fiata, zleciało mu przykrycie z tego trofeum, na szczęście nie rozbiło a mistrz świata pojechał z Chorzowa wprost na grób niedawno zmarłej mamy. Pozostał skromnym facetem, długo czekał na kolejnego, polskiego mistrza świata, aż do 2010 roku, gdy Tomasz Gollob zdobył złoto we włoskim Terenzano. Szczakiel jest bohaterem stadionowej legendy sportu.

z17598835V,Jerzy-Szczakiel--w-srodku--na-podium-w-Chorzowie--

45 lat temu ikona z Grudzic, przedmieść Opola, klubu, który dziś boryka się z dużymi kłopotami, znów pojawił w cywilnym ubraniu na motocyklu. Jeszcze może! Nie zapomniał tego dnia, niedzieli 2 września i co wydarzyło się na oczach ponad 100 tysięcy widzów. Absolutnie niezapomniana, sentymentalna podróż w czasie, dla mnie również, bo jestem starszy o te lata, pamiętam każdy fragment tego szczęśliwego dla polskiego żużla dnia. I pamiętam barwne, kontrowersyjne komentarze z niespodziewanym bohaterem, które są historią sensacyjnego wydarzenia pt. ONE SZCZAKIEL.

Lato z “cyfrowym” żużlem

Zrzut ekranu 2015-08-18 o 18.38.46

Tradycyjnie w zasłużonej “Jedynce” słucham “Lata z radiem” i odkurzam wspomnienia. Prowadzący audycję odwiedzają Polskę wszerz i wzdłuż, wydobywają ciekawostki i muszę przyznać, że Ojczyzna jest bogata w historię, wydarzenia i ludzi, którzy mogą godzinami opowiadać o zawartości mojego kraju. Imponujące, choć nie wszystko tak do końca biorąc pod uwagę dzisiejsze poczynania polityczych elit. No ale różnie w historii Polski bywało i 123 lat niewoli z powietrza się nie wzięło. W tym lecie z muzyką i historią, przeplatanymi jak maki z łanami zbóż, sięgam pamięcią w speedway…

1973 rok i wielkie przygotowania do debiutu na światowej arenie Stadionu Śląskiego w postaci żużlowego finału indywidualnych MŚ. Śląskowi potrzebny był sukces, do tej pory na żużlu rej wodził w organizacji światowych finałów Wrocław i tamtejsi działacze, niezwykle zdyscyplinowani i fachowo ukształtowani jako mentorzy. Grupa motorowych pasjonatów na Śląsku miała ambicje poparte przez miejscową władzę. Interesy się sprzęgły a Stadion Śląski w Chorzowie słynący do tej pory głównie z piłki nożnej dostał kopa w postaci żużlowego wydarzenia. “Fuzbal” był ważny, lecz wybudowanie toru na tak wielkim obiekcie podnosiło adrenalinę doświadczonym działaczom Polskiego Związku Motorowego, śląskich klubów, z których rybnicka kuźnia była wtedy niemal żużlową Barceloną. Klasa robotnicza Śląska i Zagłębia szykowała się na wydarzenie, które ogniskowało zainteresowanie szerokiego spectrum. Dziś, już starsze osoby chętnie wspominają, jak przeżywały pobyt na stadionie w 100 tysięcznym tłumie. Nie stałem wówczas obok, lecz jako reporter redakcji “Sportu” byłem zaangażowany w produkcję tej imprezy i jak się okazało w następnych latach w bardziej fascynującej formie i odpowiedzialności, podczas finałów MŚ na tym obiekcie.

Mekką dla żużlowego świata od czasów powojennych był LONDYN ze słynnym WEMBLEY, gdzie rozgrywano finały indywidualne i drużynowe. Poleciałem tam w dwa lata po chorzowskim wydarzeniu i przekonałem się, co znaczy zmasowany doping, nie tylko angielskich fanów, przypominający rozpalony wulkan. Magiczne przeżycie, którego mi było jeszcze dwa razy doznawać.

Wembley diametralnie różniło się od Stadionu Śląskiego, ryk z pionowych trybun wgniatał w murawę i tor uczestników rywalizacji. Turnieje bajecznie scenariuszowo i reżysersko wbijały się w pamięć. Chorzowski stadion frekwencją przebił londyńską świątynię sportu, ale jego rozłożysta posągowość nie ogniskowała tak mocno wrzawy jak Wembley. Tory były też diabelnie inne; w Londynie po starcie upiornie wąska ścieżka, potem każdy wiraż odmienny, zaś chorzowski tor uładzony i szeroki jak autostrada. Goście zagraniczni byli zafascynowani śląską gościnnością, gigantycznym obiektem w pięknym parku, dziś imienia najlepszego w historii gospodarza górniczo – hutniczej ziemi gen. Jerzego Ziętka. Pogoda dopisała gierkowskiej ekipie. Widownia wspaniała i chyba nikt nie przewidywał, że będzie taki sukces. Liczono na Edwarda Jancarza, młodziutkiego Zenona Plecha a tu wyskoczył jak diabeł z pudełka JERZY SZCZAKIEL. Nie do końca z pudełka, bo opolanin z Grudzic, w 1971 roku razem z rybniczaninem Andrzejem Wyglendą dali łupnia na rybnickim stadionie w finale MŚ par, faworytom z Nowej Zelandii Barry Briggsowi i Ivanowi Maugerowi. Szczakiel w dodatkowym wyścigu w Chorzowie pomknął jak szaleniec po złoty medal. Okazały kryształowy puchar z trudem zmieścił się w Fiacie 125. Na trzecim miejscu podium stanął Zenon Plech. Organizacyjnie także się udało i mega obiekt przeszedł do historii.

1973 rok zapisał się dla polskiego sportu jesienią jeszcze jednym super wydarzeniem, bo oto na Wembley reprezentacja piłkarska pod wodzą Kazimierza Górskiego wykopała z MŚ sensacyjnie, po remisie 1:1, dumnych Anglików. Co tam się działo!

A Szczakiel skromnie i sentymentalnie wspominał wydarzenia w Rybniku oraz Chorzowie i nie spodziewał się, że aż do 2010 roku będzie polskim samotnikiem na złotym tronie MŚ w solowym ściganiu.

HISTORIA nie pieści i nie dekoruje na siłę nikogo, los wybiera kogo chce, pech zabiera a szczęście nie zawsze sprawiedliwie obdarza każdego.

W latach osiemdziesiątych pojawia się nowa, ekscytująca postać na żużlowym rynku. Zawodnik z talentem efektownych jazd, błyskawiczny jak indiańska strzała na prostych. Wjechał na tory z motocyklowym doświadczeniem i zafascynował środowisko. TOMASZ GOLLOB na długie lata koloruje swój portret na światowej arenie i polskiej scenie. Sport zawsze potrzebuje nowych gwiazd, do starych się przyzwyczaja, zaś nowe objawienia hołubi jak madonny. Gollob jeździ i wygrywa. W 1993 roku w bawarskim Pocking w finale IMŚ skupia zainteresowanie jako wschodząca gwiazda. Jeszcze mu jednak i blisko, i daleko do podium.

Dwa lata później zostaje zmieniona formuła indywidualnych MŚ na kilkanaście turniejów Grand Prix. Otwiera szanse Tomaszowi Gollobowi, choć jednocześnie oddala jednorazowy laur. Premierę serialu GP’95 we Wrocławiu wygrywa imponująco w brawurowym stylu Polak. Nadzieje rosną jak topole. Kiedy był bliski złotego medalu w serialu, makabryczny wypadek na wrocławskim stadionie/ 1999/ odkłada koronację na długo. A Szczakiel czeka… Za ikoną po Europie jeżdżą kibice w liczbie bardzo zadawalającej organizatorów igrzysk GP a głośny doping i dekoracyjność kibiców uwodzą podobnie jak “Małyszomania”. Rodzi się “Gollobomania”.

  1. Kolejna edycja GP i 25 września turniej we włoskiej części Udine, peryferyjnym Terenzano. Tym razem szczęście dopisało i nie utopiło się na szerokim białym torze; oto Tomasz Gollob zostaje wreszcie mistrzem świata! Polak dołącza do Szczakiela po 37 latach! Cierpliwość i upór zostają nagrodzone i najlepszy w historii polski żużlowiec, obywatel TG ma wprawdzie tylko jedną złotą koronę IMŚ, acz powinna być ona ozdobiona diamentem.