Łzy spadają na maski

Screenshot 2020-08-04 at 18.48.27

Żal mi się zrobiło okrutnie. Liga posypała się trochę, jak domek z kart. Jeden człowiek w parkingu w Rybniku/ potem jeszcze mechanik/ wg. procedur przyjętych słusznie przez mocodawców ligowych rozgrywek, u którego wykryto koronawirusa wywrócił kalendarz, bez telewizyjnego rechotu. Na razie cząstkowo, nie chcę zapeszać ale do tej pory mecze leciały jak kartki z kalendarza. Sprawnie, jakby nie ten świat. Aż tu nagle mecz ROW – Unia Leszno i jego pokłosie spowodował blokadę. Odwołane spotkania, badania, kwarantanny, jeszcze nie wiadomo co będzie dalej, bo wirus krąży jak zaraza. Chyba za dobrze było – mówi mi jeden z przyjaciół, który ogląda pilnie mecze, więc dyskutowaliśmy o decyzjach sędziów, incydentach na torze, o komentowaniu w TV – dobrym i złym, często podpowiadał mi niektóre rzeczy, bo na tym sporcie się zna i sponsorował imprezy, zawodników. On w stolicy, ja w Katowicach, hot line funkcjonowała bez zarzutu. Jeszcze u mnie dochodzi piłka nożna, która kasuje mi czas. Życie wracało po przerwie do normy. Aż tu nagle bomba w ogródku. Pierwsza ale nie ostatnia. Speedway rozwija żagle na różne konkurencje. Żal mi organizatorów, zawodników, którzy napędzali się z ambicjami wielkimi, żal mi kibiców tych, którzy przychodzili na stadiony, wprawdzie cząstkowo, lecz mieli taką szansę oraz żal fanów, ogromna rzesza, śledzących wydarzenia w domach. Zaczęły się także turnieje indywidulanych mistrzostw Europy, dwa turnieje, ten trzeci niemal tuż przed wyścigami wycofany, bo zawodnicy jeżdżący w serialu SEC zostali zablokowani zgodnie z medycznymi zasadami. Firma One Sport, która organizuje IME rozpędzała się na dobre, w odróżnieniu od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/. Toruńska OS zdecydowała się szybko na urządzenie imprez i wyłonienie mistrza tegorocznego, pandemicznego. Los jednak spłatał przykrego figla i procedury anty wirusowe zadziałały.

A żużlowy FIM w letargu, śpiączka bardzo niebezpieczna, bo grozi snem zimowym. Nie jest to śpiączka farmakologiczna, lecz spowodowana brakiem pomysłu na aktywację mistrzostw świata. Logowania nie ma, resetu brak, absencja kreacji. Jeśli polska strona żużlowa nie przejmie inicjatywy, może być incydent historycznej luki w ciągłości indywidualnych MŚ. Trudno? Nie, jeszcze bije dzwon na trwogę i jest czas na urządzenie jednego finału IMŚ, który rozwiąże problem nie tylko na jeden sezon.

Ciągle ubolewam nad bezradnością FIM. Polskie władze żużlowe uruchomiły modelowo start ligowy, zapewniły “pracę” polskim zawodnikom i zagranicznym. Przykro mi, że nie usłyszałem ani razu pochwały z flanki zawodniczej polskiej i międzynarodowej, że tak się stało. Bo wcale tak nie musiało być, tolerując śpiączkę FIM.  Zafundowaliśmy Moto Igrzyska, uczestnikom i widzom. Trudno przewidzieć co będzie dalej, bo jeśli znów wirus zatańczy? Nie ma pewności. Dlatego tempo rozgrywek musi być diabelnie szybkie. Publiczność jest telewizyjna, straci dużo, niestety cierpliwość musi być trenowana na maksa. Już tyle kibice czekali, wierni, miłosierni, wybaczą i takie przypadki niezależne od nikogo. Los tak chciał? Nie należy kusić go nadaremnie. Rozbuchało się towarzystwo.

O tym potem.

Wracam do zaliczonych meczów. Sędziowie wyraźnie wytrącili powtórki niby “kradzionych” startów, doceniając wartość sportu. Brawo. Komentatorzy dopatrują się jeszcze czasami mrugnięcia powieki, ruchu. Bez przesady, nie róbmy z żużla apteki. Ostatnio znów słyszałem od Nowego na antenie z Torunia, że ktoś ukradł start/ 2 razy/, popraw się dżentelmenie, bo barwę głosu masz oryginalną i potok słów jak tatrzański wodospad. Nie ma kradzieży startu, to złe słowo, jest tylko refleks, którego chłopcy uczą się od małego. Nie dopatrujmy się zatem niczego złego pod taśmą, bo nadleci wirus w koronie i zdmuchnie wszystko. I nie pomoże chocholi, komentatorski śmiech, z byle czego.

I jeszcze jedno szpryca pro publico bono… Otóż trudno ją zważyć, obojętnie gdzie leci czy z toru rybnickiego, lubelskiego czy gorzowskiego. Tam była ciężka, tam lekka, zastępcze tematy z ogródków działkowych, brakuje jeszcze gadającym głowom kufli. Jeszcze o torach; wydaje się, że jest znacznie lepiej niż było, sprzyjają rywalizacji a speedway ogląda się najlepiej, gdy są mijanki. Był ostatni a jest pierwszy. I o to chodzi moi drodzy. Więc zachłystujemy się, kiedy dech nam zapierają wyścigi na żyletkę, od startu do mety. Raz jeszcze przypominam, że warto wrócić w regulaminach do połówek punktu, wszak nie ma fotokomórek więc trudno rozstrzygnąć kto wygrał a mieliśmy już w tym sezonie taki przypadek. Książka regulaminów jest wypasiona z lukami.

Czekam na sprawiedliwy wyrok/pisząc nie znam werdyktu KOL/ meczu w Gorzowie z częstochowskim Włókniarzem z powodu braku prądu. Awaria będzie usunięta dopiero z początkiem sierpnia. Nadal wisi kuriozalna sprawa młodego Maksa Drabika z wrocławskiego klubu, chyba wcześniej zakończą się rozgrywki ligowe, niż ten zawodnik otrzyma wyrok Polady. Chyba nie przyschło, było przecież dużo deszczu. Sport potrzebuje decyzji szybkich, wtedy obojętnie czy w lewo, czy w prawo wokanda staje się wiarygodna; kiedy transparentność traci walor, rodzą się podejrzenia o mataczenie.

Każdy sport, nie tylko speedway, wymaga ocen sprawiedliwie szybkich, casus tej sprawy drabikowej przypomina drabinę do nikąd. Krążą różne wersje, fake newsy.

I na koniec uwaga jak trwoga. Zawodnicy nie powinni lekceważyć wroga w postaci wirusa. Jeśli ktoś chodzi do kilku sklepów a nie do jednego, ma większe szanse na zakażenie. Zawodnicy krążą między klubami, gdy znajdzie się zakażony tracą dwa, trzy kluby. Stop, róbmy rygor, który pozwoli na odjazd ligowy bez statusu zawodnika –  gościa. Mamy przykłady złe a poluzowanie obostrzeń w klubach grozi katastrofą. Władze Ekstraligi powinny wydać komunikat, który zaostrzy “wędrówki ludów”, lepiej mieć coś, aniżeli nic. Nie mnóżmy turniejów, nie wkręcajmy się w zabawę, bo lepiej zaliczyć ligowe wyścigi i zdrowo zakończyć sezon. Rusza też druga liga, mikra, warto zadbać o zaplecze. I ten trudny okres zakończyć egzaminem jednym a dobrym, trzymajmy więc ligi pod rygorem, “goście – wirusy” mogą nam zepsuć w tym chorym sezonie wszystko. Nie chciałbym aby łzy umoczyły maski.

Żużloholicy /- holiczki/

buzzaldrin-1280x720

 

Zbadani wirusowo na Covid 19, po kwarantannach, wygłodniali na jazdy jak wilki na owieczki, spragnieni zarabiania. Ścigania, wygrywania, emocji. Adrenaliny, która ładuje każdemu sportowcowi “akumulatory” do życia. Wyselekcjonowana grupa zawodników I ludzi im potrzebnych do imprez jest gotowa z minusowym wynikiem testów. Żużel łapie powietrze na stadionach. Data 12 czerwca jest symboliczna, podobna niemal pierwszemu krokowi człowieka na Księżycu. Zostawmy jednak wszechświat, spadnijmy na ziemię. Jeszcze w rezerwie “drzemie” armia kibiców, żużloholików,  – holiczek dodam, bo speedway uwielbiany jest przez płeć, która od zarania dziejów podnieca mężczyzn. Na razie w Polsce trwa popuszczanie rygorów związanych z zakażeniami, znikają maseczki, choć prawdę mówiąc trzymajmy je w pogotowiu. To samo rękawiczki, bo wirus jeszcze nie odleciał, krąży zdradliwie jak zaraza, więc lepiej ręce mieć czyste jak łza. I odkażone. Kibice zasiądą przed telewizorami, muszą uzbroić się w cierpliwość, na pewno określona przepisami liczba fanów będzie wcześniej czy później wpuszczona na stadiony. Piłkarze już otworzyli boiska po pandemii, zagrali mecze przy pustych trybunach, smutnie karuzela zakręciła interesem.

SPEEDWAY. Polska w ostatnich latach jako “matka” ligowej egzystencji elity światowej a raczej europejskiej, przejęła postpandemiczne obowiązki uruchomienia spirali. Jak będzie przebiegać ten proces pokaże czas, bo do tej pory nie było takiego przypadku. Wirus wywołał balans wszystkimi elementami sportu, jego przygotowań, przebiegu imprez. Teatr bez widzów jest lustrem księżycowego krajobrazu. Czekamy na pomysły przejściowe, chyba/ ?!/ nie brakuje ludziom odpowiedzialnym za speedway inwencji/?!/. W następnym felietonie o dziwnej zapaści międzynarodowych władz a FIM istnieje od 1904 roku! Zaćmy warto leczyć. Resetować tradycje póki nie jest za późno.

PREMIERA sezonu zwykle miała miejsce wczesną wiosną, bywały lekkie opóźnienia, gdy zima robiła psikusy, jednak ocieplenie globalne powodowało w ostatnich latach dotrzymywanie terminów kalendarzowych. Gdzie marzec a gdzie czerwiec? Epidemia wyrzuciła brutalnie za burtę wszystko, co było przyzwyczajeniem, normalnością w życiu na planecie. Kilka miesięcy trwogi zrobiło wyłomy, które wcześniej czy poźniej dotkną poszczególne sektory naszego życia. W tym sportu także, vide kłopoty finansowe takiej potęgi jak Boska Barcelona. Kontrakty reklamowe, umowy medialne weryfikuje pieniądz. Gospodarka światowa wpadła w potężny dół. Każdy ma swoje problemy, nadchodzą jak tajfuny, prognozy trzeba rozważać i ustalać warianty. Podziwiam optymizm niektórych bossów, którzy jakby zamknięci w swoim kokonie nie widzą jutra i pojutrza. Sport finansowo już dawno zdziczał, kontrakty gwiazd np. futbolowych wyśrubowane zostały niebotycznie. Milion euro tygodniowo jest gażą normalną? Z jednej strony mamy świat umierających dzieci z głodu, z drugiej szaleństwa kontraktowe klubów. Bez dostrzegania realiów a ludzie chętnie korzystają w rozbiórce sejfów. Jest ogromna różnica między bramkarzem, piłkarzem obojętnie jakiej funkcji na boisku a zawodnikiem sportów samochodowych, motorowych. Speedway jest ryzykiem, ekstremalnymi wyścigami, które mogą być przerwane nagle wypadkiem skutkującym kalectwem, ba! Utratą życia. Piłkarz w każdej chwili może zagrać źle, bo czuje się słabo, być sfaulowanym brutalnie i długo rehabilitować. Prawda oczywista, druga potężniejsza jest taka, że na torze w walce gladiatorów bez faulu a przypadkiem złego losu karambol lokuje zawodnika w życiowej klatce nieszczęścia. Relacje finansowe pomiędzy asem piłkarskim i nie koniecznie gwiazdorem a wybitnym naukowcem, badaczem i także sportowcem ścigającym się na torze samochodowym, żużlowym jest przepaścią. Czy okres pandemii jest w stanie wyrównać niesprawiedliwość sportowych kontraktów? Wątpię. Za mało nieszczęścia dla rutyny zachowań. Przykłady grymaszenia niektórych, nielicznych zawodników w żużlu na polskiej scenie były niewinne. “Trudne dziecko” z Unii Leszno Piotr Pawlicki jr. ma charakter, który nie pozwala mu na akceptację narzuconych opcji. Dlatego mimo różnych wad, dostrzegam u niego zalety. Wolę z nim stracić, niż z innym zyskać. Zostawmy go w spokoju, wkrótce pokaże co potrafi, Dariusz Ostafiński ma Pawlickiemu jr. sporo do zarzucenia. Nie znam się z szefem żużla “Sportowych Faktów”, jak ongiś z jego ojcem, świetnym piłkarzem/ stoper/, reprezentantem Polski, Marianem/ur.1946, Przemyśl/, który często bywał w redakcji  “Sportu”, gdzie pracowałem, namawiam więc czasem do tolerancji, choć też nie toleruję wybryków w sporcie. Ostatnio ze smutkiem przyjąłem zatrzymanie w sprawie kradzieży lux auta, byłego zawodnika Falubazu Zielona Góra. Ten klub ma pecha do kryminalnych wokand, przypomnę sprzed lat zabójstwo człowieka/też chodziło o auto/ dwóch żużlowców tego klubu, ponadto tamże przykre samobójstwo jednego z talentów. Speedway, raz po raz, nie jest pozbawiony sądowych wyroków, rybnicki niedawny ”wyczyn” byłej gwiazdy, także “fantazja” byłego weterana, robią rysy i potwierdzają zarazem, że zawodnicy są podatni na rozmaite “słabości”. Życie potrafi zaboleć… Najgorsze, kiedy na własne życzenie.

– Głupota bywa hurtowa a mądrość detaliczna, jak napisała polska noblistka Wisława Szymborska. Popatrzmy wokół, posłuchajmy…

No a za kilkanaście dni mamy wreszcie start najlepszych polskich ligowców. Jak wypadnie premiera? Będzie dobrze, tak myślę, zawiruje ruletka, jednak pełnia radości zapanuje, gdy na stadionach “rozstawieni” kibice będą dopingować swoich ulubieńców. Na polski rachunek w determinacji koniecznych obostrzeń i tak będzie dużo więcej żużloholików – czek, niż gdzie indziej poza polskim krajobrazem. Taki nasz spleen.

“Boso” ale w kasku

d174024a5c3471f15788ba865d4213c8-598

Dość już polskiego “tsunami”, hejtów i żartów większości z mniejszością?

Zanurzyłem się zatem w książkowych szpargałach dla oddechu bez maski. Chwile z emocjami szczęśliwymi dla czytelników, wykonawców i widzów trwają w pamięci a kiedy nam źle, wracamy z przyjemnością do takich momentów, bo zapewniają dystans mniejszy, niż 2 metry. Pozwalają na inne myślenie, oddalają bez rękawiczek sprawy złe dla serc. Czy wrażliwość zwiększyła się przez koronawirusa? Nie zauważyłem.

Oglądałem pierwsze mecze piłkarskiej Bundesligi bez widzów, gol z karnego Roberta Lewandowskiego. Pusta widownia w Berlinie, pokrzykiwania na siebie zawodników były tłem dla gry, która przypominała treningowe sesje. Gra w dziada? Coś w tym rodzaju. Ruszyła nasza ekstraklasa futbolowa, też bez widzów, potem polski żużel ogołocony pandemicznie z fanów. Na zdrowy rozum…teatr bez widzów, grają aktorzy. Nie ma oddechu drugiej strony. Co lepsze? Przeczekać trudny czas, zagrać, pościgać się przy spragnionej emocji widowni? Z kanapy nie słychać na stadionie dopingu. Epidemia jakby zrobiła sjestę, drzemie wieszczą lekarze. Dentyści wyrywają zęby z nowym cennikiem za środki dezynfekcji, fryzjerzy obcinają drożej, pociągi w nowej odsłonie szanują miejsca nie koniecznie przy oknie. Cool? Odmrażanie nie uznaje tempa, zamarzniętych rąk nie można wkładać do wrzątku. Ukoronowany wirus krąży, wyznacza restrykcje, które złamane kończą się pod respiratorami. Życie uczy? Historia też? Odporność na wiedzę nie łączy się ze skromnością. Maski kryją twarze, jedni uwielbiają, drudzy cierpią. Maski niektórym już chyba zostaną na zawsze, nie tylko jako pamiątka po zarazie.

Zwinny na boisku as Liverpoolu Sadio Mane z Senegalu przyłapany na ulicy z telefonem w ręce, uwidocznił strzaskaną szybkę w IPhone. Zdjęcie jak zdjęcie, Sadio zarabia furę funtów na stadionach, strzela bramki. Fani: nie stać Ciebie na nowy telefon?

Mane ripostuje, “biegałem boso, umierałem z głodu, po co mi 10 Ferrari, 20 zegarków z diamentami…wolę budować szkoły, dawać biednym ubrania, jedzenie”… Wysyła miesięcznie ludziom w Senegalu po 70 euro, żeby jakoś egzystowali rodzinnie. “By mieli trochę tego, co mnie dało życie”. Sadio Mane, hebanowy piłkarz trenowany przez Niemca Juergena Kloppa, ma cenionego szkoleniowca sportowego i życiowego.

Speedway w polskim wydaniu przygotowuje się na premierę, głównie telewizyjną. Koszty poleciały w dół kontraktowo, nie wszyscy przyjęli propozycje ze zrozumieniem sytuacji, każdy ma inny charakter, inny żołądek i roszczenia. Eldorado Poland dla niektórych się kończy. Komfort egzystencji weryfikuje twarda rzeczywistość.

Na początku historii polskiego żużla słynął on przez długie lata z przywiązania zawodników do klubu, speedway był wzorem poszanowania wychowanków dla tradycji drużyn, regionu. Rybnik, Leszno, Gorzów, Toruń, Zielona Góra, Tarnów… kuźnie kadrowe, talenty ciosane na mistrzów. Trochę inna sytuacja była w “mundurowych klubach”; Bydgoszczy, Gdańska, wcześniej Katowic /Gwardia na Muchowcu/, zawodnicy byli powoływani do służby, choć nie szastano kontraktami, jak w piłkarskich firmach, np. Legii/wojsko/ Warszawa. Nie zawsze sami zawodnicy mimo kuszących ofert chcieli opuszczać rodzinne strony, swoich kibiców. Pamiętam jaka awantura powstała, kiedy Zenon Plech postanowił wyjechać na wybrzeże. Gdańsk kusił jodem i Bałtykiem, nawet… uniwersytetem. Plech zawziął się na zmianę a możni Wybrzeża zrobili resztę. Szum był potężny. Rybniczanie byli jak górnicy, fedrowali razem. Unia Leszno wzór do czasów zagranicznych kontraktów. Nie wspominam innych klubów, tradycyjne przywiązanie do swojego warsztatu było godne podziwu i zawsze powtarzano na polskiej scenie wyczynowej, że żużel ma silne korzenie rodzinne. Czasy się jednak zmieniały i budowanie drużyn ulegało przemeblowaniu totalnemu. Jest grupa, która wędrowała tam, gdzie więcej dawano kasy. Ikona nie ikona, cena grała rolę najważniejszą. I tak chyba będzie, bo brakuje autorytetów, które zwiążą klubowo ludzi z sobą. Polskie żużlowe Eldorado jest jedyne w tym sporcie, mimo pandemii, to nie najlepsza liga Europy, tylko bez konkurencji innych lig i nadal najbogatsza.

Piotr Pawlicki ma rogatą duszę i ma swoje zdanie. Nie jest to lelum polelum i podobnie jak ojciec Piotr, charakterologicznie, nie da sobie w kaszę dmuchać. Można mieć obiekcje, lecz dawni polscy mistrzowie także byli zadziorami. Mierny ale wierny lepszy? Emil Sajfutdinow jest zawodnikiem, który może być mistrzem świata. Inteligentny, sponiewierany przez kontuzje, z medalami na piersi każdego koloru. Jest charakterny. Speedway/ czytaj: działacze/ w Polsce nauczył Emila prawie wszystkiego, nie tylko zresztą jego. Wspominam tych żużlowców, ponieważ wyraził swoje zdanie. Ich prawo.

Ekstraliga, niższe ligi na polskim gruncie wytworzyły atmosferę komfortu bez końca. Prezesi i wykonawcy na jednej lini frontu nie mogli narzekali. No może poza Ekstraligą, forowaną spółkowo zdecydowanie. Ale o istnieniu Grupy Lux można mówić w kategoriach średniej klasy a nie asów od parady. Charakter sportowców jest bardzo zróżnicowany, podobnie zarządzających bossów. W tym małym środowisku wszyscy o wszystkim wiedzą, choć nie mówią tego wprost, raczej konfidencjonalnie po kątach a kąty bywają małe, ciemne, chłonne na informacje z pierwszej ręki, acz nie zawsze. “Tajemnice poliszynela” mają grube portfele. Pandemia niektórym resetuje poglądy.

PREMIERA polskiej edycji ligowej w Polsce tuż, tuż… Trwają uparte targi w sprawie Maksa Drabika; POLADA, która tropi nieuczciwych sportowców stosujących niedozwolone środki, wyda wyrok sprawiedliwy. Zawodnik Maks D. jeszcze nie ukształtowany, z dużym mniemaniem o sobie, / talent z medalami MSj./, jest skołowacony, bo gdzie i czyja wina on wie, biernie uczestniczy w spektaklu, który odciśnie wyraziste piętno. Pamiętam, kiedy przychodził z mamą, babcią na stadion w Częstochowie a wyrastał poza Jasną Górą. Serial Drabika jr z wrocławskiego klubu jest marnym przykładem, co powinien a czego nie robić sport z młodymi ludźmi. Nie każdy ma jednak szczęście mieć do czynienia z Kloppem w Dortmundzie /Błaszczykowski, Piszczek, Lewandowski/ czy teraz w Liverpoolu, wspomniany Mane. Mamy co mamy.

3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

2 razy po 6 i 3 razy po 1 cz. 2

Na czym skończyłem ostatni felieton? Ano śmierci Ivana Maugera/ ur. 1939/, który zmagał się z udarem, otoczony troskliwą opieką rodziny, zmarł w domu na australijskim wybrzeżu Gold Coast 16. 04. 2018 roku. Postać wybitna, profesjonalista 100%, esteta, techniczny czempion/ jeździł na Jawie/ z nienagannym, głównie fabrycznym sprzętem. Prekursor w tym sporcie, na rynku reklamowym, to na jego plastronie pojawiła się znana, francuska marka alkoholi Ricard. Ostatni raz widzieliśmy się w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”, kilkanaście lat temu. Miejsce sielanka, staw przed oknami a na nim dzikie kaczki. Cisza głucha. Był w świetnej formie, już nie ten Ivan, bez startowego stresu. Nowozelandzki as zdobył 6 indywidualnych tytułów mistrza świata, mniej/5/ Szwed Ove Fundin. Czy ktoś “zrobił” więcej? Nie. “Tylko” zrównał się z nim Szwed TONY RICKARDSSON. Zawodnik innego stylu, z mądrego zaciągu coacha Bo Wirebranda, który odbudował szwedzką reprezentację po regresie spowodowanym stratą młodego Tomy Janssona/ zginął na torze Getingarny w Sztokholmie/. Tony, jako pierwszy żużlowiec zaprezentował nowy styl bycia, zamówił samochód – dom, w którym można mieszkać i pracować, były tam ponadto motocykle i warsztat. Niezależny na parkingach stadionowych, wzorem stajni wyścigowych F – 1, miał luzackie miejsce. Próbowano go naśladować, lecz nikt nie zainwestował w taki pojazd, były mniejsze, Rickardsson miał zrobione wg. modelu najszybszych ścigantów samochodowych. Z biegiem lat przyzwyczajono się do standartu Szweda, wcześniej oglądano jak/ w tym polski akcent mechanik, menedżer doświadczony Tomasz Suskiewicz/ wędruje z zawodów na zawody ogromnym vanem – domem. Pozornie swobodnie, bo ambicje sportowo – życiowe miał konkretne: zdobyć więcej złotych singli MŚ od Maugera. Nie chciało mi się za bardzo wpierw wierzyć, Tony nie był moim idolem. Tak jakoś, doceniałem talent, nowatorstwo, chwaliłem za profesjonalizm do ostatniej śrubki w motorach, butów i prezencji na galach. Był ambasadorem nowej jakości w żużlowej przestrzeni, zarabiał i mądrze inwestował. Chciał pobić rekord Maugera, lecz nie udało się, “tylko” wyrównał. Miał pomysły jak wygrywać, śmigał jak jaskółka, choćby przypomnieć szaleńczą szarżę w Cardiff w jednej z GP po bandzie. Kaskaderka. Pewny motocykli a jazdy były żywiołem opanowanym.

Przypatrywałem mu się wielokrotnie, także ten ostatni raz/ zaproszeni goście startowali gratis/ w pożegnalnym show/ Gollob nie przyjechał!/ w Tarnowie, gdzie jeździł w Unii a mówiono tam niego pieszczotliwie “Tosiek”, w lokalnym slangu. “Tosiek” obleciał kilka polskich klubów, rywalizował ostro z Tomaszem Gollobem, obaj potrafili ścigać się brawurowo po bandzie. Zaczynał polską karierę klubową Rickardsson w Bydgoszczy, potem walczył w klubach Ostrowa Wlkp., Zielonej Góry, Gorzowa, Gdańska, Torunia, Tarnowa. Medali mistrzostw świata ma worek, trzy córki, jednego syna z dwóch małżeństw, pierwszą wybranką była Anna, poznaliśmy się gdzieś na zawodach, drugą miłością Christine.

Rickardsson był błyskawicą, ale też miał wypadki, jeden groźny z urazem głowy i ten fakt zadecydował, że w 2006 roku postanowił zjechać z toru, bo nie chciał ryzykować życiem, kalectwem, za dużo miał do stracenia. Jeździł świetnie i tam samo tańczył /podobnie jak słynny Duńczyk Ole Olsen/ więc zajął drugie miejsce w telewizyjnym show Let’s Dance z partnerką Aniką Sjoo /ostatnie dwie literki z dwoma kropeczkami/, reklamował popularne w Skandynawii snusy, tabaki do żucia pod górną wargą, brand Swedish Match, wierny sponsor, podobnie błyskały zapalniczki Criket, robione w holenderskim Assen, jest tam duża hala z lodowym torem, w której ścigają się na motorach. Holendrzy nie przepadają za żużlem, lecz za wyścigami motorowymi na trawie, lodzie rangi MŚ. Speedway nie zachwycił w kraju wiatraków, mimo prób i nawet organizacji dwudniowego finału indywidualnych mistrzostw świata na historycznym, olimpijskim stadionie w Amsterdamie/ 1987/. Po raz pierwszy jako Polak sędziował imprezę Roman Cheładze z Torunia, Roman Jankowski zajął wtedy 14. miejsce a wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Nie powtórzono już potem dwudniowego finału, “poszukano” bezsensownej “pralni” w postaci serialu Grand Prix. I tak się wlecze, choć widać dno.
Tony był jednym z dyrektorów firmy, która produkuje miliony sztuk zapalniczek do blisko 150 krajów świata: Cricket jak zapałki! Ścigał się również autami, był mocno popularny swego czasu w rodzinnej Szwecji; zdobył dla “Trzech Koron” mistrzostwa świata na żużlu, który Skandynawowie kochają, traktują barwnie piknikowo, zaś w tamtejszej lidze polscy zawodnicy mają duże poważanie.

TONY RICKARDSSON, choć nie mój idol, zapisał się w historii żużla jako człowiek, który dał ofertę bycia innym w każdym elemencie kariery. Pokazał, że wpierw wynik, potem luksus a nie każdy ma taką filozofię. Rozważam, że gdyby pod koniec kariery nie ten “łomot” na torze, podszepty lekarzy “daj już sobie spokój ze sportem”, byłby w stanie być siedem razy mistrzem świata. Trudny rekord, dziś już raczej niewyobrażalny. Był tak często w Polsce, że poznał świetnie naszą mentalność, rzeczywistość; w Trójmieście ma swoją bazę, którą odwiedza z przyjemnością; lata mijają, spójrzcie w jego mega kronikę zdobyczy na żużlowych torach… Księga imponująca, pierwszy tytuł mistrza świata w 1994/ jeszcze finał jednodniowy Vojens, Dania/, ostatnie złoto w 2005 /serial Grand Prix, finał we włoskim Lonigo, gdzie zdobywa komplet pkt, z 7 wygranymi wyścigami. Perfekcja. Ten sezon był dla niego bogaty, oto cztery triumfy z rzędu, 6 turniejów zwycięskich na 9!

16 września 2006 w Tarnowie koniec, łzy pożegnania; nieżyjący prezes Unii Szczepan Bukowski był tak zadowolony z tego turnieju, jak i beneficjent. Kameralny bankiet na tarnowskiej Starówce był spotkaniem doprawdy serdecznym. Szwedzkie pożegnanie mistrza odbyło się w rodzinnej Aveście, meczem pomiędzy Masarną a Resztą Świata i dodatkowy wyścig o motocykl “Tośka”wygrał Australijczyk Leigh Adams, który po zakończeniu swojej kariery miał wypadek na motocrossie/ jak Tomasz Gollob/ i niestety musi być na wózku. Dramat.

Fakty radosne mieszają się w tym sporcie z bardzo przykrymi. Los reżyseruje nie tylko karierami ale także ich końcami. Extrema jest diabelnym ryzykiem, czasem mało sprawiedliwym. Ot, życie!

Idole, ikony, legendy…

Moim asem od serca na zawsze pozostanie Amerykanin z kalifornijskiego wybrzeża BRUCE PENHALL, finał na Wembley w Londynie w 1981 roku był dla niego zwycięski, powtórzył wyczyn w 1982 w Los Angeles, ten angielski był bodaj najlepszym turniejem w historii żużla i nie jest to tylko moja opinia. Bruce na Coliseum też wygrał, był członkiem wspaniałej złotej reprezentacji USA; dziś ponad 60 – letni, przystojny mężczyzna. W latach kariery nie mógł przejść spokojnie wobec naporu urodziwych dziewczyn, kobiet. Uwielbiano go, był filmowym idolem. Penhall chciał grać w Hollywood, zdradził publicznie plan wcześniej, miał jasny cel i występował w sitcomach, uganiał się po plażach na motocyklu w scenerii oceanu, błękitu nieba i skąpo odzianych girls. Nie przebił się jednak na wyżyny “fabryki snow”, jego kariera nie potoczyła się w kierunku ambitniejszych produkcji. Z Brucem/ma dużą firmę budowlaną/ widziałem się kilka lat temu w Toruniu, dokąd przyjechał na GP ze starszym synem/ młodszy zginął tragicznie/. Maniery pozostały te same, aparycja dojrzała, popularność tylko dla wybranych fanów jego talentu, osobowości, bo charyzma Penhalla, żużlowego aktora jest godna sklonowania. Jego postać przyciągała fanów, podnosiła temperaturę emocji.
CO NAM zostało jeszcze z tamtych lat? Muszę być wierny tytułowi, więc za tydzień na tych łamach: “3 razy po 1”… A może jeszcze jakaś promocyjna refleksja? /cdn/.

 

Photo by Jay Wennington on Unsplash

TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

EROZJA kwarantanny

Będzie inaczej w tym felietonie, nie tylko z okazji wielkanocnych świąt, zwykle bardzo radosnych, wiosennych, symbolizujących życie. Wielkanoc w kwarantannie. Maciej Stuhr powiedział w TVN 24, że ktoś nam wyłączył na tym świecie wtyczkę i jesteśmy razem w domach. Zanurzyliśmy się, dodał, w rodzinnych kątach. W myślach, przeszłości, która determinuje przyszłość. Nie wiemy co wydarzy się z nami, ze światem, gdyż “już nigdy nie będzie jak było”. Każdy z nas ma swoje refleksje, których nie można schować do szafy. Na nocne rozmyślania nie reagują tabletki “nasen”. Mocny stres napędza zmory. Nagle sytuacja odmieniła nasze pospieszne życie, zamknęła w domach, telefony stały się przekaźnikiem co dobre, co złe, inne priorytety wyznaczają czas.

Dawno temu /ach, jak te lata przeminęły/, jeszcze w krakowskiej, uniwersyteckiej, młodości napisałem “Zakamarki” :

 

“Nie możesz zamienić co nasze

W pochodnie Nerona

W świeczniki szczęścia bo

Jesteś wtopiona na wieki

W skały i lasy szumiące

Dobrocią

Źródłami nadziei

Wielkiego życia

Jestem niczym wobec drzew

Kwiatów

Ptaków

I ludzkiego łkania”.

 

NIE wpadam w sztuczny etos. Pytają mnie czasem przy różnych okazjach o pesel, patrzą  a do mnie dociera przemijanie. Z jednej strony życie i praca. Wyobraźnia i realia.

Moje CV jest w dużej części związane z przygodami zawodowymi w obszarach sportu, choć nie tylko mocno zaznaczam. Speedway miałem wstrzyknięty bardzo wcześnie, nie wyssałem z mlekiem matki ale w czasach szkolnych uwiódł mnie aż do teraz. W okresie wspomnianych lat studenckich żużel nie był najważniejszym hobby. Miał karencję na inne problemy, potem także, bo priorytety w życiu każdy ma inne i zmieniają się niczym  pogoda. I nastał taki czas, że pochłonął mnie za bardzo, wybrnąłem, uważam, że nie za każdą cenę można tracić ważniejsze cele. Ale jednak tkwię w szaleństwie wyścigów, przeżyłem różne etapy polskich sportów motorowych, kadrowe przebieranki, sam kiedyś też uczestniczyłem w amoku żużlowej działalności i nie żałuję. Były doświadczenia, kontakty, niektóre przyjaźnie zostały do dziś, łatwiej być bardziej rozumianym poza granicami, niż na polskim rynku. Sprawa mentalna od wieków w polskim wydaniu oceny ludzi, lekceważnia, poniżania autorytetów, w czym jesteśmy mistrzami. Kompleksy rugują wiedzę. A teraz w czasie grozy cennik życia nie uwzględnia luksusu.

Muszę odetchnąć, słucham “Crazy” w wykonaniu Amerykanki/z Kalifornii, gdzie kolebka speedway’a USA/ romantycznej Lindy Ronstadt. Polecam Lindę na święta.

 

Wielkanoc anno 2020, bez zapachu metanolu? Drugi dzień świąt, czyli tradycyjny “lany poniedziałek” był przez wiele lat szumnym otwarciem ligowym “żużlowym mazurkiem”. W roku nieszczęścia koronawirusowego będzie inaczej, kibice muszą pozostać w domach, powspominać i być zdanym na przekazy archiwalne w TV. Dobre i to. Na speedway przy otwartej kurtynie przyjdzie nam poczekać bezterminowo, gdyż pandemia nie ma adoratorów, którym cokolwiek daruje. Trzeba pokory, cierpliwości, zrozumienia.

W swojej publicystyce, felietonach nie tylko na tych łamach, innych mediach, “wypuściłem” z duszy trochę rozmaitych pomysłów, walczyłem/ i dalej to robię/ z absurdami, które wirują w sporcie oraz naszej rzeczywistości. Chciałem i dalej marzę, aby speedway w skali europejskiej, światowej odzyskał grunt pod kołami. Betonowy mur trudno skruszyć słowami, potrzebny młot, ale co zrobić jak ten mur ciągle umacniają betoniarze? Empatia bez maski i rękawiczek czeka pilnie na reset. Żużel jest męską grą.

A więc drodzy miłośnicy jazd tylko w lewo: sponsorzy, ludzie “produkcji” tego sportu w różnym wydaniu od prezesów po ochroniarzy, róbcie na swoje możliwości jak chcecie i co chcecie, lecz niechaj skromność skutecznie poleruje wzniosłe ego. Czym różni się mózg od rozumu? Ten pierwszy każdy posiada, a co z tym drugim? No właśnie, deficyt, inflacja. Więc organizujcie ile wlezie, urządzajcie polski żużlowy rynek bezkrytycznie, acz wielką cnotą mieć w sobie chociaż odrobinę samokrytyki. Erozja głupoty niszczy co cenne. Obłudny chichot historii przewraca pożółkłe kartki pamięci. I co dalej?

Świat żużla a Wielkanoc jest okresem spowiedzi w różnych kwestiach, potrzebuje autorytetów z mądrymi decyzjami. Ten sport wymaga reform, nie tylko wobec deformacji kalendarza spowodowanej pandemią; powinien być powołany EXTRA SZTAB KRYZYSOWY/, z osobami kreatywnymi, bez tanich sloganów, zero oklepanych nazwisk, odkrywania tego, co już było. Oto np. jeden z byłych żużlowców, niegdyś Falubaz, lansuje nagle “swój” pomysł i sugeruje/ nie tylko on / na jednym z portali jednodniowy finał IMŚ. Szkoda, że nie wcześniej, potaniała odwaga na kanwie wirusa.

Analizowanie opinii jest wartością dodaną, lecz bez uprzedzeń personalnych. Polski speedway jako wiodący na świecie winien złożyć nową ofertę zagranicy. Słyszałem opinie, że bez importu zawodników/ a walczono kiedyś o to długo/ damy radę, otóż nie, bo nic tak nie uzdrawia jak uczciwa konkurencja. Asy zapewniają atrakcyjny poziom ścigania i nie jest to populizm, raczej pragmatyzm, choć w zaistniałej sytuacji polskie ligi będą ekonomicznie zmuszone do neokontraktów. Tak, jak było, już nie będzie… panie prezesie, panie wice, panie liderze i outsiderze, nie zbudujemy zamków na szkle. Jak ułożyć “klocki”? Zacząć od siebie? Speedway dotknie nieuchronnie recesja, która nie jest widmem a raczej twardą rzeczywistością z którą trzeba się zmierzyć. Nie ma zawodu o nazwie: sportowiec, żużlowiec. Pamiętam, kiedy pilnowano adeptów żeby nie zaniedbywali edukacji. Eskalacja zarobków i obfity kalendarz startów wywindował dyscyplinę wysoko i zlekceważono, co czeka nie tylko emeryta sportowego po zakończeniu kariery. Losowy, pandemiczny cios weryfikuje teraz brutalnie, bezlitośnie a niebezpieczny krach jest przykrym faktem. Wykonawcy żużlowego show, muszą realnie ogarnąć się wokół siebie, fani robili dla nich dużo /frekwencja/, a co oni teraz “dadzą” fanom? Cudu nie będzie, kwarantanny domowe zbliżają, oddalają, trwa bilansowanie budżetu i zdrowia. Świat żyje w strachu, niepewności jutra. Ludzie odchodzą na “drugi brzeg rzeki” w samotności głośnej ciszy, bez względu na wiek…Bezradność.

Chciałbym, żeby każde święta były rodzinnie radosne, bez ograniczeń liczby uczestników, by speedway znów zahuczał w wielkanocny śmigus dyngus. Marzenia? Wymknęło się ogromnie dużo spraw, które muszą odzyskać twardy grunt, bez ekstraligowego hurra optymizmu. Niektóre związki sportowe ratują kluby/ PZPN/, a żużlowe extra towarzystwo myśli… z czego dać. Kiedyś mówiło się, że Polski Związek Motorowy pożyteczny jest i zdrowy. To były czasy niezapomnianego prezesa Romana Pijanowskiego, stratega, auto –  moto dyplomaty. Skończyło się a nie wszystko jest na sprzedaż przecież. Co nam zostało z tamtych, lat?  Dyngus, lanie wody, tłumy na stadionach i radość spotkań na stadionach –  oto wspomnienia piękne i niezapomniane.

Jak powiedział Stuhr jr.? – “Ktoś nam wtyczkę wyłączył”… No tak, stało się i gnębi okrutnie. A najgorsze, że nie wiemy, strasznie zagubieni, jak jeszcze długo. Crazy.

Czarny tor

Ale zaraza, “pajęczyna” COVID – 19, uśmierca tysiące osób, jedna doba w Italii przyniosła prawie 800 zgonów. Dramat globalny otwiera i zamyka serca. Jednak chyba nie upośledza rozsądku? Tak by się wydawało, przykłady/ widzimy, słyszymy/ są inne. Pisałem w poprzednim felietonie, że serial Grand Prix nie ma szans w takiej konstrukcji. Optymistycznie zakładałem ewentualne 3 – 4 turnieje. Agresja wirusa zmienia jednak tragiczną sytuację. Jeśli jesienią dojdzie do złagodzenia tego śmiertelnego zagrożenia, proponuję absolutnie jeden turniej jako finał przykrego sezonu na otwartym stadionie z dobrą infrastrukturą, bezpieczeństwem higieny etc. Jaki to może być stadion? Tylko jedno wg mnie jest takie miejsce: VOJENS, w Danii  z bardzo przemyślaną liczbą publiczności. Fantastom różnego pokroju polecam lód na głowę, jestem polskim patriotą, lecz nie widzę innych szans na ochronę zdrowia, życia ludzkiego, a także kontynuacji procesu ratowania żużla. Polska strona tego sportu, lider na globalnym rynku, powinna zasugerować Międzynarodowej Federacji Motorowej/ prezydent Jose Viegas – Portugalia/ drogę ocalenia. Piszę te słowa z końcem marca 2020, po przykrych doniesieniach z całego świata. Nie ma jednak takiego jasnowidza, który przewidzi, co będzie za miesiąc, latem albo później. Brońmy się razem z empatią skutecznie, aby kiedyś cieszyć się wspólną obecnością na stadionach. Jutro, pojutrze… Przekładanie Grand Prix w Warszawie/ Stadion Narodowy/ z 16 maja na 8 sierpnia jest absurdem.

Kursowało ongiś/ nie wiem kto jest autorem/ takie powiedzenie: Polski Związek Motorowy/ PZM/ –  pożyteczny jest i zdrowy. Dedykuję żużlowej sztucznie podzielonej od dawna władzy, która “zamroczona” w utrzymaniu swojego bytu, jest liczona w narożniku. Jak utrzymać siebie kosztem zawodników i kibiców? Trzeba ratować życie a nie twarz. Wirus jest bezwzględny. Doświadczamy, że osłabia nie tylko płuca… Gorzej.

 

Czas zarazy, marzec 2020