1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Orzeł na motorze leci po złoto

Tekst z 29/09/2020 r.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza świata Szwed Ove Fundin/ ur. 1933 w Tranas/ trzymał w swoim sejfie długo, aż zrównał się z nim dorobkiem Nowozelandczyk Ivan Mauger/ ur. 1939/. Tak się stało na Ullevi w Goeteborgu w 1977 roku. W przedzień mocno lał deszcz, następnego dnia tor był ciężki i w takich warunkach Ivan dojechał medalowo do słynnego Ove. Szwed serdecznie/ byłem przy tym/ pogratulował złota nowozelandzkiemu asowi, który w 1979 roku na Stadionie Śląskim zdobył szósty złoty medal; fenomenalny sukces w świetnej atmosferze na polskim torze. Zenon Plech był wtedy drugi. Mauger/ uczeń legendarnego Jacka Younga/ został królem nad królami. Zdobyć tyle medali nie jest łatwo, konkurencja jest czujna, sprzęt opracowany szczegółowo, w tym sporcie decydują czasem okruchy nie tyle szczęścia, co brak pecha. Ivan Mauger/ honorowy obywatel Gniezna/ panował długo, aż pojawił się kolejny kolekcjoner medali Tony Rickardsson/ur.1970 Avesta, klub Masarna/, udane dziecko szwedzkiego żużla, z pokolenia wybrańców cocha o wybitnej osobowości Bo Wirebranda. To on po wstrząsie wywołanym tragicznym wypadkiem nadziei “Trzech Koron” Tommy Janssona zebrał grupę utalentowanych młodych żużlowców, doskonalił ich w test – meczach na brytyjskim rynku i doczekał się medalodajnego Rickardssona, który wiedział, że techniczne możliwości mogą uskrzydlić jego zdolności. Tonny był uparty w ambicjach, stworzył team mechaników, kupił “dom” na kółkach, który stał się symbolem jego sukcesów na torach europejskich. Team samowystarczalny na stadionach; imponowali, nikt nie dorównał im w wizerunku jakości stylu bycia. Model wzorowany na teamach wyścigowej F -1. Tony razy sześć, pierwsze złoto w 1994 w duńskim Vojens a ostatnie 2005 roku w Lonigo na stadionie Marina. Wiedział, kiedy zakończyć karierę /2006/, w pełni sił i perspektywy dalszego żywota. Let’s Dance na parkiecie TV.

Mauger zmarł /2018/, Tony/honorowy obywatel Tarnowa/ ma życie przed sobą, sędziwy Ove Fundin cieszy się dobrym zdrowiem, uwielbia turystyczne jazdy na motocyklu. Przypomnę, że czterokrotny mistrz świata Barry Briggs/ ur. 1934/ z Nowej Zelandii, który wymyślił deflektory nie stroni od bacznej obserwacji żużla. A trzykrotni mistrzowie świata Duńczyk Nicki Pedersen i Anglik Tai Woffinden ścigają się skutecznie, ten drugi ma apetyt w GP na kolejne złoto. Czy da radę? No właśnie. Wisła i Toruń miasto kultowych pierników, smakowitych jak i prince polo. Dojechałem do Motoareny, bo tam tradycyjnie od lat kilku, rok temu też, nastąpi ceremonia kreowania nowego mistrza świata sezonu 2020, szczególnego, pośpiesznego, popędzanego wirusem COVID – 19. Tytułu broni sprzed roku gorzowianin Bartosz ZMARZLIK, który ostatnie dwa turnieje w Pradze błykotliwie wygrał w stylu mistrza świata. Jest liderem klasyfikacji Grand Prix, serialu, który w tym wyjątkowym czasie składa się z czterech podwójnych mityngów. Ostatnie dwie rundy mamy 2/3 października w Toruniu, mieście genialnego odkrywcy Mikołaja Kopernika. Miasto sprzyja oryginałom życiowym.

Czy Bartosz Zmarzlik poruszy “ziemię” żużlowych serc?

Jazdy na praskim Marketa były popisem nad popisami, finezyjnym, brawurowym ściganiem, które miało urodę fantazji, odwagi, umiejętności technicznych i przygotowaniem sprzętu wzorowym. Bartosz wcześniej, przed Pragą wygrał raz na swoim, klubowym torze w Gorzowie GP. Fruwał w swoim stylu, jednak w Pradze dał koncert o czym przekonał się w ostatnim wyścigu na finiszu Woffinden. Tak “latać” umie tylko BZ. W sumie Bartek zwyciężył trzy razy w GP’20. Nabrał mocy…

Historia indywidulanych mistrzów świata rodem z Polski jest krótka. Pierwszy złoty medal zdobył na Stadionie Śląskim w 1973 roku Jerzy Szczakiel, niedawno zmarły. Długo czekał na rodaka na tronie ozłoconym, gdyż dopiero w 2010 roku we włoskim Terenzano Tomasz Gollob był pierwszy. W roku 2019 Bartosz Zmarzlik mający już brąz i srebro na koncie w tej konkurencji wjechał triumfalnie na szczyt speedway’a. Niebywały wyczyn, wykonany niemal w desperackim stylu, widzowie wówczas w komplecie na Motoarenie osłupieli z wrażenia. Pojechał fantastycznie! Tak jak pokonał w Pradze prowadzącego Tai’a. On tak potrafi, bezceremonialnie, pewny sprzętu i władczego opanowania motocykla. 25 lat sobie liczy, od dziecka “ćwiczony” na motorze, zgrany z maszyną jak cyborg. Jego sprinty są zmartwieniem przeciwników.

Gorzowianin ma 7 pkt przewagi nad Szwedem Fredrikiem Lindgrenem i 10 pkt nad Woffindenem. Jest faworytem, przeciwnicy lubią odcinać skrzydła liderom. Taka istota sportu, ba! Nawet sól życia naszego doczesnego. “Bić” mistrza? Spoko, gorzowski mistrz jest mocny i ma autorytet w tym towarzystwie. Ono wie, co potrafi Bartek, również obserwatorzy, fachowcy, komentatorzy, mechanicy, zawodnicy i fani. Zmarzlik wjeżdża z furią na swoje żużlowe Himalaje, nie odrywa się do ściany, wie czego chce, kocha speedway a on jego.

Przyjemnie patrzeć na sportowców, którzy kompletują laury, budują dom z medali, obraz nienaganności w tej dziedzinie i rozsławiają krainę, w której wyrośli. Ten dom jest twój i mój… Zmarzlik wyrósł konekwencją, uporem, taki musi być sportowiec, który nałogowo spieszy do ZWYCIĘSTW. Medale, miejsca na podium, wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego. Hymn narodowy jest wpisany w scenariusz widowisk, łzy szczęścia spadające w tym przypadku z niebieskich oczu mistrza. Kochamy reżyserię takich turniejów nie tylko na żużlu; na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata, Europy – w licznych konkurencjach na różnych stadionach i halach. Adrenalina i atmosfera łamią serca. Emocje wyciskają łzy bez pardonu, nikt nie wstydzi się tego.

Czy Bartosz Zmarzlik da radę na Motoarenie stanąć po raz drugi, aby odebrać złoto IMŚ? Do odjeżdżenia są dwa turnieje, dużo może się wydarzyć, bo speedway funkcjonuje jako extrema. Piątek/ sobota, ten pierwszy dzień ustawi drugi. Odpukuję w niemalowane drewno, tylko jakaś zła moc może udaremnić cel Polaka. Rywale za jego plecami znają swoją wartość, wiele potrafią i nie zapominajmy, że to jest finał Grand Prix, koniec mistrzostw świata anno 2020 i najcenniejszy prestiżowo tytuł do zdobycia. Czy polska Motoarena/ w Pradze były pustki/ może być pomocna? Nie będzie tym razem kompletu, bo wirusowa pandemia wyklucza kibiców, więc siła dopingu osłabiona, lecz gorzowianin jest silnie zmotywowany do wyczynu, jakiego nie dokonał na żużlu jeszcze nikt z jego rodaków. A więc? Toruńska brama szczęścia jest otwarta.

Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.

KOGUCIKI I BALONY

Rozbujały się rozgrywki ligowe, inne turnieje, zbliża się serial Grand Prix, wersji polskiej z dodatkiem Pragi. Takie niby nic a jednak. Jak musimy, to musimy. Zawieszamy sobie makaron na uszy, jest dobrze? Worek pytań ma dziury, wylatują kwestie dręczące, jedne nowe, drugie stare, kiedy wszystko skończy się, będzie czas na oceny, na razie dystans powoduje umysłową rezerwę na wnioski. Obok nas koronawirus szaleje, ludzie lekceważą obostrzenia, we Włoszech za brak maski u klienta w sklepie zamykają na 30 dni interes. Strach musi mieć duże oczy, zwłaszcza w Polsce, gdzie “demokratyczna” bezczelność wyzwala moce piekielne. Bywam tradycyjnie w filmowym zakątku Polski nad Wisłą, gdzie dobrze rozmyśla się o sprawach rozmaitych. Miasteczko jest kolorowym, malowniczym zabytkiem, czas płynie jak Wisła wolno, acz twórczo, zwłaszcza dla artystów różnej zawodowej konfiguracji. Jestem tam co roku bez nudy żadnej, dostaję karmę do pisania nie tylko o żużlu, zresztą mam blisko do stadionu, gdzie mecze są atrakcyjne nie tylko z powodu oglądania z wysokości 20 metrów. Rozpuszczam myśli na wszystkie strony mojej głowy, speedway jest w krwiobiegu. Także piłkarska wyposzczona Liga Mistrzów w cudownej Lizbonie, bo jak grać, to na całego, codziennie, w południe, w nocy, lecz nie byle gdzie. I w dodatku Robert Lewandowski! 

WRACAM do tematów starych, nowe docierają także. Hejty lecą jak zgniłe jabłka z drzew. Liczę naiwnie, że władze Ekstraligi przepisami ochronią strefy sportowej intymności, bo każdy zawodnik musi czuć się najzwyczajniej swobodnie w stresie. Bez podsłuchu i podglądania, tylko męskie “granie”.

W jednym z poprzednich felietonów wspomniałem o bydgoskim juniorze, który poobijany okrutnie wyjechał na tor, żeby zdobyć punkt. ”Ojcowie” drużyny puścili go nie wiem po co, gdyż i tak ten punkt nie był wart funta kłaków. Zdrowie zawodnika zostało przecenione, bohater sam wycofał się z jazd, bo organizm odmówił posłuszeństwa. Żużlowcy są poobijani fest. Obojczyki “spawane” przez angielskiego speca dr Briana Simpsona w Ipswich od ponad 20 lat. Złamany obojczyk ale za tydzień jest mecz, więc koszty nie ważne, nie istotny gwałt na organiźmie, więc etyka lekarska Mr. Simpsona jest skrótowa. Kości połączone i gość gotowy do walki. Speedway nie jest brydżem, tu się ściga, pędzi, przewraca. Widowiskowe karambole ze skutkiem często tragicznym pogłębiają wcześniejsze niezaleczone kontuzje. Po co ja to piszę po raz setny… Ano mam nadzieję, że szare komórki wniosą wreszcie coś zdrowego.

OSTATNIO w żużlu mamy interesującego dawcę sensacji. Milimetr NITRO robi karierę, wzmacnia metanol i paliwo jest extra napędem. Sprawa nie jest taka nowa, obostrzenia w parkingach ułatwiły dystansem pewne zachowania w sztabach technicznych. Motocykl zasilony nitro pędzi – jak oświadczają mędrcy świata, monarchowie żużlowi – po pewne zwycięstwa. Fair play jest podobne temu, jakie doświadcza bezkarny Maks Drabik jr, któremu za stosowanie niedozwolonego środka wisi kara i spaść nie może. ”Zjawisko” jest zgubne i wyrabia opinię, że jedni mogą a drudzy cierpią. Jest wina, powinna być kara. Nie chcę być mentorem, synów swoich wychowałem, lecz przewlekanie wyroków osłabia moc winy, sprawia, że winowajcy czują się bezczelnie bezkarni. Co może w tej sprawie powiedzieć Patryk Dudek, którego dotknęło szybkie rozstrzygnięcie POLADY?!

METANOL jest towarem podatnym na wzmocnienie, jak każde paliwo… Tajemnicą poliszynela był fakt, który raz zamierał, raz odradzał, że coś nie gra z szybkościami niektórych zawodników. Były przecież kontrole, lecz pandemia i dystans do testów spowodowały rozluźnienie. Polak na to jak na lato… Potrafi? “Metanowirus” jest milimetrowy a jak skuteczny/ ile kosztuje?/ działa czasowo. A więc do dzieła komisarze techniczni, badajcie, wyciągajcie wnioski. Kary? Drabikowe casusy? Wokół speedway’a aura jest barwna, często dramatyczna, nie kończące się sekwencje, jak w filmach Scorsese, Llosy, Scotta. Brakuje tylko muzyki, jest tło i zdarzenia, złamania kończyn, kręgów. PSYCHICZNIE jako tako, lecz nie do końca, bo łez szczęścia i żalu są hektolitry. Nieżyjący mechanik, kiedyś Częstochowa, potem Zielona Góra – Tadeusz Tumiłowicz opowiadał mi różne historyjki z wypraw do dawnego Związku Radzieckiego. Oto kiedyś przyjechała polska reprezentacja do Czerwonogrodu i zwyczajowo na stadionie stała beczka metanolu. Podjeżdżają z motocyklami do tankowania a paliwo czarne niczym smoła i paskudnie śmierdzi… więc pytają, co to jest? A gospodarze z rozbrajającym uśmiechem: “ Żeby nasi nie pili”. No tak a na beczce trupia czaszka. “Na zdarowie!” Można? Życie na wschodzie ucieka a chce się pić. Speedway nie jest kaszą gryczaną, kefiru na popijanie nie potrzebuje.

Dobrze, żarty za bandę, tajemnice poliszynela wirują i mamy /podobno/ strzykawkowe przenikanie kropli NITRO, które dają szybki power, trzeba od razu zrobić wjazd pod taśmę i uciekać. Interesujące, czym się skończy ta wychodząca z mgły nitro future afera.

LIGA nabiera rozpędu. Krążą różne wersje jej zakończenia. Doleciała do mnie taka wieść, że być może koranawirus może mieć wpływ na ostateczny układ tabeli. Dywagacje trwają głównie jeśli chodzi o dolny rejon tabeli. Kibice penetrują, są świetnymi komisarzami ocen,  trafnych opinii, niektórzy biją na łeb i szyję romaitych ekspertów, którzy mijają się z prawdą. Żużlowy poker w głowach robi mętlik.

O czym się jeszcze mówi i co śmieszy? Jeden z prezesów Ekstraligi ma duże parcie na “szkło”, toteż jego przebywanie w parkingu i latanie wokół, jest jak powiedział mi jeden z psychologów zwykłym leczeniem kompleksów. Zdarza się raz po raz, demonstracja klubowej władzy; jednych deprymuje, klakierzy popierają, choć w duszy nie mogą ścierpieć, jeszcze inni czekają, kiedy skończy się taniec pryncypała. Najczęściej sytuacja wyjaśnia się wraz z degradacją drużyny. Nie ma co owijać w papier toaletowy, rybnicki stan nie jest dawnym górniczym stanem, gdzie tak znaczyło TAK, a nie po prostu NIE. Z kręgów wtajemniczonych płynie info, że prezes zraża sobie ludzi.Nie od dziś, sprawa charakteru. Sport jest dziedziną, która powinna, mimo rywalizacji, łączyć, zawierać kompromisy i słyszę, że drzwi zatrzaskuje się z hukiem a nie otwiera życzliwie. Mur. Jak nazywa się uwielbienie samego siebie? NARCYZ. Nie jedyny przykład w żużlu, niestety. Rybnik żużlowy jest tradycją oplecioną znaczącymi sukcesami, nazwiskami reprezentantów Polski, medalistami mistrzostw świata. Czas najwyższy na powrót do dumnej przeszłości, bez zabawy w piaskownicy i udawania, że nic się nie stało. Speedway przy ul. Gliwickiej/ po jednej stronie jest stadion a po drugiej szpital psychiatryczny i można się pomylić/ potrzebuje konkretnego prezesa, bez latania między motocyklami i robienia show rym cym, cym. Broni go szef RN PGG ROW, powołując się na jeden/?!/ wygrany mecz i mówi o hejtowaniu. Modne słowo wytrych na każdą okazję. Obrona ma wersję : “wielkiego pasjonata”. Otóż podkreślam –  żużlowych pasjonatów w Polsce jest kilka milionów i nie każdy ma chłopski rozum. Rybnicka historia żużlowa zasługuje na normalność, ratowanie prezesa przez prezesa z jednego gniazda, to dopiero pandemia wspólnego uwielbiania. Nie tylko kibice mają dość dziecinady w ciemnych okularkach i jak się jeszcze okazuje w różowych. Broni ojciec, broni matka i uciekają latka… Rym, cym, cym…Rybnik musi odzyskać autorytet marki sportowej, jak było od zarania.

LIGOWE mecze zaskakują, jest nieobliczalnie, pycha dostaje po plecach, same nazwiska nie jadą, liczy się forma i spryt zawodników, doświadczenie coachów. Ekstraliga funduje wyścigi na zawał serca, ale, ale… Pora najwyższa na polskie, młode talenty, bo wystarczy zagranicznych wyświechtanych “pracowników” klubów, którzy jeżdżą w kratkę. Co polskie – lepsze i zdrowsze, tylko, że ONI jr. muszą mieć szanse startów sprawiedliwych. Konkurencja powinna być męska, bezlitosna w wyborach składów, wtedy poziom wzrośnie. Nie może być świętych krów, bo inne już mamy pastwiska. Zero pobłażania dla bylejakości. No to co? Zakładamy maski i jedziemy. Play –  offy pod specjalnym nadzorem? A na jakich torach? –  Do walki, mijanek, czy na nudnym klepisku? Za tydzień o serialu Grand Prix, który spadł jak meteor. Kompresja “kolorowych jarmarków”: fajne koguciki na drucikach, balony dmuchane i ostre jazdy.

20 metrów szczęścia

 

1280px-Motorspeedway

Nad ziemią! 20 metrów, z takich wysięgników w Lublinie kibice oglądają mecze Motoru. Obraz tej nowości kosmicznie piękny, Artur Bieniaszewski, który powiększa liczbę tych urządzeń rozbi światową karierę. Grand pomysł. Widowiskowa sprawa, z koszy wysięgników trudno wypaść, jest bezpiecznie, obraz bitwy żużlowej jak na stole. Wspaniały pomysł godny upowszechnienia. Ma być coraz więcej tych urządzeń, które  tylko nie zabezpieczają przed deszczem. Burza nagła jest zagrożeniem i wichura diabelska. W porę jednak można przewidzieć takie pogodowe niespodzianki. Dawno temu np. w Rybniku/nie tylko tam/ kibice oglądali mecze wspinając się na topole. Można było zlecieć w dół, acz nie słyszałem o takich przypadkach, bo kibice mają moc. W każdym razie lublinianie raz po raz zaskakują żużlowy świat: jak nie kontraktem przed laty mistrza świata Duńczyka Hansa Nielsena, to brawurowym awansem/ po dłuższej nieobecności/ do elity ligowej i atrakcyjnymi meczami z prądem emocji 300 v! Miasto żyje żużlem na ziemi i na wysokościach. Chwała im wielka: na stadionie i nad nim, jak w niebie. Atmosfera czegoś wyjątkowego, bez reżysera z Hollywood.

Ale spadnijmy bezpiecznie na ziemię, oto pojawił się projekt mini serialu Grand Prix anno 2020. Polska, Dania, Czechy i Polska mają być gospodarzami. Armando Castagna i BSI kombinują jak wozacy do Morskiego Oka. Osiem turniejów, czyli 4 razy po dwie imprezy: Wrocław, Vojens, Praga i Toruń. Good luck. Tak być musi? Co na to koronawirus, który nie daje za wygraną, on czyha, niezależnie od reklam.

Przełożono Grand Challenge do GP z Żarnovicy do Gorican, Słowacja Martina Vaculika odstawiona a szkoda, wybrano już otrzaskany imprezami Gorican. Niech tak będzie, polska strona desygnuje Krzysztofa Kasprzaka jako swojego kandydata, bo wygrał rok temu Złoty Kask. To było dawno, jak jeździ teraz były wicemistrz świata widzimy. Pokazuje speedway, który nie porywa, schematyczny na torze odstaje, więc ironizuję z przesłaniem czy postawiono na… młodzież? A mamy tak wielce utalentowaną. Czy trzeba kogoś ośmieszać dotrzymując słowa za wygranie ZK, albo ratując prestiż polskiego żużla.  Nie zawsze cel uświęca środki. Życzę zatem powodzenia specom od przewidywania. Oczywiście może tak się stać, że KK awansuje do GP i drżę co będzie potem. Z Chorwacji awansuje trzech pierwszych zawodników; turnieje challenge nie są łatwe, ale też nie zawsze kandydaci mają potem co robić w serialu GP. Przypominają mi się dawne czasy, kiedy z tzw. strefy kontynentalnej IMŚ awansowali żużlowcy do finału światowego i oblewali egzamin w konfrontacji z Zachodem. Ale to już było, bo wymieszał się Wschód z Zachodem. Serial GP jest wymagający, “wożenie się” nie ma sensu. Mam myślowe skakanki, oddalam się więc od mistrzostw świata, od włoskiego makaronu, który lubię, lecz nie bardzo znoszę, kiedy mi ktoś nawija go na uszy. Sport jest dyscypliną odważnych decyzji, wręcz pokerowych zagrań i kompromisy bywają kosztowne.

Mamy kolejne covidowe poluzowanie i 50 % widzów może wchodzić na stadiony. Zastrzyk ulgi dla klubów, które z frekwencją są na bakier w kasie. Dobrze, gdyby fani nie siadali gromadnie, bo licho nie śpi a co dopiero wirus wszędobylski. Ostrożność w cenie.

Monopolowy talent czyli Rafał Sz. z Rybnika posiedzi dłużej w areszcie, jest on klasycznym przykładem talentu zmarnowanego przez nałóg. Talent czystej krwi, która od razu była zasilana alkoholem. Rafał zdawał sobie sprawę ze swojego talentu, startował incydentalnie w turnieju Grand Prix, był w Rybniku objawieniem, charakter miał nie tyle górniczy co góralski. Niestety meandry życiowe zaprowadziły go tam, skąd mało widać normalnego świata. Ale jest spóźniony czas na refleksje, tylko żałowanie nie jest pocieszeniem dla bliskich. Rafał Szombierski potrzebował mentora silnego, mocnego autorytetu, który by opanował jego rogaty charakter od początku kariery. Nie było takich dla niego, on łatwo przełamywał bariery a ostatnia jazda samochodem w pijanym widzie była tragiczna w skutkach. Ubolewam, że młodzi ludzie mając wielkie perspektywy rozwoju tracą wszystko. Za krótkie i za szybkie jest życie, żeby w głupi sposób marnotrawić co ono ofiarowało. Oj, Rafał… co się  z twoim życiem porobiło.

Szalejący mały, spolszczony Duńczyk Leon Madsen wygrywa turnieje na obszarze SEC, czyli indywidualnych mistrzostw Europy. Jest szybki, zwinny, potrafi zostać na pierwszym wirażu w tyle i gonić, kombinować, chce być zawsze pierwszy, natura podobna Bartoszowi Zmarzlikowi, który też gna przed siebie finezyjnie. Pierwszy mistrz świata, drugi wice. Przyjemnie patrzeć jak ścigają się obaj, dbają na każdym metrze o fair play, nie ma jazdy na oślep, jest speedway łokieć w łokieć,  porywający serca.

Kiedy trzeci turniej SEC rozgrywano w Rybniku publiczność przypominała Griszy Łagucie exodus z ROW po odbytej karencji. Były gwizdy; tacy są fani: jak kochają, tak nie lubią; rosyjski wojownik zajął drugie miejsce w turnieju. Można sobie czasem przecież pogwizdać, choć lepiej gromko pośpiewać. Mało tego na polskich stadionach, w odróżnieniu od widowisk sportowych poza Polską, dreszcze przebiegają, kiedy kibice Liverpoolu, Barcelony czy Milanu dają głos… Nie będziesz nigdy szedł sam… słynny hymn Liverpoolu. Gwizdy także tam się zdarzają. Daje czadu gwizdami “żyleta” na warszawskiej Legii, lecz jak oni drą się cudownie, gdy leci “Sen o Warszawie”, przejmujący song Niemena. Hymny sportowych klubów mają historię, która utrwala pamięć o drużynach, tworzą oryginalne scenariusze niezapomnianych widowisk.

Jeszcze o SEC, który zawstydza niemrawą FIM. W Gnieźnie odbył się zaległy turniej.

Przypominał chwilami Rajd Paryż/ Dakar. Kurzyło się strasznie a wody brakowało. Susza na torze, Wygrał tym razem rozpędzony jak Pershing Robert Lambert, Anglik wycofał na fotelu lidera SEC Madsena. I dobrze. Coś się dzieje, finał w Toruniu 29 lipca. W VII wyścigu w karambolu z Rosjaninem Andriejem Kudriaszewem ucierpiał Nicki Pedersen /Duńczyk go przeprosił/, pojechał do szpitala z silnym bólem ręki, szkoda, bo liga na karku. Dawno nie widziałem takiego oszczędzania wody. Tumany pyłu były widowiskowe niczym burza piaskowa, lecz to przecież speedway!

Kończę, dzwoni limiter. Patrzę na trybuny stadionów, siedzą ludzie w różnym wieku, jedna wielka rodzina, maski schowane, strach pomyśleć jaka lekkomyślność i jaką może mieć cenę. Żywioł unicestwia nawet betony, dlatego szczęściem jest panoramiczne oglądanie żużla 20 metrów nad ziemią. Po lubelsku.

Łzy spadają na maski

Screenshot 2020-08-04 at 18.48.27

Żal mi się zrobiło okrutnie. Liga posypała się trochę, jak domek z kart. Jeden człowiek w parkingu w Rybniku/ potem jeszcze mechanik/ wg. procedur przyjętych słusznie przez mocodawców ligowych rozgrywek, u którego wykryto koronawirusa wywrócił kalendarz, bez telewizyjnego rechotu. Na razie cząstkowo, nie chcę zapeszać ale do tej pory mecze leciały jak kartki z kalendarza. Sprawnie, jakby nie ten świat. Aż tu nagle mecz ROW – Unia Leszno i jego pokłosie spowodował blokadę. Odwołane spotkania, badania, kwarantanny, jeszcze nie wiadomo co będzie dalej, bo wirus krąży jak zaraza. Chyba za dobrze było – mówi mi jeden z przyjaciół, który ogląda pilnie mecze, więc dyskutowaliśmy o decyzjach sędziów, incydentach na torze, o komentowaniu w TV – dobrym i złym, często podpowiadał mi niektóre rzeczy, bo na tym sporcie się zna i sponsorował imprezy, zawodników. On w stolicy, ja w Katowicach, hot line funkcjonowała bez zarzutu. Jeszcze u mnie dochodzi piłka nożna, która kasuje mi czas. Życie wracało po przerwie do normy. Aż tu nagle bomba w ogródku. Pierwsza ale nie ostatnia. Speedway rozwija żagle na różne konkurencje. Żal mi organizatorów, zawodników, którzy napędzali się z ambicjami wielkimi, żal mi kibiców tych, którzy przychodzili na stadiony, wprawdzie cząstkowo, lecz mieli taką szansę oraz żal fanów, ogromna rzesza, śledzących wydarzenia w domach. Zaczęły się także turnieje indywidulanych mistrzostw Europy, dwa turnieje, ten trzeci niemal tuż przed wyścigami wycofany, bo zawodnicy jeżdżący w serialu SEC zostali zablokowani zgodnie z medycznymi zasadami. Firma One Sport, która organizuje IME rozpędzała się na dobre, w odróżnieniu od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/. Toruńska OS zdecydowała się szybko na urządzenie imprez i wyłonienie mistrza tegorocznego, pandemicznego. Los jednak spłatał przykrego figla i procedury anty wirusowe zadziałały.

A żużlowy FIM w letargu, śpiączka bardzo niebezpieczna, bo grozi snem zimowym. Nie jest to śpiączka farmakologiczna, lecz spowodowana brakiem pomysłu na aktywację mistrzostw świata. Logowania nie ma, resetu brak, absencja kreacji. Jeśli polska strona żużlowa nie przejmie inicjatywy, może być incydent historycznej luki w ciągłości indywidualnych MŚ. Trudno? Nie, jeszcze bije dzwon na trwogę i jest czas na urządzenie jednego finału IMŚ, który rozwiąże problem nie tylko na jeden sezon.

Ciągle ubolewam nad bezradnością FIM. Polskie władze żużlowe uruchomiły modelowo start ligowy, zapewniły “pracę” polskim zawodnikom i zagranicznym. Przykro mi, że nie usłyszałem ani razu pochwały z flanki zawodniczej polskiej i międzynarodowej, że tak się stało. Bo wcale tak nie musiało być, tolerując śpiączkę FIM.  Zafundowaliśmy Moto Igrzyska, uczestnikom i widzom. Trudno przewidzieć co będzie dalej, bo jeśli znów wirus zatańczy? Nie ma pewności. Dlatego tempo rozgrywek musi być diabelnie szybkie. Publiczność jest telewizyjna, straci dużo, niestety cierpliwość musi być trenowana na maksa. Już tyle kibice czekali, wierni, miłosierni, wybaczą i takie przypadki niezależne od nikogo. Los tak chciał? Nie należy kusić go nadaremnie. Rozbuchało się towarzystwo.

O tym potem.

Wracam do zaliczonych meczów. Sędziowie wyraźnie wytrącili powtórki niby “kradzionych” startów, doceniając wartość sportu. Brawo. Komentatorzy dopatrują się jeszcze czasami mrugnięcia powieki, ruchu. Bez przesady, nie róbmy z żużla apteki. Ostatnio znów słyszałem od Nowego na antenie z Torunia, że ktoś ukradł start/ 2 razy/, popraw się dżentelmenie, bo barwę głosu masz oryginalną i potok słów jak tatrzański wodospad. Nie ma kradzieży startu, to złe słowo, jest tylko refleks, którego chłopcy uczą się od małego. Nie dopatrujmy się zatem niczego złego pod taśmą, bo nadleci wirus w koronie i zdmuchnie wszystko. I nie pomoże chocholi, komentatorski śmiech, z byle czego.

I jeszcze jedno szpryca pro publico bono… Otóż trudno ją zważyć, obojętnie gdzie leci czy z toru rybnickiego, lubelskiego czy gorzowskiego. Tam była ciężka, tam lekka, zastępcze tematy z ogródków działkowych, brakuje jeszcze gadającym głowom kufli. Jeszcze o torach; wydaje się, że jest znacznie lepiej niż było, sprzyjają rywalizacji a speedway ogląda się najlepiej, gdy są mijanki. Był ostatni a jest pierwszy. I o to chodzi moi drodzy. Więc zachłystujemy się, kiedy dech nam zapierają wyścigi na żyletkę, od startu do mety. Raz jeszcze przypominam, że warto wrócić w regulaminach do połówek punktu, wszak nie ma fotokomórek więc trudno rozstrzygnąć kto wygrał a mieliśmy już w tym sezonie taki przypadek. Książka regulaminów jest wypasiona z lukami.

Czekam na sprawiedliwy wyrok/pisząc nie znam werdyktu KOL/ meczu w Gorzowie z częstochowskim Włókniarzem z powodu braku prądu. Awaria będzie usunięta dopiero z początkiem sierpnia. Nadal wisi kuriozalna sprawa młodego Maksa Drabika z wrocławskiego klubu, chyba wcześniej zakończą się rozgrywki ligowe, niż ten zawodnik otrzyma wyrok Polady. Chyba nie przyschło, było przecież dużo deszczu. Sport potrzebuje decyzji szybkich, wtedy obojętnie czy w lewo, czy w prawo wokanda staje się wiarygodna; kiedy transparentność traci walor, rodzą się podejrzenia o mataczenie.

Każdy sport, nie tylko speedway, wymaga ocen sprawiedliwie szybkich, casus tej sprawy drabikowej przypomina drabinę do nikąd. Krążą różne wersje, fake newsy.

I na koniec uwaga jak trwoga. Zawodnicy nie powinni lekceważyć wroga w postaci wirusa. Jeśli ktoś chodzi do kilku sklepów a nie do jednego, ma większe szanse na zakażenie. Zawodnicy krążą między klubami, gdy znajdzie się zakażony tracą dwa, trzy kluby. Stop, róbmy rygor, który pozwoli na odjazd ligowy bez statusu zawodnika –  gościa. Mamy przykłady złe a poluzowanie obostrzeń w klubach grozi katastrofą. Władze Ekstraligi powinny wydać komunikat, który zaostrzy “wędrówki ludów”, lepiej mieć coś, aniżeli nic. Nie mnóżmy turniejów, nie wkręcajmy się w zabawę, bo lepiej zaliczyć ligowe wyścigi i zdrowo zakończyć sezon. Rusza też druga liga, mikra, warto zadbać o zaplecze. I ten trudny okres zakończyć egzaminem jednym a dobrym, trzymajmy więc ligi pod rygorem, “goście – wirusy” mogą nam zepsuć w tym chorym sezonie wszystko. Nie chciałbym aby łzy umoczyły maski.

Żużloholicy /- holiczki/

buzzaldrin-1280x720

 

Zbadani wirusowo na Covid 19, po kwarantannach, wygłodniali na jazdy jak wilki na owieczki, spragnieni zarabiania. Ścigania, wygrywania, emocji. Adrenaliny, która ładuje każdemu sportowcowi “akumulatory” do życia. Wyselekcjonowana grupa zawodników I ludzi im potrzebnych do imprez jest gotowa z minusowym wynikiem testów. Żużel łapie powietrze na stadionach. Data 12 czerwca jest symboliczna, podobna niemal pierwszemu krokowi człowieka na Księżycu. Zostawmy jednak wszechświat, spadnijmy na ziemię. Jeszcze w rezerwie “drzemie” armia kibiców, żużloholików,  – holiczek dodam, bo speedway uwielbiany jest przez płeć, która od zarania dziejów podnieca mężczyzn. Na razie w Polsce trwa popuszczanie rygorów związanych z zakażeniami, znikają maseczki, choć prawdę mówiąc trzymajmy je w pogotowiu. To samo rękawiczki, bo wirus jeszcze nie odleciał, krąży zdradliwie jak zaraza, więc lepiej ręce mieć czyste jak łza. I odkażone. Kibice zasiądą przed telewizorami, muszą uzbroić się w cierpliwość, na pewno określona przepisami liczba fanów będzie wcześniej czy później wpuszczona na stadiony. Piłkarze już otworzyli boiska po pandemii, zagrali mecze przy pustych trybunach, smutnie karuzela zakręciła interesem.

SPEEDWAY. Polska w ostatnich latach jako “matka” ligowej egzystencji elity światowej a raczej europejskiej, przejęła postpandemiczne obowiązki uruchomienia spirali. Jak będzie przebiegać ten proces pokaże czas, bo do tej pory nie było takiego przypadku. Wirus wywołał balans wszystkimi elementami sportu, jego przygotowań, przebiegu imprez. Teatr bez widzów jest lustrem księżycowego krajobrazu. Czekamy na pomysły przejściowe, chyba/ ?!/ nie brakuje ludziom odpowiedzialnym za speedway inwencji/?!/. W następnym felietonie o dziwnej zapaści międzynarodowych władz a FIM istnieje od 1904 roku! Zaćmy warto leczyć. Resetować tradycje póki nie jest za późno.

PREMIERA sezonu zwykle miała miejsce wczesną wiosną, bywały lekkie opóźnienia, gdy zima robiła psikusy, jednak ocieplenie globalne powodowało w ostatnich latach dotrzymywanie terminów kalendarzowych. Gdzie marzec a gdzie czerwiec? Epidemia wyrzuciła brutalnie za burtę wszystko, co było przyzwyczajeniem, normalnością w życiu na planecie. Kilka miesięcy trwogi zrobiło wyłomy, które wcześniej czy poźniej dotkną poszczególne sektory naszego życia. W tym sportu także, vide kłopoty finansowe takiej potęgi jak Boska Barcelona. Kontrakty reklamowe, umowy medialne weryfikuje pieniądz. Gospodarka światowa wpadła w potężny dół. Każdy ma swoje problemy, nadchodzą jak tajfuny, prognozy trzeba rozważać i ustalać warianty. Podziwiam optymizm niektórych bossów, którzy jakby zamknięci w swoim kokonie nie widzą jutra i pojutrza. Sport finansowo już dawno zdziczał, kontrakty gwiazd np. futbolowych wyśrubowane zostały niebotycznie. Milion euro tygodniowo jest gażą normalną? Z jednej strony mamy świat umierających dzieci z głodu, z drugiej szaleństwa kontraktowe klubów. Bez dostrzegania realiów a ludzie chętnie korzystają w rozbiórce sejfów. Jest ogromna różnica między bramkarzem, piłkarzem obojętnie jakiej funkcji na boisku a zawodnikiem sportów samochodowych, motorowych. Speedway jest ryzykiem, ekstremalnymi wyścigami, które mogą być przerwane nagle wypadkiem skutkującym kalectwem, ba! Utratą życia. Piłkarz w każdej chwili może zagrać źle, bo czuje się słabo, być sfaulowanym brutalnie i długo rehabilitować. Prawda oczywista, druga potężniejsza jest taka, że na torze w walce gladiatorów bez faulu a przypadkiem złego losu karambol lokuje zawodnika w życiowej klatce nieszczęścia. Relacje finansowe pomiędzy asem piłkarskim i nie koniecznie gwiazdorem a wybitnym naukowcem, badaczem i także sportowcem ścigającym się na torze samochodowym, żużlowym jest przepaścią. Czy okres pandemii jest w stanie wyrównać niesprawiedliwość sportowych kontraktów? Wątpię. Za mało nieszczęścia dla rutyny zachowań. Przykłady grymaszenia niektórych, nielicznych zawodników w żużlu na polskiej scenie były niewinne. “Trudne dziecko” z Unii Leszno Piotr Pawlicki jr. ma charakter, który nie pozwala mu na akceptację narzuconych opcji. Dlatego mimo różnych wad, dostrzegam u niego zalety. Wolę z nim stracić, niż z innym zyskać. Zostawmy go w spokoju, wkrótce pokaże co potrafi, Dariusz Ostafiński ma Pawlickiemu jr. sporo do zarzucenia. Nie znam się z szefem żużla “Sportowych Faktów”, jak ongiś z jego ojcem, świetnym piłkarzem/ stoper/, reprezentantem Polski, Marianem/ur.1946, Przemyśl/, który często bywał w redakcji  “Sportu”, gdzie pracowałem, namawiam więc czasem do tolerancji, choć też nie toleruję wybryków w sporcie. Ostatnio ze smutkiem przyjąłem zatrzymanie w sprawie kradzieży lux auta, byłego zawodnika Falubazu Zielona Góra. Ten klub ma pecha do kryminalnych wokand, przypomnę sprzed lat zabójstwo człowieka/też chodziło o auto/ dwóch żużlowców tego klubu, ponadto tamże przykre samobójstwo jednego z talentów. Speedway, raz po raz, nie jest pozbawiony sądowych wyroków, rybnicki niedawny ”wyczyn” byłej gwiazdy, także “fantazja” byłego weterana, robią rysy i potwierdzają zarazem, że zawodnicy są podatni na rozmaite “słabości”. Życie potrafi zaboleć… Najgorsze, kiedy na własne życzenie.

– Głupota bywa hurtowa a mądrość detaliczna, jak napisała polska noblistka Wisława Szymborska. Popatrzmy wokół, posłuchajmy…

No a za kilkanaście dni mamy wreszcie start najlepszych polskich ligowców. Jak wypadnie premiera? Będzie dobrze, tak myślę, zawiruje ruletka, jednak pełnia radości zapanuje, gdy na stadionach “rozstawieni” kibice będą dopingować swoich ulubieńców. Na polski rachunek w determinacji koniecznych obostrzeń i tak będzie dużo więcej żużloholików – czek, niż gdzie indziej poza polskim krajobrazem. Taki nasz spleen.

“Boso” ale w kasku

d174024a5c3471f15788ba865d4213c8-598

Dość już polskiego “tsunami”, hejtów i żartów większości z mniejszością?

Zanurzyłem się zatem w książkowych szpargałach dla oddechu bez maski. Chwile z emocjami szczęśliwymi dla czytelników, wykonawców i widzów trwają w pamięci a kiedy nam źle, wracamy z przyjemnością do takich momentów, bo zapewniają dystans mniejszy, niż 2 metry. Pozwalają na inne myślenie, oddalają bez rękawiczek sprawy złe dla serc. Czy wrażliwość zwiększyła się przez koronawirusa? Nie zauważyłem.

Oglądałem pierwsze mecze piłkarskiej Bundesligi bez widzów, gol z karnego Roberta Lewandowskiego. Pusta widownia w Berlinie, pokrzykiwania na siebie zawodników były tłem dla gry, która przypominała treningowe sesje. Gra w dziada? Coś w tym rodzaju. Ruszyła nasza ekstraklasa futbolowa, też bez widzów, potem polski żużel ogołocony pandemicznie z fanów. Na zdrowy rozum…teatr bez widzów, grają aktorzy. Nie ma oddechu drugiej strony. Co lepsze? Przeczekać trudny czas, zagrać, pościgać się przy spragnionej emocji widowni? Z kanapy nie słychać na stadionie dopingu. Epidemia jakby zrobiła sjestę, drzemie wieszczą lekarze. Dentyści wyrywają zęby z nowym cennikiem za środki dezynfekcji, fryzjerzy obcinają drożej, pociągi w nowej odsłonie szanują miejsca nie koniecznie przy oknie. Cool? Odmrażanie nie uznaje tempa, zamarzniętych rąk nie można wkładać do wrzątku. Ukoronowany wirus krąży, wyznacza restrykcje, które złamane kończą się pod respiratorami. Życie uczy? Historia też? Odporność na wiedzę nie łączy się ze skromnością. Maski kryją twarze, jedni uwielbiają, drudzy cierpią. Maski niektórym już chyba zostaną na zawsze, nie tylko jako pamiątka po zarazie.

Zwinny na boisku as Liverpoolu Sadio Mane z Senegalu przyłapany na ulicy z telefonem w ręce, uwidocznił strzaskaną szybkę w IPhone. Zdjęcie jak zdjęcie, Sadio zarabia furę funtów na stadionach, strzela bramki. Fani: nie stać Ciebie na nowy telefon?

Mane ripostuje, “biegałem boso, umierałem z głodu, po co mi 10 Ferrari, 20 zegarków z diamentami…wolę budować szkoły, dawać biednym ubrania, jedzenie”… Wysyła miesięcznie ludziom w Senegalu po 70 euro, żeby jakoś egzystowali rodzinnie. “By mieli trochę tego, co mnie dało życie”. Sadio Mane, hebanowy piłkarz trenowany przez Niemca Juergena Kloppa, ma cenionego szkoleniowca sportowego i życiowego.

Speedway w polskim wydaniu przygotowuje się na premierę, głównie telewizyjną. Koszty poleciały w dół kontraktowo, nie wszyscy przyjęli propozycje ze zrozumieniem sytuacji, każdy ma inny charakter, inny żołądek i roszczenia. Eldorado Poland dla niektórych się kończy. Komfort egzystencji weryfikuje twarda rzeczywistość.

Na początku historii polskiego żużla słynął on przez długie lata z przywiązania zawodników do klubu, speedway był wzorem poszanowania wychowanków dla tradycji drużyn, regionu. Rybnik, Leszno, Gorzów, Toruń, Zielona Góra, Tarnów… kuźnie kadrowe, talenty ciosane na mistrzów. Trochę inna sytuacja była w “mundurowych klubach”; Bydgoszczy, Gdańska, wcześniej Katowic /Gwardia na Muchowcu/, zawodnicy byli powoływani do służby, choć nie szastano kontraktami, jak w piłkarskich firmach, np. Legii/wojsko/ Warszawa. Nie zawsze sami zawodnicy mimo kuszących ofert chcieli opuszczać rodzinne strony, swoich kibiców. Pamiętam jaka awantura powstała, kiedy Zenon Plech postanowił wyjechać na wybrzeże. Gdańsk kusił jodem i Bałtykiem, nawet… uniwersytetem. Plech zawziął się na zmianę a możni Wybrzeża zrobili resztę. Szum był potężny. Rybniczanie byli jak górnicy, fedrowali razem. Unia Leszno wzór do czasów zagranicznych kontraktów. Nie wspominam innych klubów, tradycyjne przywiązanie do swojego warsztatu było godne podziwu i zawsze powtarzano na polskiej scenie wyczynowej, że żużel ma silne korzenie rodzinne. Czasy się jednak zmieniały i budowanie drużyn ulegało przemeblowaniu totalnemu. Jest grupa, która wędrowała tam, gdzie więcej dawano kasy. Ikona nie ikona, cena grała rolę najważniejszą. I tak chyba będzie, bo brakuje autorytetów, które zwiążą klubowo ludzi z sobą. Polskie żużlowe Eldorado jest jedyne w tym sporcie, mimo pandemii, to nie najlepsza liga Europy, tylko bez konkurencji innych lig i nadal najbogatsza.

Piotr Pawlicki ma rogatą duszę i ma swoje zdanie. Nie jest to lelum polelum i podobnie jak ojciec Piotr, charakterologicznie, nie da sobie w kaszę dmuchać. Można mieć obiekcje, lecz dawni polscy mistrzowie także byli zadziorami. Mierny ale wierny lepszy? Emil Sajfutdinow jest zawodnikiem, który może być mistrzem świata. Inteligentny, sponiewierany przez kontuzje, z medalami na piersi każdego koloru. Jest charakterny. Speedway/ czytaj: działacze/ w Polsce nauczył Emila prawie wszystkiego, nie tylko zresztą jego. Wspominam tych żużlowców, ponieważ wyraził swoje zdanie. Ich prawo.

Ekstraliga, niższe ligi na polskim gruncie wytworzyły atmosferę komfortu bez końca. Prezesi i wykonawcy na jednej lini frontu nie mogli narzekali. No może poza Ekstraligą, forowaną spółkowo zdecydowanie. Ale o istnieniu Grupy Lux można mówić w kategoriach średniej klasy a nie asów od parady. Charakter sportowców jest bardzo zróżnicowany, podobnie zarządzających bossów. W tym małym środowisku wszyscy o wszystkim wiedzą, choć nie mówią tego wprost, raczej konfidencjonalnie po kątach a kąty bywają małe, ciemne, chłonne na informacje z pierwszej ręki, acz nie zawsze. “Tajemnice poliszynela” mają grube portfele. Pandemia niektórym resetuje poglądy.

PREMIERA polskiej edycji ligowej w Polsce tuż, tuż… Trwają uparte targi w sprawie Maksa Drabika; POLADA, która tropi nieuczciwych sportowców stosujących niedozwolone środki, wyda wyrok sprawiedliwy. Zawodnik Maks D. jeszcze nie ukształtowany, z dużym mniemaniem o sobie, / talent z medalami MSj./, jest skołowacony, bo gdzie i czyja wina on wie, biernie uczestniczy w spektaklu, który odciśnie wyraziste piętno. Pamiętam, kiedy przychodził z mamą, babcią na stadion w Częstochowie a wyrastał poza Jasną Górą. Serial Drabika jr z wrocławskiego klubu jest marnym przykładem, co powinien a czego nie robić sport z młodymi ludźmi. Nie każdy ma jednak szczęście mieć do czynienia z Kloppem w Dortmundzie /Błaszczykowski, Piszczek, Lewandowski/ czy teraz w Liverpoolu, wspomniany Mane. Mamy co mamy.