SANTO CIELO…

Rany boskie… Santo cielo…Castagna “zarzyna” speedway tępym nożem. Armando co ty  robisz jako szef światowego żużla? Zamiast rozwijać żużel, zwijasz go do pudełka, polskiego kartonu. Czy wszędzie ma być tak, jak w rodzinnej Italii? Było ongiś płomykiem nadziei Lonigo; tam startował Armando, był jego imiennik Dal Chiele, Valentino Furlanetto/ to on spowodował groźny wypadek Edwarda Jancarza na zielonogórskim torze/, próbowali inni, do Lonigo, sympatycznym miasteczku byli zwolennicy speedway’a, /z Renzo Gianninim, Giani Tombą, no i szefem klubu Gian Luigi “Gigi” Biasinem, twórcą wszystkich poczynań, w tym dziś już 74 – letnim klubie. Wiosną, dawniej, tory były zamarznięte w Skandynawii, Niemczech, Polsce –  przyjeżdżali do Włoch żużlowcy na treningi. Miejscowi otrzymywali zlecenia na organizację turniejów rangi MŚ. Prezydentem FIM był rzymski prawnik Francesco Zerbi. W pobliżu Lonigo manufakturę silników miał Giuseppe Marzotto/ ur. 1944/. GM – robiły szybko karierę i są wiodące do dziś. Co się stało z Lonigo? Już nie ma tam żużla, włoski speedway jest tylko na krańcach starego miasta Udine, w Terenzano. Tylko tyle… A było tak bogato. Włoski guru signore AC zaniedbał speedway u siebie, zatem jak ma wyglądać jego wizja w skali globalnej?  Więc snuje się od dawna mgła niepewności, zaś polska rzeczywistość nie jest wyznacznikiem, że wszystko gra, gdyż niestety nie jest.

Był Armando zawodnikiem, został sternikiem, moim zdaniem, przypadkowo. Mam nadzieję, że to ostatni jego sezon i ma co myśleć portugalski prezydent Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/ FIM/. Sądzę, że podejmie słuszną decyzję w tej sprawie, już nie trzeba kongresowych, gremialnych przepychanek, senhor Jorge Viegas może to zrobić choćby ad hoc, jednak kadencja włoskiego guru upływa w roku następnym! Nie trudno przewidzieć koniec serialu włoskiego z tytułem “Arrivederci”.

Następna sprawa, kuriozalna w skali światowej, zresztą poruszana już przeze mnie, podkreślam notorycznie, aż mi wstyd za rodaków, którzy karmią się polską edycją żużla. W kraju nad Wisłą startuje elita żużlowego świata; młodzi Australijczycy lądują i dziękują za wikt i opierunek, za bonusy na pobyty wakacyjne. Czy elita wyobraża sobie sportowy żywot bez polskiej ligi? Bez polskich “saksów”? Raczej nie. Nie uczą się obcokrajowcy polskiego, bo nikt tego nie wymaga, pobłażliwość jest wstydliwa wobec ignorantów. Czy tak być musi?

Krzysztof Cugowski, kultowy, sławny artysta estrady, wykonawca hitów “Budki Suflera” w szczerej rozmowie ze mną, bo trochę lat się znamy i cenię solistę, fana nie tylko speedway’a lubelskiego, /Krzysztof na żużlu się zna!/ powiedział tak: Ano, nie pojmuje absolutnie, że Polacy “hodują” speedway jak tylko mogą na bardzo dobrych warunkach dla przyjezdnych ale nie rozdają strategicznych kart, więc sytuacja jest absurdalna. I tak sobie ponarzekaliśmy. Na trudne obostrzenia estradowe, także i na wirusowe czasy.

Dlaczego Castagna “zarzyna” speedway? Obciął drużynowe mistrzostwa świata, funkcjonuje bez prestiżu Puchar Narodów, decyzje zapadają arbitralnie niemal, bez większych dyskusji, po prostu nie ma klasycznych DMŚ, które były wiodącą marką w ostatnich latach w Polsce. Kolekcjoner medali  tych rozgrywek, szkoleniowiec Marek Cieślak and company są historią. Puchar Narodów nie jest drużynowy, tylko… duetowy. MŚ par, które wymyślili Szwedzi w 1970 roku,/pierwsze zawody w Malmoe/, dawno rrozmyły się we mgle zaniechania. Wystarczy? Nie… Otóż likwiduje się drużynowe MŚ juniorów, ogranicza starty zawodników do par… Czyli? Pseudo drużynówka? Najlepiej, gdy federacje nie będą szkolić, tylko mieć np. zaledwie kilku żużlowców; system argentyński, francuski, holenderski, włoski? Ba! Pod niebem wodza światowego żużla jest paru zawodników, w tym syn Castagny.Wspomnienie złotych lat Lonigo błąka się kanałami pobliskiej Wenecji. O sole mio!

Od lat wielu szukam jasnej koncepcji rozwoju globalnego żużla. Wyobraźnia wyostrza przyszłość nie tylko w sporcie i chyba jest duża różnica między operą a kabaretem. Italia, bywałem w ładnym, pachnącym cyprysami Lonigo, kultowe niosło z sobą nadzieję, bo nie jest łatwo w kraju fascynacji aut pięknych i szybkich lansować zamknięte wyścigi; tam kochają widowiska w stylu torów Monza, Imola. Auta kochają niczym kobiety,  uwielbiają motocykowe wyścigi. Tysiące kibiców, pikniki, w parku Monza w pierwszą niedzielę września jest historyczny, już prawie, wyścig F -1. Byłem tam nie zgadniecie kiedy, proszę sprawdzcie – wygrał wtedy Włoch Mario Andretti. W jednym z boksów gościem był wielokrotny, super motocyklowy mistrz świata Giacomo Agostini. Szał. Lonigo, zaznaczam mocno, było oazą dla żużla nie tylko włoskiego, dla innych grup europejskich, gdyż nie każdy ma słońce Kalifornii i wody Pacyfiku. Armando Castagna pochodzi z północnych Włoch, magiczne Lonigo upadło, nie było pieszczone dostatecznie. Terenzano jest miejscem, które nigdy nie będzie tak przyciągać; poznałem atmosferę, kiedy w 2010 roku Tomasz Gollob wygrał złoto IMŚ. Dziwne miejsce…

Ostatni pomysł z “kastracją” DMŚ juniorów i ograniczeniem liczby startujących wychodzi naprzeciw tym, którzy nie szkolą? Bzdura. Będzie polski protest? Czy możemy w takim razie wystawić trzy reprezentacje narodowe w DMŚ juniorów signore Castagna? Może tak być dla pochwały szkolenia, dopingu dla innych federacji? Bez lancetu!

Armando, to nie jest w porządku, nie unikaj mnie przy najbliższej okazji, bo żużel podziwiałem, kiedy jeszcze nie jadłeś makaronu. Zamiast wzbogacać speedway, on jednak ubożeje /powtarzam: nie patrzmy na polski fragment/ – zatem cudacznym likwidatorom tego co dobre i atrakcyjne w tym sporcie powiadam: arrivederci.

F. Marco Biondi / Unsplash

Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

ZENO STAR /1953 – 2020/

Tak po prostu. Zeno, tak mówili. Zmarł Zenon PLECH, 67 lat, żużlowiec Polski, obywatel świata, który nie bał się żadnych torów na tej planecie i potrafił z każdym wygrać. Talent spod Gorzowa, miał lat 20 kiedy upatrywano, że w Chorzowie na Stadionie Śląskim w 1973 roku może sprawić niespodziankę. Sprawił, zdobył brązowy medal, ale największą sensacją było zwycięstwo i złoty medal Jerzego Szczakiela. Obu Polaków przedzielił wtedy nowozelandzki as Ivan Mauger. Plech stworzył na żużlowym rynku markę niebanalną, zawodnika, który fruwał na torach jak ptak, objechał cały świat, startował na Antypodach i w Kalifornii. Kawalarz, dowcipny, niezwykle lubiany, towarzyski  waleczny, niezłomny. Tak. Niezłomny. Potrafił jechać do końca zawodów z piekącym bólem nogi, potem wylać dużo krwi z buta. “To dla orzełka”! Tak było ongiś w obecnym Petersburgu, podczas drużynowych mistrzostw świata a opowiedział mi o tym nieżyjący już energiczny Roman Cheładze, świetny sędzia międzynarodowy z Torunia, wówczas kierownik reprezentacji Polski. Plech miał charakter bojownika, sportowca, talent do ścigania, myślał na torze, czy kombinował? Nie, on bardzo chciał być pierwszy, za wszelką cenę, więc jazda była dla niego żywiołem. Zmarł w Gdańsku, tam się wyprowadził z Gorzowa, bronił Stali od ucznia, potem w barwach Wybrzeża. Gorzów miał zawsze chętnych do żużla i tak jest po dziś, choć mocno topnieje liczba adeptów, kiedyś było 300 chłopców do szkółki, teraz trzeba ich niemal szukać. A jednak tamtejszy klimat sprzyja i zadziwia rewelacyjny Bartosz Zmarzlik/rocznik 1995/, kolekcjoner medali MŚ.

Zenek był reprezentantem Polski, kilkakrotnym mistrzem, razem z Edwardem Jancarzem, klubowym kompanem stanowili parę, która świetnie się rozumiała w każdej sytuacji. Zdobywali medale mistrzostw świata, obaj startowali w lidze angielskiej; Zenek w Hackney, gdzie promotorem był Len Silver. Kochał Zenka niemal jak syna, pozwalał mu na dużo, a Polak odpłacał wyścigami, które dawały adrenalinę Wyspiarzom. Był uwielbiany przez fanów w różnym wieku. Wspomniałem o transferze z Gorzowa do Gdańska, były naonczas problemy, speedway klubowy w Polsce szanował barwy macierzyste, źle było widziane odchodzenie z klubu. Zenek zrobił zawieruchę, klub się nie zgadzał, gdyż władza tamtejsza chciała mieć taką perłę u siebie. A w Gdańsku niby lepsze powietrze, jod, Bałtyk, stało się jak się stało i Plech wystartował jednak w Wybrzeżu. Został w nim do swojego końca, stadion niemal domem był.

Moja dziennikarskie przygody z żużlem w redakcji “ Sportu” silnie związane były z karierą Plecha i Jancarza, także innymi zawodnikami; lecz ta para reprezentacyjna, dodając jeszcze mechaników gorzowskich Edwarda Pilarczyka i Stanisława Maciejewicza liderowała wyraźnie. Objechaliśmy zatem europejskie tory i turnieje mistrzostw świata, bywało różnie, Polacy mieli gorący hart ducha, waleczni, jednak ze sprzętem wówczas bywało kiepsko. Ile razy za nowości zapłata była w barterze butelkowym? Starty polskich zawodników w lidze angielskiej gwarantowały podpatrywanie i zaopatrywanie się w części, których nie było w magazynie Polskiego Związku Motorowego. Bariery trudne, nadrabiano więc brawurą, ambicją 200 %.

Plech był marką, zagraniczni dziennikarze wciąż dopytywali o niego a on miał czas dla nich zawsze. Zeno Super Star. Roześmiany, żartujący, bratnia dusza.

Oto zdarzenia, jakie mi utkwiły w pamięci z naszej wieloletniej znajomości, często burzliwej, komentowałem dla gazety a nie zawsze wyniki były satysfakcjonujące i  zawodników, i zagorzałych kibiców, których Zenkowi nigdy nie brakowało. A kibice są z natury ”chciwi” sukcesów, takie ich charaktery, często prawie fanatyczne.

O roku 1973 wspomniałem, na Jerzego Szczakiela nie liczono a został pierwszym polskim mistrzem świata, Plech był trzeci, debiutant w takiej randze imprezy miał lat 20, bardziej spodziewano się lepszej jazdy od Edwarda Jancarza. Przypominam o tym, bo ogromny sukces na Stadionie Śląskim Zenona jakby trochę pogubił się medialnie w sensacji, jaką sprawił Szczakiel. Komentarz telewizyjny polskiej stacji obracał się wokół żałowania, że mistrzem nie został Jancarz. Była draka, zawieszenia personalne w katowickiej TV. Pomyślałem wtedy, nie tylko ja, że Szczakiel –  “szkoda, że nie przepraszał za zdobyte złoto”… Różne krążyły głosy “na mieście”, nie było wtedy internetu, hejt byłby potężny, no cóż, zaskoczenie życiowe ma czasami odbicia nieprawdopodobne. Emocje chwieją sytuacjami, opanowanie wylatuje oknem.

Mamy rok 1979, znowu finał indywidualny mistrzostw świata na “Śląskim”. Kolejne moje biuro prasowe, na treningu podchodzę do Zenka, rozmawiamy, skupiony, zdeterminowany, pokazuje gadżety reklamujące siebie i londyńskie Hackney, gdzie startował, inny człowiek, “nabuzowany” fest, wreszcie mówi: “ Jutro będę mistrzem świata”… nie miał takich odzywek w zwyczaju, tym razem odmieniony. Wyraźnie miał swoją wewnętrzną presję na zrobienie extra wyniku. Przypomniałem sobie, rozmowę ze Szwedem Andersem Michankiem, mistrzem świata z roku 1974, który w kawiarni hotelu “ Katowice” i gdy zapytałem o karierę Plecha, oświadczył wprost: “Jeśli się nie zabije, będzie mistrzem świata”. Kruchej postury zawodnik z gorącym sercem i siłą, szalał na torze, latał jak spłoszony ptak z gniazda, kibice oczy zamykali, oszołomieni i zafascynowani. Fachowcy brytyjscy go podziwiali i cenili, jako zawodnika i człowieka, towarzysko dał się lubić. Kiedy piszę te słowa zdjąłem ze ściany srebrny medal mistrzostw świata par ze słoweńskiego Krska z roku 1980, Plech zdobył go razem z Edwardem Jancarzem, wygrali Anglicy, brązowy medal przypadł Duńczykom, pikanterii finału nad rzeką Sawą dodaje fakt, że Polacy jechali autem z Londynu i dotarli do Krska w ostatniej chwili, ówczesny szef polskiego żużla Zbigniew Flasiński strasznie się stresował i dopiero medal uspokoił jego nerwy. Sukces Polaków był zaskoczeniem, choć rok temu w duńskim Vojens zgarnęli brązowe medale. Stawka była wyrównana, polscy “Anglicy” dokonali niezłego manewru.

Zenon Plech, kultowy zawodnik, brylował, lubił “odgrywać” taką rolę. Kult Plecha… za tydzień będę ten temat snuł przez kolejne tygodnie, bo słowo KULT jest magicznym pojęciem poczynań bohatera i percepcji przez widzów. Zenek umarł za wcześnie, był mocno schorowany, żużel kocha twardzieli ale i drenuje ich zdrowie bez żadnych skrupułów. Długo zmagał się z trudną chorobą, w końcu nie dał rady i świat speedway’a płacze, wspomina karierę sportowca i nauczyciela zawodu żużlowca. Był otwarty z barwną karierą i rozmaitymi przygodami; dużo z nim przeżyłem na imprezach, w podróżach, był nietuzinkowym bohaterem wielu moich dziennikarskich relacji. Nie zawsze chwaliłem, nikt nie jest doskonały, wszak zdarzają się dni złote i szare. Nie “klajstrowałem” na wyrost nigdy, mieliśmy różne racje.

Uwielbiał atmosferę stadionów z dużą widownią, bardzo go nakręcał spleen angielskich meczów, odmienna organizacja imprez, niż na kontynencie. Anglia też go polubiła.

Czy był większym talentem od Tomasza Golloba? Hm, inny czas, zupełnie inne możliwości sprzętowe, kontrakty z innymi kwotami, inna zasobność kibiców, więc nie było plechomani. Wojażowania. Plech był wszechstronny pod każdym względem, jakże często pędził z fantazją tylko “dla orzełka”. A dziś? Nie czas na męskie porównania talentów tego czy tamtego zawodnika, speedway jest sportem dla silnych “orłów” i nie jest bajką na jeden wieczór, lecz powieścią, która zawiera w sobie wszystko, jak filmowa saga, więc kto więcej pokaże siebie samego na torze i poza nim – staje się kultową osobowością z charakterem. I o tym w następnym felietonie.

A teraz już koniec, smutno mi… wiecie co? Ludzie znad morza mówią, że fale uderzają z żalu o brzeg jak nigdy.

Viegas nadzieją jak szczepionka

Speedway, ściernisko i żużlowisko. Gabriel Waliszko, który sam odleciał z pewnej stacji telewizyjnej, gdzie rechotano na różne głosy w każdej transmisji, dwoi się i troi. Raz tu , raz tam, jeszcze live FB i pakiet gości, który na luzie dociera po sezonie do fanów, którzy ledwo skończyli swoje emocje tegoroczne a już otwierają dusze na nowe rozdanie. Bo kibic nie zaspypia a nawet jeśli mu to się zdarzy, śni o adrenalinie, która go wybudzi z najgłębszej nawet śpiączki.Wiedza ma to do siebie, że jest jak oliwa, zawsze na wierzch wypływa. Wspomniany Gabryś rozdmuchał na lewo i prawo drugą ligę żużlową na antenie Motowizji i narobił apetytu takiego, że nawet bawarskie Landshut zgłosiło akces do polskich rozgrywek w nowym sezonie. Robota Waliszko and company w profesjonalny sposób usatysfakcjonowała zwykle pokrzywdzonych, kibiców tej kategorii rozgrywek. Landshut jest kolejnym niemieckim zespołem żużlowym, który lgnie do polskiego żużla i dobrze, że nikt specjalnie do tego się nie wtrąca i nie odtrąca, jak bywa z innymi zachodnimi pomocami tego rejonu Europy. Bawarskie Landshut jest miastem pięknym jak pudełko czekoladek z wizerunkiem katedry tego regionu. Izara, rzeka jak wstążka ozdabia krajobraz, za miastem blisko sportowego lotniska jest stadion, gdzie miałem przyjemność być w roku pamiętnym/ 1978/ dla duńskiej armady pod wodzą Ole Olsena; od tamtego momentu zaczął się marsz Hamletów po stadionach Europy i zbiór medali do dużego worka. Polacy zdobyli brązowy medal. Wtedy niezapomniany redaktor Jan Ciszewski wziął z warszawskiej FSO nowego Poloneza i przyjechał na radiową transmisję, TV nie miała środków, siedziałem obok Janka jako reporter “SPORTU” i liczyłem punkty, zwykle mnie o to prosił, co sprawiało mi satysfakcję. W pewnej chwili zgasło światło w części stadionu, latarki nie mieliśmy, jakoś niemiecka precyzja pomogła uruchomić kaprys prądu. Stadion był modelowy, z dala od miasta zabytkowego, “skażonego” wiekowymi polonicami /polsko – niemiecki ślub królewski/, obiekt bodaj 20 km od centrum, więc decybele nie zakłócały spokoju, ptaki w tym rejonie incydentalnie nie miały ciszy. Pensjonaty wiejskie jak skanseny, pierzyny wysokie na pół metra, śniadania prawie całodniowe. Piwo bliskie wodzie mineralnej, ze wzgórza zamkowego w Landshut widok na okolicę dawał panoramę konieczną do utrwalenia na filmowej taśmie.
W tym Landshut jeździ Martin Smoliński, który ma korzenie spod Raciborza. Dobrze, że polska druga liga wzmacnia szeregi, co skłania nasze zespoły do mobilizacji. Nie wszystkich, bo rzeszowski team, który nie ma szczęścia do personalii, dalej błądzi w kontraktach, zagubiony, jakby nie brał wzorów z krośnieńskiego klubu, który wyrósł na lidera speedwaya’a na Podkarpaciu. Marnie widzę poczynania Stali bogatej w tradycje. Z Krosnem łączy ją tylko w tej chwili rzeka Wisłok. A ongiś w Rzeszowie było bogato sportowo, no i sukcesami organizacyjnymi rangi światowej. Co zostało? Wspomnienia.
Mamy w Polsce trzy ligi, Ekstraliga jest potęgą uzbrojoną w spółkę, pierwsza liga miała w mijającym sezonie mecze/ nie wszystkie/, które zapierały dech w piersiach. Extra. Ściganie otwierało śpiące powieki. Druga liga od dłuższego czasu wegetowała, wg zasady: nie ma transmisji TV – nie ma reklam, więc bida zaglądała pod kevlary, samorządy podpierały “kołkami” budżety. Jakoś ludzie lepili kłopoty. Rok 2020 przyniósł wszystkim upadek frekwencji spowodowanej koronawirusem i nagle Gabryś Waliszko jak medyczny ratownik zjawił się w przestrzeni drugoligowej; transmisje meczów przyniosły ożywienie, drgnęło. Tego kapitału nie można zmarnować, trzeba lecieć dalej z tym towarem na antenie TV. MOTOWIZJA powinna wejść w kablówki, będzie bardziej dostępna, zwiększy się oglądalność. Inwestycja opłaci się decydentom tej stacji, także klubom, kibicom. Bez śmichów, chichów celebryckich z bożej łaski.

Wizja roku 2021 mimo przepowiedni szczepionek na koronawirusa jest mglista. Pandemia trzyma się mimo wszystko mocno, nie wszyscy przestrzegają reguł tej okrutnej gry. Jaka wiosna? Sport nie może liczyć na mocne zastrzyki dotacji miejskich, gdyż są inne potrzeby, głównie medyczne. Kontrakty na rynku żużlowym domknięte prawie szczelnie. Kalendarz nie jest pewny, zwykle bogaty, obecnie z niewiadomymi. Mistrzostwa świata ostatni sezon będą pod egidą BSI, i dobrze, bo już najwyższy czas by zmienić mocno wytarty moduł.
Rozdanie roku 2022 z nowym gestorem może wniesie powiew świeżości w każdym szczególe tych rozgrywek. Błędy zaniechania, braku pomysłów na atrakcje są duże.
Jest jeszcze jedna kontrowersja w kontekście polskiej dominacji żużla na świecie. ZARZĄDZANIE. Świat się odmienia na różne sposoby, mury stare kruszeją, buduje nowe ściany, nie może być tak, że Polacy ratują światowy vel europejski speedway, zaś rządzą nim ludzie przypadkowi, bez pomysłu z etykietą bylejakości. Wystarczy już “włoszczyzny” na każdym stole. Mocno liczę na polską zgodę/?!/ w tej materii oraz dyplomatycznej roztropnej decyzji prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/ sympatycznego Portugalczyka Jorge Viegasa. Lizbończyk jest doświadczonym działaczem, ma swoich akolitów, bywał w Polsce, widział jak wygląda żużlowy show na Stadionie Narodowym w Warszawie. Entuzjazm, popularność i dorobek. Portugalczycy mają trochę i naszej mentalności, kochają motory i uwielbiają auta, kameralna, ładna nadmorska miejscowość Estoril ma tor F-1, gościł tamże Kongres FIM. Wybrzeże to jest atrakcyjnym zakamarkiem świata, byłem tam trzy lata temu, bodaj godzina jazdy kolejką ze stolicy. Położona na wzgórzach Lisbony, wypełniona stromymi schodami, tramwajami, pielęgnuje m.in. smętną muzykę i pieśni FADO. Wyobrażam sobie, że zmiany w rozdziale nowego dzierżawcy Grand Prix, przyniosą także novum w zarządzaniu, które obudzi/ Eurosport/ speedway w państwach, gdzie zniknął i podniesie, gdzie przymiera. Jorge VIEGAS może być animatorem polskiego przywództwa na tronie żużlowego speedway’a. Moi rodacy w “czarnym sporcie” nie są wyrobnikami, są non stop ofiarnymi “ratownikami”, zatem wreszcie powinni mieć znów /po Władysławie Pietrzaku/ swojego prezydenta światowego.

Por favor! Ola!

Wojewódzki Zmarzlik

Show. Interesująca rozmowa. Kolejny złoty medal dla mistrza żużlowych kółek Bartosza Zmarzlika. Zaprosił go do autorskiego programu Kuba Wojewódzki na antenie TVN. Był też gość, sympatyczny artysta gastronom Mateusz Gessler, który uwielbia motocykle, francuską kuchnię, bo jego rodzina świetnie karmi, smakuję czasami “na widelcu”. I to nie jest lokowanie produktu, absolutnie. Kuba Wojewódzki w swoim talk – show ma swój ostry genre, nie każdy daje radę, mistrz żużlowy bez hamulców pokazał klasę. Przyjechał na scenę motorem na którym zdobył drugie mistrzostwo świata, nie tak dawno, na toruńskiej Motoarenie. Dobrze ubrany, wyluzowany, “sprzedał” siebie znakomicie oraz wartości udanie trwającej kariery, oto rodzinne więzi, ile znaczy obok talentu praca, charakter, pokonywanie przeciwności losu. Bartosz na *****/ nie mylić gwiazdek!/. Wojewódzki OK, zaś mistrz gastronomicznych specjałów zadziwiony, bo gorzowianin szybko startował w odpowiedziach, błyskotliwy jak na torze. Na mecie znów pierwszy, brawo Bartek. Byłem szczerze zaskoczony, bo z Wojewódzkim nie ma żartów, żużlowiec umiejętnie robił mijanki, podnosił adrenalinę, sceniczny speedway, materiał cenny do oglądania dla wszystkich, więc młodzi adepci powinni zobaczyć, posłuchać mistrza w innej roli, wcale nie tak łatwej. Przyjemnie się oglądało i słuchało. Czego mi zabrakło? 25 sekund obrazu na ekranie zwycięskiego Bartka w akcji! Byłby show kompletny… “na widelcu”. As z asem. Nie dał się Bartek wciągnąć w erotykę, ulubiony temat KW i było do końca OK. Złoto bez manier.

Poza studiami TV, które będą przyciągać coraz bardziej, gdyż pandemia nie zwalnia tempa, mamy bujnemimo wszystko życie polskiej rzeczywistości, wcale nie tak gładkiej i hymn kibiców futbolowego Liverpoolu ze stadionu na Anfield: ‘You’ll never walk alone” nabiera teraz szczególnego znaczenia. No tak… podaję z kontekstu wyrwane: “krocz poprzez wiatr, krocz poprzez deszcz” * “Nigdy nie będziesz szedł sam”, co ostatnio w mojej Ojczyźnie słusznie zmieniano na: “nie będziesz szła sama”…Kobiety – piękno i moc! Never alone…

W żużlowych apartamentach telefony grzeją ręce, nie odkładane, jest ruch w interesie. Kontrakty zawodnicze, czasem szkoleniowe, widzę, że “łapanki” są niezłe, goście robią dobre wrażenie, więc łapią kontrakty, kombinują, będą wybuchać miny teraz “instalowane”. Nie zapominajmy, że jeden wróg nie zasypia, gnębi, pandemia kopie wszystkich boleśnie, jest trudno i nie wiemy co przyniesie jutro. W sytuacji jakiej znalazł się świat na kolejnych etapach covidowych, ogromnego znaczenia nabiera fakt bezpiecznego odjeżdżenia sezonu wypracowanego przez polskie służby żużlowe. To jest wyczyn; teraz dopiero widać ile było szczęścia ale też trafnych decyzji, logistyki z rygorami sanitarnymi wiosną 2020. Bez tego ciężko byłoby dojechać do końca sezonu. Ostatnia międzynarodowa/ zlecenie na siłę/ impreza w Lublinie bez sensu i szkoda polskiego trudu. Żal mi było patrzeć, jak walczą w błocie ludzie kochający speedway. Trzeba odrzucać takie pomysły zdecydowanie, niech robią inni, fantaści zagraniczni. Do fatalnego “bagna” SoN na stadionie Motoru polska strona wykonała plan na szóstkę. TIME OUT. Przerwa, bo oto niektórzy nie bardzo zrozumieli, co dla międzynarodowego towarzystwa znaczy polski plac żużlowy, Oto trzykrotny mistrz świata Duńczyk po czterdziestce Nicki Pedersen wyraża absmak na nowy regulaminowy zapis ograniczający starty zawodników Ekstraligi do dwóch lig, niższej kategorii do trzech. Klakierem jest Amerykanin Greg Hancock/?!/, który wydusił z naszego żużla chyba wszystko. Nicki jest u nas gościem, Greg / 50 lat/ już nie jeździ. Pedersen zarabia niezłe pieniądze od lat wielu i niech nie wtrąca się w polskie sprawy. Może jeździć np. w Rzeszowie, tam lubią cuda. To samo Hancock, kiedyś “czapkował” u nas. Szalap. To jest nie tylko moje zdanie, nie chciałbym, żeby zagraniczni zawodnicy, zwłaszcza ci, nie potrafiący po wielu latach sklecić dwóch zdań po polsku mieszali w naszym garnku grochówkę. Róbcie u siebie kopytka. W kilku dyscyplinach, np. futbolu, siatkówce zagraniczni sportowcy po roku, dwóch sezonach umią porozumieć się w naszym języku, czyli pracodawcy. W żużlu nadal funkcjonują powszechne niemowy; nie bardzo rozumiem, a “młotkowałem” ten szczegół wiele razy, że w kontraktach prezesi powinni zrobić zapis z rygorem nauki naszego języka. Europejczycy? He, he, he… Lenistwo do potęgi entej, brak ambicji, wygodnictwo i przyzwolenie polskich władz żużlowych na taki dyletantyzm. Przyjemnie słucham Brazylijczyka, który kopie u nas piłkę i po dwóch sezonach zeznaje  w telewizyjnym wywiadzie Darii Kabale – Młynarz o swoich planach. A w żużlu… “dżenkuję bardzo” i tyle, czasem bez bardzo, choć powinno. Stać żużlowców zatrudnionych w polskich ligach na lekcje i korepetycje, zresztą co nas obchodzi jaką metodą zawodnicy nauczą się języka pracodawcy. Nie chodzi o extra polish, chodzi o podstawy, tak wypada; z jednej strony jest przyzwolenie klubowe na tolerowanie nieuctwa, z drugiej na totalny brak ambicji. Kiedyś zaskoczył mnie Tai Woffinden, Brytyjczyk, trzykrotny mistrz świata, który po krotkim czasie mówił “cześć kolego”, “dziękuję”. Takie proste a tak trudne? A przepraszam, a kocham cię… inne istotne słowa, tak potrzebne w codzienności bytowania w kraju, gdzie się pracuje. To nie jest wcale śmieszne, wręcz żenada, kompromitacja promotorów lansu ignorancji. Wstyd  nadzwyczajny płatników z opaskami na oczach.

Powracam w obszar lpeszy…

Obywatel BZ. Energetyczny. Wypowiada się po angielsku. Szatan na torze. Czy stać go na siedem tytułów mistrza świata? Jakiś analfabetyczny, anonimowy kibol odpowiedział kiedyś niczym półgłówek, gdy napisałem, że “tak”. Wyleniały tchórz i nie jedyny. Bartosza stać na taki wyczyn, jeśli los nie wtryni palucha zła. 25 lat ma gorzowianin i warunki rodzinne do rozwoju, juniorskie złoto na koncie oraz dwa seniorskie gold IMŚ, więc jeśli co dwa lata grać będą polski hymn narodowy, kolekcja okaże się extra. Kuba Wojewódzki może zatem liczyć na interolokutora ze swadą i ripostami, kolejny talk w wykonaniu mistrza na torze. ZMARZLIK, serial z sezonami open i show trwać będą nie tylko na wygodnej, telewizyjnej kanapie.

Bermudy tak daleko i tak blisko

Ile trafnych haseł wpadło mi do głowy w ostatnich tygodniach? Dużo i mądrych, dowcipnych. Do zbierania i publikowania dla potomności. W kobietach jest moc, one nagle wyrzuciły z siebie boleści serc. Przekornie przypomnę, co one /a jedna z nich dała jabłko w raju, mojemu imiennikowi/ mówią o nas. Mężczyźni? – Są jak zabawki, bardzo prości w obsłudze. Tak jest? Nie zawsze. Uprawianie dominacji prowadzi na manowce, bo jak obserwujemy nasze życie codzienne władza nad ciałami ponosi porażkę. A więc? Powtarzam z autopsji, ma ta płeć siłę tajemną. Kto wie, to wie. No, dziś taki wstęp, nie mogłem inaczej i mam nadzieję, że nikt tego nie skreśli. Oto panorama życia, naszego losu, dni, tygodni, miesięcy, lat… Cierpliwość jest cnotą. Rozum jeszcze większą.

Bardzo szanuję gorzowską miłość do żużla i dobrze pamiętam pierwszy pobyt w mieście nad Wartą; czasy były oszczędne w stacje paliw, więc jechałem z 20 litrowym kanistrem oleju napędowego, czyli “ropy”. Było może siermiężnie, lecz wesoło. Towarzysko luźnie, przyjaźnie i za każdym razem tak bywało; zwykle tam się pojawiałem na indywidualnych mistrzostwach Polski. Było bogato i emocjonalnie. Dziś już nie trzeba zabierać kanistra a Mastercard. Trenerem Stali Gorzów, która mianuje się dodatkowo “Moje Bermudy” /romatycznie, acz teraz nie bardzo pewnie w dobie koronawirusa/, jest  zasłużony wynikami Stanisław Chomski. Tam się wychował, ostatnio był także w Gdańsku, gdzie lepsze powietrze znad Bałtyku wieje. Stanley ma praktyczny “przebieg”  i rutyna go broni oraz tajniki wiedzy o speedway’u. Gorzów znany w żużlowym świecie z marek nazwisk Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. Brand tych sportowców ugruntował sławę miasta. Chomski opowiadał mi kiedyś, jak bywało ongiś ze szkółką, do której garnęło się około 300 adeptów. Żużlowy supermarket. Można było wybierać, bo talentów na tym obszarze nigdy nie brakowało, ziemia pachniała żużlem i młodzi chłopcy chcieli zostać znanymi, jak Plech, Jancarz, Bogusław Nowak czy Jerzy Rembas. Dobry warsztat i szkolenie dawały szanse. Po wielu latach hossy, nie ma takiej liczby chętnych, trzeba wyłuskiwać mozolnie w okolicy. Namawiać do ścigania, inna teraz mentalność młodzieży, zmieniły się parytety, tam gdzie zawsze rodzili się królewicze żużla. Ostatni na bogaty tron wjechał Bartosz Zamrzlik, który jako złoty, podwójny medalista mistrzostw świata jest idolem dla wyznawców extra ścigania. Stadion im. Edwarda Jancarza jest miejscem kultowym. Obecny prezes Stali Marek Grzyb zna się na interesach, dlatego oferuje Moje Bermudy. Podpisał dwuletni kontrakt ze Stanisławem Chomskim, chciał nawet na trzy. Szkoleniowiec potrafi czytać grę, ma autorytet u starszych i młodych oraz cenną w wielu momentach cierpliwość. Zimne nerwy. Lata pracy mu schłodziły, choć w środku na pewno gotuje się krew. W tym sezonie gorzowianie zaczęli mało optymistycznie, Zamrzlik rozkręcał się powoli, wiara jednak czyni cuda. Walczyli. I zdobyli srebrny medal Ekstraligi, kto o tym myślał na początku sezonu? Chomski! Już wieszali na nim psy. Znamy się i nie mam zamiaru oblewać lukrem, Stanley jest “prosty w obsłudze”. Kiedyś zanotowałem takie zdania, nie wiem kiedy, ani skąd: “Żeby mieć dobre życie, trzeba w nim zmieścić to, co przerażające i co piękne. Powiedzieć sobie “przetrwaliśmy” i poczuć smak zwycięstwa”. Tak? Ano tak.

Transferowy okres w żużlu, który rozpoczął się bardzo wcześnie przyniósł sporo rozterek tym, którzy nalegali i tym, którzy wybierali. Gorzowianie chcieli pozyskać talent z Tarnowa, Mateusza Cierniaka, syna Mirosława Cierniaka. Nie tylko Stal, która ma Bartosza Zmarzlika, kokietowała 18 –letniego tarnowianina, za którym stoi jego trener wspomniany tata, były żużlowiec, “porwany” kiedyś do Wrocławia/ a jak to się skończyło?/. Ostatecznie Mateusz wylądował w Motorze Lublin. Dlaczego nie w Stali? Otóż Stanley nie zgodził się na ofertę talentu ziemi tarnowskiej, gdzie też rodzą się zawodnicy pierwszej klasy non – stop. Trener Chomski, człowiek życiowo i sportowo doświadczony powiedział NIE. Towarzystwo tarnowskie odjechało, nie przyjęło oferty stosownej do wieku, do warunków klubowych i wyrastania obok Zmarzlika. Nie znam negocjacji aby nie mówiło się o pieniądzach.  Przypomniała mi się historia Bartosza Kapustki, piłkarza młodego, który utalentowany nadmiernie, szybko został reprezentatem Polski, strzelił w debiucie gola na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz z Cracovii rychło poleciał za duże pieniądze do angielskiego klubu, by siedzieć na ławce rezerwowej. Dziś gra w stołecznej Legii i jego przygoda była raczej zmarnowanym “rejsem” po Europie. A jaki jest aktualny los jednego z częstochowskich talentów, który skuszony ofertą opuścił okolice Jasnej Góry? Jest we Wrocławiu. Tamtejszy klub często przewija się w transferowych pajęczynach. Pouczające? Stanisław Chomski stanął na gruncie /…”nieetyczne pieniądze”/ udeptanym przez rzeczywistość, dlatego go ceni prezes Marek Grzyb. I ja też. Bermudy bywają realne… I koniec wieszania makaronu na uszach. Z Tarnowa wszak znacznie bliżej na Roztocze, czas ścigania pokaże komu było po drodze, bo przypomnę, że np. Jakub Jamróg błądził. Nie zawsze “time is money”. W Lublinie pracuje sprawny menedżer Jacek Ziółkowski, młody Cierniak ma ojca trenera. Motor nie jest też klubem, który sroce wypadł z gniazda. Pieniądze nie lubią rozgłosu ale muszą mieć solidną płynność i nie rozpuszczać młodych, bo casus niegdysiejszy Adama Łabędzkiego/Leszno – Wrocław/ jest wymownym tego przykładem. Talenty jeszcze nie wyrośnięte a wcześnie skuszone bywają w efekcie skruszone zmanierowaniem. Sport zna takie przykłady w wielu dyscyplinach. Przykre.

A wzorcami udanymi w treści emanują na ulicach hasła polskich kobiet w różnym wieku. Wartość ich spontanicznego gniewu nie ma ceny. Dygresja. Pisałem nie raz, ani dwa: tyle kobiet, młodych dziewczyn uwielbia speedway, chcą być również aktywne w tym sporcie nie tylko na trybunach a nie mogą się przebić przez męskie szlabany. Męski sport jakim jest żużel broni się przed płcią piękną. Kobiety biją się na ringach oficjalnie ale nie mogą ścigać na torach legalnie. Działaczki kobiety? Stać je na sędziowanie, udowodniły, także na arenie międzynarodowej. Mają wdzięk i refleks, potrafią okiełzać każdego krnąbrnego i budzą respekt. Nie pożądanie, bo to zupełnie inna gra… Kochają speedway a on ich nie! Dlaczego są tylko tłem? W żużlu, bo gdzie indziej imponują swoimi walorami, nie tylko pod taśmą startową. Żużlowcy nie są starymi kawalerami, fanki tego sportu zostają chętnie żonami, dzieci potem mistrzami czterech okrążeń. Takie są Bermudy “czarnego sportu”, który bez kobiet nie może żyć, lecz na zasadach patriarchatu. Tylko? Boję się, że panie mogą kiedyś protestować nawet na torach. I będą miały rację, jestem za…

Photo by Sandra Seitamaa on Unsplash

15 maja, godz.19.00, anno…

Processed with VSCO with l2 preset

Nie jest dobrze. A musi być? Życie zaskakuje, przewraca, stawia też na nogi. Polski speedway uratował mini globalny żużel w mijającym roku. Zaplanowano, wykonano. Działacze spod biało – czerwonej flagi ściągnęli zagranicznych zawodników, dali im chleb i desery. Na początku było lekkie fikanie niektórych żużlowców, przyzwyczajonych do grubego podpisu za kontrakt i punkty. Nic za darmo, zwłaszcza, że nadeszło nagle pandemiczne tsunami. Ogarnęło świat, zabrało bliskich, dalszych, wywróciło rytm życia, wprowadziło do głów strach przed koronawirusem. Lekceważenie wirusów kosztuje życie, nie wszyscy niestety zdają sobie z tego sprawę. Mam na myśli głównie Polskę.

Żużel w kraju nad Wisłą obronił pozycję ale czy wzmocnił międzynarodową? Mam wątpliwości, obserwuję/ i obracam ten temat/ od lat zjawisko “polskiego robotnika żużlowego”. Taki przysłowiowy “hydraulik” od organizacji imprez udanych jest działacz rodem z Polski. Przygotowano plan uruchomienia wpierw rozgrywek Ekstraligi z pełnym reżimem sanitarnym i ten rygor był przykładny dla innych. Dojechano do finału, w którym zasłużony dla naszego żużla /taka Barcelona na kółkach dwóch/ Unia Leszno, zdobyła czwarty tytuł mistrzowski z rzędu, wyczyn extra, styl do oklaskiwania i naśladowania. Team Piotra Barona pędzi, taranuje, panuje atmosfera prawie familijna. Alfred Smoczyk, a jego imienia jest stadion może być dumny ze swoich ziomali.

Sezon anno 2020 zaliczony, jeszcze na jego koniec władze międzynarodowe wepchnęły kolanem SoN do Lublina, bo gdzie, jak nie do Polski? Nikt nie chciał zrobić, twór dziwny, nie ma ekscytacji. Jest tylko statystyka. A nie ma takiego na tym zwariowanym świecie, który jest jasnowidzem i ogłosi, kiedy ten przeklęty koronawirus przestanie niszczyć ludzi. Dziwię się, że kluby już w amoku zawierają kontrakty jakby świat się walił, czyj to jest interes? A może warto dogadać się zespołowo i zamknąć ten transferowy kojec dopiero na początku roku, z końcem stycznia? Trwa eskalacja najmu na oślep, żeby już, mocarstwowo. Podobnie było ongiś z podkupywaniem turniejów serialu Grand Prix. Panie i panowie, jeśli wszystko będzie polskie, może stać się nudne. Na razie nie ma żadnej dyskusji, swoista dyktatura: MY albo NIKT? Chyba potrzeba więcej kobiet w klubowych działaniach, funkcyjnych, same chłopy, tylko dziewczyny pod taśmami startowymi za mało a kto się tak boi?

Zastanawiam się/ a jesień niejako zmusza/, nad kalendarzem międzynarodowym, z serialem GP na przodzie. Pierwsza sztandarowa impreza w Warszawie roku 2020 była przekładana, ostatecznie z terminu majowego wyszły konopie. Podano datę nową 15 maja 2021, godzina 19. Godzina tradycyjna dla GP, miesiąc także a rok? Już gorzej… Na razie na Stadionie Narodowym jest urządzony covidovy szpital, 300-500 łóżek a może być 1.500 i więcej. Sytuacja ekstremalna, nie wiemy jak potoczy się pandemia, na razie atak wirusa drugą falą jest groźniejszy, niż na wiosnę, zaś przepowiednie nie są optymistyczne, więc majowa data GP w polskiej stolicy staje się mrzonką – mamy szpital narodowy. Optymiści zaślepieni żużlowo nie widzą problemów… Na pewno farsy nie będzie.  W uciekającym roku dużo prestiżowych imprez w różnych sportach odbywała się bez udziału publiczności. Sytuacja globalnie jest poważna, czas szybko leci, jeszcze szybciej rozszerza się moc pandemii. Zjawisko niebezpieczne w swojej istocie.

Warszawa jest w przyszłym roku zaznaczona jako otwarcie serialu GP; mądre głowy niech myślą z wyobraźnią wyostrzoną, jak skonstruować kalendarium międzynarodowe. Uważam, że tym samym tokiem myślenia powinny podążać polskie władze motorowe. Rzecz w tym, by nie myśleć górnolotnie a raczej przymierzyć się do zestawu imprez koniecznych i zrealizować plan, łatwiej wcześniej odłożyć, gorzej rezygnować, a najlepiej racjonalnie zresetować swoje wizje. Zdrowie z jednej strony, z drugiej kalendarz imprez niezbędnych. Teraz polski speedway vel światowy organizacyjnie zdał egzamin, okazał się sprawny, empatyczny, lecz nie doskonałością absolutną.

Urządzanie na siłę igrzysk nie bardzo się udaje, pierwsza połowa tego sezonu była lepsza, naładowana animuszem, potem od sierpnia atmosfera zaczęła siadać, przyszło znużenie transmisjami, bo prawie codziennie mecz albo turniej.

Opieram się na tym co widzę, słyszę a także analizuję prognozy związane z pandemią. Owszem potrzebne gorące serce, lecz I otwarta, zimna głowa.

Zastanawiam się ciągle nad tym, co międzynarodowe władze zrobią dalej ze swoistym lockdownem żużlowym i gniazdem dobroci dla tego sportu, jakie funduje polska strona,  warto pamiętać, że nie jesteśmy kolonią FIM/BSI. Zresztą dzierżawa angielska wygaśnie już nie długo. Jeszcze jest… FIM powinien planować, jak ratować żużel gdzie indziej. Nie mam złudzeń, że nadal polskie ligi będą “Eldorado”. Co by zrobili Australijczycy, gdyby nie polska gościnność? Pandemia prostuje kontrakty, kryzys gospodarczy światowy uderzy. Na razie kiedy docierają do mnie sygnały o kompletowaniu teamów, mam wrażenie jakby nic się nie stało… A przyszły rok nie będzie łatwiejszy, on wyznaczy perspektywę następnego i kto buja w obłokach, może boleśnie spaść, bez otwartego “spadochronu”. Konkretna dewiza to przetrwanie…

Bartosz Zmarzlik jest gwiazdą żużla nie tylko w Polsce, również symptomem nowej ery na świecie tego sportu. W ogóle postacią sportową, która budzi szacunek. Obok niego /tak, tak/ rosną dzięki naszym ligom konkurenci zagraniczni. Zaskakuje ofensywa australijskich młodzieńców, którzy jak kangury skaczą fantastycznie. W końcu tam narodził się speedway. Talenty. Są też zwiastuny niemieckie, inne… Speedway nie jest sportem pokaźnym, ma swój obszar i granice, wymaga umiejętności lokowania funduszy oraz trafionych decyzji. Rzecz w tym by nie został tylko w polskiej przestrzeni, bo wtedy ten globalny zaniknie. Prezesom klubów, sternikom wyższej rangi radzę mieć lód pod ręką oraz wizję nieco dalszą, niż płot swojego ogrodu. Speedway prowincjonalny, zanurzony w swoim sosie będzie zużytym scenariuszem dla fanów. O nich trzeba również walczyć, bez nich widowiska są smutnym, szarym obrazem. Większość kibiców została w domach, przyzwyczaiła się do wygody, do mniejszych wydatków, oni oczekują od telewizyjnych nośników bogatej wiedzy, urozmaicenia, większego i atrakcyjnego przekazu informacji  w komentarzach. Czas pandemii weryfikuje każdego z nas, zawodników, działaczy, reporterów także, bo już nie będzie tak, jak było. A kto myślał jeszcze nie tak dawno, że Stadion Narodowy będzie… polowym szpitalem narodowym? W maju… hm, zielony miesiąc i zwykle pachną bzy.