Ferajna ze szklanego ekranu

W czasach rozbuchanych medialnie i skomercjalizowanych totalnie, zdominowanych przez zagraniczny kapitał na polskim rynku, warto czasem zastanowić się jak to było dawniej a jak jest dziś. Nie ukrywam, że jako młody reporter katowickiego “ Sportu”, potem już dojrzewający redactor, byłem pod wpływem oblatanych działaczy, którzy reprezentowali polski speedway na forum Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Bogdan Matuszak, Władysław Pietrzak, Zbigniew Flasiński, Lech Baran byli znaczącymi postaciami z symbolem Polskiego Związku Motorowego kierowanym przez nieodżałowanego prezesa Romana Pijanowskiego. Inżynierowie, znający języki, niemal dyplomaci mieli wielki autorytet na arenie międzynarodowej. Elita działaczy wiodła za sobą garstkę dziennikarzy, redaktorów na imprezy światowe. Wyjazdy miały swoje limity, imprezy żużlowe nie były hołubione, toteż wspomagał reporterskie eskapady PZM. Tygodnik “Motor”, dzienniki sportowe “Przegląd Sportowy” i “ Sport” z doskakującym raz po raz  “Sztandarem Młodych”  wiodły prym na rynku medialnym w prasowym przekazie krajowym i międzynarodowym w obszarze żużla. Grupa była nie duża, wspomagana przez Polską Telewizję, która” kupowała” informacje, komentarze. Sprawozdawcą sztandarowym był Jan Ciszewski, pod którego byłem, nie ukrywam tego wcale, urokiem. Imponował mi barwą głosu i zaangażowaniem a także tym, co mówił z wielką swadą a zbierał te wartości jako spiker na rybnickim  stadionie. Podczas kilku pobytów na finałach światowych, choćby na Wembley liczyłem mu punkty na stanowisku sprawozdawczym i miałem okazję być w “kotle” wydarzeń. Potęga TV zawsze była i monopolistycznie elektryzowała.

A jak jest dziś? Potęga mediów elektronicznych jest olbrzymia, prasowa nieco opadła w tej przestrzeni.

Prowadziłem 10 biur prasowych na finałach światowych na żużlu, wtedy proporcje zagranicznych wysłanników do krajowych miały się tak, jak jak 4:6. Dziś zalew polskich reporterów, głównie fotografujących jest olbrzymi. Przyjeżdżają, oglądają, tylko posiew tego potem jest nikły. Mamy teraz jeszcze aktywne internetowe portale. I tak się kręci karuzela żużlowych imprez z tłumem polskich reporterów, których często w biurach medialnych kłopotliwie redukują.

Od jakiegoś czasu nowością jest cykliczna obsługa transmisji telewizyjnych z ligowych meczów, co dawniej było niemożliwe a dziś jest normą. Kiedyś jeśli do czegoś takiego dochodziło emitowano w TV relację z poślizgiem żeby więcej ludzi było na stadionie.  Ligowe mecze transmitowano jak na lekarstwo, najczęściej w regionalnych stacjach TV. Nie można pominąć radiowych rozgłośni, regionalnych na Pomorzu czy Śląsku, które pilnowały wydarzeń żużlowych jak oka w głowie. Do dziś radio rozpala serca.

Czasy jednak się zmieniły i dziś mamy internetowy boom. Wielkie bum! Kibice wybierają domowe fotele, “ browary” na deser i siedzą w domach. Paliwo drożeje, stadiony pustoszeją, interesy drepczą w miejscu. Prezesi mają parcie na szkło, bo reklamy wypełniają pustkę. Co się bardziej opłaca: ryk tłumów czy marna kasa?

Od czego mam zacząć, bo środowisko jest uczulone, zazdrosne i bardzo … śledcze. W prasie prym wiedzie bez konkurencji “ Tygodnik Żużlowy” i nie ma dyskusji.

No to teraz skok do TV, do serialu Grand Prix, gdzie monopol należy do stacji Canal+. Rozkręcał machinę Robert Rymarowicz, niestety ciężka choroba kilka lat temu nie dała mu szans przeżycia. Robert był fanem klanu Gollobów, sprawozdawcą niezwykle umiarkowanym, z fachowymi komentarzami. Zwolennikiem Rymarowicza był Edward Durda, charakterystyczny głos, który nie tylko żużlem jest wspomagany. Nie mogę nie wspomnieć Łukasza Płóciennika, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Pojawienie się Piotra Olkowicza zwiastowało dynamicznie wiele dobrego i Piotrek jako wiodący sprawozdawca, dobierający sobie do pomocy różne osoby, czasem ciekawe, czasem mniej czaruje z mikrofonem, zna od podszewki serial GP i swobodnie porusza się w tej przestrzeni. Potrafi wydobyć dramaturgię widowiska i pociągnąć za sobą towarzystwo oglądające turnieje w różnych miejscach. Wspomagająca grupa ekspertów ze studia dobierana jest przez opanowanego zawsze Grzegorza Milko, który miał przerwę, bo jego miejsce zajęła ówczesna reporterka szalejąca w parkingu Daria Kabała – Malarz /obecnie przepytuje Michał Łopaciński/ i Grzesiu miał więcej czasu na włoską piłkę, gdyż włada językiem rzymskiego cesarstwa. Daria K – M urodziła bliźniaki i na pewno wróci do gry. Studia mają swoją oprawę, bywają w centrum Canal + oraz na stadionach. Miałem przyjemność uczestniczyć w wielu takich forum, gdzie sprzedawałem swoją wiedzę kibicom.

Przez studio Canal + w serialu GP przewinęło się multum ludzi różnych profesji, którzy mają zakodowany speedway na zawsze jako typowy job, nie obrażając nikogo. Transmisje kreują ludzi ale i obnażają wady, więc karuzela gości/ estrada, scena, mistrzowie innych sportów/ kręci się jak ruletka. Niektórzy przebierają nogami, żeby tam być. A limity i koneksje decydują o losie.

Ligowe transmisje w TVP 1 z meczów hitowych obejmują Ekstraligę i tam guru jest Rafał Darżynkiewicz, zielonogórzanin, z charakterystycznym głosem, znający się na żużlu, wydawca pod egidą Włodzimierza Szaranowicza. Jego wspomagajacym ekspertem jest Krzysztof “ Metanol” Cegielski, którego życiowa kariera żużlowa została dramatycznie kiedyś przerwana tragicznym wypadkiem w Szwecji. Krzysztof postawił na mikrofon, toteż jest rozrywany pomiędzy Canal + a TVP 1.

Druga ligowa ekipa sprawozdawcza publicznej telewizji składa się z południa Polski; Robert Noga i Robert Wardzała mają rodowody tarnowskie. Noga dziennikarz, Wardzała syn trenera żużlowego Mariana i były zawodnik a teraz parlamentarzysta. I tak oto mamy transmisje z Ekstraligowych meczów, wywiady reporterów z parkingowych zaułków. Jest więc co oglądać i wybierać, chwalić i ganić. Stadiony pustoszeją, domowe kanapy trzeszczą.

Osobny rozdział przekazów z ligi angielskiej ma Polsat z Marcinem Feddkiem i Tomaszem Lorkiem, ten drugi zakochany po uszy w żużlu od dziecka.

Liga z Wysp uczy, niektórzy nasi  błyszczą wiedzą, znają język i swobodnie poruszają się jako Europejczycy. Można ciekawie posłuchać np. Dawida Stachyrę, Piotr Baron komentuje super. Jarek Hampel z angielszczyzną jest jak ambasador i kiedyś może być świetnym działaczem. Ale gdzie tam jeszcze do tego… przed nim miejsca na podium.

Obok lecą radiowe transmisje od Leszna po Pomorze, Lubuskie, Śląsk, Podkarpacie, lubelskie Roztocze. Szum faluje. Elektryzuje, podkręca spiralę speedway made in Poland.

Speedway jest jak magia, wciąga, elektryzuje. Tłum reporterów z Polski był “postrachem” organizatorów imprez zagranicą, kiedy Tomasz Gollob zwiastował cudne wyścigi i zwycięstwa. Dziś gazety mają speedway na należnym miejscu, choć nie wszystkie go preferują z tych głównych. Przekaz telewizyjny dociera na kanapy i fotele w domach, no i tłumi inne wydarzenia. Sfera medialna jest jakże inna od tej, kiedy do Londynu na Wembley leciałem spłoszony jak wróbel i wbijałem się w rodzimy rynek z relacją na siłę tu i tam, by zadowolić czytelników, słuchaczy i mieć satysfakcję, że przekaz odbierany jest jak skrawek czegoś niebotycznego. Dziś wystarczy spojrzeć na “plazmę” i kliknąć w compa. Wszystko jest. A jednak… chyba nie wszystko… Nie ma już niestety żużlowego, starego i mitycznego Wembley a ja sentymentalnie z jego królewskimi tajemnicami mam go w sercu i pamięci.

Z Leszna do stolicy? O tak!

Kwiecień plecień, co przeplata dużo żużla mało lata. Ta ostatnia sobota kwietniowa będzie bardzo ważna dla Leszna, kiedy odbędzie się Grand Prix Europy. Ważna impreza dla działaczy Unii, bo ostatni raz w kontrakcie, a czy w ogóle ostatni, nie wiem, bo nigdy nie mów nigdy; być może Leszno wróci jeszcze na arenę turniejów o mistrzostwo świata mając Jarosława Hampela i braci Pawlickich. Stadion Unii przed wejściem jest ozdobiony i upamiętniony pomnikiem Alfreda Smoczyka, legendarego szybkiego jak rakieta zawodnika, który zginął przed kilkudziesięciu laty, mistrza Polski a dramat rozegrał się na zwykłej drodze. Stadion wybudowany w epoce Edwarda Gierka na tradycyjne dożynki nosi imię Smoczyka, tamże rozgrywane są regularnie Memoriały Alfreda Smoczyka. W Lesznie wszystko zatem toczy się wokół „Smoka“ i niech tak będzie. Żużlowa kultura w tym mieście ma niepodważalny autorytet, podtrzymywana nie tylko przez „ Tygodnik Żużlowy“.

Interesy toczą się w Lesznie wokół speedway’a, podobnie jest w innych miastach wielkopolskich w Ostrowie Wlkp., Gnieźnie, Rawiczu, Pile. Kochanie żużla jest tam wpisane od wczesnych lat w życiorysy mieszkańców regionu. Przekonałem się niejednokrotnie o tym przebywając w różnych zakątkach Wielkopolski. Żużel jest tematem  sportowym nr 1. Kto nie lubi żużla lepiej niech nie dyskutuje o sporcie przy piwie w pubach Leszna, Rawicza, Gniezna czy Ostrowa Wlkp. Można dostać przy okazji ignorancji kopa tam, gdzie kończą się plecy.

Z tym lubieniem żużla jest podobnie w innych cześciach Polski, na ziemi lubuskiej, Podkarpaciu czy Pomorzu. Uwielbienie żużla duże i tak jest od wielu lat. Kolekcjonowanie miłości do tego sportu w rodzinach jest pielęgnowane, stąd od małego bakcyl wysysany bywa z mlekiem matki i pilnowany po ojcowsku. Futbol, gdzie jest kult żużla cierpi na niedopieszczenie, choć nie brakuje także obojniactwa sportowego i kibice  chodzą zarówno na speedway, jak na piłkę nożną.

Leszno żegna się z serialem Grand Prix; tam też były złote czasy w drużynowych turniejach o mistrzostwo świata. Czy rozstanie się z wielkim żużlem wyjdzie na dobre i za jakiś czas zapanuje głód na speedway? W przeszłości organizowano tu przecież finały mistrzostw świata par i drużynowe, nie wspominając eliminacji MŚ. Działacze dali radę za każdym razem a uczestnicy wywozili miłe przygody i wspomnienia.

Jak będzie tym razem? Miejscowy pupil Jarosław Hampel poobijany jest  po gorzowskim turnieju podczas konfrontacji polskiej drużyny narodowej z „resztą świata“. Dziką kartę dostał Przemysław Pawlicki i napewno da czadu na „ Smoku“, który zna od dziecka. Jest jeszcze Tomasz Gollob, który powinien dać sygnał dla konkurentów o swojej formie. Drugi turniej i początek sezonu daje nadzieję na jazdy może jeszcze nie tak sprawne, co przepełnione ambicjami i wolą pokazania się za każdą cenę. W premierze serialu w Nowej Zelandii wygrał obrońca tytułu mistrza świata Amerykanin Greg Hancock, drugi zameldował się  Hampel, trzeci były mistrz świata Duńczyk Niki Pedersen. A teraz? Gdyby Hampel załapał się na podium byłoby cudnie. Następny turniej GP jest w Pradze na Markete. Formę i emocje będą nakręcały ligowe mecze.

Mamy początek sezonu, jazdy bez zmęczenia i z siłą zaistnienia w elicie. Leszno oczekiwane jest z niecierpliwością, bo miejsce jest kultowe, choć sam stadion wymaga modernizacji. Są przecież inne stadiony spełniające wymagania wybrednych kibiców. Wielkość trybun nie oznacza jakości oglądania. Kibice jednak nie wymyślają, bo dla nich jazdy i emocje są priorytetem. Ważna oczywiście i pogoda, bo parasole na starych obiektach przeszkadzają w oglądaniu zawodów, nadal dach nad głową jest luksusem i dużo zależy od pogody na torze i na trybunach.

Serial GP napędzi się więc tradycyjnie szybko. A gdzie tam do października, daleko, wpierw jednak…

Z początkiem czerwca mamy wydarzenie sportowe w Polsce największe w historii, futbolowe mistrzostwa Europy. Wyzwanie niesamowite. Kiedy tylko skończą się wrażenia w piłce nożnej z końcem lipca mamy letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Duża zatem porcja emocji latem i trzeba zadbać by speedway nie zginął w natłoku szumu medialnego, bramek i medali olimpijskich. Dużo zatem zależy od postawy polskich zawodników, którzy powinni w tym trudnym roku wbić się w elitę innych tuzów sportowych aren.

Wspomniałem w tytule o Lesznie i stolicy. No tak, bo po futbolowym EURO – 2012 warszawski Stadion Narodowy może w przyszłym sezonie zająć pozycję Leszna i zorganizować turniej GP. Wszystko jest możliwe i warto zadbać o taką lokalizację, spektakularną i wizytówkową dla polskiego sportu. Z jednej strony żal, że takie kultowe Leszno żegna się z żużlowym szczytem, z drugiej satysfakcja, że można pokazać stadion piękny jak bombonierka i zaprezentować uroki stolicy bliskiej każdemu Polakowi.

Tak sobie myślę, jakże ogromny jest kalejdoskop lokalizacji turniejów GP; bo oto mamy dalekie, dziewicze nowozelandzkie Auckland i dużą Kopenhagę, eleganckie Cardiff,  urokliwą Pragę i elegancki Goteborg. Kiedy dojdzie Warszawa zrobi się jeszcze bardziej zróżnicowanie, ciekawiej na mapie serialu Grand Prix, który jednak zupełnie niepotrzebnie powiększa się o nowe miejsca, zamiast zadbać o wygodę i elegancję dla widzów. Czy to się komuś podoba czy nie… po prostu o zwyczajny lans.

Kobieta ustawia drużynę

Tak być może? Jasne. Ten felieton nie będzie z jądrem sportu, tak jakoś po wielkanocnych świętach mi wychodzi. Dość jaj. Poczekajcie, z jednej strony mamy już nowozelandzką przygodę z Gregiem Hancockiem w roli głównej, który jako aktualny mistrz świata wjechał w nowy sezon z rozpędem i sygnalizuje, że z nim nie ma żartów, on zawsze jeszcze może. Być dobrym w Europie i na antypodach. Jarosław Hampel jedzie za nim jak cień, a dzieli ich kilkanaście lat i kto wytrzyma trudy tasiemcowego walki o mistrzostwo świata włoży koronę na głowę w toruńskim finale Grand Prix. Długa droga jak trasa Orient Expressu i pełna niespodzianek.

Przed nami Leszno i druga odsłona serialu, już inaczej, już będą rozgrzani ligowymi meczami a tam w regionie byłych mistrzów świata Maugera, Briggsa i Moore’a premiera wypadła egzotycznie daleką podrożą i nie tylko. Tomasz Gollob nie składa broni, wszak młodszy jest od Hancocka. Jak będzie smakować sezon zobaczymy w okolicy połowy maja.

A ligowe potyczki? Ekstraliga i przepaść. Trudne czasy dla obu lig, poza tą elitarną, dla egzystencji, pozyskania reklam. Los porzuconych dzieci jest bardzo trudny, wymagają opieki żeby egzystowały, wyrastały, zaniedbane mają marny żywot.

A teraz o szkoleniowym rynku. Ministrowie sprawiedliwości Jarosław Gowin i sportu Joanna Mucha zgodnie zadecydowali, by zawód TRENER znalazł się na liście zawodów do otwarcia.

W piłce nożnej system szkolenia jest niezależny od państwa/ licencje trenerskie np. wydaje PZPN czy UEFA/, samodzielny system szkolenia ma także Polski Związek Jeździecki. Ministerstwo sportu sugeruje by inne związki też tak zrobiły.

Mamy deregulację trenerskiego zawodu. Na liście ogłoszonej przez ministra sprawiedliwości znalazło się 49 zawodów do których ma być ułatwiony dostęp. W przyszłości ma  być 240 takich profesji na 380. Deregulacja ma objąć trenerów wszystkich klas, czyli pierwszej, drugiej i mistrzowskiej.

Aby zostać trenerem w Polsce są dwie drogi.

JEDNA akademicka czyli po ukończeniu AWF. Dyplom daje stopień instruktora sportu. Po dwóch latach praktyki i studiach podyplomowych można być trenerem II klasy. Stopień I klasy uzyskuje się po trzech latach praktyki i ukończeniu specjalistycznego kursu z egzaminem. Klasę mistrzowską otrzymuje się po kolejnych dwóch latach i kursie. Obłęd, papier goni papier. Te wszystkie zdobycze można uzyskać oczywiście bez karalności za przestępstwa popełnione we wspołzawodnictwie sportowym.

DRUGA droga obejmuje tych ze średnią szkołą; więc by zostać instruktorem trzeba zaliczyć specjalistyczny kurs i nie mniej niż 250 godzin oraz zdać egzamin. Koszty są różne od 1,5 złotych o kilku tysięcy złotych.

Deregulacja wprowadza poluzowanie i trenerem sportu będzie mogła zostać każda pełnoletni osoba nie karana za przestępstwa w sportowym współzawodnictwie. W projekcie akcentuje się, że osoby powinny mieć wiedzę „w zakresie działalności trenerskiej“.

Tak to wygląda w projektach łatwego dojścia do różnych zawodów.

Sport żużlowy nie ma nadmiaru trenerów z wykształceniem. W historii był dr Ryszard Nieścieruk, który ukończył AWF. Ilu mamy teraz magistrów po AWF? Na palcach jednej ręki można chyba policzyć.

Szkoleniowy rynek w żużlu jest ubogi, niesie z sobą znajomość jazdy, specyfiki sięgającej tajników sprzętu i ustawiania składu drużyny, czyli tajników psychologii. Mieć tzw. „czuja“ jest darem wielkim jak Giewont. Nie każdy ma w sobie czytanie jazd, gry. W żużlu jest poważny kłopot z absolwentami szkół średnich. Pozostawała więc druga ścieżka zdobywania zawodu i taką Giekażet lansuje.

W sporcie żużlowym mamy instruktorów pierwszych kroków, pracujących w szkółkach oraz szkoleniowców zajmujących się pierwszymi zespołami. Nie każdy potrafi łączyć jedno i drugie. A tak w ogóle to jest deficyt szkoleniowców z intuicją, toteż Marek Cieślak jest  „profesorem“ jako menago.

Starty zagranicznych zawodników w polskich ligach żużlowych nie bardzo uaktywniły szkoleniowy rynek, poliglotów to my nie mamy, próby zatrudniania zagranicznych trenerów/ Duńczyk Tommy Knudsen we Wrocławiu/ raczej nie spełniły oczekiwań. Najczęściej szkoleniowcami żużlowymi są byli zawodnicy, czy ktoś ich weryfikuje? Życie dopiero po latach, kiedy z talentu wychodzą błędy pierwszych jazd. W odróżnieniu od innych sportów ludzie nie jeżdżący wcześniej na torze nie bardzo są akceptowani jako szkoleniowcy. Dyplomy niczego nie zapewniają, weryfikują wychowanków jazdy.

DEREGULACJA trenerska umocni tych, którzy będą mogli po podstawowej szkole szkolić zawodników. Problem w tym, że młodzi ludzie potrzebują także wiedzy ogólnej, no i trenerzy powinni być wychowawcami młodych ludzi. Czy tak jest?

Czy mistrz sportu ale o ograniczonej wiedzy ogólnej może odnosić sukcesy jako trener?

Życie stawia przed każdym z nas obojętnie od wieku coraz większe wymagania i to nie jest sprawa kliknięcia komputerowego, śledzenia internetu, lecz systematycznego pogłębiania wiedzy. Liczne starty w Europie ułatwiają chyba zdobywanie doświadczenia. Życie pędzi, sport gna jak huragan. Każdy żywioł niszczy, więc musi być pod kontrolą.  System więc powinien być monitorowany by uniknąć przykrych wpadek.

Mam przekonanie, że czas trenerów, którzy lansowali piwo zamiast herbaty na śniadanie już chyba minęły. I na koniec taka oto refleksja…  jeszcze w żużlu szkoleniowcem nie była kobieta. Na pocieszenie inne męskie sporty też mają z tym dziewiczy problem. Słaba płeć? Chyba nie.

Nowozelandzka premiera X Jubileusze „ Speedway Star“ i Mariana Spychały

Australijskie Sydney już było i zakończyło się na jednym turnieju Grand Prix, teraz kolej na nowozelandzkie AUCKLAND i nie skończy się na jednym. Daleka podróż, przygoda na Antypodach, jak wypadnie premiera okaże się niebawem i myślę, że będzie to hołd dla tej wyspy, która wydała na świat arcymistrzów żużlowych torów: sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera/ mieszka na australijskim, ekskluzywnym wybrzeżu/, czterokrotnego mistrza świata Barry Briggsa, który uwielbia USA i dwukrotnego mistrza globu Ronnie Moore’a. Ten trzeci urodził się na Tasmanii a założył szkółkę w rodzinnym mieście Maugera i Briggsa w Christchurch. Nie mam watpliwości, że ostatni dzień marca 2012 roku będzie dla nowozelandzkiego żużla wielkim świętem! Jego lata świetności  wprawdzie przeminęły i trudno sklecić nawet parę pod nazwą „ Kiwi“. A były takie czasy, kiedy mieli team zdobywający medale drużynowo, choćby wspomnieć jeszcze takich zawodników jak Mitch Shirra czy Larry Ross.

Zawodnicy z grupy Grand Prix poleceli przez „światowe Koluszki“, czyli Dubaj i dalej, i dalej… 30 godzin lotu nie jest łatwe, coś na ten temat wiem, choć nie aż tyle byłem między ziemią a niebem. No prawie…

Kto wygra na torze Western Springs?

PREMIERA serialu GP 2012 jawi się niemal egzotycznie, bo daleko od Starego Kontynentu, szybko jednak potem nastąpi powrót do Europy i kolejne GP mamy z końcem kwietnia na torze Unii Leszno.

Zaskakująco mówił nowozelandzki boss Bill Buckley, który spodziewa się około 20 tysięcy widzów i oczekuje reanimacji tamtejszego żużla, którego początki sięgają 1929 roku.

Czy Tomasz Gollob albo Jarosław Hampel mogą sprawić małej nowozelandzkiej Polonii, ba wszystkim rodakom niespodziankę i stanąć na podium? Szanse mają. Premiery są nieprzewidywalne, będzie miał swoich fanów Australijczyk Jason Crump a „ Kangur“ Chris Holder nie? Stać go na dużo, jest zawodnikiem agresywnym, młodym, potrafi pojechać tam, gdzie niektórzy skręcają manetkę gazu. Wyprawa na Antypody odbierana jest różnie i też mam mieszane uczucia, czy aby taka wersja zdarzeń nobilituje speedeay w świecie. Czy zawody w kraju owiec i kiwi, może kiedyś w USA albo w Azji nie zamęczą tego sportu na amen. Czy uczestnicy cyklu GP nie będą musieli poświęcić się tylko temu, ciągle rodzi się pytanie skąd brać coraz większy kapitał na sprzęt. Biorą go ze startów w ligach, głównie polskiej i szwedzkiej. Amerykanin Billy Hamill w 2003 roku wypowiedział się na ten temat, zrezygnował z jazd, gdyż eskploatacja organizmu oraz drenaż finansowy były wyczerpujące. Jakby nie ma dyskusji na ten temat, tylko parcie na  organizację kilkanastu turniejów. Nie jakość tylko ilość?! Bzdura. Jeszcze jest proza ligowych rozgrwek, inne mistrzostwa świata niż indywidualne. Dalsze życie pokaże jak potoczy się historia mistrzostw świata zamknięta w serialu Grand Prix. Nie może być drogi przez mękę.

ANGIELSKA „ SPEEDWAY STAR“ obchodzi 60 – lecie, pismo jest wydawane w Londynie pod egidą nadredaktora, seniora Phila Risinga/ współpracuje z dyrektoriatem GP/ i wielce sympatycznego Richarda Clarka, który jest naczelnym i uwielbia irlandzkie piwa, choć polskiego także nie odmawia. Pismo jest jedynym na rynku sportu żużlowego tej rangi i prestiżu. Efektownie przybliża speedway na świecie i nie schodzi z poziomu. Kiedyś była jeszcze taka gazeta jak „Speedway Mail“, ale jej era się skończyła, toteż  „Speedway Star“ ma otwartą drogę w świat żużla. Bogaty serwis zdjęciowy wypromowany przez najlepszego żużlowego fotoreportera Mike Patricka jest warościowym dokumentem tego sportu, jego historii.

60 lat minie 29 marca 2012. Życzę kolegom z londyńskiej tygodniówki kopy następnych takich lat i dużo funtów na koncie. Cheers!

Kwietniowym jubilatem jest MARIAN SPYCHAŁA z Opola, były reprezentant Polski, pochodzący spod Rawicza, kiedyś tam startował, potem w Unii Tarnów, długo w Stali Rzeszów. Zawodnik a potem trener klubowy i reprezentacji Polski. Wojażowaliśmy razem z ekipami po torach Europy, spędzaliśmy czas na rozmowach i Marian zawsze był konsekwentny w tym co robił. Pedantyczny i bardzo mu zależało na rozwoju polskiego żużla, choć nie zawsze trafiał na przychylność. Wychował sędziego, bardzo udanego syna Macieja. Wychował też wielką fankę tego sportu Kingę, którą stracił w dramatycznych okolicznościach, kiedy morderca z gangu Krakowiaka zastrzelił ją w rodzinnym domu. Tragedia odbiła się chorobami, przeżyciem, które jest nie opisania. Coś zatarło się w rodzinie Marii/ zmarła w 2011 roku/ i Mariana Spychałów po tym okrutnym dramacie, kiedy stracili ukochaną córkę. To już nie było to życie, choć dzielnie stawiali mu czoła.

Senior Marian Spychała 3 kwietnia skończy 80 lat, bogata kariera i jeszcze lepszy wiek. Wszystko zasługuje na uznanie i toast. Wypiliśmy trochę różnych piw podczas wspólnych podróży, ceniłem sobie jego uwagi, podpatrywałem pracę menedżerską. Nie zawsze się zgadzałem, ale przecież nie o to chodzi we wspólnym dążeniu do celu. Dawaliśmy wspólnie radę. Marian kocha speedway od małego, wyrastał w atmosferze wielkopolskiego uwielbienia dla żużla; Rawicz i Leszno to przecież kultowe miasta tego sportu. Tam pachnie żużlem, tam nie można nie mówić o żużlu. Milczeć o żużlu w tym regionie jest niewybaczalnym grzechem. Znam to z autopsji i cenię bardzo tego fioła.

MARIANIE ad multos annos!!! Beczka/ setka/ piwa na zdrowie!

Szaleństwa szyte na miarę

Eleganckich asów… Szał ciał. Glamour. Kolejny plebiscyt i bal „Przeglądu Sportowego“ i TVP w Teatrze Polskim z bankietem w stołecznym „ Hiltonie“ miał żużlowe akcenty. To kultowa impreza, która dzięki kilkudziesięcioletniej tradycji wyrobiła sobie rangę niebagatelną. Te pierwsze w hotelu „ Europejskim“ miały inny przebieg, zmieniały się epoki, ludzie, estradowe popisy. Została tradycja i poranna jajecznica dla wytrwałych, którzy o brzasku chcą dopiero powrócić do domów. Pamiętam takie czasy włącznie w zabraniem butelki mleka sprzed mieszkania, które leczyło kaca. Bywało, minęło. Mleka pod mieszkaniami nikt nie rozstawia a szkoda, kace nadal są groźne, bo wszystko zależy co się pije i jak przekąsza. I tańczy. Maleńczuka w rytmie Wysockiego? Ciałowo.

77 lat tych imprez nadało im prestiżowy wymiar godny zadzdroszczenia. Znakomity, złoty medalista olimpijski skoczek wzwyż Jacek Wszoła powiedział, że kiedyś te bale gromadziły więcej polityków, prominentów a dziś proporcje się zmieniły i uczestniczy więcej sportowców. Jeden z byłych czempionów wyraził opinię, że przyjemnie popatrzeć na dzisiejszą młodzież, która zjawia się na tych imprezach, dorodna i elegancka. Jak minister sportu Joanna Mucha. Zresztą żużlowe nazwisko. Prawda? Mucha nie siada.

Trenerem roku został wybrany w plebiscycie Marek Cieślak, żużlowy czarodziej polskiej reprezentacji, także świeżo upieczony szkoleniowiec tarnowskiej drużyny. Duży sukces speedway’a, wszak reprezentacja Polski zdobyła trzy razy z rzędu złoty medal. Dlatego mówi się, że intuicyjny trener rodem spod Częstochowy jest najlepszym w swoim fachu na świecie. Czy może nie wygrać w kolejnej próbie plebiscytowej „ Tygodnika Żużlowego“ w lutym? Pytanie retoryczne. Zdobył z zielonogórskim Falubazem mistrzostwo Polski. Był na gali w Warszawie Tomasz Gollob, również szef polskiego żużla Piotr Szymański a przede wszystkim był laureat na ósmym miejscu wicemistrz świata Jarosław Hampel. Żużla zatem nie zabrakło w pierwszej dziesiątce najlepszych polskich sportowców 2011, jak i na parkiecie „ Hiltona“. Bywały chude lata, bywały i takie, że wśród najlepszych wybierano Tomasza Golloba. Ale to już było.

Plebiscyt Przeglądu Sportowego 2011

Impreza jest prestiżowa i liczy się bardzo w rankingu karnawałowych bali warszawskiego establishmentu. Full glamour. Tak, teraz więcej sportowców, lepsze programy artystyczne, splendor telewizyjnych kamer i kreacje kobiet. Od La Manii?

Kreacje, garnitury, krawaty, muszki, zegarki, precjoza, modne buty i atrybuty zabaw. Włosy na żelu. Moda na Palikota? Przyznam, że jeśli kogoś buty gniotą, bezceremonialnie są ściągane i tańczy się boso. Moda na Cejrowskiego?  „Szpile“ nie dla wszystkich. Frywolnie. Odkryć skrawek siebie i wzmocnić pożądanie. Ach te kobiety.

Co się pije? Co kto lubi i na ile kogo stać. W portfelu i do gardła. Kuchnia pierwszorzędna, obsługuje mistrzów po mistrzowsku. Zresztą w siermiężnych czasach, w tych pierwszych w hotelu „Europejskim“ nie było źle. Oprawa? Baloniki nie zmieniają się nawet w kolorach, szlagiery mijają i powracają a nowe zawsze w modzie. Żwawa harmonia, jeszcze w rękach Marcina Wyrostka zrobi atmosferę, do jakiej dołoży się śpie z erotycznym śpiewem Kayah. Stroje wieczorowe black tie oraz business dress. Ach, nie tylko garnitury od Armaniego, zapach seksownych perfum i suknie z gołymi plecami. „Niech żyje bal“ śpiewa Maryla Rodowicz. Szaleństwo szyte na miarę. Jak zegarki Barta „ Timex“ Szlązkiewicza. I marynary Rodrigo De La Garza. Powiśle po meksykańsku.

Powiedziano, że teraz młodzież jest ładna, modna, szykowna. Jak na zdjęciach „I like Photo Group“. Szyk z Manhattanu i niebanalne foty Marcina Kempskiego. Łał!!!

Zostawiam salony, patrzę na stadiony, warsztaty i bankiety w żużlowym środowisku. Takie mnie oto naszły reminiscencje. Kto z kim jadł kolację ze śniadaniem.

Przed laty królowały w żużlu nieśmiertelne dresy, które lansowane były nawet przez wschodnich zawodników na przedimprezowych kolacjach. Zachodni zawodnicy wygalantowani, w garniturach a część w dresach, swetrach i klapkach na nogach. Zmieniły się czasy. Rewia mody kevlarova, wszędzie szpan, nie ma już paskudnych dresów, które królowały na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Już nie ma tego największego targowiska bodaj w Europie, nie ma też badziewia noszonego w sportowym świecie. Miło popatrzeć teraz na asów, kiedy zjawiają się na żużlowych imprezach, nie tylko asów na Boga, tylko zwykły regiment żużlowego światka.

Zmieniła się mentalność, kultura i możliwość kupienia markowych rzeczy. Jeśli ktoś ma gust i smak może poszaleć i ubrać się na miarę salonowych wybiegów. Dostęp do sklepów z modnymi rzeczami, zasobność i szeroki wybór stwarzają możliwości pokazania na co stać mistrzów i nie tylko mistrzów. Bez obciachu. Paryż i Odessa.

Wojażowanie po świecie stwarzało kiedyś możliwości kupienia oryginalnych towarów a dziś są one w zasięgu ręki, trzeba tylko mieć kasę i gust. Potrzebny Londyn, Paryż, NYC? Yes, no? Jak mawiają kumple kumpli ZARA muszę się napić.

Zatarły się różnice pomiędzy strefami Europy i świata w modzie, noszeniu się i pokazywaniu na sobie co jest szykowne. Dodam, że teraz obserwuję, że niektórzy zachodni zawodnicy mogą podpatrywać modowo naszych sportowców. Mają kogo. I co.

Karnawałowy czas jest stworzony na zabawy, na plebiscyty lokalne. Speedway odgrywa znaczącą rolę w tych wyborach, jest obecny, bo też zawodnicy tego sportu mają dużo do powiedzenia, pokazania. Jest więc miło wszystkim, którzy mają żużel w sercu.

Plebiscyt centralny „PS“ i TVP mamy za sobą, przed nami na koniec karnawałowych szaleństw rodzima impreza o laury  „Tygodnika Żużlowego“ i szef Adam Zając z dobraną ekipą spina się już od dawna, aby wszystko zagrało na 102! Czytelnicy nie próżnują i wybierają najlepszych. Kurtyna czeka na odsłonę. Jeszcze nie było tak, by w Lesznie nie zagrało i żeby jajecznicy o poranku zabrakło. A ku przestrodze… słynny felietonista Kisiel mawiał tak: „Pić można, trzeba tylko od czasu do czasu robić przerwę“.

Tygodnik Żużlowy Gala 2011

Jarek by Zbyszek

Jarka znacie na pewno, ale czy znacie Zbyszka? Zbyszek Szarzyński. Współpracuje z agencją mojego syna Mikołaja – I Like Photo Group. Ze Zbyszkiem sąsiadujemy na katowickim osiedlu. Swietne ma oko. Warto śledzić jego „fotograficzne przygody”. Zobaczcie zdjęcie Jarka Hampela. http://szarzynski.wordpress.com/

Los, ach ten los!

Bywa przewrotny, okrutnie czasem niesprawiedliwy i nie przejmuje się racjonalnymi przesłankami. LOS rozdziela karty w życiu jak chce i nikt nie jest w stanie wyprostować jego karkołomnych decyzji. ŻYCIE  jest losem i sport jest losem. W swojej karierze dziennikarskiej byłem niejednokrotnie świadkiem na sportowych arenach rozstrzygnięć niespodziewanych, gdzie faworyci ulegali nowicjuszom, którym los dawał jak się okazywało potem jedyną szansę w życiu. Czy grający w lotto wysyłając setkę kuponów ma większą szansę wygrania milionów złotych? Tak, ale teoretycznie, bo może przecież wygrać ten z jednym tylko wysłanym kuponem. Uśmiech fortuny jest sarkastyczy, takim półuśmiechem słynnej Giocondy z obrazu. FASCYNUJĄCE. Tak? Tak!

Turniej Grand Prix, czwarty w kolejce na kopenhaskim Parken będzie historycznym dla polskich żużlowców, zapamiętanym na zawsze dla Jarosława Hampela, który wygrał po raz pierwszy takie zawody. Jest pretendentem do ostatecznego złota, jest liderem klasyfikacji Grand Prix, sytuacja wyjątkowa, niezwykle przyjemna dla polskiego żużla. Hampela już nie wypuści na dziko Red Bull, bo to firma, która wie czego chce. Z tej stajni Rosjanin Emil Sajfutdinow kontuzjowany, Australijczyk Jason Crump szuka formy i zgrania z silnikami swojego motocykla, a Jarek Hampel jedzie jak z nut. Szybki, chętny do wskakiwania na odium, w Kopenhadze zasmakował już tej cudownej chwili i zrobi wszystko cow jego mocy. Red Bull ma dobrą rękę, w F – 1 Mark Webber i Sebastian Vaettel ścigają się jak herosi. Szybkie auta, świetna organizacja i żądza zwycięstwa.

Co zatem Red Bull zrobi na torze żużlowym? Popatrzmy na Hampela, jest liderem, wprawdzie to dopiero czwarty turniej, ale już jest tam gdzie chyba nie marzył…Sajfutdinow wukuruje się i popędzi jak rakieta. Crump jest gościem z mistrzowską przeszłością i nie zapomina się nigdy abecadła, kryteriów i zasad dających sukces. Dobra wizja dla sponsora. Ale skąd ten tytułowy los i jego przekręty? Powoli, dojdziemy do obłudnego losu, który wywinął niejednemu faworytowi numer przed nosem.

Tomasz Gollob artysta torów żużlowych, każdy patrzy na niego jak na urodzonego do tego sportu. Potrafi wszystko, choć czasami się myli, acz szybko koryguje. Pędzi jak szalony po kredzie i pod bandami jakby miał żagle nad sobą. Kiedy w 1999 roku miał tytuł prawie pewny, los na wrocławskim torze wywinął mu bardzo przykrego pecha. Zawodnik wyleciał wskutek karambolu jak ptak za bandę, cudem minął się ze najgorszym co może być i lekarze dopełniali reszty w szpitalu. Los bez ceregieli obszedł się z zawodnikiem, który w pełni już wtedy zasłużył sobie na tytuł mistrza świata. Żużlowy świat docenia kunszt Golloba i w duszy dziwi się jak to się stało, że tego typu sportowiec, wirtuoz „małej i dużej“, szaleńczych pogoni i wchodzenia tam, gdzie już nie może włożyć palca mknie i wymija rywali jakby to była dziecinna zabawa na motorynkach obok piaskownicy. Nic z tych rzeczy, na serio ściganie, które widzom zapiera dechw piersiach. Prawie 40 lat na karku a serce małolata, głowa doświadczona i ciało silne jak stal. No przesadziłem z tym stalowym ciałem… Nie ma takich i taki motocyklowy as jak Włoch, dziewięciokrotny mistrz świata Valentino Rossi, złamał niedawno na sesji treningowej prawą nogę. Los nie oszczędza każdego; biednego, bogatego, mistrza i adepta. Jak uniknąć tego?

Nie da się nigdzie i nikomu…

Ten sezon jest dla „króla“ Tomasza Golloba na pewno przełomowy i jako długoletni analityk tego sportu tak szacuję tę sytuację. Po dwóch latach nieobecności na rynku Grand Prix wrócił do gry „książę“ Jarosław Hampel. Odrodzony, pewny swoich racji w tym sporcie, który szuka zmiany pokoleniowej. Czy ten fakt komplikuje sytuację Gollobowi? Nie odpowiem, fakty zmuszają na pewno do refleksji. I nie chcę wywoływać wojny polsko – polskiej. Za nami cztery turnieje, teraz piąty na toruńskiej Motoarenie. Do finału 9 października w Bydgoszczy jeszcze turnieje, które na pewno będzie reżyserował los. Pogoda jako los i karambole, odpukać, też jako los. Paradoksalnie w elicie ubiegających się o tytuł mistrza świata jest dwóch polskich żużlowców, jeden mistrz bez złota i drugi z nowego pokolenia z ambicjami zostania mistrzem. Jaką rolę odegra los? Komu sprzyjają kibice? Jak podzielić serce?

Życie i sport, jeszcze ten los… Piszę te słowa nie bez przyczyny, bo polskie serca biją po polsku. Każdy ma swoje sympatie. Nie chcę niczego wieszczyć ale szczęście bywa czasem sprawiedliwe i przynosi ulgę w duszy. Mało jednak tego szczęścia / czytaj losu /, w historii, w codzienności sportowej i odświętności mistrzowskiej, bo cechą losu jest przewrotność. W pewnych sytuacjach mówi się, że wygrywa najlepszy. Nie zawsze.

I jeszcze jeden niuans, otóż speedway jest urazowy do wielkiego bólu, nie szanuje zawodników w różnych rozmiarach zdrowotnej klęski. Decyduje chwila, sekundy i sytuacja zmienia się diametralnie. To nie urok, to jest coś co wisi nad każdym zawodnikiem w tym sporcie wszędzie i zawsze, gdzie walczy się o najwyższe cele z ogromnym zaangażowaniem samego siebie i zespołu wspierającego. I nikt nie jest w stanie od nigdy wyeliminowć reżysera, który nazywa się LOS o obliczu czasem pecha a czasem szczęścia bez granic.

Śledczy na tor

Jan Ciszewski z ‚moim’ Sportem w rękach 🙂

Atrakcją żużla jest ściganie się w komplecie czterech zawodników. Kiedy piszę o komplecie, przypomina mi się lapsus znakomitego ongiś sprawozdawcy redaktora Jana Ciszewskiego, który raz po raz mówił najczęściej w TV o „pełnym komplecie“. Wybaczano jednak charyzmatycznemu w każdym wymiarze „ Cisowi“ jego potknięcia, które były wmontowane w sympatyczny i ciepły tembr głosu ściągający przed ekrany ogromne rzesze sympatyków sportu. Moc Jana Ciszewskiego polegała na jego zwyczajności w opowiadaniu i dostrzeganiu tego, co się dzieje na boisku, torze, tafli, parkurze oraz w trafnych skojarzeniach, gdzie oprócz punktów czy bramek było tło codzienności.

Wybaczcie mi tę dygresję „pełnego kompletu“. Wracam zatem prędko do żużlowych spraw.

Tempo serialu Grand Prix jest duże, trzeba się bardzo sprężać by nie wypaść z rytmu jaki narzuca reżyser i zleceniodawca turniejów. Słyszę raz po raz o nowych planach ekspansji tego cyrku poza Europę, choć przyjmuję je z głęboką rezerwą po niegdysiejszej australijskiej próbie. Było daleko i dobrze, acz tylko raz. Głód pozostaje, lecz nie tyle gospodarzy co organizatorów zewnętrznych, którzy chcieliby zarobić bez wysiłku; takie jest ich zbójeckie prawo. Podobno teraz pragnie elitę żużlową gościć Nowa Zelandia, hm… Ojczyzna sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera, który mieszka na australijskim, plażowym wybrzeżu i wyspa Barry Briggsa, czterokrotnego mistrza świata, który przebywa w USA i jest bardziej obecny w żużlowym światku, niż Mauger, gdyż dolatuje do Anglii i jest niezwykle żywotny pomysłami. Ivan także, z tym, że bardziej związany z rodziną.

I znów mnie uwiodła dygresja, w taki chyba wpadłem ton tego felietonu. Zacząłem jednak od kompletu, od tego co jest atrakcją żużla, czyli jazdą bez absencji na torze. Były nawet próby jazd w mistrzostwach świata par w szóstkę, ale corridy nie zdały egzaminu. Istnieją w kalendarzu turnieje okazjonalne, nawet tradycyjne również, gdzie zawodnicy ścigają się w liczbie wiekszej niż w sześciu, co wprawia kibiców w zachwyt i dreszcze emocji oraz migotanie serca.

Kiedy podczas turnieju dochodzi do kolizji w pierwszym łuku sędzia powtarza start w czterech, czyli w komplecie. Kiedy jest kolizja potem i w zasadzie nie ma winnego, nie ma zgody w regulaminie na powtórzenie startu w czterech, tylko szuka się winnego. Nie zawsze sytuacja jest jednoznaczna dla kibiców, dla zawodnika, który zostaje wykluczony i najlepiej byłoby gdyby sędzia powtórzył ściganie się w komplecie, raz jeszcze. Tak jednak się nie dzieje. Mamy kastrację wyścigu, zawodnik odesłany do parkingu zazwyczaj dzwoni do sędziego i przedstawia swoje racje. Zwykle nie są uznawane, widowisko traci na atrakcji, mamy frustrację sportową i dyskusje, polemiki. Jak rozdzielić serce od rozumu? Albo połączyć…

Komisja Wyścigów Torowych/ CCP/ Międzynarodowej Federacji Motocyklowej/FIM/ do tej pory nie uporała się z tym faktem i mamy prawie w każdych zawodach takie kontrowersje i dywagacje: kto kogo i czy sędzia ma aby dobre okulary.

Nie ma gorszej sytuacji w sporcie, aniżeli niedomówienia, fakty dwuznaczne w ocenie. Zdarzenia tego rodzaju doprowadziły już do wycofania arbitrów z dalszego prowadzenia imprez. Nie wiem dlaczego sędziowie o dużym doświadczeniu tak szybko podejmują decyzje, zastanawiam się dlaczego nie poczekają kilka minut, może nawet dłużej by wydać sprawiedliwą decyzję. Jak wiele razy szkoda wysiłku zawodnika i mocy silnika.

DOCHODZĘ do wniosku, że trwanie w skostniałych przepisach jest zadziwiające. Może tak się dzieje w przypadku kolizji po minięciu pierwszego wirażu, że trudno wskazać winnego, winnych a wisi nad głową konieczność wykluczenia sprawcy?! Sędzia jest głównym dowodzącym na zawodach. Od dawna już, nie pamiętam niestety od kiedy, na turniejach jest także Jury FIM, obrady gremium trwają przed i po turnieju. Po co? ODNOSZĘ wrażenie, że w dramatyczych często sytuacjach na stadionie arbiter jest sam ze swoim stressem, monitorem i presją kibiców oraz dochodzącymi swoich racji zawodnikami. To nie jest dobra sytuacja dla wizerunku speedway’a panie Roy Otto. Tenże Norweg kieruje przecież wspomnianą powyżej CCP FIM i zasiada tam Andrzej Grodzki. Jest jeszcze dyrektorem sportowym FIM Duńczyk Ole Olsen, trzykrotny mistrz świata, były zarządzający serialem Grand Prix. Teraz rządzi SGP Szwed Tony Olsson. Muszę napisać, że nawierzchnie torów są obecnie dobre do walki, mimo niepewnej pogody. Zasługa już tradycji serialu i wyciągania błędów z koszmarnych często nawierzchni, czy też nowej strategii szefa SGP?

Zawodnik, sportowiec w swoich jazdach daje z siebie wszystko, wyciska moce z silnika i ambicje sięgają zenitu. Jak dużo kosztuje go to wszystko widzimy wtedy, kiedy „ ląduje“ w parkingu, a jeszcze bardziej zostaje niesłusznie wyrzucony poza nawias wyścigu a jest przekonany, iż nie zawinił. Nie chcę wymieniać żużlowców mocno poszkodowanych w takich sytuacjach, dobrze wiedzą fani o kogo chodzi i którzy sędziowie są w gorącej wodzie kąpani. Nie byłoby przykrych zdarzeń i kontrowersji, gdyby istniała alternatywa powtarzania wyścigów w komplecie, bez karania na siłę kiedy nie zawsze wiadomo, kogo wskazać jako winnego incydentu na torze. Śledczy więc na tor?! Nie. Chwila zastanowienia, jest Jury FIM…Proponuję uporządkować betonowe zasady od których odbija się często dramatycznie sport i wypacza jego sens, doprowadza do szału zawodników dających z siebie „pełny komplet“… serce, pieniądze i zajebiste ambicje.