Wyprzedaż dusz?

 

 

No to rym cym cym. Nie ma co owijać w bawełnę, ostatnie tygodnie środowisko, które wie czym jest metanol i jak po nim ściga, zajmowało się i nadal to robi, zawodnikiem wrocławskiego klubu, który wlewał do żyły za dużo, czego nie powinien robić. Noblista, pisarz, poeta, paryżanin Anatol France kiedyś zeznał: “W naturze człowieka leży rozsądne myślenie i nielogiczne działanie”. Sport jest ważną dziedziną życia, nie zawsze ludzie zachowują umiar, nie wszyscy rozumieją, że wynik nie jest ceną, za którą trzeba zapłacić rozumem, stracić go, przy tym przysłowiową twarz. Działania w sporcie bywają różne, pieniądze są niezbędne aby funkcjonować, coraz większe sumy gubią płynność rozumowania. Nie wszystko za wszelką cenę. Speedway jest sportem trudnym, to nie jest skok wzwyż ani rzut oszczepem. Jest sprzęt, silnik wymaga odpowiednich parametrów. Problemy. Aby uzyskać wynik drużynowy potrzebny budżet, który pozwoli skompletować skład gwarantujący osiągnięcia na jakie czeka odbiorca, czyli kibic, także w ostateczności sponsor, który wykłada na stół pieniądze. Dobry gospodarz musi zabiegać o finanse i być racjonalnym płatnikiem, mającym zaufanie wykonawców, mocodawców. W “komponowaniu” budżetów bierze udział sztab ludzi, są odpowiedzialni i są tacy, którzy bujają w przestrzeni, tracą poczucie rzeczywistości i zapominają skąd przyszli.

To nie jest łatwy tekst; bez tanich frazesów, prosto pod powieki.

Czy jeśli ktoś wyłoży na stół potężną kasę i namówi mnie na zmianę nazwiska/ choćby vel taki czy ów/, przyjmę ofertę i skalam przeszłość moich przodków? Tradycja jest świętą rzeczą, są narody, które tradycję stawiają na pierwszym miejscu. Nie może być inaczej, tradycja buduje także przyszłość, jest historią i lekcją obowiązkową dla następców, którzy zawdzięczają markę protoplastom. Znakomita aktorka, piosenkarka o krystalicznym głosie, scenarzystka, producentka filmowa, zdobywczyni Oscara Barbra Streisand z Nowego Jorku, której przodkowie pochodzą z dawnych polskich ziem za naszą wschodnią granicą, o tradycji mówi z estymą jak o religii. Zrobiła wszystko aby uhonorować swojego ojca i urządziła muzeum jego pamięci na Brooklynie. Cześć szczerze oddana i pielęgnowana. Pamiątki historii rodziny, dokonań, zwykłe rzeczy, które zebrane w całość czynią miejsce niezwykłym. Nowy Jork kocha pamięć a Polska wypełniona walecznymi tradycjami, jednak czasem głupotami niszczona, w ostateczności bywa rozsądkiem na szczęście ratowana. Balans nerwów, bo kapryśny los błądzi: karze i nagradza. Płynie rzeka z rwącym nurtem.

Mamy kluby sportowe, których tradycja, sukcesy budzą szczery podziw. Nie wyobrażam sobie Cracovii bez tej nazwy, Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, żużlowe marki wzbogacone o sponsorów nie tracą korzeni, więc broni się Włókniarz Częstochowa, Sparta Wrocław, czy Unia Leszno. Dodatki do nazw klubowych wypełniają skarbce bankomatów. W żużlu pusty sejf grozi upadkiem, czasem końcem sportowego świata.

Edward Jancarz zrobił dla Stali Gorzów tak dużo, że stadion nosi jego imię, zasłużenie. W klubie zaszła zmiana, nie tylko faktem, że mistrzem świata został Bartosz Zmarzlik. Jest nowy, aktywny, komunikatywny prezes Marek Grzyb, wszedł do gabinetu/ otworzył drzwi/ w dobrym momencie, bo złoto mistrza świata promieniuje i przyciąga sponsorów o pokaźnej wartości na rynku reklamowym. Bardzo dobrze, tak się dzieje wszędzie, gdzie sportowiec, drużyna zostają mistrzami, jest głośno i sławnie. Liverpool jest jeden! Popularność ma swoją cenę. Inny był czas, kiedy zwyciężał Jerzy Szczakiel, już inny zupełnie, gdy wygrywał Tomasz Gollob, bo ranga reklamy windowała interes w górę. Syndrom koniunktury non – stop zgarnia walory. Zmarzlik podbił cenę w stylu olimpijskim. Bardzo potrzebny zastrzyk racjonalnej euforii. Kesz nie spada z nieba, wiedzą o tym co sieją i orzą, a pogoda, polityka nie mają wpływu na niebiosa. Słońce raduje serce, deszcz rosi pragnienia.

Doszły mnie wieści, że nowy prezes Stali Gorzów i właściciel Cash Broker nie kryje faktu uzupełnienia vel zmiany nazwy stadionu za cenę wynegocjowaną ze sponsorem, który wrzuci konkretny pieniądz. Już jeden mecenas w tym klubie zaistniał, potężna marka, zapewniająca egzystencję na jaką zasługuje drużyna mistrza świata.

Jednak hola, hola… nie wszystko złote, co świeci.

Gorzów jest miastem usportowionym, speedway dyscypliną, która dzięki talentom, które kiełkują na Ziemi Lubuskiej wywindował się w górę potężnie a Edward Jancarz był postacią wybitną. Jego tragiczna śmierć była szokiem, kariera obfitowała w sukcesy sławiące imię Polski. Startował w lidze angielskiej na Wimbledonie i wyspiarze nie zapomną nigdy jego profesjonalizmu. “Eddy” był w narodowej reprezentacji Polski silnym punktem, indywidualne osiągnięcia i medal brązowy MŚ/ 1968, Goeteborg/ ma znaczenie kolosalne. Następne medale zdobywane razem z innym ziomalem Zenonem Plechem umocowały centrum żużlowe nad Wartą na mapie świata. Z końcem marca odbędzie się XVII/ od 1992 r. z przerwami/ Memoriał Edwarda Jancarza na stadionie jego imienia z udziałem elity polskiej i światowej. Tam nie ma odmowy startu, bo tradycja jest pamiętaniem bogatej, soczystej kariery Edwarda. Stadion Stali Gorzów czeka… Wyobraźmy sobie, że uczestnicy turnieju, kibice już nie idą na stadion Jancarza a na obiekt np. Wrzeciono czy Odlew, albo, albo… Moja wyobraźnia nie sięga konta bankowego klubu. Jancarz pozostanie Jancarzem i kropka. Szukanie i “deptanie” za pieniądze tradycji nie ma racjonalnego tłumaczenia i powoływanie się na inne stadiony, które mają sponsorskie nazwy, nie ma sensu. Każda droga prowadzi do celu? Bez objazdów? Forum kibiców jest zawsze pomocnym narzędziem, bo rekonstrukcja /wzbogacona/ dotyczy nazwy obiektu o imieniu, które rozsławia miasto nie tylko w sportowym środowisku. Refleksja i decyzja o nawet kuszącej ofercie powinna być dla potomności rozumna. Kompromis koczuje w naszej codzienności.

Ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich odbył się w Zakopanem na Wielkiej Krokwi, która nosi imię wspaniałego narciarza, skoczka, patrioty Stanisława Marusarza, jego siostra Helena, narciarka, kurierka tatrzańska została rozstrzelana w 1941 roku przez hitlerowców w Pogórskiej Woli/ jest okazały obelisk/, pod Tarnowem. Zamyśliłem się znów głęboko… Kończę, nadciąga halny. Gdzie Giewont, gdzie Warta.

Gorzowskie w lubuskiej krainie ma treściwą tradycję, swoistą obyczajowość speedway’a. Fani Stali zagorzali w fascynacji i gloryfikowaniu ścigania. Tyle lat obserwuję i zawsze chętnie przyjeżdżam na prestiżowe turnieje. Mistrz tam kłania się mistrzowi. A jakie były początki tego zauroczenia, które owocuje niczym rajska jabłoń? Od Jancarza do Zmarzlika czas szybko przeleciał, na bogato; nazwa stadionu jest symbolem i wg. mnie nietykalna, jak biblijna rzeka Jordan. Pozdrawiam prezesa Stali and company spod Wielkiej Krokwi, gdzie górale z ciupagami czczą pamięć… No właśnie!

LEGENDA JANCARZA

 

CqkmhcCXYAAxfNZ

Nie ma Edwarda Jancarza/ rocznik 1946/ i nie ma jego czerwonego Mercedesa GOE 2882. Styczniowa noc 1992 w jego domu okazała się ostatnią w życiu. Druga żona sprowokowana przez Edwarda pchnęła w emocjach nożem i żużlowiec skończył życie. Bogata kariera; gdyby dziś żył byłby w cyklu Grand Prix, takim zawodowcem jak Greg Hancock. Eddy był solidnym zawodnikiem, stylowym, znał tajemnice silników, wywodził się przecież z renomowanej stajni żużlowej Stali Gorzów, a tam nie tylko, podobnie jak w Rybniku, wykluwali się reprezentanci Polski, również warsztat żużlowy był na poziomie zapewniającym sprzęt pierwszej jakości.

EDWARD JANCARZ. W kilka miesięcy po tragicznej śmierci odbywają się Memoriały czczące jego zasługi sportowe. Stadion nosi jego imię, ma pomnik i ulicę, pozostaje w pamięci nie tylko gorzowian, jako żużlowiec z charyzmą, ciekawym, barwnym towarzysko, który zrobił karierę światową.

A nie było łatwo, przebić się do angielskiej ligi, dostać zgodę klubu, który magazynował drużynowe mistrzostwa Polski a duet Zenon Plech i Edward Jancarz śmigali po medale mistrzostw świata. Gorzów, Rybnik, jeszcze Leszno czy Bydgoszcz wyznaczały kurs polskiego żużla, Wrocław organizował dzięki sprawnym, inteligentnym działaczom imprezy rangi światowej, które miały opinię wzorowych. Miasto gościnne do dziś.

A nie było łatwo, bo żeby coś zrobić na poziomie trzeba było umiejętnie zdobywać to, czego tu nie było a gdzie indziej zbywało. Sztuka, której teraz młodzież nie pojmuje.

Wspominam Edwarda z którym odbyłem kilka podróży na ważne turnieje – łatwiejsze, trudniejsze, poznałem/ tak mi się wydaje/ nie łatwy jego charakter – z tego okresu przed wypadkiem z młodym Włochem Valentino Furlanetto i po wypadku, który o mało nie zakończył się tragicznie, gdyż zawodnik był nieprzytomny przez dłuższy czas. Znałem faktycznie… dwóch Jancarzów, ten “drugi” był trudniejszy pod każdym względem.

Miał 22 lata, kiedy w Goeteborgu/1968/ w finale indywidualnym mistrzostw świata wywalczył brązowy medal.

A było to tak, z kompletem punktów/15/ wygrał jeszcze wtedy nie as ale rokujący bogatą karierę Nowozelandczyk sprytny Ivan Mauger, za nim uplasował się jego rodak przedsiębiorczy Barry Briggs/ 12 pkt/; obaj zapisali bogaty rozdział historii w światowym żużlu. Antypodowe talenty na europejskim gruncie. O brązowy medal trzeba było rozegrać baraż, pod taśmę podjechali Edward Jancarz i Genadij Kurylenko/ obaj mieli po 11 pkt/ z ówczesnego Związku Radzieckiego. Wygrał Polak! Sensacja. Eddy w Szwecji w tym finale nie był jedynym Polakiem, bo piąty był pracowity i skromny Paweł Waloszek /Świętochłowice/ – 10 pkt, /miał w pierwszym starcie upadek/, dwunasty Antoni Woryna/ Rybnik/ – 5 pkt./, czternasty Jerzy Trzeszkowski/Wrocław/ z 3 pkt. Szwedzi jeździli u siebie, elegancki Anders Michanek był siódmy a dziewiąty już as, bożyszcze dziewczyn Ove Fundin. Rezerwowym w tym finale była rosyjska blond torpeda Igor Plechanow. Niespodziewany mistrz Szwecji /wygrał z Fundinem/ Gunnar Malmqvist zajął dziesiąte miejsce. Wyniki obrazują sukces Jancarza, jego talent, który z biegiem lat dostawał orlich skrzydeł. W tym okresie indywidualne MŚ, zanim urodził się serial Grand Prix, który promowano z hukiem jako nowoczesny projekt wyłaniania króla, miały mocno rozbudowaną strukturę eliminacyjnych turniejów i szczytem był awans do najlepszej 16 – tki świata. Serial GP po kilkunastu latach miotania się nie spełnia oczekiwań, rozmywa skutecznie jednorazowy ładunek emocji /nawet narciarski Turniej Czterech Skoczni wydaje się morderczym, zwartym maratonem dla skoczków/ i nie pozyskał nowych “rynków”. W tasiemcowym serialu GP mamy kilkanaście turniejów a wystarczyłoby może tylko sześć! Rutyna potrzebuje czasem szoku. Zresetowania.

Ale miało być o Jancarzu. Otóż finał kontynentalny, kwalifikujący ze strefy wschodniej zawodników do ostatecznego turnieju IMŚ wygrał wspomniany Kurylenko, przed Waloszkiem, IV był Jancarz, V Trzeszkowski/ wyjechał potem do Szwecji, do Goeteborga i tam go po latach spotkałem/, VI Woryna, VIII Konstanty Pociejkowicz, IX Jerzy Padewski. Startowali jeszcze Andrzej Wyglenda, Zygmunt Pytko, Jan Mucha i Joachim Maj. Wyraźnie silna grupa biało – czerwonych na trudnym torze w siermiężnym okresie żużlowej walki o sprzęt dorównujący Zachodowi. Grupa “ kont” miała jednak ułańską fantazję i ogromną ambicję zwycięstwa i zakwalifikowania się dalej, gdyż ten akt nobilitował sportowców pod każdym względem. Przedostatnią zaporą /potem go zniesiono/ był finał europejski, gdzie spotykały się dwa światy: Zachodu i Wschodu. W pamiętnym dla dziejów Polski roku 1968 taki finał rozegrano we Wrocławiu. No i co? Zwyciężył śląski “chop” Paweł Waloszek, przed Woryną, Trzeszkowskim, czwarty był Mauger, za nim Biriggs, za jego plecami Kurylenko i Jancarz. W takim systemie rozgrywania mistrzostw IMŚ ładunek adrenaliny sprytnie kumulowano, by eksplozja nastąpiła w ostatecznym finale, który był wydarzeniem nr 1 dla całego świata żużlowego. Tego brakuje chyba nie tylko mnie. Mam dowody. Dziś inny “tort” podzielony jest na drobne kawałki. W tej chwili obserwuje się znużenie rutyną organizacyjną, brakuje świeżości i należytego prestiżu. Środowisko pozorami oszukuje samo siebie.

JANCARZ. Jest postacią zasłużoną dla polskiego, światowego sportu żużlowego. Był 10 razy w finałach światowych, indywidualnie. 7 razy w finałach MŚ par, zdobył srebro z Piotrem Bruzdą /wrocławianin, który wyjechał do Szwecji/, jeszcze srebrny i dwa brązowe medale z gorzowskim rodakiem, zawadiaką Zenonem Plechem. Dwukrotny mistrz Polski, zdobywca 3 Złotych Kasków i jednego Srebrnego jako junior. Dziewięć razy startował w finałach drużynowych MŚ, miał złoto, srebra, brąz. Kolorowo. Bogato. Ścigał się po medale mistrzowskie w lidze, Stal Gorzów zdobyła/15 medali DMP/ i była marką/ nadal jest/, która gwarantowała stabilność, dopływ talentów. Nie ważne do końca EDDY był w Gorzowie popularną postacią, mozolnie budował legendę, wzmacniał ją osiągnięciami na londyńskim WIMBLEDONIE. Szanowano tam jego profesjonalizm, styl i znajomość żużlowego fachu. FATALNY splot zdarzeń w Gorzowie i wypadek z Furlanetto/ Włoch najechał na niego/, pozostawiły jednak trwały ślad w codziennym życiu; odeszła żona Halina, druga Katarzyna popełniła tragiczny czyn. Wcześniej po zakończeniu kariery /1986/ Eddy próbował sił jako szkoleniowiec w Gorzowie, Krośnie, niestety nie radził sobie życiowo.

t_ep1_174

LEGENDA trwała i trwa, dramat z 1992 roku wstrząsnął żużlowym światem i nie tylko, kiedy ginie tak znana postać nie sposób zapomnieć niczego. Gorzów nie zapomniał i nie zapomina do dziś. Tak, jak dziś pamiętam, kiedy Edek wysiada z czerwonego Mercedesa i mówi przed gorzowskim stadionem “jestem gotowy jedziemy na angielsko – szkockie tournee”. W Dover był niespodziewany strajk dokerów, męczące, nerwowe czekanie na promie a na Wimbledonie mijał termin meczu Anglia – Polska. Kibice nie opuszczali trybun. Wyniosły John Berry z BSPA poganiał. Coach reprezentacji Edward Jancarz znając na skróty drogę do Londynu poprowadził spóźniony team na stadion. Mile uciekały i czas. Przegraliśmy niestety mecz, tournee nie było łatwe, m.inn, szkocki Edynburg, górnicze Stoke… Edward Jancarz był na Wyspach znany i lubiany, miał cenioną markę, podobnie jak i gorzowski klub. Popularności nie kupuje się za nic.

Anglia była dla niego atrakcyjnym drugim domem, ten pierwszy, gorzowski – zamknął się nagle i dramatycznie na zawsze.

Prawdy, fałsze, fantazje: Jancarz i gliniany sjenit

 

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23.png

Najgorzej, kiedy człowieka nie ma już na świecie i nie może konfrontować lansowanych opinii. EDWARD JANCARZ, polski żużlowiec, który został pchnięty nożem przez drugą żonę Katarzynę, w afekcie, w 1992 roku. Sprawczyni dostała wyrok i odsiedziała w więzieniu karę. Jancarz, Eddy uwielbiany na angielskim Wimbledonie był wychowankiem Stali Gorzów, medalistą mistrzostw świata a pierwszy raz wywalczył brązowy medal indywidualnie w Goeteborgu na Ullevi mając 22 lata. Reprezentant Polski miałby dziś 71 lat, gorzowianin z urodzenia, tam zaczynał speedway i tam zakończył. I karierę, i życie. Niepokorny, rasowy zawodnik, korzystający z życia jak chciał, kiedy pozwalał sportowy status. Razem z drużyną klubową był nr 1 w Polsce, Stal znaczyła wtedy tyle na polskim gruncie co, dziś np. Barcelona w piłce. Po hegemonii rybnickich żużlowców stalowcy stworzyli równie świetny team, co górnicy. Oparcie finansowe mieli w zakładach mechanicznych Ursus, ofiarnych mecenasów, talenty wyrastały jak grzyby po deszczu a szefowie klubu nie uciekali od poważnych dyskusji na temat rozwoju żużla w skali ogólnopolskiej. Jancarz dryfował w stronę silnej angielskiej ligi i szybko był gościem zauważonym; potrafił doskonalić sprzęt, miał zresztą od kogo uczyć się w Gorzowie, bo warsztatem dyrygował Edward Pilarczyk, mechanik reprezentacji Polski. Stal była ferajną do jazd zwycięskich, no i do życia o którym mówiło się na salonach szeptem, gdyż nie wypadało głośno. Nie będę licytował się z osobami, które oświadczają, że go znali przy stoliku, bywali u niego, pili oranżadę i wiedzą lepiej od wszystkich świętych. Znałem Edka i jeździłem z nim jako dziennikarz, także jako działacz PZM. Widziałem dużo i spuszczam kurtynę w tematach męskich i damskich, telenoweli nie będzie, choć pokazano w gorzowskim teatrze spektakl na temat Edy. Furory nie zrobiła, zabrakło tego o czym mówi się za kulisami życia każdego z nas. Halina, pierwsza żona, miała końską cierpliwość, odeszła, nie mogła już dłużej, była więcej niż żoną, kiedy Eddy powalony przez włoskiego zawodnika wylądował w klinice poznańskiej i długo nie mógł pojąć co się stało. A stało dużo, bardzo dużo. Kiedy angielscy dziennikarze przyjechali na finał MŚ do Leszna, pierwszym ich pytaniem było “co z Edwardem”! Był postacią, która interesował się świat żużlowy na serio. Kiedy skutecznie został pchnięty nożem w sprzeczce rodzinnej, środowisko zapłakało szczerze.

Cofam trochę czas i przypominam tournee do Anglii i Szkocji, jechałem czerwonym Mercedesem GOE 28 82 Edka, z nim i “majstrem” Pilarczykiem. Jeśli przejedzie się autem z Gorzowa aż do Edynburga i z powrotem, podróż nie jest milczącym skazaniem. A było to już po wspominanym wypadku i jeśli ktoś dziś mówi, pisze, że po tym tragicznym incydencie Edward był… potworem, szczęka z hukiem opada na buty. Nie był łatwy nigdy, i nie był łatwy, kiedy zakończył karierę. Wiem, hm, nie aż tyle, żeby wygłaszać opinie, których nie może zweryfikować bohater. Stadion w Gorzowie nosi imię Jancarza, zasłużone wyróżnienie, nie jeden by chciał. Jego pamięć jest honorowana przez Memoriały/ od 1992/, których zaliczono czternaście a ostatni odbył się na początku kwietnia. No właśnie! Nie pojechałem ale oglądałem w TV; reporter w parkingu użył określenia, że wcześniej był na torze… gliniany sjenit. Kuriozum. Tor po liftingu. Na pewno zagadką dla geologa pozostanie gliniany sjenit. Jeden ze sprawozdawców skutecznie zagłuszał, wartkim potokiem słów wypełniającym przestrzeń.Widz potrzebuje oddechu, refleksji. Posłuchaj młody człowieku komentatorskich sław. Dykcja? Nie koniecznie w stylu Ewy Demarczyk. Drugi sprawozdawca wcinał się na siłę w ten potok, chciał być dowcipny jak w kabarecie, obaj wchodzili w słowa, jak Nicki Pedersen na torze. Radzę jeszcze raz tego posłuchać kolegialnie i wyciągnąć wnioski. Zwroty… Pendolino przeleciało obok innej kolei, a zawodnik gorący jak rosyjska herbata czy coś w tym rodzaju, to gorsze, niż szklanka wódki “machnięta” w towarzystwie Putina. A, a, a, usłyszałem z parkingu ”jesteśmy na dobrym kierunku”. Nie bardzo, nawet bardzo. Wystarczy? Kompletu na “ Jancarzu” nie było a pogoda zaistniała jak w lipcu. Wygrał przebojowy, już po raz drugi, zielonogórzanin Patryk Dudek, który coraz lepiej i dojrzalej wypowiada się przed kamerami TV. Lubię taki rozwój młodych ludzi, pracują nad sobą, z Patryka “będą ludzie”. Bożyszcze byłego prezesa Stali, Bartosz Zmarzlik nie stanął na podium, mocno chciał i nie wyszło, może to i lepiej dla głaskanego i przeze mnie brązowego medalisty MŚ, już seniora. Czas szybko leci, trzeba go łapać na każdym kroku. Na to czeka nie tylko macierzysty Gorzów. Turniej był godny pamięci Edwarda Jancarza; gospodarze przygotowali efektowne trofea dla najlepszych i pomnikowy bohater może wypić piwo na chmurce z aniołkiem. Gorzów czci swojego idola, nie… potwora a solidnego reprezentanta Polski, który zawojował rynek żużlowy. Przekonałem się o tym dobitnie, na różnych stadionach Europy. A Jancarz startował jeszcze i w USA, Australii, Nowej Zelandii. Postać barwna, z jednej strony solidny rzemieślnik o ładnej sylwetce na motorze, z drugiej krwisty człowiek, który lubił życie i korzystał z niego jak chciał. Często mówi się o takich poza stadionami ”kontrowersyjni”…

“Wolę stracić z mądrym, niż z głupim stracić” powtarzał mój tata. Poznałem ten slogan z autopsji. Bywało, że przyjeżdżałem/ raz było blisko a raz daleko/ do Gorzowa, jak nie na uroczyste finały indywidualnych mistrzostw Polski, to na inne turnieje oraz zbiórki przed wyjazdem ekip w ramach mistrzostw świata na zagranicznych torach. Zawsze wyjeżdżałem z wrażeniami. Zawodnicy stamtąd oraz miasto byli marką, “brandem” gorącej kuźni talentów, szkolonych bez pieszczot. I tak jest do dziś. TRADYCJA w mieście nad Wartą snuje się ulicami i po okolicy. Nie zawsze życie wszystkich pieści, bywa szorstkie a czasem okrutne. Edward Jancarz nie był z plasteliny, ja też nie jestem. “Chemia” nie zawsze chowa się w butelce. Zrozumiałem w czasie podróży jego rozterki, traumę po dramacie z włoskim talenciakiem Valentino Furlanetto, którego szybki GM porywał jak dziki koń na rodeo. Ciao! Uratował się z ciężkiej opresji Eddy, ale niebiosa już były bezradne styczniową, karnawałową nocą wobec ostrza noża. JANCARZ, Eddy, legenda; miał wielkiego pecha, ale miał ogromne szczęście być żużlowcem z charakterem, wcale nie “letnim”, westernowym, którego pamiętamy ze względu na soczyste życiowe akcenty. Zapytam więc nieśmiało czy już “jestem na dobrym kierunku”? Tak? Dzięki. No to bęc, wypijmy na cześć tych na górze i jedziemy dalej.

“Szaleństwo na Jancarzu”

Gorzow-Wlkp-tor-zuzlowy-IV

Tak wykrzyczał sprawozdawca NC+ z turnieju Grand Prix w Gorzowie Wlkp., “szaleństwo na Jancarzu”… Stadion tamtejszy nosi od dawna w nazwie pamięć Edwarda Jancarza, legendarnego żużlowca Stali. Euforia na gorzowskim stadionie była wielka, gdyż 19 – letni Bartosz ZMARZLIK “wbił się” w finał w stylu dojrzałego zawodnika. Gorzowianin nie dał szans rywalom w powtórce finałowego wyścigu a na podium stanęło trzech zawodników miejscowego klubu, drugi był Słoweniec Matej Zagar a trzeci Krzysztof Kasprzak. Spektakularny sukces klubu, tamtejszego środowiska zakochanego po uszy w żużlowych gonitwach. Speedway w mieście nad Wartą jest od wielu lat kultowym sportem, wyznacznikiem pewnej obyczajowości z regularnym pokazywaniem się na stadionie, kiedy wyją motory. Atmosfera wokół żużla jest nie tylko sympatyczna ale nadaje miastu koloryt i lokuje cząstkę tego sportu w herbie. Ba, cząstkę… Każde miasto taką chciałoby mieć, jeśli kocha speedway obojętnie na jakim poziomie. Bartosz wywinął rzadkiej urody numer i jest autorem sensacji, mimo, że nieco wcześniej jako członek polskiej reprezentacji juniorów w duńskim Slangerup zdobył z kolegami złoty medal MŚ.

Zaraz po gorzowskim triumfie zaczęły się spekulacje czy aby nie powinien być w składzie seniorów, podczas bydgoskiego finału Pucharu Świata, gdzie Polacy przegrali złoto z Duńczykami. Gdybanie jest polską cechą nie od dziś, bo jak “wypomina się” Zmarzlika to i Piotra Pawlickiego dodajmy. Marek Cieślak miał dylemat czy zbudować skład złożony z weteranów, czy radykalnie odmłodzić drużynę. Pech, że seniorzy wcześniej ścigali się o złoto mistrzostw świata. No a presja na zdobycie pierwszego miejsca przed własną publicznością była ogromna, jakby zapominając, że rywale mogą zrobić wszystko, bo startując w polskiej lidze znają tor i nie obca jest im atmosfera na naszych stadionach. Tak czy owak skład srebrnej drużyny z DMŚ albo jak kto woli PŚ, jest już historią. Jak sięgnę pamięcią w odmładzaniu reprezentacji nigdy nie mieli problemów Szwedzi czy Duńczycy z dobrymi wynikami. Presja presją ale Skandynawowie nie mieli żadnych obaw przed pokłosiem wielkich turniejów, wypuszczali więc w bój najmłodszych, dając szansę takim właśnie Zmarzlikom, Pawlickim. Sport celebruje i faworyzuje młodych bez dwóch zdań.

Sukces Bartosza i gorzowian jest potwierdzeniem, że żużel w niektórych miejscach Polski nie ginie. I wprawdzie w obecnej dobie konkurencji sportów wygodniejszych, mniej brudnych i przede wszystkim bezpieczniejszych nie ma już takiego boomu do szkółek klubowych, to speedway nie zniknie tak prędko, choć w skali europejskiej, światowej jest sportem niszowym. Wywołuje on nadal silną ekscytację, jest rodzinnie kultywowany i mocno pielęgnowany.

W gorzowskim turnieju GP przykry wypadek zaliczyli Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk Niels Kristian Iversen. Kontuzja Duńczyka jest bardziej bolesna, “Herbie” utrzymał fotel lidera GP i zapewne 13 września w duńskim Vojens pojedzie, weteran ma niepowtarzalną szansę na trzeci tytuł mistrza świata. Potem mamy jeszcze GP w Sztokholmie i Toruniu; okazję na medal ma Krzysztof Kasprzak i nie powinien jej zmarnować.

W tym “ szaleństwie na Jancarzu” kompletnie zagubił się wraz ze swoim teamem Jarosław Hampel. Trochę miał pecha, lecz tylko trochę. Inteligentny zawodnik był ostatnim w klasyfikacji z zerowym dorobkiem! Nie pamiętam sytuacji by zdrowy zawodnik z elity wypadł tak beznadziejnie. Medialni obserwatorzy jakoś nie dociekali tej trudnej sytuacji, przymykając oko na kompromitujący występ. Środowisko czasem milczy oficjalnie a dostaje odwagi w kuluarach, co nie jest uczciwą zagrywką wobec zawodników. Obserwuję takie sytuacje od dawna i nawet ikon nie stać na prawdziwe oceny a wpadki zdarzają się przecież najlepszym. Hampel będzie musiał spinać się ostro, żeby zmieścić w premiowanej ósemce GP i zabezpieczyć udział za rok. Coś niedobrego dzieje się w towarzystwie Jarosława Hampela, on nie może zjeżdżać z pewnego pułapu na który kiedyś wjechał fantastycznie .

I z jednej strony mamy młodego wilczka Zmarzlika, z drugiej błądzącego, rutynowanego Hampela a w środku jest marka: KASPRZAK.

VOJENS 13 września w ramach Nordyckiego GP będzie zatem ekstremalną próbą dla elity, z pokiereszowanym Hancockiem, Anglikiem Taiem Woffindenem po kontuzji. A kto wie czy nie wystartuje jeszcze Iversen. Żużlowa medycyna czyni cuda z twardzielami zaś Vojens Ole Olsena ma szczęście do walecznego toru i jazd na krawędzi. Będzie się tam tradycyjnie dużo działo!

I teraz na koniec o bulwersującej sprawie Patryka Dudka, który na pewno patrzył jak dzielnie śmiga po torze Bartosz. Sprawa nabrała od początku tempa ślimaka. Adwokaci mają co robić a w świecie sportu nie ma ulg na dopingowe nadużycia. Rozwlekanie nie służy żużlowi i atmosferze wokół niego. Zawodnik zasłania się niewiedzą, zresztą zwykle tak bywa. Jedno jest pewne, że niewłaściwy specyfik znalazł się w organiźmie żużlowca a pokora w pewnych sytuacjach jest bezcenna.

Polska władza żużlowa znana jest z długotrwałych obrad w sprawach oczywistych, vide blamaż/ rejterada karkosikowego Unibaxu na zielonogórskim stadionie rok temu. “Kto szybko daje dwa razy daje” mówi przysłowie. Jasne, że bywają sprawy, które wymagają czasu; dopingowe problemy w żużlu są rzadkością. Alkohol jest już rozpracowany, narkotyki też ale substancje, które wzmagają “apetyt” na jazdy nie tak bardzo. Dudek chciał się wzmocnić, czuł się słaby, ktoś mu doradził, nie sprawdził, wyszło jak wyszło i teraz trzeba z bólem pocierpieć. Dopada ostro FIM Darcy Warda za wybryk z alkoholem, który traktowany jest jak doping. Dylemat Australijczyka może być kuriozalny i ten młodzieniec przez głupotę może pogubić karierę. Straci asa i światowy speedway.

Jak więc widać… różne bywają cierpienia żużlowców, bo gwiazdy spadają czasem nie tylko z nieba.

Ikona z czerwonego Mercedesa

Jest styczniowa sobota, karnawał, ludzie rozbawieni, polska transformacja polityczna i gospodarcza 1992 roku daje upust przedsiębiorczości. Rosną nadzieje na lepsze jutro. Gorzów Wielkopolski żyje żużlem od lat, tam rodzą się talenty, panuje zdrowa atmosfera sportowej rywalizacji i w kulisach codziennego życia mówi się o żużlu otwarcie i szczerze. Nie ma tajemnic. Każdy temat zaczyna się i kończy jednakowo. Speedway.

Idolem gorzowskiej społeczności sportowej jest były zawodnik, reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata, wprost legenda za życia Edward Jancarz. Kiedy kończy karierę  ma za sobą bogaty dorobek, opinię solidnego żużlowca w Polsce i na świecie. Startował dosłownie wszędzie od Antypodów przez brytyjskie tory aż po Kalifornię, legendarne Los Angeles. Kibice londyńskiego Wimbledonu uwielbiali Jancarza, doświadczał tego i jego skromny mechanik John. Gorzowski „ majster“ Edward Pilarczyk znał Edka na wskroś, jak syna, przejechał z nim tysiące kilometrów. Pracowali w pocie czoła, kiedy była okazja balowali.

„Eddy“. Miałem okazję być na dziesiątkach turniejach z udziałem mistrza znad Warty, uczesniczyć z nim  na zawodach i towarzyskich party. Związał się z Haliną, żona była odporna przez długie lata na uciążliwe życie żużlowca tej klasy, wówczas nie było takiej tradycji wojażowania razem jak dziś. Nie mieli dzieci. Jancarz wybudował jako bodaj pierwszy ze środowiska żużlowego okazały dom w centrum Gorzowa, miał za co, gdyż jego zdobycze punktowe dobrze transferowały się na angielskie funty i złote. Sympatyczny i lubiany przez kibiców obu płci. Ta druga płeć nie była mu obojętna. „Eddy“ był  zawodnikiem o ładnej sylwetce, technicznie jeżdżącym, znającym się na sprzęcie. Nie był artystą, był mocnym fachowcem w żużlu i takim został zapamiętany w rodzinnym kraju, na wyspach brytyjskich. Obciach był mu obcy, jak trzeba było pomagał na Wembley sprzętowo ziomalowi Jerzemu Rembasowi, gdy ten walczył o podium.

Multimedalista wszelkich mistrzostw, od Polski zaczynając a kończąc na światowych, prestiżowych turniejach. Fachura, solidny, dobrze zarabiający.

W 1984 roku podczas mityngu na gorzowskim torze dochodzi do incydentu z młodym, włoskim żużlowcem Valentino Furlanetto; wypadek wygląda makabrycznie, jeszcze uderzony motocyklami Jancarz cudem wychodzi z karambolu po długim i bolesnym leczeniu. Media brytyjskie bardziej interesują się stanem zdrowia Jancarza niż polskie. Wraca do życia, do rzeczywistości, do sportu, nie daje jednak rady. Wypadek zostawia na nim trwały ślad. Kończy karierę. Jestem z nim w długiej podróży aż do Edynburga, obserwuję jak kochają go brytyjscy fani. Polska reprezentacja zalicza mało udane test – mecze. Wracamy. Dostrzegam u mistrza zmiany w psychice. Trudno o tym pisać ale tak było. Po dwóch piwach już normalnie, wpierw nieznośny, potem radosny.

Zostaje cochem reprezentacji, trenerem w Gorzowie. Cieszy się jak dziecko, kiedy jego wychowanek Piotr Świst robi błyskawiczne postępy. Ma taką samą sylwetkę jak mentor. Mistrza jednak nie doścignie, mistrz jest tylko jeden.

Wyruszam na turniej mistrzostw świata w podróż do Lublany. Jancarz jako trener, po drodze do stolicy ma wypadek czerwonym Mercedesem GOE 28 82, pamiętacie to auto gorzowskiej ikony?

Jedzie do Słowenii „ maluchem“ z gorzowskim mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem w upale, z oponami na dachu. Zenon Plech awansuje do półfinału IMŚ, razem z zielonogórskim, młodym zawodnikiem Zbigniewem Błażejczakiem, który potem zostaje skazany za zbrodnię. Straszne zdarzenie. Błażejczak w Lublanie zachorowuje na ospę, wracamy w upale do domu z duszą na ramieniu.

Edward Jancarz zapisał w historii żużla światowego i polskiego bogaty rozdział. Startował w mistrzostwach świata par najczęściej z eks – gorzowianinem Zenonem Plechem, rozumieli się na torze i poza nim. Zdobywali medale, jeździli w Anglii i uwielbiali tamtejszą atmosferę. Rogate dusze ale zwycięskie, jak to się mówi: lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim.

„Eddy“ nie był łatwym człowiekiem, po zakończeniu kariery miał czas, mieli też czas dla niego inni. Życie towarzyskie nie patrzy na zegarek. Rozstaje się z żoną Haliną, która w pamiętnym roku 1984 trwała przy nim wiernie i czuwała aż wyzdrowieje. Znajduje nową, młodą towarzyszkę życia Katarzynę. Nie jest potulna jak pierwsza, a mistrz nie ten sam.

Stop. Zanim do tego doszło małe wspomnienie z roku 1980, kiedy to w słoweńskim Krsku Jancarz z Plechem zdobywają srebrny medal mistrzostw świata par. Przegrali tylko z angielską parą. Jechali autem z Anglii, Edward startował w Wimbledonie, Zenon w Hackney. Przyjechali późno, więc polska ekipa denerwowała się bardzo, koniec jednak był szczęśliwy. Ten duet był skazany na sukcesy i na porażki, na jazdy zapierające dech w piersiach, na walkę z kontuzjami i ból, ale zawsze z niesamowitą determinacją i wolą zwycięstwa. Byli wizytówkami polskiego żużla, amabsadorami Polski w lidze brytyjskiej. Kochali sport i życie.

Znalezienie drogi po zakończeniu kariery jest wyborem trudym i wymagającym twardego charakteru do końca. Nie każdemu się udaje, ważna jest rodzina, samotność bywa złym doradcą.

W czasie kariery Edwarda Jancarza bycie wizytówkowym żużlowcem było sztuką, utrzymywanie się na topie, kwalifikowanie do finałów mistrzostw świata. Zdobywanie medali. Nie można porównywać tamtych czasów do dzisiejszych. Dziś zawodnicy wolą mieć furę pieniędzy w polskiej lidze i rezygnują z walki o mistrzostwo świata.

Stop. Jest poranna niedziela 12 stycznia, telefony urywają sie w redakcji „ Sportu“. W sobotę został w Gorzowie Wlkp. pchnięty nożem przez żonę Katarzynę Edward Jancarz. Koledzy ze „ Speedway Star“ nie chcą w ten fakt uwierzyć, lecz po chwili muszą. Dociera do nich, tak jak do mnie dużo wcześniej, smutna wiadomość. Podczas rodzinnej sprzeczki w afekcie zginął idol żużlowego świata. Rodzinne miasto było w szoku. W świat popłynęły informacje o tragicznym wydarzeniu. Styczeń był zimny i początek roku zaczął się fatalnie. Nic nie jest w stanie zatrzymać jednak bieżących dni, bo jedni odchodzą a drudzy się rodzą. O jednych się zapomina, o drugich pamięta.

Edwardowi Jancarzowi w 2005 roku postawiono w Gorzowie pomnik, ma swoją ulicę a okazały stadion na którym kręcił pierwsze kołka nosi jego imię. Od 1992 roku na tym stadionie organizowane są memoriały Edwarda Jancarza, pierwszy wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Pamiętają i chyba będą pamiętać.

Dwa życia mistrza; sportowe i to zwykłe, codzienne. „EDDY“, dwa światy. Dramat wydarzył się 20 lat temu, nie pierwszy w tym sporcie i nie ostatni. Samobójcze akty, zbrodnie też oraz incydenty towarzyszą historii żużla. Ten sport jest ekstremalny, z silnymi emocjami, mający niemal fanatyczne środowisko, ciągle pobudzający wyobraźnię, nie dający dystansu wytchnienia poprzez swoją wyostrzoną dramaturgię. Speedway ma jasne strony i trochę ciemnych. Barwy życia nigdy nie płowieją. Odżywają. Lat nikt nie liczy, pamięć bywa zwrotna. Jest jak to nasze prozaiczne życie, które czasami wstrząsa do głębi serca. Trzeba jednak jakoś z tym żyć, no i jechać dalej.

Eddy

Przeleciał ten czas. Wartko. 11 stycznia 1992 roku w Gorzowie Wlkp. rozegrał się dramat, który zakończył się śmiercią Edwarda Jancarza. Przypominam sobie tę feralną sobotę i późniejsze informacje oraz następujący szok. Zadzwonił wtedy kolega z angielskiej Speedway Star szukając potwierdzenia okrutnego faktu. Dla środowiska żużlowego to był cios, zawrzało od emocji, zwłaszcza, że okoliczności były dramatyczne. Oto druga żona Edwarda Jancarza pchnęła w afekcie nożem męża i nie było ratunku. Pierwsza żona Halina poświęciła wiele czasu dla reprezentanta Polski, szczególnie wówczas gdy walczył o życie po fatalnym zderzeniu z włoskim zawodnikiem Valentino Furlanetto. Jancarz był twardzielem i nie dane było mu odlecieć na obłoki, przeżył ten najazd młodego kamikadze i odzyskał moc, jednak po tych nieprzytomnych tygodniach nie był już niestety sobą. Kiedy zginał z ręki żony Katarzyny miał 46 lat.

Ten styczniowy dzień pamiętam jak dziś, informacja poleciała szybko w sobotę wieczorem w świat. Jancarz, morderstwo? Niemożliwe. Ludzie zadawali sobie dużo pytań. Nie zawsze uzyskiwali odpowiedzi. Dyskutowali na temat ofiary i zabójczyni, która działała w afekcie. Dlaczego tak się stało?

Edward Jancarz był zawodnikiem, który szybko wjechał w wielki świat żużlowy, jako 22 letni chłopak został brązowym medalistą indywidualnych mistrzostw świata. Medali ma na koncie dużo, indywidulanych startów w mistrzostwach świata i drużynowych, w MŚ par z Zenonem Plechem. Nie chcę przypominać medali, startów od Gorzowa przez Londyn po Australię i USA. Startu w oryginalnym finale na olimpijskim stadionie w Los Angeles, w atmosferze westernu i charyzmy mistrza świata Bruce Penhalla. Po latach dorobek można raz jeszcze prześledzić w statystykach. Mnie interesuje tło, pobocza zawodnika i jego charakter. Bywają często dwa, trzy światy, mamy inne zachowania jako sportowca, inne jako człowieka.

Eddy był uwielbiany na londyńskim Wimbledonie, był uosobieniem solidności i pewnych ligowych punktów. Anglicy wiedzieli, co znaczy marka Jancarz a do tego dochodził latami. Potrafił grzebać przy motocyklu, a jego guru był gorzowski majster Edward Pilarczyk. Razem przejechali pół świata albo i więcej, ja też w tej skromnej ekipie się znajdowałem i sporo przeżyłem, bo mistrz Eddy nie był łatwym człowiekiem; poza startami miał swoje upodobania, które w sumie składały się na osobę lubiącą życie ale i wiedzącą, czego się chce. Dorobił się startami w Anglii domu w Gorzowie, na dobrej działce. Nie miał następcy ani następczyni. Może to też był przyczynek do późniejszych innych zachowań, niż bywało wcześniej. Staram się zrozumieć rozterki i brak motywacji do rodzinnego życia. Nie muszę przecież mieć racji. Myślę…

Kiedy odbyłem tournee do Anglii ze skromną ekipą Polski, Edek był jej menedżerem. Jechaliśmy razem czerwonym Mercedesem, prowadził wspomniany, nieżyjący już Edward Pilarczyk i Jancarz. Rozmowy były męskie i nie męskie. Nie pamiętał Eddy co było wczoraj, lecz pamiętał, że Pilarczyk nie przykręcił mu kilkanaście lat wcześniej dobrze tłumika i potrafił borować mechanikowi dziurę w brzuchu do pierwszej pinty piwa. Przechodziło. Byłem z nim w Lublanie, startowali w ćwierćfinale IMŚ Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, obaj awansowali a Eddy dotarł tam Maluchem z mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem, bo jego Mercedes przed Warszawą wpadł do rowu… Nie skomentuję dlaczego… Jazda z Polski do Lublany w upał Maluchem musiała być piekielnie uciążliwa, ale chłopaki dotarły w formie.

1980 rok i słoweńskie Krsko; tam niespodziewanie Jancarz z Plechem w finale mistrzostw świata par zdobyli srebrny medal. Kiedy przyjechali do Krska autem z Anglii nie wyglądali na wypoczętych za bardzo, dali jednak rady i przegrali tylko z angielską parą. Uff. Było gorąco, bardzo, jednak wino Cviczek schłodziło emocje na normalny poziom.

Edward Jancarz był rozpromieniony, kiedy jego wychowanek Piotr Świst dostał licencję. – Adaś zobaczysz, to mój następca. Rzeczywiście gorzowianin miał sylwetkę identyczną jak mentor, zapowiadał się świetnie. Gorzej było potem z pojęciem „następca Jancarza“.

Dorobek sportowy EJ jest imponujący. Zasłużenie stadion w Gorzowie nosi jego imię, jest i ulica mistrza Edwarda i pomnik godny jego zasług. Pozostaje jednak ślad dramatu ze styczniowej soboty i tragicznej sprzeczki małżonków, po której serce mistrza przestało bić. Gorzowski teatr wystawił sztukę osnutą na motywach burzliwej kariery Jancarza i kontrowersji jakie wzbudzała jego druga, rogata dusza. Frywolna, kiedy można było poszaleć, zmotywowana gdy trzeba było walczyć o medale.

Życiowa karta Edwarda Jancarza i sportowe dossier są bogate i oprawione zarazem w złote i żałobne ramki, są tam błyski medali i uśmiech mistrza na stadionach Europy i świata. Naręcza kwiatów oraz jakby słyszało się dźwięki narodowego hymnu.

Co jeszcze? Eddy wspominany jest jako mężczyzna do żużla i do wszystkiego poza tym, uwielbiały go fanki, a on je też uwielbiał jak należy. Wypiłem z mistrzem Eddym trochę piwa w różnych stronach Europy, nasłuchałem się o nim dobrych rzeczy w żużlowym świecie. Przeciętni nie robią raczej karier, w sporcie trzeba być hardym i męskim do bólu. Jaki był Eddy naprawdę wie małe grono ludzi. Zostaje w mojej pamięci Edward Jancarz jako facet do zdobywania medali, wywalczania dużo punktów, lubiany przez kibiców i jako ten, który zaczął swoją bogatą karierę niespodziewanie świetnie a zginął w dramatycznym epizodzie nagle i tak fatalnie.

Gorzowska hossa i bessa

Legendy mają to do siebie, że trwają i trwają, są do nich dolepiane kolejne, odlepiane także, w sumie historia bywa raz po raz ożywiana, życie weryfikuje dawne dzieje, teraźniejszość dopisuje nowe rozdziały. Gorzów Wlkp. jest miastem, które żyje żużlem nie od dziś, miasto i okolice, tak jak i cała Ziemia Lubuska nie skąpi nam talentów w sporcie, który dynamizuje ten region. Nie tylko sportowo. Gorzowski klub związany przed wielu laty z przemysłem motoryzacyjnym, można tak to określić, był „stajnią“ w której byli  nie tylko utalentowani zawodnicy ale i mechanicy, bo warsztaty Ursusa  miały dobre zaplecze. Miasto nad Wartą było żużlową stolicą a duet Edward Jancarz i Zenon Plech startowali w mistrzostwach świata dostarczając ogromnych emocji i czasami medali. Piękne czasy, drużynowy wielokrotny mistrz Polski, świetne finały indywidualne mistrzostw Polski. Plechowi nie służyło jednak tamtejsze powietrze, więc po dużej  „burzy“ przeniósł się do Gdańska i tam już pozostał. Słynny Eddy został pchnięty nożem w swoim domu przez jego drugą żonę, stadion gorzowski nosi jkego imię. Nie tylko oni byli gwiazdorami miasta nad  Wartą, była wcześniejsza paka z Edmundem Migosiem, Andrzejem Pogorzelskim, potem jeszcze zabłysła gwiazda Bogusława Nowaka mistrza Polski, wychowawcy wielu zawodników z mini toru, Piotr Świst był kreowany jeszcze przez Jancarza na swego następcę ale poza ligowymi punktami nie był w stanie zostać takim drugim Eddym, choć sylwetką do złudzenia przypominał swego mentora. Jerzy Rembas, wiecznie rezerwowy do tandemu Jancarz/ Plech był bliski medalu mistrzostw świata na londyńskim Wembley. Były czasy prezesa Stali Witolda Głowani, który w stolicy wykłócał się skutecznie o gorzowskie racje, potem bywało różnie, nie zawsze świeciło słońce i bywało chmurnie. A co mamy teraz?

Teraz to my mamy prezesa Władysława Komarnickiego, który cierpliwie czeka na sukcesy nawiazujące do tradycji żużlowej miasta, które żużel pokochało od dawna i chyba na zawsze. Znamy się zaocznie, ale nie ukrywam, że na odległość ciekawy gość. Zawziął się na zrobienie stadionu na miarę tych czasów i obiekt będzie. Właściciel firmy budowlanej nie kryje sympatii do żużla w każdej postaci. W klubie jest mistrz świata Tomasz Gollob a jego transfer był spektakularnym ruchem, choć nie przyniósł upragnionego tytułu drużynowego mistrza Polski, co byłoby pięknym nawiązaniem do wspomnianej tradycji Stali. Sam Gollob nie zrobi jednak mistrzostwa, choćby spinał się na wszystkie sposoby, potrzebna jest drużyna. Kiedy teraz znów prezesowi Komarnickiemu nie wyszło powiało smutkiem i absmakiem, zwłaszcza, że zespół z sąsiedztwa, czyli Falubaz Zielona Góra dojechał do finału. Rywalizacja lokalna teamów Ziemi Lubuskiej nabiera raz po raz soczystych obrazów, nie da się wyplenić zakorzenionych antypatii a „święte wojny“ są chwilami niebezpiecznymi widowiskami. Gorzów przełknął  gorzką pigułę porażki i lepsze miejsce rywala zza miedzy. Trudno… i jechać trzeba dalej. Jak będzie?

„Gorzów jest wyposzczony na żużlową elitę“ – mówi prezes Komarnicki, a odpowiada tak w kontekście nowego sezonu, w którym klub i miasto zadebiutują w serialu Grand Prix i to na zakończenie sezonu. Duże wyzwanie dla całego środowiska, nastąpi taka gala finałowa jesienią, a wcześniej baraż i finał drużynowych mistrzostw świata. Trzy imprezy i o ile jesienne Grand Prix nie budzi obaw, to jednak jak oświadcza prezes, przy wyposzczeniu Gorzowa i apetytu na światowy speedway, baraż DMŚ będzie trudnym przedsięwzięciem. Dadzą radę?

Drużynowe rozgrywki nie cieszą się popularnością, dlatego nie ma chętnych na organizację, poza oczywiście Polską, która odnoszę takie wrażenie wzięłaby połowę turniejów Grand Prix, taki jest klubowy apetyt. Dziwne acz prawdziwe. Mam w związku z tym mieszane uczucia, bo wcale mnie nie cieszy taka sytuacja i oblicze mistrzostw świata z silnie polskim tłem.

Gorzów ma zatem trzy poważne imprezy, na karku prezesa Komarnickiego jest jeszcze rehabilitacja ligowa, bo ile można próbować bić się o tytuł i odjeżdżać z pustymi rękami.

Wydaje mi się, że organizacyjnie i sportowo turnieje gorzowianie przełkną bez zgagi, drużynowo jesteśmy faworytami, bronimy tytułu złotego. Swój tor, zresztą w bieżącym sezonie półfinał był próbą sił. Gorzej z ligą, gdyż „ zbrojenia“ na tym froncie wszystkich niemal klubów przeczą teorii braku euro w kasie.Widać ona jest, wyścigi po najlepszych zawodników trwają i podnosi się transferowa cena jak nigdy. Ciekawi mnie jak będzie to wyglądać ostatecznie i w połowie sezonu, kto komu oraz ile będzie zalegać w kasie. Polska liga rządzi się swoistą fantazją i hasłem „ jakoś to będzie“. Obserwuję ten trend o dawna i muszę powiedzieć, że taka partyzantka się udaje, choć nie wszystkim. Udała się  Częstochowie, lecz to wszak „ święte miejsce“. Cuda zdarzają się, acz nie zawsze.

Jestem jednak przy gorzowskim klubie z tradycjami nie do pogardzenia. Sukcesor Komarnicki dąży do celu i podaje na zresetowanym stadionie imprezy z najwyższej półki. Kibice żądają jednak ligowego szczytu, on ich najbardziej satysfakcjonuje, daje odpór falubazowym fanom, którzy w tak pięknym zakątku Polski, jakim jest Ziemia Lubuska, chcą mieć stolicę żużlowych wyczynów. Ambicje nie zawsze podażają za życiowym realem. Prezes Komarnicki nie mówi o bessie, twierdzi, że będzie hossa. Szczęście jest jednak diabelnie przewrotne i nie można go kupić na żadnym bazarze, ani w najdroższym butiku. Ono czasem leży na ulicy, a czasem jest w chmurach.

Eddy to był wyjątkowy gość!

smol1

Nie ważny rok, EDWARD JANCARZ już nie jeździ na żużlu, ale jako menedżer jest w podróży z reprezentacją do Anglii i Szkocji. Reprezentacja dużo powiedziane, zlepek kadrowiczów sklecony naprędce przez Marka Kraskiewicza z Pezetmotu; nagle odpada Ryszard Franczyszyn kontuzjowany w Szwecji, Marek Kępa ma nogę w gipsowym bucie ale ma holowniczy hak w Fordzie Sierra. W nowej roli Eddy jedzie znów na Wyspy, które bardzo lubi, tam też go kochają. W Anglii, gdziekolwiek się pojawiał, był marką, ba, firmą.
Jancarz, nickname „Eddy” zawsze dobry dziś do wspomnień.
 
Pierwszy test – mecz na londyńskim Wimbledonie, kibice czekają na Polaków ponad dwie godziny, opóźnienie spowodowane jest strajkiem dokerów i prom z Ostendy do Dover  w końcu przypływa. Tylko dzięki Jancarzowi ekipa dociera na Wimbledon w czasie, kiedy cierpliwość fanów nie skończyła się jeszcze. Drużyna jest bez jednego zawodnika, jeden ze stopą w gipsie, bez ochoty na jazdę. Szef Anglików John Berry wścieka się okrutnie i słyszę „fucki”; Ryszard Dołomisiewicz w pierwszym starcie prostuje motocykl, wali w bandę i ambulans odwozi go do szpitala. Berry  wysyła protestacyjny faks do Pezetmotu, bo polskie tournee jest zagrożone, „Dołek” zwany „ czarną skrzynką” wraca na szczęście bez gipsu do hotelu „Londyn”. To nie był kres pechów, bo kiedy ekipa dotarła za dwa dni do Szkocji, w Edynburgu lało jak z cebra i mecz się nie odbył, potem lanie sprawili nam Anglicy w górniczym Stoke. Jancarz nie poradził, tylko był, zewsząd poklepywany przez angielskich fanów. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, gdyż podczas tej podróży znając Edka tyle lat, dostrzegłem ogromne zmiany w jego zachowaniu. Towarzyszył nam wtedy niezapomniany mechanik gorzowski Edward Pilarczyk, osobisty majster niemal na wszystkich turniejach Jancarza, włącznie z tym epizodem amerykańskim w Los Angeles, gdzie na olimpijskim Colisseum Eddy był w finale IMŚ dziesiąty. Turniej w iście w kowbojskim stylu rozegrano na sztucznej nawierzchni, a stewardem FIM, tak się wtedy nazywała funkcja na finałach MŚ, był numer 1 wśród światowych działaczy Władysław Pietrzak. Los Angeles zapisało się pamiętnym konfliktem pomiędzy Amerykaninem Bruce Penhallem i Anglikiem Kenny Carterem, ten drugi zastrzelił potem żonę i siebie na swojej farmie. Speedway miał swoje życiowe dramaty w wymiarze kryminalnym.
 
Nie ważny rok. Edward Jancarz już nie jest zawodnikiem. Jest menedżerem na półfinał indywidualnych mistrzostw świata w Lublanie. Startują, jego dobry kompan Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, osławiony potem skazaniem, razem ze swoim klubowym kolegą z Zielonej Góry, za zabójstwo. Warszawa, upał niemiłosierny, czekamy na Jancarza. Jedzie do stolicy czerwonym Mercedesem, nie dojeżdża, rozbija auto w rowie, zjawia się lekko sfatygowany i Fiatem 126 p wspomnianego Kraskiewicza, z żużlowymi oponami na dachu, wespół w tym mikrym aucie z rosłym mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem jadą do Lublany. Plech i Błażejczak awansują, „Maluch” wraca do stolicy, lecz czeka go gruntowny remont. Jancarz dał radę. Niesamowita trasa, niemiłosierny upał i auteczko, które wytrzymało taką trasę z wymagającymi pasażerami.
 
Nie ważny rok. Jakaś eliminacja IMŚ w Miszkolcu. Mieszkamy w Tapolcy, gdzie woda w miejscowych grotach jest lecznicza jak balsam. Następnego dnia po zawodach w których Jancarz startował, czekamy na wyjazd, no i Edka nie ma. Wreszcie zjawia się ze szkockim kumplem, żużlowcem George Hunterem. Widać, że mało spali, zabalowali, Szkot był kilka lat starszy od Polaka. Było, minęło. Nie pierwszy raz i nie ostatni.
 
Ważny rok. 1946, rodzi się w Gorzowie Wielkopolskim kruczowłosy talent, przyszła gwiazda żużla nie tylko na polskim firmamencie. Światowa tęcza. Od razu zaskoczył w Stali i tam pozostał do końca kariery. Ilu takich mamy twardzieli? Mało, którzy mają stadion nazwany swoim imieniem, pomnik i ulicę. Gorzów Wlkp. z Edwardem Jancarzem w herbie. Ile o nim naopowiadał się gorzowski spiker w wymiarze mega ogólnopolskim Krzysztof Hołyński, który dziś niestety jest w ogromnych tarapatach zdrowotnych oraz finansowych. Niektórzy zapomnieli o nim.

Objechałem z Edą, jak nieliczni na niego mówili, Stary Kontynent z przygodami w ramach MŚ. Razem z gorzowianinem a potem gdańszczaninem Plechem startował EJ w mistrzostwach świata par i drużynowych oraz indywidualnie. Jancarz to był ktoś, wierzcie!

Ważny rok, 1968. Ullevi w Goeteborgu. Tam wygrywają Nowozelandczycy Ivan Mauger i Barry Briggs, trzeci jest 22 – letni Edward Jancarz, chłopiec znikąd, ma pięknie ułożoną sylwetkę na motocyklu, klasyk. Wchodzi do historii światowego speedway’a. Zaczyna budować markę. Kilkadziesiąt finałów światowych zapisze na swoje konto, medale, walki do upadłego. Jego sylwetkę mnoży zdjęciami gorzowski fotoreporter, który ma podobny refleks na wirażu jak jego idol, a nazywa się Mirosław Wieczorkiewicz. Żona Edka Halina przeżywa wszystko jako kochająca kobieta wielkiego sportowca, który jest gościem w domu. Na dobrej działce w rodzinnym mieście Jancarz buduje, bodaj jako pierwszy żużlowiec w Polsce, zgrabny dom zwany wtedy szumnie willą. Kto pomyślałby, że kiedyś dojdzie tam do tragedii.
 
Kariera umocniona zostaje startami w Anglii. Na Wimbledonie Edek był solidnym polskim żużlowym robotnikiem. O ile dobrze pamiętam z Johnem z angielskim mechanikiem doskonalili silniki. Marek Cieślak, który mieszkał przez jakiś czas z Edkiem wspomina, że Jancarz godzinami pracował w warsztacie. Weslake, dobre silniki, elastyczne, ale jak mówi Cieślak miały kiepskie popychacze.Za punkt płacono cztery funty, za start dwa i pół. Takie to były czasy. Pożałował Anglik Dave Jessup na popychacza/ dwa funty/ i stracił tytuł mistrza świata na Wembley w pamiętnym roku 1978.Ile warte są dziś dwa funty?
 
Ważny rok, 1978. Złote Gody światowego żużla i oczywiście Wembley, świątynia tego sportu. 90 tysięcy ludzi, niezapomniany wieczór, zaproszono byłych mistrzów świata, pierwszy łuk ciasny, pozostałe każdy inny, to był  ten zaczarowany tor o którym komentator Jan Ciszewski mówił z uwielbieniem i tajemniczym podekscytowaniem. Jancarz z Pilarczykiem pomagają ze swoim motocyklem ziomkowi z Gorzowa Jerzemu Rembasowi, ten jeździ jak w transie w tym niebywałym finale, a wjechał tam z rezerwowego miejsca, gdyż Niemiec Hans Wasserman miał ciężki wypadek. Jeden wyścig z Dave Jessupem zadecydował, że Rembas jest piąty, a startował w wyścigu barażowym o brązowy medal! „Groził” mu życiowy sukces i wyczyn jakiego nie zaliczył nikt z polskich żużlowców na boskim Wembley. Sukces, mimo wszystko, piątego miejsca był także zasługą Jancarza, Pilarczyka i wspomnianego skromnego mechanika z Wimbledonu.
 
– „Zawsze będę pamiętał Eddiego jako mocnego człowieka, profesjonalnego zawodnika, który dobrze przysłużył się Polsce w Anglii” –  powie Phil Rising, szef  „Speedway Star”. Bardzo komplementarne opinie o Jancarzu wydają wszyscy, którzy z nim jeździli, spotykali na torze i poza; w hotelach, na promach, w pubach. Jancarz stworzył swoją markę, dlatego tak chętnie przyjeżdża elita na Memoriały Edka w Gorzowie. Nikt nie odmawia, kto nie… z Polski. Jancarz jest nie do zapomnienia.
 
Nie ważny rok? W Lesznie finał drużynowych mistrzostw świata, nie ma w zespole polskim Jancarza, leży w poznańskiej klinice, dopytują się o niego Anglicy, jadą do niego w odwiedziny. Trudna sytuacja, ale nie beznadziejna. Będzie żył.
 
A jednak ważny rok, 1984, to właśnie wtedy w Gorzowie na meczu Polska – Włochy, utalentowany młody Valentino Furlanetto nie opanowuje motocykla, Jancarz ma przykrą kolizję po której jego życie zawisło na włosku. Gorzów, Poznań. Żona Halina wierna przy mężu, który odzyskuje przytomność i wraca do zdrowia, które jest dla niego jednak innym już życiem, innym etapem po tym fatalnym i dramatycznym wypadku.
 
To co napisałem na początku już dzieje się po wypadku, Jancarz ma inne oblicze. Nie odmienisz losów, nie zmienisz wydarzeń, spadają czasami jak ciosy, przed którymi nie ma obrony – mówi jeden z przyjaciół Edka. Nie był samotny, ale samotny wewnętrznie.

Zawsze lubił życie a życie jego. Kończy karierę w 1986 roku. Mówi do mnie: „Wiesz mam następcę jest nim Piotr Świst, cieszę się, że jeździ tak jak ja”. Świst sylwetką identycznie przypominał swojego mentora, choć nigdy nie dorósł do swojego arcymistrza.
 
Jancarz ma dużo czasu. Lubi towarzystwo. Żona Halina nie wytrzymuje jego trybu życia, odchodzi po tylu latach trudnych zmagań się z gorzowskim idolem. Eddy ma nową żonę, młoda Katarzyna również niespodziewanie nie wytrzymuje napięcia, kiedy były mistrz nie jest w formie i dochodzi do spięcia dramatycznego. Końcowe lata Jancarza po zakończeniu kariery nie są łatwe, pamięta w szczegółach co było 20 lat temu a zapomina, co było przedwczoraj. Trudne momenty, kiedy nie jest się samemu. Pętla jest nieubłagana.
 
Ważna data, 1992. jest karnawał. Styczeń, sobota i zapadła już noc.Rodzinna sprzeczka przeradza się w filmowy kryminał w domu Jancarzów. W ogromnym afekcie młodsza Katarzyna bierze nagle nóż i wbija go z desperacją w pierś męża. Koniec. Nie ma ratunku. Tragedia wyjeżdża w świat. Dowiaduję się o dramacie z radia, odzywa się Londyn, dzwonią już koledzy ze „Speedway Star”, czy to prawda, czy to możliwe, czy Eddy będzie żył. Tym razem już nie. Zgasła gwiazda o dużym dorobku, sportowy świat doznał szoku.

Media mają super tragiczny temat, z udziałem postaci, która stworzyła odrębny rozdział w historii polskiego i światowego żużla. Od 1992 roku rozgrywany jest w Gorzowie Memoriał Edwarda Jancarza. Nieprzerwanie. Jest piękniejący stadion, gdzie uczył się jeździć, gdzie wszystko się zaczęło w jego sportowym życiu, jest pomnik i ulica. I budzone raz po raz wspomnienia. Raz jeszcze ożywają przygody z udziałem wyrazistego charakteru, choć ten charakter został zmiękczony a potem tragicznie unieszkodliwiony. Mamy jezioro żalu.
 
Można napisać i skomponować o nim balladę, którą mógłby zaśpiewać  Maciej Maleńczuk, który również ma niebanalną karierę. Eddy, kiedy zginął miał 46 lat, dziś miałby 63 lata.

Wiecie co? Nie mogę zatrzymać nurtu myśli i wspomnień, ponieważ sporo kilometrów przejechałem w gorzowskich Mercedesach i byłem w różnych miejscach Starego Kontynentu przy okazji finałów światowych. Paka jak się patrzy Plech, Rembas, Pilarczyk i mój bohater Jancarz. Żelazna ekipa. Eskilstuna, Landshut, Londyn, Goeteborg, Praga, Vojens, Olching…Było różnie. Nie ma świętych w takim gronie. Oj, nie.
 
Ważna data, 1979 rok, finał w duńskim Vojens. Ściganie się o tytuły mistrzów świata par. Jancarz 13 punktów, Plech 7 i brązowy medal. 

Ważna data, 1980 rok, finał MŚ par w Krsko na Słowenii. Jancarz i Plech jadą z Anglii, spóźniają się na trening, zawsze mieli jakieś spotkania, diabelnie towarzyscy obaj i z osobna. Prominenci polskiej ekipy Zbigniew Flasiński, Bronisław Ratajczyk i Andrzej Grodzki kręcą nosami, upał czerwcowy jest przy tym nie do zniesienia. Znad rzeki Savy nie ma chłodu. A oni para J – P zmęczeni , lecz zawsze żądni sławy i zwycięstwa zdobywają srebrny medal, przegrywając tylko z wypoczętymi Anglikami. I jak tu nie napić się zimnego piwa? Duet J – P na topie. Anglia, Skandynawia, Australia, USA, polskie tory, niemieckie i czeskie, każde są dobre, nie ma grymaszenia, byle do przodu. Żużlowcy – zawodowcy. Przybliżyli wtedy świat do Polski, co było ogromnym sukcesem i dziś ten cyrkowy świat jeździ na polskich torach. Jest u stóp, każdy as na dotyk. Luksusy spowszedniały.

800px-jancarz_pomnik

EDWARD JANCARZ jest postacią niezapomnianą, gorzowską ikoną godną taśmy filmowej, gdzie sport jest najważniejszy ale poza nim istnieje jeszcze wspaniała i burzliwa proza życia. Jak się okazało to nie sport wyeliminował mistrza z życia, a brutalnie obeszło się z nim drugie ego; coś pękło, nie wytrzymało i jedno pchnięcie kuchennym nożem wyrwało z mocno zakręconego kręgu człowieka, który w tym drugim etapie istnienia nie mógł sobie/ ani inni obok niego/ poradzić ze słabościami. Kiedy to nastąpiło? Postępowało raczej…I nagle zabrnęło w zgubną ciemność. Żal, szok i raz po raz wspomnienia o tym co było i się nie odmieni. Los wyreżyserował film o wspaniałej karierze i nieszczęśliwym zakończeniu. Happy endu nie było. Żalu nie schowasz do szuflady. Jak tęczy i jak jeziora. Jest jak cień obok nas, zawsze pod ręką.

Nie ważny rok…

Ważna prawdziwie męska kariera i tak okrutnie tragiczny koniec z nożem. Życie jest naprawdę zagadkową grą a czasem jakby tylko zwykłą kartką rzuconą na wzburzone wody oceanu. Albo utonie albo popłynie za horyzont. 

Więcej o Edku: http://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Jancarz