Australijskie zastrzyki

Si, si…Mamy serial Grand Prix i Włoch Armando Castagna, który przewodzi światowemu żużlowi, bo nie ma innego wyjścia /?!/ ugasił tegoroczny pożar i Polacy uratują indywidualne mistrzostwa globu. Nie pierwszy raz, bo kiedy na początku zawieruchy i szumnych zapowiedziach nowych rozgrywek GP/start 1995/ nie bardzo interes angielskim pryncypałom spod znaku BSI się wiódł, poznańska Kompania Piwowarska Lech, Jana Kulczyka wzięła na plecy ciężar utrzymania grand tańca. Z koł dobrze poinformowanych dawno już doleciały do mnie wieści, że tak bardzo Castagna nie kocha Polaków, lecz w sytuacji podbramkowej biało – czerwona strefa urządzi igrzyska. A gdyby Niemcy byli silni, Skandynawowie, Anglicy powiedzieli “si”, to moim rodakom spod kół by się żużel sypał na głowy. Zaczyna igraszki GP we Wrocławiu, tak jak w 1995 roku w premierze tego cyklu, który miał być fantastyczną przygodą. “Dziką kartę” teraz dostał ambitny Gleb Czugunow a niektórzy błądzili myślowo, że będzie miał ją w kieszeni… Maksym Drabik. Sądziłem, że pojedzie Bartosz Smektała albo Dominik Kubera. No cóż każdy ma własną ocenę sytuacji. Wyjaśniam koledze, który mnie pytał jakiej narodowości jest debiutant w GP, otóż mieszane barwy: rosyjsko – polskie, Gleb ma nasz paszport. Eto wsio? Zawodnik jest przedstawicielem miejscowego klubu, więc pojedzie jak w domu. Jest odważnym, skromnym reprezentantem Wschodu, reszta należy do niego w debiucie GP. Ot, mołodiec!

Tytułu mistrza świata broni Bartosz Zmarzlik, gorzowskie barwy. Zdobył złoty medal w ubiegłym sezonie na Motoarenie w Toruniu. Było tam ciężko, bo mimo przewagi, ona topniała wobec ataku Duńczyka Leona Madsena, który/ zaznaczam raz jeszcze/ ma żonę Polkę. Towarzystwo jak widać spolszcza się nie tyko na torach, wszak są wygodniejsze też podłoża. Madsen zna kilka naszych klubów i mentalność polskiego suwerena. Gonił Zmarzlika w Toruniu, lecz opatrzność była po stronie gorzowianina. Do brązu, srebra dorzucił Bartosz złoto. Kolekcjoner, który na tym dorobku na pewno nie poprzestanie. Ma w duszy pęd do ścigania, mijania, brawury na krawędzi cienkiej jak nitka, opanowany od dziecka motocykl prowadzi go do efektownych zwycięstw. Madsen nie jest jedynym konkurentem, oto głodny “kalca” jest Emil Sajfutdinow, zgrabny wojownik rosyjski, bojar żużlowych torów, chciałby być carem. W ubiegłym sezonie nie miał szczęścia Anglik Tai Woffinden, trzykrotny mistrz świata, któremu pech kasował punkty i niestety zabrakło bodaj jednego turnieju; wtedy nie wiadomo jakby potoczył się los złotego medalu 2019. Skuteczne akcje prezentuje ostatnio stylowy Słoweniec Matej Zagar, jest jeszcze Słowak Martin Vaculik, a co na to Maciej Janowski? A Patryk Dudek? Były mistrz świata Australijczyk Jason Doyle, Rosjanin Artem Łaguta, Szwed Fredrik Lindgren. Paka konkurentów do tytułu mistrza świata zgrana, znają swoje cele, nawzajem błędy i zalety. Po dwa turnieje w każdym mieście wymyślili bossowie speedpanowania na świecie; Wrocław, Gorzów, PRAGA i finał w Toruniu, jednak nie w Warszawie, gdzie byłby może ósmy cud świata. Jednak Polski Związek Motorowy nie wyczuł bluesa. No tak, rozumiem szeroki zarząd, gdyż  Toruń jest w kilku aspektach życia nad Wisłą ważnym ośrodkiem decyzyjnym.

Tam urządzono IMME i ZMARZLIK dał SHOW, pozostali także śmigali jak w ukropie.

Międzynarodowe mistrzostwa Ekstraligi były szybką imprezą, na wzorowym torze, gdzie mijanki były powszechne. Ściganie zatem efektowne i efektywne. Można też bez cyrkowych popisów funkcjonariuszy pod taśmą? Taaak! BARTOSZ  ZMARZLIK wykonał na Motoarenie extra sesję! Swobodny niczym orzeł szybował “nad” torem, potrafi zmieniać ścieżkę jazdy na pełnej szybkości, ma wyczucie mocy silnika, opanowany motocykl jak zegarmistrz zegarki. Przyjemnie patrzeć na koncert prawie już kompletnego mistrza sypkich torów. U siebie w Gorzowie również prezentuje klasę lux.

Przy okazji: czy sędziowie mają imiona i nazwiska na polskich stadionach, bo rzadkością jest ich wymienianie. Sami jakoś nie buntują się wcale, wolą być bezimienni? Dlaczego? Przecież nie wymienianie ich jest swoistym lekceważeniem. TV nie podaje na “paskach”.

Osiem turniejów GP, będzie więc ostra jazda! “Dwudniówki” pokażą w pigułce możliwości zawodników, ich kondycję, zmotywowanie, stan techniczny napędowych koni. Koniec sierpnia premiera a finał początek października. Dla kogo gloria? Turniej poprowadzi doświadczony Szwed Krister Garder, zna się na rzeczy.

Woffinden pojedzie na swoim klubowym torze we Wrocławiu, Zmarzlik potem uderzy w tony u siebie w Gorzowie. Atuty własnych torów nie grają obecnie, przy tak wyśrubowanych jednostkach napędowych, takiej roli jak dawniej. Zaufanie chowa się czasem w małej budce, jednak swoje ściany ciut pomagają, choć adrenalinowych kibiców w komplecie zabraknie niestety. Praga będzie jakby neutralna i na małym stadionie Marketa ściganie zapowiada się maksymalnie sprężone. Dociekam, jak decydenci GP namówili familię Ondrasików do urządzenia plochej drahy? Mistrzostwa świata tam właśnie mają swój kult a miasto stwarza malownicze tło. Ahoj!

Wydaje mi się z pozycji przedstartowej, z fotela, że wszystko rozstrzygnie się w GP, jak rok temu na Motoarenie.

Elita jest zapracowana, polskie ligi wyciskają max poty, nadto play- offy Ekstraliga szczytuje z wyścigami ostrymi jak żyletki. Tu liga, tu mistrzstwa świata, tu jeszcze inne turnieje. Zwariować można, karuzela napięć 300 wolt. Serca muszą być sprawne, tętnice przedmuchane. Speedway zacisnął pętlę kibicom, zabrał czas, nie ma nawet chwili na dyskusje. Herbata stygnie. Żali się do mnie żona jednego z kibiców, że mąż zaniedbuje obowiązki domowe, bo codziennie tylko żużel od południa do północy. Więc uspokajam: są szybkie przerwy, można wiele, tylko trzeba chcieć panowie. Ludzie z żużlowym krwioobiegiem nie mają łatwego życia, pandemia z wirusem w koronie wytworzyła tempo i atmosferę expressu Paryż  – Marsylia. Pilnujmy jednak rozsądku.

W tytule felietonu jest Australia… Tak. Mówi i pisze się o żużlowym świecie a gdzie ten świat? Speedway jest obecnie głównie europejski, gdyby nie australijscy zawodnicy, byłby tylko w skansenie Starego Kontynentu i z kalifornijskimi migdałami. Młodzi chłopcy z talentem do ścigania w extremie i duszami kangurów przylatują do Europy z drobnymi oszczędnościami i pilnie żyłują swoje ambicje, głównie na polskich klubowych uniwersytetach. Bez nas nie ma dyplomów. Nabierają więc szybko wiedzy o życiu i żużlu. Taki np. Jaimon Lidsey/ ur. 1999/, który zapoznał się z Rawiczem, przedmurzem Leszna a w Unii, u mistrzów Polski ten sympatyczny chłopak o twarzy niewiniątka, daje upust swojej radosnej ambicji bycia coraz doskonalszym, podobnie inni np. Rohan Tungate, Jack Holder. Australijczycy mimo nieszczęść/ porażenia: Leigh Adams, Darcy Ward/ pragną być wirtuozami na torach. Obdarzeni magicznym talentem, lecą do Europy na korepetycje, naukę i nie zapominajmy, że przecież u Aborygenów narodził się  dawno temu speedway. Europa kupiła go na pniu za sprawą Johnnie Hoskinsa. Polska jest dla “Kangurów” konkretną szansą sportową i życiową. I odwrotnie, dla naszych klubów rodzi się okazja do atrakcyjnych sesji wyścigowych. Australijskie “zasilanie” stwarza widowiska na miarę światowych, dawnych, legendarnych mistrzów z Antypodów. Ponadto dla europejskiego żużla australijski zastrzyk talentów buduje optymizm, że “kangurowy kontynent” podtrzymuje markę pn. ŚWIAT.