Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

TYLKO W LEWO: 2 razy po 6 i 3 razy po 1

Prawdy, fałsze, fantazje

Z matmy byłem kiepski. Tak wyszło i tak zostało, każdy ma swoje plusy i minusy. Ułamki nie każdemu pasują, bankomaty wszystkim. Faktury krążą po biurkach, konta wirują. Piszę ten felieton/ robię zapas/ w domu bez maseczki na twarzy; Polska, świat stają się anonimowe, syndrom strachu, syndrom bezradności. Obietnice nie mają sensu, każdy dzień jest oblepiony pandemią. Pozostają nam oczy do identyfikacji who is who? Celebryci tacy sami jak inni. Szmatki na twarzach jednym dodają uroku, drugim ujmują.

W poprzednim felietonie rozpisałem się ponad miarę, “ machnąłem” za dużo znaków, więc formuję szyk redakcyjny. Baczność i spocznij chłopie. Zatem teraz inaczej, będzie szybsze czytanie. Wcześniej pisanie, jest czas na refleksje, mniejsze, większe, okres wymuszonej przerwy pandemią koronawirusa daję szansę bez pośpiechu na cofnięcie pamięci wstecz. Co nas otacza jest atmosferą wypełnioną niepewnością jutra. Trwamy i nie możemy wyłączyć myślenia. Szperamy w historii, wybieramy lepsze chwile.

Najważniejszym, prestiżowym tytułem w speedway’u jest indywidualne mistrzostwo świata. Obojętnie jak zdobyte, czy podczas jednodniowego finału, dwudniowego/ raz taki miał miejsce w Amsterdamie w 1987 roku,  wygrał  Duńczyk Hans Nielsen/, czy w wyniku kilkunastu seryjnych turniejów Grand Prix, cyklu trwającego od 1995 aż do pandemii. Co będzie dalej nikt nie wie. Przychodzi raczej kres na globalizację.

W historii jest dwóch zawodników, którzy zdobyli po sześć indywidualnych tytułów mistrzów świata. Nobliści żużla. Będzie trudno ich pobić w tym dorobku dziejowym.

Wcześniej od nich jeden wirtuoz torów zdobył efektownie pięć laurów oblanych złotem. Następne tytuły IMŚ, to w dół: 4 – 3 – 2 – 1. Z czempionów szóstkowych oraz poza pięcioma złotymi medalami, z czterema laurami jest wybitna postać nowozelandzkiego rodowodu, zaś po jednym złotym medalu mają Polacy. Jak na razie piszę bez nazwisk, dojedziemy do mistrzów bez masek, zaczynam od zawodnika, który mocno namieszał w świecie, wybił konkurencji z głowy złoto, okazał się egoistą na wielu stadionach.

Szwed OVE FUNDIN/ ur. 23 maja 1933 w Tranas/ był charyzmatyczną postacią. Uwielbiany przez kibiców, przełamał hegemonię zawodników ze strefy brytyjsko – amerykańsko – australijskiej. Błyskotliwy włam aż do pięciu tytułów był szokiem. Pobił Nowozelandczyka Barry Briggsa, który zgarnął na swoje konto cztery złota. Fundin dobrze się ma do teraz/Barry także/, kursuje dla przyjemności na motorze ładnymi szlakami, mieszka we Francji, żyje wspomnieniami, także z Polski, gdzie fanki przystojnego Skandynawa kochały niczym filmowego idola, amanta sportowego. Bogartem nie był ale przygody miał. Speedway naonczas rozkręcał swoje śruby; po hegemonii stadionowej na londyńskim Wembley na horyzoncie pojawiły się aktywnie federacje Szwecji i Polski. Współdziałały, rodziły się pomysły, choćby mistrzostwa świata par. Kapitalne wyścigi, szybko zyskały rangę u startujących i kibiców. Ove Fundin był skuteczny, na orbitę wjechała ponadto para z Nowej Zelandii, wspomniany Briggs oraz IVAN MAUGER. Barry był przedsiębiorczy, on potem wymyślił deflektory, które zakłada się do dziś i chronią zawodników przed kamieniami spod koła. A Mauger, niepozorny, sprytny gracz, szybko doskonalił rzemiosło żużlowe, interesy również, to on pierwszy zaprezentował na sobie, motorze reklamy. Dbał razem z żoną Raye o wizerunek, książki edytowane przez niego pisał angielski dziennikarz Peter Oakes.

1977 rok, finał indywidualny mistrzostw świata na Ullevi w Goeteborgu. Leje jak z cebra, tytułu broni Anglik Peter Craven z  Belle Vue Manchester. Rok temu wygrał w kapitalnym stylu na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Ma kontuzję stopy, startuje w specjalnym bucie ortopedycznym, jest pierwszym, który daje taki przykład walki z naturą. Gdyby nie maź na torze pewnie by obronił złoto, które wydziera mu Mauger. Po zawodach w saloniku wygodnego stadionu Ullevi podają sobie ręce niczym dyplomaci: Ove Fundin z Ivanem Maugerem. Zdjęcia angielskich fotoreporterów Mike Patricka i Trevora Meeksa lecą w świat. 5 plus 5, dwóch gigantów torów. Maugera i rodzinę poznałem wcześniej w Anglii, syn Kym próbował żużla, jednak nie miał takiego talentu jak tata, kręcił się obok motorów, zajął się potem czymś innym. Ivan marzy jednak o jeszcze jednym tytule IMŚ. Był szybki na startach, opanowany, miał super sprzęt, otoczenie dbające o drobiazgi, taktykę, o tym kiedy indziej, bo speedway nie był wolny od “ustawek”, obojętnie od stawki turnieju, meczu. Proza zwyczajna jak kromka chleba.

  1. Chorzów, Stadion Śląski, staje się Mekką dla żużlowego świata, największy, bez dachu, lecz z unikatową atmosferą, choć nie tak ekscytującą jak wieczorne show na Wembley w Londynie. Tam zawsze było bosko, tu inaczej, imponująco w rozmachu. Władze śląskie dokładały serca bez kamienia, chciały, żeby świat nie zapomniał o stadionie i górniczym regionie. Były tradycje rybnickie, świętochłowickie…Kopalnia.

I nie zapominano, powracano, balowano, były udane kolejne wydarzenia.

Ivan Mauger marzy o szóstym tytule mistrza świata, spina się bardzo Zenon Plech. W 1973 roku Ivan przegrał boleśnie na tym stadionie z Jerzym Szczakielem, Zenon był trzeci. Teraz jest skupiony aby na polskiej ziemi wyrwać pierwszy złoty medal, jednak ma rywala z honorami. W parkingowych  boksach rośnie napięcie. Jak wygrać? Polak ma  efektowne sesje startowe ze zdobyczami funtowymi w londyńskim Hackney u Lena Silvera, jest wyciszony, trudno go namówić na głębszą rozmowę. Oprawa na “ Śląskim” zawsze w stylu regionalnym, przyjemnie, wiadomo z atmosfery, że jest się na górniczej ziemi. Jak przechytrzyć Maugera? Plech wyjątkowo skupiony, rozdaje gadżety. Mistrz?

No nie, piekielnie trudno, bo Ivan z Christchurch/stamtąd pochodzi też Briggs/ zdobywa szósty złoty medal! Jest SREBRNY Zenon Plech a trzeci angielski talent Michael Lee, który z biegiem czasu rozmywa karierę przez “prochy”. Prawdziwy talent ale ze słabościami, które pokonuje, “mechanikuje”, doradza, mógł mieć z życia więcej.

Mauger triumfuje na “Śląskim” i dumnie z żoną prezentuje plastron  z szóstką! W hotelu “Katowice” żona Raye rozdaje książki, Ivan otoczony przyjaciółmi, bucha raz po raz szampan. Bohater zmęczony i szczęśliwy. Ma lat 40!/ ur. 3.10 1939/. Jest pierwszym, który zdobywa sześć złotych medali, generalnie jest multimedalistą, bo stawał na podium różnych konkurencji żużlowych. Miss Śląska wręcza kwiaty, zwycięzca jest Mister.

Młode pokolenie jednak nie marnuje czasu. Ambitny jest skandynawski nurt, Fundin otworzył tam wrota, więc znajdzie się taki, który przez nie wjedzie po taki sam skarbiec jaki ma Mauger. Inny czas, charakter, ambicje mają różne rozpiętości i wagę. I pesel.

TONY RICKARDSSON/ ur. 17. 08. 1970 Avesta/, myśli technicznie, logistycznie, z wyobraźnią. Jest przedstawicielem innej jazdy oraz technicznej bazy. Wiking z talentem.

No cóż, robi mi się przykro bardzo, kiedy nadchodzi depesza z Antypodów – 16 kwietnia 2018 roku zgasła wielka gwiazda sportu po ciężkiej chorobie/ udar/, Ivan Mauger umiera. Speedway płacze. Przegrał ostatnie okrążenie w swoim życiu. Legenda zostaje na zawsze. Medale medalami, lecz zrobił dla speedway’a ogromnie dużo, zaprezentował inną jakość egzystencji jako żużlowiec z wyobraźnią i wizerunkowo był markową firmą.

A co było dalej czytajcie za tydzień : “2 razy po 6 i 3 razy po 1”. Zostańcie w domach.

Nowozelandzki Ivan VI

0007AZ0I1AGELVLC-C122-F4

Coraz ich mniej. Mistrzowie świata odchodzą na „drugą stronę rzeki“. Umarł multimedalista żużlowych torów, Nowozelandczyk IVAN MAUGER. Miał 78 lat, Ivan za wcześnie odjechał z życiowego stadionu, gdzieś tam daleko, hen, skąd nie ma już powrotu do żywych/ pogrzeb 27 kwietnia/. Jest legendą, pisałem o Nim ponad rok temu, ciężko chorował, miał wylew, afazja utrudniała porozumiewanie się z rodziną, z innymi. Opiekowali się nim troskliwie. Urodził się w nowozelandzkim Christchurch w 1939 roku, mieszkał w Golden Coast na australijskim wybrzeżu w stanie Queensland. Z żoną Raye mieli dwie córki Julie i Debbie oraz syna Kyma. Tworzyli sympatyczną parę, ona jeździła na zawody, kiedy tylko mogła, mistrzostw świata nie opuszczała, była kobietą przyciągającą wzrok mężczyzn. Odnosiłem zawsze wrażenie, że Ivan był mężczyzną jej życia. Był…

Uczył się speedway’a pod okiem mistrza świata/ Wembley- 1951,1952/ Jacka Younga; zaczął w 1955 roku, dwa lata później przyleciał do Anglii. Startował w wielu klubach brytyjskich, robił prędko karierę, szybki na startach, inteligentny, walczył, inwestował w sprzęt. Miał ponadto zmysł do interesów. To on ulokował na swoim ubiorze markę francuskiego alkoholu Ricard. Razem z angielskim dziennikarzem Peterem Oakesem wydawał książki, m.inn. sezonowe statystyki, zgrabnie edytowane, pilnowała tego także Raye. Widywaliśmy się na mistrzostwach świata, drużynowych, indywidulanych, parami, na długim torze. Budował swoją legendę profesjonalizmem, który nie zawsze był odbierany trafnymi ocenami, doszukiwano się „sprytu“, bo Ivan imponował zwykle skutecznością. Sympatyczny, rozmowny, acz skupiony gdzie trzeba. Chciał/ korespondowaliśmy w tej sprawie/ po zakończeniu kariery /podjął decyzję w wieku 46 lat/ zorganizować turnieje na Stadionie Śląskim, na obiekcie, gdzie w 1973 roku przegrał sensacyjnie w obecności ok. 100 tysięcy kibiców, dodatkowy wyścig z Jerzym Szczakielem. Przewrócił się na wirażu, opolanin pędził do mety jak szalony, Ivan leżał i nie mógł pojąć, że tym razem złoty medal nie dla niego. Na tym samym stadionie w 1979 roku zdobył szósty tytuł/!/ mistrza świata; to był świetny, pogodny turniej. Zenon Plech zdobył srebro, choć bardzo marzył o złocie, lecz niskiego wzrostu Mauger okazał się Wielki. Rycerz żużlowych torów, które z jego udziałem miały atmosferę show, rozbudzały spekulacje, podkręcały emocje. Mauger umacniał autorytet postawą na torze i poza nim. Zawsze obok niego stała wierna Sarah Raye, były dzieci/ najstarsza Julie/. Kym próbował startów, lecz wycofał aspiracje, mimo ojcowskiego patronatu.

W 1971 roku na rybnickim torze razem ze swoim rodakiem Barry Briggsem /rocznik1934/ przegrał sensacyjnie finał mistrzostw świata par, bo szybsi byli z kompletem punktów/!/ Jerzy Szczakiel i miejscowy talent Andrzej Wyglenda. Bajkowe zawody, wielcy wygrani i wielcy przegrani. Ale w 1968 roku indywidualnie był najszybszy w szwedzkim Goeteborgu, zaś Edward Jancarz w swoim debiucie trzeci! Polacy jak cienie jeździli za słynnymi ścigaczami. W 1970 roku we Wrocławiu także w indywidualnym finale MŚ Mauger wygrał zawody przed Pawłem Waloszkiem. Paweł nigdy nie był tak blisko złota, no, ale ten “gold” wpadł do kolekcji Ivanowi.

Indywidualne ściganie, parami/ z Briggsem, potem m.inn. z małym Mitchem Shirrą/, drużynowe finały, na długim torze. Nowa Zelandia, taka mała a lepsza była wtedy od większej Australii. Mauger głośno sławił swoją ojczyznę. Gdzie są dziś następcy Maugera i wielokrotnych mistrzów świata Briggsa/4/, Ronnie Moore’a/2/? Nie widać i nie słychać. Niestety. Nowozelandzki speedway jest na mieliźnie.

MAUGER w okresie zimowej pory w Europie, organizował na słonecznych w tym czasie Antypodach turnieje; chętnie tam dolatywano, ścigano się w innych warunkach torowych, nie tylko pogodowych. Ciekawe doświadczenie dla przyjezdnych i cenne przedłużenie sezonu. Polacy tam bywali, indywidualnie i drużynowo. Mauger o Polsce nie zapominał, okazywał sentyment, podobnie Raye. Dlatego zrobił dwa pożegnalne turnieje w Gnieźnie i Lesznie, niestety miał kolizję na stadionie Startu z Andrzejem Huszczą/ bez winy Polaka/ i w Lesznie poobijany już nie wystartował. W pałacu w Rydzynie, dobrze pamiętam, Ivan był oblepiony plastrami, liczne grono kibiców zagranicznych współczuło i rozumiało pech swojego idola. Wszyscy żałowali i hotelowy bar miał upojne powodzenie; wódka rywalizowała z szampanem.

Na Antypodach współpracował z Czechem Vaclavem Vernerem, który niedawno zmarł w Pradze. Ubywa autorytetów, asów ścigania, ich medale nabierają muzealnej wartości. Niestety życie i jego nieubłagana ucieczka w inny świat są nieuchronne.

Ivan Mauger był firmą bez ograniczonej odpowiedzialności. Nie wspominam teraz statystyk, jego udziałów w mistrzostwach świata. Robiłem maugerowski bilans kariery ponad rok temu w felietonie pt. MAUGER, nie tak dawno wspominałem raz jeszcze dokonania w kontekście choroby i ogłoszenia wyprzedaży jego motocykli z powodu wysokich kosztów leczenia. Barry Briggs i jego syn Tony w rozmowie ze mną, postrzegają Ivana jako wybitnego sportowca, który speedway umacniał skutecznością i barwą jazd oraz moralnym autorytetem. Podobnie zaznaczył Duńczyk Ole Olsen, gdzie w Vojens Mauger ścigał się wielokrotnie w dramatycznych turniejach. Były to czasy złotego oświecenia, wydarzeń jak igrzyska olimpijskie, znakomitych jazd na londyńskim Wembley, Stadionie Śląskim, we Wrocławiu, Lesznie. Kultowe wobec kompletów publiczności. Jednodniowe finały IMŚ były żużlowym szczytem i tego nam brakuje. Ostatni raz rozmawiałem z Ivanem bodaj w 1999 roku w duńskim Haderslev/ tam urodził się Olsen/ w hotelu „Norden“, gdzie przyjechał na zawody w pobliskim Vojens.

Uff, apeluję gorąco, by włodarze śląskiego obiektu nazwali imieniem legendarnego Ivana Maugera choćby jakąś cząstkę tego stadionu, na którym Nowozelandczyk swoim uczestnictwem podnosił wyraziście rangę. I nie trzeba tego absolutnie tłumaczyć. Czekam zatem na pomyślny lot mojej idei a nic by się nie stało dziwnego, gdyby zaistniał Stadion Śląski im. Ivana Maugera. Antypody bliżej Europy a „Śląski“ światowy i pomysł nie jest chyba szatański.

 

339339.jpg

Żużlowy, sportowy świat okrył się szczerym smutkiem po śmierci Ivana. Bardzo mi żal także… moje dziennikarstwo było silnie ozdobione laurami tego zawodnika rywalizującego z polskimi oraz innymi asami. Pokonać na starcie Maugera, było połową

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

MAUGER

 

IVAN MAUGER

Średniego wzrostu, czarne, lekko falujące włosy, przyjemny uśmiech, skoncentrowany w rozmowie ale nie mający za dużo czasu. Nowozelandzkim lisem określany, chytry na startach, szybki, “przylepiony” do toru, nienaganna technika. IVAN MAUGER, drugie imię Gerald, urodził się w Nowej Zelandii 10 pażdziernika 1939 roku. Kariera bogata w medale, każdego koloru, najwięcej zagarnął złotych krążków, startował w każdej kategorii żużlowej, wszędzie gdzie się pojawiał był faworytem, jednak nie zawsze wygrywał. Miał często szczęście zawodowca ale sport czasem płatał mu figla.

1979 rok, Stadion Śląski w Chorzowie. Zenon Plech nigdy nie był tak przygotowany, spięty, chciał być mistrzem świata i zasługiwał na taki laur. Startował w Anglii, którą uwielbiał, bo też atmosfera na wyspiarskich torach była cudowna, niepowtarzalna. Silniki Zenka lśniące i przygotowane gadżety okolicznościowe.” Plek”, jak mawiali Anglicy, był w gronie faworytów, lecz jak pokonać faworyta nr 1 Ivana Maugera?

Dziennikarze angielscy upodobali sobie od 1973 roku sosnowiecki Novotel, organizatorzy rezerwowali ekipom hotel “Katowice”. Taksówkarze robili dobre interesy z wyspiarzami, kursy były dewizowe a funt stał wysoko. Wiedziały o tym “panienki”, które okupowały bary w hotelach. Mauger przyjeżdżał do Polski z żoną Raye, uśmiechniętą, rozmowną, można było od niej wytargować jakąś książkę męża, którego nadwornym kronikarzem był angielski reporter Peter Oakes.

Turniej’79. Plech przegrał wyścig z Maugerem, na starcie jakby na ułamek sekundy zagapił się i zobaczył uciekającego rywala. 40 – letni Nowozelandczyk zdobył szósty tytuł mistrza świata w zgrabnym finale. Radość była większa od… Nowej Zelandii, którą Ivan z powodzeniem sławił nie tylko na żużlowych torach.

Poznaliśmy się dość dobrze, schlebiała mi ta znajomość z mistrzem, zawodnikiem nieprzeciętnym, człowiekiem konkretnych interesów. Mauger poznał Polskę, bo przyjeżdżał wiele razy i mentalność moich rodaków nie była mu obca. “Ajwen” wiedział jak momentami rozmawiać w parkingu, kiedy ważyły się losy turnieju.

1977 rok. Przylatuję na kamaeralne lotnisko w Goeteborgu razem z Janem Ciszewskim, legendarnym komentatorem radia i TV. Na lotnisku czeka na “Cisa”wrocławski żużlowiec Jerzy Trzeszkowski, który wyjechał “nielegalnie” do Szwecji. Pogoda w kratkę, leje niczym z cebra. Tor na Ullevi ciężki jak namoczony materac. Przed rokiem w Chorzowie mistrzem świata został rewelacyjny Anglik Peter Collins, teraz ma nogę w gipsowym bucie. Kontuzja ogranicza jego szansę na powtórkę sukcesu, walczy, ale Mauger wie czego chce a londyński fotoreporter Mike Patrick marzy o historycznym zdjęciu Maugera ze słynnym Szwedem Ove Fundinem, który ma w dorobku pięć złotych medali IMŚ. Maugerowi udaje się sztuka i Fundin gratuluje w kuluarach złota Ivanowi. Zdjęcie “ artystów torów” obiega świat a Nowozelandczyk… zapowiada walkę o szósty tytuł. Niemożliwe zadanie? Jego marzenie spełnia się dwa lata później.

1971, finał mistrzostw świata par w Rybniku, faworytami nr 1 są Nowozelandczycy Mauger i Barry Briggs. Polskę reprezentują: Andrzej Wyglenda, górnicza iskra z rybnickiej dzielnicy Paruszowiec. A szef żużla płk. Rościsław Słowiecki stawia na opolską strzałę Jerzego Szczakiela i po wojskowemu rozwiewa wątpliwości, “nu”, jak mawiał, “pojedzie Jurek i koniec dyskusji”. Polska para zdobywa komplet punktów, za nimi “ogłuszona” para z Nowej Zelandii. Triumf w Rybniku zwiastował potencjał miejscowego żużla i błyskawicy z podopolskich Grudzic.

Mauger ? Hm, wielka postać światowego speedway’a, multimedalista, był 14 razy w indywidualnych finałach MŚ, 8 razy w finałach drużynowych MŚ/ 7 razy startował w ekipie Wielkiej Brytanii i zgarnął 4 złote medale, raz złoto w barwach Nowej Zelandii/. W mistrzostwach świata par był 14 razy w finałach a dorobek: 2 razy złoto, 4 razy srebro, 2 razy brąz. Wystarczy, uff ? Mr. Mauger… nie znał umiaru w zdobywania medali, kochał złote, jeszcze trzy razy wygrał finał MŚ na długim torze.

Przyjechał do Anglii w 1957 roku, zaczął smakować speedway w rodzinnym kraju dwa lata wcześniej. Długo jeździł w walijskim Exeterze, był też na londyńskim Wimbledonie, gdzie potem startował Edward Jancarz. Pierwszy złoty medal w IMŚ zdobył w Goteborgu w 1968 roku, rok później w Londynie na Wembley a w 1970 roku we Wrocławiu, gdzie drugi był skromny świętochłowiczanin Paweł Waloszek.

Wskakuję w rok 1973 i otwarcie Stadionu Śląskiego, ponad 100 tysięcy widzów, dziś babcie i dziadkowie opowiadają wnukom jaka to była super impreza. Atmosfera wydarzenia, które często jest wspominane. Jerzy Szczakiel nie był faworytem, z Polaków upatrywano na podium Edwarda Jancarza i młodziutkiego wówczas Zenona Plecha. A tu nagle mamy “bombę”, w dodatkowym wyścigu decydującym o mistrzostwie świata na starcie stanęli w czerwonym kasku Mauger, w białym Szczakiel, którego nazwisko było piekielnie trudne do wymówienia dla Brytyjczyków czy Skandynawów. Musieli jednak łamać sobie języki. Start, Polak ucieka Ivanowi, ten szaleńczo goni, tłumy wiwatują, dopingują z całych sił, łomot trybun olbrzymi, po szaleńczym pościgu Mauger wreszcie dopada od środka na drugim okrążeniu Jurka, zczepiają się na sekundy, opolanin utrzymuje równowagę, rywal upada a Jerzy spokojnie dojeżdza do mety. Mauger leży na torze, jeden z działaczy mówi do niego “wstawaj, już po wszystkim”. Faworyt nie wierzy, że przegrał. Z kim? Ano z tym, który dwa lata wcześniej pokazał w Rybniku, kto może być szybszy od niego i wygrać! SZCZAKIEL. Finał przechodzi do historii, brązowy medal dla Plecha. Komentatorzy, reporterzy wysyłyłają depesze, że sensacja, bo Mauger przegrał ze Szczakielem. Zaskoczenie udziela się niemal wszystkim, mało mówi się o zwycięzcy, więcej o przegranych. Głupie sytuacje, rutyniarzy nie stać na pogodzenie się z faktem, że wygrał ten, który nie był kreowany na podium.

MAUGER zakończył karierę w 1985 roku, po 30 latach startów; dwa pożegnalne turnieje odbyły się m. inn. w Gnieźnie i Lesznie; Ivan poturbował się w jednym z nich, goście mieszkali w pałacu w Rydzynie, atmosfera nie była taka o jakiej marzyli organizatorzy, bohatera oblepiono plastrami w szpitalu. W pałacu nawet ciepła wódka nie była w stanie ocieplić wszystkich, zagorzałych fanów, którzy przylecieli z różnych stron świata.

Z Ivanem widziałem się przed laty w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”. Przyleciał do Europy, która wysypała mu szczęśliwie stos medali. Państwo Maugerowie mający liczną rodzinę osiedli na australijskim, atrakcyjnym wybrzeżu Gold Coast. Jest tam ładnie. Na Antypodach Ivan organizował wcześniej przez wiele lat tradycyjne tournee dla europejskich zawodników/takie przyjemne z pożytecznym przedłużenie sezonu/ i serią turniejów. Ścigali się tam również i Polacy, wszyscy korzystali z dobrodziejstw oceanu i słońca.

XXX

IVAN MAUGER, legenda żużla, ikona to skromne określenie, zawodnik, który jako pierwszy podpisał kontrakt reklamowy/ Ricard/ przebywa obecnie w specjalnym ośrodku, niestety miał udar, uczy się mówić, bo dopadła go afazja. Jest wybitnym sportowcem, kultową postacią, która bardzo często wygrywała a dziś niestety przegrywa z ciężką chorobą. Przykre. Rodzina na szczęście jest blisko.

Losy arcymistrzów w sporcie często bywają poszarpane, jednak dorobek i kariery utrwalają pamięć o tym, co było zwycięskie, piękne w dramaturgii i dostarczało wzruszeń. Wydarzenia opisano, kamery zarejestrowały, można więc czasem delektować się archiwalnymi nagraniami, które potwierdzają, że były to chwile niezapomniane. Tylko dwóch żużlowców w historii zdobyło po sześć tytułów solowych MŚ, Szwed Tony Rickardsson i Mauger. Jakże odmiennych stylów! Dwa inne pokolenia! Nowozelandczyk był prekursorem pewnej kultury żużlowej, którą unowocześnił Szwed i obaj pokazali, że speedway może być sportem w swojej istocie eleganckim.

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Podnieca nie tylko Western Springs

Znakomita hinduska przywódczyni Indira Gandhi powiedziała kiedyś, że „historia jest najlepszym nauczycielem, ale ma najgorszych uczniów“. Rozpętała się burza na lewo i prawo w związku z oświadczeniem Unii Tarnów w sprawie Sebastiana Ułamka i Krzysztofa Kasprzaka w sprawie odszkodowania jakiego domaga się klub. Tarnowianie mają dług wobec zawodników. Dyskusje trwają i prawda leży pośrodku. Trener Marek Cieślak powiedział, że jest mu wstyd za działaczy tarnowskich. Cieślak będzie szkoleniowcem tarnowian. Nie bardzo rozumiem oburzenia w środowisku na decyzje działaczy Unii. Ich zbójecka wola, ich pieniądze, zabrałem na ten temat już wcześniej głos i z niczego się nie wycofuję, absolutnie, uważam, że tarnowianie wiedzą co robią. Doszukiwanie się z ich strony niecnych zamiarów, mało sportowych i w ogóle złych dla środowiska, bo zawodnicy są bez skazy i należy im płacić obojętnie co robią, jest dziwną praktyką wybielania. Nie można tak traktować żużlowców? A czy można mieć takie a nie inne zdanie na ich jazdy, na jakość?! Zawsze prawdy leżą pośrodku, zawodnicy wypieszczeni przez długie lata mają poczucie niewinnych i takich, którym nie można nic zarzucić. Czyżby?

Potępianie działaczy też nie mieści się w moich parametrach, ponieważ nie zgłębia się powszechnie kursujących opinii na temat krzywdy zrobionej zawodnikom domagając się od nich finansowego zadośćuczynienia. Jak śmiano! W tym przypadku należałoby się zastanowić nad nietykalnością asów i ustaleniem norm wobec pracowników klubu. Jak to się mówi: wierz, ufaj ale kontroluj wszystko.

Czy trudne tematy omijać, czapkować uniżenie i całować w d…?

O czym jeszcze szepcze się po kątach?

Nowym regulaminie drużynowych mistrzostw świata. Liczba startujących zespołów mówi o wielkości tego sportu i nie czarujmy się, że jest dobrze. Dziewięć drużyn! Ograniczenie zawodników w zespole do czterech niczego nie spowoduje. Nie ma rezerwy piątego. Drużynowe mistrzostwa świata powinny być kategorią, która sprzyja rozwojowi tego sportu, stwarza warunki do promocji i po jakimś czasie liczba uczestników powiększa się o nowe teamy. Czy tak będzie? Nie chcę być złym prorokiem. Nie ma co martwić się, że zmieniono schemat tych rozgrywek w których mamy tak duże sukcesy. Startujemy w półfinale w Bydgoszczy z Danią, Rosją i zwyciezcą eliminacji w Lublanie, gdzie pojadą Amerykanie, Włosi, Finowie i gospodarze. Może wreszcie przełamią się młodzi Jankesi pod wodzą Grega Hancocka, choć w ten wariant raczej nie wierzę. Brak im zaplecza. Szanse mają Słoweńcy z Matejem Zagarem na czele. Jak będzie w Bydgoszczy? Trzy drużyny będą się ostro ścigać… wybrańcy Marka Cieślaka i broniący złota, Rosjanie z Emilem Sajfutdinowem, który pojedzie przecież na własnym torze, no Duńczycy. O dwa premiowane miejsca nie będzie łatwo… Zwycięzca awansuje do finału w szwedzkiej Malilli, małej miejscowości. Tamże wcześniej baraż z którego trafi do finału tylko zwycięska drużyna, a nie dwie jak było do tej pory, co jest dobrym pomysłem. Szwedzi mają finał zapewniony, jako gospodarze, czyli wraca się do dawnych schematów w DMŚ. Tak powoli tu i tam notuję powroty do tego co już było a zostało jak mówią górale „zwywracane“ niepotrzebnie.

Kto jeszcze może być w finale obok nas, ponieważ nie wyobrażam sobie żeby zabrakło cieślakowych chłopców mających atut własnego toru. Drugi półfinał rozegrany zostanie w angielskim King’s Lynn z udziałem Australijczyków, Czechów i gospodarzy, jeszcze dojdzie wygrany z eliminacji w niemieckim Herxheim/ Łotwa, Ukraina, Francja i Niemcy/. Jason Crump i jego młodsi koledzy są faworytami tej grupy. W Herxheim szanse mają Niemcy.

Przypominam te rozgrywki, bo one zamykają w sobie cały ten świat żużlowy, ile jego jest na torach żużlowych. Francuzi to promocja, nie ma Norwegii, Bułgarii, Holandii czy Nowej Zelandii. Pocieszanie się, że speedway powiększa geografię brzmi groteskowo. Speedway przez rozdmuchany układ turniejów Grand Prix drepcze w miejscu i kokietowanie Nowej Zelandii skończy się chyba na niczym, prócz drogiej wycieczki. Western Springs w Auckland czeka, tamtejszy boss Bill Buckley liczy, że może zgromadzi około 20 tysięcy fanów. Ale optymizm! Odbyła się konferencja w Nowej Zelandii, nie mogło tam zabraknąć „ ziomala“, czterokrotnego mistrza świata Barry Briggsa „ Briggo“ i sportowej eminencji FIM Duńczyka Ole Olsena, trzykrotnego mistrza świata. W sumie siedem złotek. Impreza GP NZL ma ożywić region i… poruszyć europejskie portfele fanów żużla. Z Polski wybiera się duża grupa, polecą angielscy fani, pewnie niemieccy, którzy lubią podróżować po świecie. Planuje się uruchomić czartery. „Normalne“ podróże w ten rejon rejsowymi samolotami trwają około 30 godzin. Nie są tanie, ale – nic nie zdarza się dwa razy – mówią bywalcy ekstremalnych eskapad. Wypad do Nowej Zelandii jest na pewno dla europejskich kibiców podniecającą wyprawą na przednówku sezonu.

Jak GP NZL ustawi resztę serialu od Leszna przez Vojens do Torunia? Western Springs jawi się na pewno atrakcyjną podróżą do miejsca, które zanotowało dotyk wyścigów motocyklowych już w 1929 roku, jest zatem nie banalna historia, egzotyka surowej przyrody kraju „Briggo“, przede wszystkim sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera, no i… kiwi.

Śladami Maugera

Sześciokrotny mistrz świata Ivan Mauger z Nowej Zelandii zapisał obszerny i ładny rozdział w historii żużla. Urodził się w Christchurch i mieszka na sportowej emeryturze z rodziną na australijskim „ złotym wybrzeżu“. Mauger był zawodnikiem niezwykle charyzmatycznym, imponował nie tylko na torze wynikami także przedsiębiorczością i gdyby przenieść jego karierę na dziś, byłby w elicie pod każdym względem. Szósty tytuł IMŚ zdobył na Stadionie Śląskim w Chorzowie po znakomitym występie i zwycięstwie nad Zenonem Plechem. Nowozelandzki arcymistrz w czasie kariery mieszkał oczywiście w Wielkiej Brytanii, ale kiedy w Europie robiło się zimno i sezon notował kolejny koniec, Mauger organizował wypady na Antypody gdzie było ciepło i doskonałe warunki do ścigania się na torach o różnych parametrach. Bo tam jest zupełnie inaczej, niż na Starym Kontynencie. Z Maugerem i jego żoną Raye znamy się od dawna i muszę przyznać, że stanowią parę doskonale rozumiejącą się na mrugnięcie oka. Bardzo dobrze. Ivan raz po raz przylatuje do Europy, dawniej zawsze miał jakiś pomysł na interes w obrębie żużla. Na Antypody lecieli w czasie europejskiej zimy zawodnicy o różnym stażu i tam przedłużali sobie sezon. Czy to coś dawało poza oceanicznymi kąpielami i poznawaniem kangurów, kiwi, kaola oraz opalenizną, mam mocno mieszane odczucia. Na pewno były to eskapady turystyczne a przy okazji dające doświadczenia nowych doznań na torach i stadionach jakże odmiennych od tych jakie mamy w Europie. Nie tak dawno Mauger próbował w Malezji uczyć tamtejszych fanów motocyklowych żużla ale jakoś efektów nie mamy. Kiedy byłem w Malezji miałem przeświadczenie, że bez motocykla nie można tam żyć. Szerokie ulice Kuala Lumpur wypełnione były rozmaitymi motocyklami. Niesamowite, więcej motorynek, skuterów i motocykli niż aut. Malezja ma tor F – 1, jest krajem rozwijającym się i nazywanym azjatyckim tygrysem. Mauger zapuścił tam swoje korzenie, co jeszcze z tego wyniknie nie bardzo wiadomo, na pewno malezyjscy adepci łyknęli bakcyla ścigania się na torze.

Mauger jest marką w świecie żużlowym i legendą sportową. Startował m.inn. z Larym Rossem i Mitchem Shirrą. Ten drugi był dobrze znany w Polsce.

Antypody to nie tylko Australia ale i Nowa Zelandia. Kiedy dotarła do mnie informacja, że w Nowej Zelandii odbędą się turnieje Grand Prix i to przez trzy lata pomyślalem sobie od razu o Ivanie, że na pewno włączy się w przygotowania. Z jednej strony sportowo, z drugiej jak go znam biznesowo. Ma do tego zmysł szczególny. I autorytet.

Mauger może mieć satysfakcję z lokalizacji turniejów w jego rodzinnym kraju. Powstaje pytanie czy to dobrze dla żużla i czy będzie służyć jak się mówi potocznie „rozwojowi speedway’a“ na świecie. Nowozelandzka GP ma otwierać sezon i prawdopodobnie grupa SGP w marcu poleci na Antypody. Dobrze więc czy źle?

Nie od dziś mam uwagi do kalendarza turniejów GP, ich lokalizacji i organizacji.

Nie sądzę, że nowozelandzka podróż uatrakcyjni sieć startów elity żużlowej. Jednak już lepiej gdyby umiejscowiono turniej w USA. Tak myślę…Załóżmy, że jeszcze jeden turniej dojdzie np. we Władywostoku.

Gonienie czasu stanie się pilnym zajęciem dla elity startującej w serialu SGP. Nie starczy czasu na ligowe rozjazdy, których jest bez liku. Na razie zawodnicy jakoś dają radę. Nikt nie zastanawia się nad zmęczeniem. Tyranie jest dewizą naczelną. Niektórzy spadają z motocykli. Odnoszę wrażenie, iż nikt w FIM nie panuje nad sednem serialu i stworzeniem atrakcyjności, swoistego głodu startu na poziomie najwyższym w interesie kibiców. No cóż, z jednej strony mamy wyselekcjonowaną ekipę z której szybko jednak kilku zawodników staje się outsiderami, którzy w połowie cyklu już patrzą końca. Nie mają szans ani ochoty na walkę. Statystują. Widowiska stają się nudne.

Raz jeszcze nawołuję FIM, BSI i autorytety do rozsądnego uporządkowania cyklu w sezonie, serial GP co dwa tygodnie rozbija scenariusz emocji, mnoży wydatki i stwarza poczucie odrębności w stosunku do tego, co wychowuje potencjalnych mistrzów i kandydatów do startów w światowej elicie.

Bardzo martwi mnie sytuacja jaka panuje dziś na żużlowym rynku. Mamy w Polsce ligowe przerwy, pauzy, nie ma tempa emocji, druga liga kończy sezon w sierpniu, co jest idiotyzmem. I jeszcze uparty rytm serialu Grand Prix. Dwa razy w miesiącu, byle było…

Teraz na drogowskazie widnieje Chorwacja i Gorican, przedostatnia GP. Greg Hancock uciekł w Vojens Jarkowi Hampelowi. Amerykaninowi pachnie złoty medal mistrzostw świata. A ostatni turniej w Gorzowie. Pięknie, może Hancock będzie miał polską asystę na podium?

A gdyby na finał sezonu 2011 przyleciał z Antypodów do Gorzowa wspominany Ivan Mauger, czarodziej startów, najazdów na taśmę i kopania kolein a potem śmigania do mety. Podrzucam taką myśl prezesowi Władysławowi Komarnickiemu.

Gorzowski turniej w swojej premierze zakończy sezon, a Nowa Zelandia otworzy w marcu nowy 2012. Europę czeka więc daleki lot w nieznane, do rodzinnego kraju sześciokrotnego mistrza świata, gdzie arcymistrz będzie miał satysfakcję doczekania startu najlepszych w zupełnie innej scenerii od tej jaka zrutynizowała serial na Starym Kontynencie.

No cóż idzie nowe i dalekie a czy ożywi zaśniedziałą atmosferę nie wiadomo. Jestem sceptykiem i mało mam przesłanek na zmianę przekonań co do perspektywy serialu SGP nawet po skoku do kraju, który dał takiego artystę torów jakim był w swojej urodziwej karierze Ivan Mauger.