Fanaberie

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23

MARZY mi się turniej, który będzie rewanżem za serial Grand Prix, startują ci sami zawodnicy/ bez ostatniej czwórki a może nawet szóstki/ i jadą… Na serio. Bez ulgowej taryfy, a moc może zapewnić tylko pokaźna nagroda np. w postaci efektownego auta /Ferrari/ Czy stać jakiś samochodowy koncern na taki wydatek? Myślę, że tak, bo spektakularne odbicie mityngu przekazywanego w świat via TV, ponadto będzie pomostem do dyskusji nad dalszym losem “połamanego” speedway’a. I to nie jest żadna fanaberia, ani filmowa fantazja w stylu Felliniego czy Allena. Po prostu brakuje hitowego, atrakcyjnego turnieju, więc dyskusję otwieram na przednówku sezonu. Na razie nie opatentowałem jeszcze tej idei, lecz wierzę, że przy konkretnym zaAngażowaniu, główna nagroda zwróci się bez problemów, tak jak kompensuje się się budżet wybrańców organizujących Ekstraligowe Mecze Największego Zainteresowania. Bo ligowa młocka firmowana przez Nice kruszy się powoli jak kra na wiosnę.

NA żużlowym przednówku rozpalają się rozmaitej treści dyskusje. Od czego zacząć?

Na tapecie raz po raz jest Gorzów, który organizuje jubileuszowy Memoriał Edwarda Jancarza. Nie tylko z tego powodu, bo środowisko tamtejsze jest związane z żużlem na zabój. Namaszczony na prezesa klubu przez senatora ziemi gorzowskiej Maciej Zmora pochwalił się, że z żużlem ma do czynienia już bodaj 14 lat. Co ma powiedzieć Jerzy Kaczmarek, poznański, emerytowany sędzia, który prowadził ponad 400 spotkań? Był działaczem, menedżerem, zapoznał dogłębnie z żużlowym, polskim salonem słynnego Duńczyka Hansa Nielsena i nie wymieniam lat działania Kaczmarka, bo nie chcę konfrontacji stażu prezesa Zmory. No tak, można być dwa lata i być wielkim, Napoleonem żużlowych pól bitewnych. Zmorę “trącił” Jan Krzystyniak, który ongiś był zielonogórskim objawieniem obok Huszczy, Olszaka, Jaworka… Falubaz ponad wszystko. Pan Janek z biegiem czasu zmieniał kluby, szkolił, speedway ma we krwi. Gorzów organizuje Memoriał Jancarza i nie ma na liście startowej nikogo z ekipy toruńskiej, a stalowcy jeżdżą ligowo po turnieju u siebie z pomorskim teamem. Lepiej ich nie zapraszać, bo zapoznają się z torem? Małostkowość prowincjonalna. Mocni ludzie nie boją się niczego, zwłaszcza, że w żużlu pogoda czasem krzyżuje plany. Nagle zawierucha, nagle niebiosa reżyserują widowiska albo wręcz je odsyłają na inny termin. Uroda tego sportu, mimo nadkomisarzy nad sędziami, losem, który perfidnie układa swoje plany. Prezes Zmora boi się a wygląda jak facet, który niczego się nie boi, tak go odbieram, mimo incydentalnych widzeń. Trochę empatii na Boga. Kiedyś pokutowała bzdurna zasada, kilkadziesiąt lat temu, że jeśli mamy ważny turniej międzynarodowy w mieście XYZ, to żeby nawet mury się waliły musi wystartować zawodnik miejscowy. “Bo na niego przyjdą kibice”… Nonsens, Tak “spalono” zawodników bez formy w tymże Gorzowie/ była taka dtrużynówka MŚ i zestresowany,miejscowy idol zdobył zaszczytny punkt/ JEDEN/, nie wymieniam kto ale tak było. Ośmieszono także zawodników w Lesznie czy Rybniku… Lansujący maniakalnie taką tezę i mający poparcie w klakierach z wazeliną już nie żyje. Teoria błędna, czasem niszcząca psychicnie będącego bez formy zawodnika.

Piszę o tym, bo fakty bywają okrutnym świadectwem głupoty, przechodzą do historii bez odpowiedzialności i wniosków.

Maciej Zmora nie powinien bać napić się piwa w trudnym towarzystwie. No cóż, robi swoje, może z kimś, budzi lęki, że coś nie jest tak z myśleniem.

KOLEJNY problem, tzw. kindersztuby zawodników. Z tym bywa różnie, bo dużo wynosi się z domu, sporo uczy życie ale generalnie trzeba mieć wrodzoną inteligencję, by zachowywać się jak należy. Speedway jest popularny, ludzie z innych sportów, zdobywcy olimpijskich medali zachowują skromność. Inteligencja nabyta nie wygrywa z tą wrodzoną. Speedway jest “dumnym” sportem i niektórzy uważają, że zjedli wszystkie rozumy zwłaszcza na wirażach. Znany zawodnik, kiedy wyczytał czy usłyszał pochlebną cenzurkę ode mnie, to kłaniał się z daleka, kiedy było odwrotnie unikał spotkania i najlepiej, gdyby przechodził z lustrem obok mnie. Po co patrzeć w lustro, skoro gęba krzywa? Tak napisał Gogol. Jeden z dziennikarzy w sieci wspomniał o górnolotnym zachowaniu wschodzącej gwiazdy polskiego żużla rodem z Częstochowy, na wrocławskim żołdzie. Nie daleko pada jabłko od jabłoni, pochlebstwami karmią się ludzie mali i mimo talentu brakuje im wychowania. Znam tylu świetnych asów nie tylko polskiego sportu; przez 50 lat mojej służby nazbierało się w albumie pamięci tylu zacnych postaci; zawodników, szkoleniowców. Kilka miesięcy temu próbował mnie ustawiać do pionu jeden z byłych szkoleniowców, megaloman, który cierpi na brak ofert. Pokracznie to zrobił, złośliwie, czekał długo na przywalenie. Biedny duchem, zawistny umysłem.

MAGIA parcia na szkło jest wielka, niektórym szkodzi ten fakt wyraźnie. Potykają się językowo, chichotem nadrabiają niedouczenie. Na dużych spotkaniach towarzyskich, konferencjach widzimy udawanie i leczenie kompleksów. Wcześniej czy później życie weryfikuje, obnaża wizerunek. Ono nie wybacza i bezlitośnie chłosta. Życie kocha normalność a likwidacja kompleksów jest przewlekłą terapią i wprawdzie nie boli ale innym dokucza. Na szczęście są szczepionki, choć jeśli pacjent nie chce się wyleczyć, medycyna jest bezradna.

KINDERSZTUBA, mania wielkości rodzi się w domu, przechodzi przez szkołę, klub i kiedy zostaje zgwałcona, gorączkuje, najzwyczajniej gnije, jak to jabłko, które zwykle spada nie daleko od jabłoni. Rzecz w tym, by czasem je zostawić tam, gdzie spadło a wiadomo, co potem ze zgniłkami się dzieje.

I to nie są żadne fanaberie.

Plus minus

 

1

Nic na siłę jak mówiła moja babcia. Życie pisze scenariusze bez podpowiadania i układania. Speedway jest sportem wyjątkowym w oglądalności od samego zarania i mimo szalonej konkurencji innych sportów, wzrostu medialnych przekazów, tendencja popularności utrzymuje się w granicach poważania. Tak, nie jest sportem powszechnym przez swoją trudną specyfikę uprawiania. To nie jest tak, że weźmie się trampki, piłkę i pójdzie na boisko, klepisko czy piach. Kopać każdy umie? Pewnie. Z motorami jest inaczej i kółka trzeba opanować, umieć poprowadzić maszynę i choć niektórzy mają wrodzony talent do uprawiania żużlowego “procederu”, życie mocno koryguje ich kariery. Kiedy słyszę o tym, że speedway może być u nas sportem narodowym mam duże wątpliwości. Po pierwsze o narodowości jakiegoś sportu stanowi jego tanie uprawianie, dostęp i oczywiście popularność. Niszowość i popularność mogą pędzić w parze. Od dawna słyszę o jednym i drugim bez zastanowienia się nad sensem. Pół biedy, gdy takie opinie wygłaszają incydentalnie osoby, które ulegają raz po raz urokowi imprez przy wypełnionych trybunach. Nie ma ich niestety tam, gdzie wiatr zamyka bramy stadionów a woda w kranach nie jest nawet letnia.

Nic na siłę a jednak…

Mówi kibic będący w zażyłości z żużlem od lat kilkudziesięciu i zafascynowany potęgą rodzinnej tradycji uprawiania tego sportu przez dziadka, syna, wnuka…”Imponuje mi przekazywanie motorowych “genów” młodszemu pokoleniu. Obserwuję i podziwiam nawet sytuacje, gdy ktoś w rodzinie ginie na torze. Nie odstrasza dramat, ba, nawet jakby bardziej umacniał chęć pokazania się w walce na torze. Imponujące jest zjawisko żużlowych więzi rodzinnych”.

Władysław Gollob, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych wprowadzał na tory żużlowe młodszego syna Tomasza wiedział co robi i chce uzyskać. Nie wszystkim podobała się zadziorna, fachowa determinacja wodza familii. “Tomek będzie mistrzem świata” powtarzał jak mantrę. Nie było łatwo, gollobomania podbiła jednak stadiony Europy i napędziła z biegiem czasu koniunkturę na speedway. W cieniu Tomasza był starszy z Gollobów Jacek. Ojciec wierzył jednak w niego. Sytuacje były niecodzienne. Jeden syn spał w hotelu, drugi w samochodzie. Jeździli razem busem po Europie. Mijały lata, kariery różnie się toczyły. Dziś jeden jest milionerem, drugi trenerem w Bydgoszczy, gdzie klubem zawiaduje ojciec. Tomasz ma córkę, Jacek syna Oskara. I tenże Oskar jakby wdał się stylem w wujka Tomasza. Robi postępy i chyba będzie satysfakcja nie tylko dla dziadka.

Nic na siłę? Tak. W tym przypadku fakty przemawiają za kochanym życiem na plusie.

Inna jest sytuacja w rodzinie wielkopolskich Pawlickich. Leszno jest miastem z krajobrazem ozdobionym żużlowymi motocyklami. Piotr, ojciec, uległ wypadkowi. Dwóch synów; starszy Przemysław i młodszy Piotr/określany jako “F -16”/ nawet w wodzie mają oktany i robią karierę jaka ojcu chyba czasami tylko się śniła. Życie przebiło sny. Jak rozwiną się kariery pokaże czas, ponieważ są różne zagrożenia a życie uczy pokory. Młodość jest walorem, fantazja urokiem a moc walki wymaga rozwagi. Nie zawsze logistyka biegnie zgodnie z normami. Martwimy się, by kochane życie nie spłatało figla, bo lubi takie numery robić, zwłaszcza na żużlu.

Szczęściu warto pomóc, talentowi dać szensę rozwinięcia i pamiętać, że speedway tak jak bywa bajeczny, tak okazuje się okrutnym katem.

Patryk Dudek ma ojca rozważnego. Młody zielonogórzanin został mistrzem świata juniorów, podobnie jak i wspominany powyżej Piotr Pawlicki jr. Sławomir Dudek, ojciec jest doradcą i mechanikiem. Mama spontanicznie reaguje na poczynania syna. Nie ustrzegli się razem faktu, że syn miał czas na karencję po wykryciu “konsumpcji” niedozwolonych środków. Odcierpieli a początek sezonu pokazuje, że Patryk ”Duzers” Dudek /ksywa z kanadyjsko – amerykańskiego serialu animowanego/ jest w sztosie. Wygrał w Gorzowie Wlkp. prestiżowy XIII Memoriał Edwarda Jancarza, wcześniej w turnieju par na toruńskim torze pokazał, że nie stracił czasu a karencja dopieściła… głodem i skalą formy. Mam nadzieję, że również refleksjami nad tym, co sportowcowi wolno a co jest mu zakazane na zawsze. Falubaz ma szczęście do talentów i tamtejsza atmosfera sportowa wybija speedway w górę, choć przecież nie tylko żużlem winogronowe miasto żyje. Inne wszak sporty zielonogórskie/kosz/ wpisane są w krajobraz a dawny ośrodek pięcioboju nowoczesnego w Drzonkowie był kiedyś znany w całym świecie.

Nic na siłę…

Sławomir Drabik był talentem, miał nerw żużlowca i zaliczył częstochowskie nauczanie rzemiosła “tylko w lewo”. Pamiętam na stadionie jego syna brzdąca, który z mamą i babcią był zabierany na żużel i patrzył jak tata ściga się na obiekcie owianym tradycją wielkich mistrzów. Bywa tak, że synowie przerastają ojców. Maks Drabik jako reprezentant Polski juniorów robi postępy i jest zawodnikiem na medale. Kibice zmierzą i ocenią walory ojca i syna, potrafią wydać trafne opinie.

Wracam na koniec znów do Leszna. Mamy tam choćby klan Kasprzaków z ojcem Zenonem i Krzysztofem, który zdobył solowe srebro mistrzostw świata. I klan Jankowskich, z ojcem Romanem, którego synowie próbowali jeździć. Nie udało się. Pecha miał zielonogórzanin Andrzej Huszcza, którego córki były i są fanami żużla na amen. Następca weterana Huszczy nie narodził się a kobiety w Polsce nie mają prawa żużlowania, szkoda, piszczą więc z wrażenia tylko na trybunach. A panie przecież grają w hokeja na lodzie, skaczą na nartach, boksują i ekstremalnie wyżywają gdzie tylko można. Na żużlu ścigają się jedynie od święta.

Nic na siłę? Kto ma rację?

Ach. Proza życia jest ciągle nieprzewidywalna i zaskakuje czasem na minus a czasem na plus. Czego jest więcej?

Łaska i pstry koń

Stało się i wysoka komisja licencyjna z Pezetmotu stwierdzająca spełnienie warunków przez klub orzekła po dosyć długim zastanawianiu się, że w Ekstralidze pojawi się trzeci zespół pierwszej ligi czyli RKM Rybnik. Konkurentem byli zielonogórzanie, którzy zdegradowani zostali z najwyższej półki. I zaczął się szum, polski tumult. Klub z Zielonej Góry zmontował do tej pory interesujący skład, rokujący walkę z najlepszymi, w każdym razie silny jak na pierwszoligowe towarzystwo. Nie dziwię się, bo ambicje tamtejszego środowiska zawsze były duże, klub ten był kuźnią talentów począwszy od Olszaka, Huszczy, Krzystyniaka, Jaworka, Dudka, Kurmańskiego… Czyż nie tak? Ale stadion jest mały i wymaga renowacji, przede wszystkim nie ma wymaganego licencyjnego oświetlenia. No i nie ma bezpiecznych band, dmuchanych przez juniora Briggsa, już na kilku polskich stadionach. A Rybnik stadionowo kwitnie, ma światło, że widać , co w trawie zgubił np. prezes albo Szombierski. Pneumatycznych band nie mają, ale prezydent miasta chyba się postara. Gorzej z prognozami sportowymi, a przecież, jak wiecie życie jest sztuką przewidywania. O ile Zielonka budowała team na niemal Ekstraligę, to szołtyskowa kompania pozostała przy składzie nie wywołującym dreszczy emocji i podniecenia. I teraz mamy tak, że Zielonka jest mocna i ma skład na Ekstraligę, ale nie ma band dmuchanych przez Briggsa jr. I nie ma jupiterów. Natomiast, właśnie rybniczanie mają super oświetlenie, nie mają band też dmuchanych i nie mają składu, który by dawał nadzieję na walkę z tymi asami Ekstraklasy.

Wybór wysokiej komisji Pezetmotu padł na lepszy stadion. No i w Rybniku z nieba zleciała Ekstraklasa, po co było tak się męczyć? Tego nie przewidział nikt, a dlaczego, bo w Gdańsku spartolili robotę. Myśleli, że jak zmienią nazwę klubu będzie wszystko cacy, lecz to co udało się już kiedyś Bydgoszczy, Świętochłowicom, tym razem nie przeszło przez gardło Giekażetu. Chwała na wysokościach, tylko dlaczego za indolencję zarządu maja cierpieć kibice , a przede wszystkim zawodnicy! Spodziewam się, że ktoś kto narobił takiego bałaganu i spuścił gdańskie Wybrzeże z piętra do piwnicy odpokutuje należycie, tego nie można tak zostawić. Wskutek zatem zaniedbań klubowych prominentów, na Rybnik spadła niespodziewana łaska, dar, wyzwanie dla drużyny, dla środowiska. Nagle zrodziła się szansa, jakiej nikt nie spodziewał się po sezonie. No dobrze, trudno się mówi i jedzie dalej. Mam na myśli zielonogórzan, prezesie Dowhan głowa do góry, cierpliwości. Aha byłbym zapomniał, że przecież szanse mieli także stanąć przed komisją klubowi wodzireje z Ostrowa Wlkp.i Gorzowa, lecz po gospodarsku spojrzeli na swoje aktywa i mądrze zadecydowali, że nie będą się kopać z koniem, jak mówił zawsze trener Łazarek. Zostawili tę czynność innym. I o ile w Zielonej Górze nie byłoby zmartwienia, to w Rybniku muszą tęgo się zastanowić jak z tej szansy wybrnąć, bo jak życie dotychczasowe uczy z wyczuciem sportowym jest licho. Wszak liczy się koncepcja, bo nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, jak się przeciwstawić np. mistrzom Polski z Tarnowa, orłom debiutanckim z Rzeszowa, czy takim wygom jak wrocławianie czy bydgoszczanie. A są jeszcze inni. Mówi przysłowie, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Nikt nie chce być chłopcem do bicia, dla żużlowców z RKM zajaśniało mocno, wielka gra z wielkimi zawodnikami najwyższej półki światowej. Rickardsson, Crump, Adams, Jonsson, Holta, Pedersen… Kibice już zacierają ręce, na widowni rybniczanie nie stracą, bo na świetnych aktorów chodzi się zawsze.

Potrzebna jest kasa, budżet zupełnie inny, część sponsorów była zdegustowana niepowodzeniami dotychczasowymi RKM. Pukaniem do drzwi bez odpowiedzi. Teraz jest szansa na walkę z najlepszymi, bo już jest elita dla reklamodawców. Logistyka musi być perfekcyjna, skład drużyny z koncepcją nie na porażki, absolutnie. Mam obawy czy sportowo to wyjdzie, nie mam zaufania do ekipy w takiej konfiguracji, natomiast jeśli chodzi o środowisko, to na pewno finansowo pomoże, tylko musi mieć gwarancje dobrego spożytkowania wyższego budżetu. Sytuacja w Rybniku przypomina mi urodziny pięcioraczków zamiast jednego dziecka, zawsze w każdej sytuacji jest wyjście, zaradność jest w cenie. Nie można jednak poprzestać na haśle – jakoś to będzie, bo nie… Kiedy rybniczanie wygrali los już klocki w naszej lidze, te zasadnicze zostały ułożone, ale nie ma dwóch szczęść, bo słyszę, że gdyby wiedzieli o tym wcześniej. Ba, dobrze jest jak jest, jeszcze są zawodnicy do jeżdżenia, właśnie w takim momencie wychodzi refleks i znajomość rynku przez szkoleniowców, jak ugotować zupę z gwoździa?!

No i ostatni akapit, sytuacje powstałe przy tak zwanym zielonym stoliku w sporcie zawsze budzą kontrowersje, zawsze jest jakieś „ale”. No ale trudno, bo nie można było pozwolić na machinacje jakie proponował gdański klub, rzecz w naszych warunkach wcale przecież nie nową. Dziwię się wszelako, że tak długo jednak czekano i łudzono się, że coś spłacą. Z pustego ani Salomon nie naleje. Przysłowia mi jakoś chodzą w tym felietonie po głowie. Chodzi mi jeszcze po siwiźnie taki szaleńczy pomysł, który w kontekście dwóch pretendentów czyli RKM i ZKŻ do startu w Ekstralidze , wpadł do głowy nocą spod poduszki. Nic by się nie stało gdyby te dwa zespoły weszły do Ekstraligi, byłby casus ale może bez kwasów. Anglicy lubią nieparzyste grupy i dobrze im z tym, to nam miałoby być źle? Zabiłem na koniec ćwieka? Może, proszę tak dobrze pomyśleć, ile zyskałby na tym czysty sport? Na tym padole żużlowej rzeczywistości pokiereszowana przez pechowe kontuzje” Zielonka” miałaby satysfakcję, a ludzie w tym mieście stanęliby na pewno na głowie, aby mieć i bandy jak materace i oświetlenie, jak w Berlinie. I tym sękiem z zielonogórskich lasów pozostawiam głowy do dyskusji; w końcu w Polsce od jakiegoś czasu chodzenie parami, „bliźniakami” jest przecież modne, to może dać szanse dwóm a nie tylko jednemu? Nie chcę odwoływać się do przykładów z wielkiego majestatu władzy, jednak może lepiej zrobi dwóch, niż jeden, a regulaminy Staszek Bazela i tak poprawi.