Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Zanim urodziły się jazdy GP

url-2

Co się działo na światowej arenie 30 lat temu pisałem w poprzednim felietonie, dziś przypomnę w zimowe dni, co się wydarzyło 20 lat wstecz. 30 lat temu finał indywidualny światowy odbył się na północy Niemiec w Norden, dziesięć lat później na południu, w zakątku granicznym gdzie łączą się Niemcy z Austrią i Czechami i płynie tam majestatycznie Dunaj. Malownicza okolica, atrakcyjne Passau i znane bawarskie uzdrowiska. W Pocking odbył się przedostatni finał indywidualny MŚ, rok później ostatni, jednodniowy zaplanowano w duńskim Vojens na torze Ole Olsena.

Mamy rok 1993 i finał w małej miejcowości Pocking, skąd pochodził Georg Transpurger, sędzia, który w 1973 roku poprowadził finał IMŚ na Stadionie Śląskim w Chorzowie a wygrał wtedy Jerzy Szczakiel. Historyczny turniej, z przyjemnością przypominam okrągłe daty minionych lat, jakaś mistyka w moim w kalendarzu krąży, skoro obracam się wokół takich zdarzeń. Pocking znane było z Wielkanocnych Turniejów rozgrywanych w silnej obsadzie w konwencji czwórmeczów. Polaków rzadko tam zapraszano, startowali gospodarze, wiadomo a oprócz nich Duńczycy, Anglicy, Szwedzi, zawodnicy z Antypodów, czasami Czesi.

Na arenie międzynardowej powiało talentem Tomasza Golloba i atmosfera wokół jego postaci budziła zainteresowanie oraz nadzieje, że oto mamy kogoś kto powalczy w światowej elicie. W kręgach międzynarodowych mówiło się o pomysłach na nowe rozdania  w mistrzostwach świata, o zerwaniu z dotychczasowym schematem i wprowadzeniem projektu, który wstrząśnie środowiskiem i będzie obowiązywał w następnych latach. Jak się okazało po kolejnym finale IMŚ w Vojens projekt rysował się jako Grand Prix, w postaci rozwlekłego serialu, który trwa i trwa…

POCKING. Już tam byłem kiedyś, wykorzystuję więc czas i pędzę do uroczego Salzburga, gdzie paskudna pogoda, zacina deszcz. Jeszcze lato, dopiero koniec sierpnia. Tam lubi padać. Trening w Pocking bez większych problemów. Fani z Polski liczą na podium. Jeszcze jednak za wcześnie. Poczekają i się doczekają.

Przyjeżdżają na turniej przyszli sponsorzy Tomasza Golloba, biznesmen w dużym wydaniu Jan Kulczyk i Mieczysław Wachowski, sekretarz stanu za czasów prezydencji Lecha Wałęsy. Przylatują do Monachium a potem jadą samochodami via Landshut do Pocking. Po turnieju będę uczestnikiem mini spotkania z ich udziałem oraz władzy PZM  i Tomasza Golloba z ojcem Władysławem. Tyle faktów. Zdarzyły się w Pocking na progu kariery polskiego asa i w przedsionku projektu pt. Grand Prix. Nowe otwarcie w indywidualnych mistrzostwach świata było tajemnicą, miało swoich promotorów, przecieki były, lecz specjalnego wrażenia nie robiły. Panowała ciekawość i niepewność. Premiera GP miała nastąpić we Wrocławiu, który był pierwszym z sześciu turniejów serialu.

Finał w Pocking wzbudził duże zainteresowanie, nie zabrakło niemieckich kibiców i zagranicznych, bardzo widoczni byli fani z Polski dopingujący swojego asa. Obsada fantastyczna, silna i debiut wśród takich pereł polskiej, późniejszej ikony.

Zawody wygrał w kalifornijskim stylu Amerykanin Sam Ermolenko, który wyginał się na motocyklu jak sprężyna. Był najszybszy w czterech wyścigach, ostatni zaliczył na zero. Wystarczyło 12 punktów aby zdobyć złoto! O srebro powalczyli Duńczyk Hans Nielsen i Anglik Chris Louis, syn Johna, reprezentanta Anglii. Wygrał Hans. Tomasz Gollob zdobył osiem punktów i zajął siódme miejsce, jeszcze nie otarł się o podium. Walczył. Wygrał jeden wyścig i gdyby nie zaliczył w ostatnim zera, byłoby lepiej. Pozostawił wrażenie zawodnika, który potrafi ostro pojechać na torze tam, gdzie inni nie znajdują dla siebie miejsca. Przedostatni w finale’93 był Australijczyk Leigh Adams, a ostatni, szesnasty Greg Hancock z USA. Startowali w tym turnieju m. inn. Anglik Gary Havelock, mistrz świata z roku 1992, Amerykanin Billy Hamill, Szwed Per Jonsson, mistrz świata z 1990 roku, jego rodak Tony Rickardsson, późniejszy multimedalista. Tony był czternasty z 4 punktami, za Gollobem znaleźli się Jonsson, Hamill i Bawarczyk  Gerd Riss, który potem na długim torze był mistrzem świata.

Debiut Tomasza Golloba budził nadzieje dla Polski, dla kibiców i chyba wtedy narodziła się silna grupa pod wezwaniem TG, która towarzyszyła mu na wielu stadionach dopingując barwnie i żywiołowo.

Wspomniani w felietonie goście z Polski na spotkaniu z polskim zawodnikiem i jego ojcem zadeklarowali pomoc sponsorską, która nie była obiecanką a poważnym zastrzykiem w następnych latach, podczas licznych startów w prestiżowych zawodach. Sądzę, że familia Gollobów to pamięta i docenia po latach, bo zawsze na progu kariery  bardzo istotne jest zaangażowanie i finansowe wsparcie. Minęło od tego 20 lat…

W roku 1994 odbył się finał IMŚ, ostatni w historii „jednodniowych“, w duńskim Vojens a startowali tam: Tomasz Gollob, Piotr Świst a rezerwowym był Roman Jankowski. Ermolenko nie obronił złota, był dopiero trzynasty. Wygrał Rickardsson po barażu ze swoim rodakiem Nielsenem i Australijczykiem Craigiem Boycem. Czwarty był Hancock a jedenasty debiutant Jason Crump z Australii. Niestety wyprawa Polaków do Vojens przyniosła fiasko kompletne; oto Gollob zaliczył dwa zera a potem miał przykry wypadek i obolały wrócił do Polski. Świst zajął piętnaste miejsce z jednym punktem. Nie było więc radości a stało się pewne, że za rok we Wrocławiu rozpocznie się nowa era w indywidualnych mistrzostwach świata. A mistrz wyłaniany po sześciu turniejach będzie miał szanse sprawiedliwej walki o złoto. Czy tak było i tak jest?

I czy fakt, że od 1995 roku panuje ten schemat z podwojoną liczbą turniejów i czy jest właściwym sposobem na mistrzowskie jazdy, pozostawiam do rozważań przy imbirowej herbacie zimowej.

Idole jak Al Pacino?

W żużlu jak na oceanie. Bywa zmiennie, płynie czas a chmury uciekają na wszystkie strony. Słońce i burze, sztorm i bezgraniczna cisza. Bywa różnie. I trzeba się dostosować do tego co jest. Sentymenty, wspomnienia wirują wakacyjną porą.

Pytają mnie raz po raz jaki żużlowiec/- cy/ zrobił największe wrażenie? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Było kilku i trudno ich zmierzyć jedną miarą.

Szwed OVE FUNDIN był pięciokrotnym mistrzem świata, wysoki, ulubieniec kobiet, w tym polskiego rodu. Jeździł wspaniale i drużynowe mistrzostwa świata w obecnej edycji są zwieńczone pucharem jego imienia. Mimo sędziwego wieku Fundin z przyjemnością jeździ turystycznie na motocyklu po Europie. Pasja do dwóch kółek bez granic.

Cztery tytuły mistrzów świata wywalczyli Nowozelandczycy Ronnie Moore i BARRY BRIGGS. “ Briggo” aktywny w tym sporcie, niespokojna dusza, chciał by Japończycy produkowali silniki dla żużla ale tak mała produkcja nie zainteresowała speców od Hondy, Suzuki czy Kawasaki. Wymyślił deflektory, które chronią zawodników przed kamieniami spod tylnego koła. Organizował razem z Harry Oakleyem w Los Angeles w 1982 roku pierwszy indywidualny turniej o mistrzostwo świata, na olimpijskim stadionie Coliseum. W stylu westernowej zabawy. I na sztucznym torze, co było nowatorskie, i pokazało, że można położyć szybko nawierzchnię i tak samo natychmiast ją posprzątać. Niewątpliwie wszędobylski Barry Briggs, rozmowny, sympatyczny i dużej klasy spec od tego sportu jest osobowością, którą bardzo chętnie ”przejmują” media.

Karkołomnym zawodnikiem brytyjskiego pochodzenia był mały PETER CRAVEN, rudowłosy szalał na torach. Niestety zginął i pozostawił pamięć o jazdach na krawędzi życia i śmierci.

Stylowy był aż sześciokrotny mistrz świata Nowozelanczyk IVAN MAUGER. Potęga. Dbał o interesy, był pierwszym w tym sporcie, który zapewnił sobie reklamę na kombinezonie. Wydawał potrzebne książki, zdobywał medale i był piekielnie chytrym na starcie, jeszcze wtedy gdy można było dotykać taśmy a potem błyskawicznie wystartować.

Zrównał się tytułami z Maugerem Szwed TONY RICKARDSSON, też “ machnął” sześć złotych medali. Tony dbał o sprzęt, pierwszy kupił jeżdżący samochód – dom, na wzór takiej praktycznej mody w Formule – 1. Auto potężne jak TIR, wszystko miało w środku co trzeba, założył team, nie pozbawiony polskich kadr. Rickardsson nie jeździł może efektownie ale skutecznie i konsekwentnie dążył do celu aby zostać najlepszym i dojechać do sześciu tytułów. Dojechał ale siedmiu tytułów już nie dał rady zdobyć.

Moim idolem, niezwykle charyzmatycznym nr 1 będzie na zawsze Amerykanin BRUCE PENHALL. Tak prawdę mówiąc Jankesi mieli w pewnym okresie złotą drużynę, w której brylował Penhall, lecz byli także zawadiaccy ”kowboje” bracia MORANOWIE KELLY i SHAWN. I był elegancki BOBBY SCHWARTZ. I karkołomnie jeżdżący na lewo i prawo nieobliczalny SAM ERMOLENKO. W takich jazdach można speedway polubić od razu na całe życie. Ludzie cyrkowi, jak z gumy, niemal spadali na łukach z motocykli, jednak gnali do mety szaleńczo jak Indianie na koniach w westernowych filmach. Uczyli się takiej ekwilibrystyki na krótkich torach w Kalifornii: Santa Barbara, Santa Monica, San Bernardino, jeszcze innych, które już nie dają takich artystów torów. Mam nadzieję, że kiedyś znowu pojawią się asy z Kalifornii.

Wracam do Penhalla, dziś zacnego biznesmena. Zaplanował sobie, kiedy przyjechał  z USA do Anglii, że zdobędzie mistrzostwo świata, zarobi, zyska sławę i wystartuje potem  w Hollywood. Uśmiechnięty, przystojny blondwłosy Jankes natychmiast pozyskał sobie tłumy fanów. Był świetny na motocyklu i poza nim w zachowaniach towarzyskich. Nie od razu Wembley zbudowano, tak też było z BP. Szybko piął się w górę i rzeczywiście gdy już obłowił się złotem indywidualnie, w parach i drużynowo skończył ku rozpaczy swoich wielbicieli karierę w pełnej krasie i formie. Wylądował w wymarzonym Hollywood. I grał w sitcomach, uganiał się na motocyklu po plażach Pacyfiku w otoczeniu pięknych dziewczyn. Kariery jednak nie zrobił takiej, jaką zostawił w pamięci kibiców żużlowych. Bruce Penhall był idolem ponadczasowym. Uwielbiany, kochany, z manierami i wdziękiem. Bożyszcze ramp. Aparycja, uroda i złoto w dorobku.

Mamy lato i słucham tradycyjnie ulubionego” Lata z radiem”. Szaleje Roman Czejarek z kompanią. Mówi się o idolach, sławie, pieniądzach, karierach, które wirują w show biznesie a sport jest również częścią widowiska tego świata. Ronaldo i Messi piłkarze, golfiści, tenisistki… Agnieszka Radwańska. Nagle robi sie smutno umiera bokserska legenda Jerzy Kulej, mistrz ringowej finezji… A przed nami letnie igrzyska olimpijskie w Londynie. Znów pojawią się gwiazdy nad Tamizą i będzie cudownie, i patrzył na sportową bajkę cały świat.

W Polsce żużlowe środowisko zdominował przed ponad 20 laty TOMASZ GOLLOB. Szybko z wyścigów drogowych wjechał pod nadzorem taty Władysława na stadiony po sławę i pieniądze. Nikt z tego świata nie gardzi tymi załącznikami, które nieodłącznie towarzyszą karierom ponad wyobrażenie. Rodzą się legendy bez których nie ma normalnego życia. Opowieści z wypiekami na policzkach.

Narodziła się ongiś w narciarstwie “małyszomania”, powstała też “gollobomania”. Polscy zawodnicy jeździli za swoim idolem po Europie i dopingowali pupila, który zrobił szybko karierę na wielkość najjaśniejszych gwiazd. Brawurowe jazdy ze słowiańską fantazją. Tomasz fruwał jak ptak po torach, na prostych nie było dla niego hamulców żadnych, pędził jak tornado i stworzył barwny rozdział w światowym żużlu. Mało jednak takich “noblistów” żużlowych, mało idoli, jazd zawrotnych i uwielbienia z piskiem tłumów. Fantastyczne przeżycia sportowe wzruszają, sportowcy wywołują dreszcze emocji niezapomnianych. I dlatego ich uwielbiamy niczym słynne gwiazdy filmowe, choć przecież nie wszyscy są tacy jak Al Pacino lub Ryan Gosling czy Colin Firth albo nasz Robert Więckiewicz. No tak, wiem, nie każdy może być Marlonem Brando.

A może za mało mamy “ojców chrzestnych”?

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 2: Odjazd duńskiego królewicza JOP

Fatalnie dla żużlowego świata zaczął się rok 1992, oto wpierw na początku stycznia dociera tragiczna wiadomość o zabójstwie  Edwarda Jancarza w Gorzowie Wlkp. a jeszcze w tym samym miesiącu w Australii gruchocze kręgosłup rewelacyjny Todd Wiltshire. Dwie różne gwiazdy, dwa diametralnie inne wydarzenia. Zbrodnia i wypadek. Wiąże te zdarzenia szok i złe wróżby dla speedway’a.

Eddy Jancarz

***

Zaczyna się po wstrząsach nowy sezon 92 i z Antypodów wracają żużlowcy do Europy, rozpoczynają się rozgrywki ligowe i eliminacje MŚ.

Tytułu mistrza świata w jeździe solowej broni duński mikrus Jan Osvald Pedersen. Zdobył ten tytuł na torze Ullevi w Goeteborgu w 1991 bezapelacyjnie, z kompeletem punktów. Start i odjazd do mety bez żadnych przeszkód. Nie mógł go dogonić szwedzki talent Tony Rickardsson, który wjeżdżał na orbitę mistrzostw świata. Oto J.O.P miał 15 pkt, TR 12 pkt, zaś o trzecie miejsce ścigali się w barażu Duńczycy Hans Nielsen i Tommy Knudsen, bardziej przebiegły był ten pierwszy i zgarnął brązowy medal. Zanim do tego doszło na poznańskim Golęcinie w środku lata 1991 roku w finale mistrzostw świata par Duńczycy zdobyli złoty medal w składzie: Jan O. Pedersen/14/, Hans Nielsen/14/, Tommy Knudsen nie startował, za nimi byli Szwedzi, potem Norwegowie co było rewelcją/ jeszcze nie jeździł Rune Holta, tylko błyskotliwy i elegancki Lars Gunnestad/. Niestety w tym finale Polacy/Ryszard Dołomisiewicz, Piotr Świst i Wojciech Załuski/ mimo własnego toru zajęli ostatnie miejsce. Kompletna klapa.

Wracam do duńskiego królewicza JOP, który w roku 1991 w Vojens przed swoją publicznością razem z kolegami z reprezentacji wywalczył złoty medal w finale drużynowych mistrzostw świata. Duńczycy zdeklasowali wtedy rywali, JOP był najlepszy, choć Hans Nielsen był przecież perfekcyjny, mały Pedersen wyrósł na godego następcę też małego Erika Gundersena, którego kontuzja wyeliminowała z jazd na torach, po dramatycznym wypadku w Bradford w finale DMŚ w 1989 roku. Pedersen został mistrzem Danii w 1991. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, sypały się złociste medale.

Jan O. Pedersen WF 1991

Trzy złote medale Pedersena w 1991 roku windowały go na szczyt i rokowały piękną karierę. Dwa kluby polskie biły się o jego starty w sezonie 1992, padały wysokie kwoty, ostatecznie Niemyjski z Rybnika przebił Morawskiego z Zielonej Góry. Walka była ostra i żużlowy światek żył na przednówku nie tylko dramatycznymi wydarzeniami ze stycznia 1992 ale i „chorymi“ ambicjami nuworyszy polskiego biznesu.

Życie potrafi jednak platać figle okrutne i jak się okazało pokiereszowało plany rybnickiego klubu za duże pieniądze. Fartu nie kupi się za żadne pieniądze.

Po wypadku Erika Gundersena asa duńskiej reprezentacji, coraz bardziej wyrastającego na arcymistrza Hansa Nielsena, nieobliczalnego Tommy Knudsena, w towarzystwie Ole Olsena, Jan O. Pedersen był królewiczem nie z bajki, lecz rzeczywistym faworytem  potrafiącym na szybkim motocyklu zdobywać punkty dające mu wysokie pozycje.

Tak było w 1991 roku i nic nie zapowiadało kolejnego dramatu, bo przecież duńska armada doznała już gorzkiego doświadczenia z Gundersenem.

Sporty ekstremalne żyją niepewnością jutra. Czy ktoś mógł przeczuwać, co stanie się z Australijczykiem Leighiem Adamsem w roku 2011, kiedy zakończył już bogatą karierę? Był zawodnikiem doświadczonym i chciał jeszcze pokazać na co go stać poza żużlem. Nagle stało się najgorsze i Adams musi korzystać z pomocy wózka inwalidzkiego, bo obrażenia jakich doznał okazały się bardzo groźne. Próbuje wrócić do sprawności, rehabilituje się w USA, walczy z determinacją jak na torze a przyszłość pokaże czy los okaże Adamsowi litość.

Trudny przypadek, nie pierwszy i nie ostatni, żużlowcy w jednej sekundzie mogą stracić to, co jest w życiu cenne lub najcenniejsze. Prawdy bywają okrutne a życie bezlitosne.

Zaczyna się sezon 1992. Wiosna, polska liga tradycyjnie bywa różna, w Rybniku mają w zespole asa nad asami. Roman Niemyjski, który pompował wtedy w klub ambicje i pieniądze dopiął swego i wygrał rywalizację o duńskiego królewicza z zielonogórskim biznesmenem leśnego runa i żużlowego podwórka Zbigniewem Morawskim, który urządzał niezłe fajerwerki w Grodzie Bachusa. Rybniczanie mieli nadzieję, że duński królewicz poprowadzi klub do zwycięstw.

Los jest przewrotny i nigdy nie zasypia, zdradliwie czuwa i atakuje zza winkla.

Jan Osvald Pedersen urodził się w środku Półwyspu Jutlandzkiego w Middelfart w 1962 roku w listopadzie. Zaczął jeździć w Fjelsted, znanym klubie, byłem tam owszem i mam dobre wspomnienia z młodzieżową reprezentacją Polski; to był okres tradycyjnych czwórmeczów juniorów Skandynawii, Polski, Niemiec. W Anglii JOP zaczynał bardzo dobrze, bo w Cradley Heath/ 338 m/ naszpikowanym zawsze gwiazdami pod okiem Colina Pratta. Pedersen miał w CH znakomite towarzystwo. Przylepiony do motocykla balansował na nim umiejętnie i potrafił wykorzystać moc silnika. „Brylant“ ubrany na biało, zwykle uśmiechnięty.

XXX

W zabytkowym Viborgu, w środkowej Danii, między Randers a Holstebro, kilkanaście kilometrów od Hjarbeak Fjord mamy 15 maja 1992 roku tragiczny wypadek. Agencje rozsyłają dramatyczne depesze, Jan O. Pedersen ulega groźnej kontuzji i nie wiadomo, czy wróci na tor. Mistrz świata uszkodził kręgosłup i jego sportowa przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania. Kolejny szok. Kruszy się duńska potęga. Speedway znów jest okaleczony.

Trwa walka 30 – letniego królewicza o powrót do rzeczywistości. Uraz okazuje się silniejszy. JOP chodzi, nie wraca na tor i kończy nieszczęśliwie karierę. Zajmuje się samochodową branżą, spotykam go w Vojens, w kurtce Castrola uśmiechnięty, choć za tym uśmiechem jakbym dostrzegł żal, że kariera została tak brutalnie przerwana przez złowrogi los, który niestety nigdy nie zasypia. O tym żużlowy świat zawsze pamięta.

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 1: Pamiętacie blondwłosego Todda?

Nie da się zapomnieć jego błyskawicznego wjazdu na podium mistrzostw świata!

W zachodniej cześci Sydney w dzielnicy Bunkstown urodził się w 1968 roku Todd Wiltshire. Australijczyk o jasnych długich włosach miał talent do żużlowych jazd. Po dwóch latach tradycyjnym zwyczajem australijskich żużlowców przyleciał do Londynu i zaczął jeździć w drużynie Wimbledonu Dons. Zrobił wrażenie; był tam dwa lata, potem przeniósł się do Reading. W 1990 roku na Odsal w Bradford mamy indywidualny finał mistrzostw świata. Tod Wiltshire ma 22 lata, jedzie jak rutyniarz, efektownie, zwinnie, skutecznie. Znawcy dostrzegają jego talent i wróżą przyszłość. Wygrywa niespodziewanie „chłodnym“ stylem mistrzostwo świata Szwed Per Jonsson, za nim jest gibki Amerykanin Shawn Moran a brązowy medal zdobywa rewelacyjny Australijczyk Todd Wiltshire. Zostaje błyskawicznie gwiazdą. Uformował ją srebrnym medalem razem z Leighiem Adamsem na torze Ellermuehle w pięknym Landshut w Niemczech w finale mistrzostw świata par, gdzie Australijczycy przegrali z Duńczykami.

Todd przyjeżdża do Polski w sezonie 1991 i startuje we Włókniarzu Częstochowa, prezentuje swobodny styl, jego płowe włosy dodają mu młodzieńczego uroku, jest skutecznym ligowcem. Kończy się sezon i Todd leci do gorącej europejską zimą Australii. Jest u siebie w domu. Raj.

Na początku stycznia 1992 roku wbija się ostro w serca środowiska fakt zabójstwa Edwarda Jancarza. Jest o czym mówić i myśleć. Żużlowcy na Antypodach startują, korzystają z doskonałych warunków do jazd, mają przedłużenie sezonu, bo na Starym Kontynencie panuje zima.

W Adelajde podczas turnieju Todd ulega nieszczęśliwemu wypadkowi, doznaje urazu kręgosłupa, najgorszej kontuzji jakiej zawsze obawiają się żużlowcy. Środowisko jeszcze nie ochłonęło po tragicznym zdarzeniu w Gorzowie Wielkopolskim, kiedy wstrząsa wszystkimi informacja z Adelajde o fatalnym przypadku Todda.

Zachwycił fachowców i fanów początkiem swojej kariery, nagle teraz wszystko się urywa i kto mógł wtedy przypuszczać, że to nie był ostatni przypadek tak dramatyczny na żużlowych torach w roku 1992. Fatalny rok dla asów.

Wiltshire jednk nie poddaje się, walczy z uporem, rehabilituje. Czas biegnie. Startują kolejne sezony, on chce powrócić w żużlowy świat. Zostaje mechanikiem Marvyna Coxa, który jako Anglik jeździ z niemiecką licencją. Nie satysfakcjonuje go jednak drugorzędna rola, już zachłysnął się wiwatującymi na jego cześć tłumami na stadionach. Wraca wreszcie na tor jako zawodnik, jest rok 1997. Po pięciu latach uporczywej walki z sobą. Zdobywa mistrzostwo Niemiec, powtarza za rok ten sukces, ma niemiecką licencję. Kroniki notują come back Australijczyka. Jest dobrze.

W 1997 startuje w barwach Wybrzeża Gdańsk, za rok przenosi się do Rybnika.

W 1999 roku zostaje mistrzem Australii. Po kontuzji i powrocie  na tor już nie jest taki żywiołowy, natura poskromiła fantazję, nie ograniczyła jednak zdolności i talentu.

W 1999 rku bardzo udanym dla niego razem z reprezentacją Australii zdobywa złoty medal na torze w Pardubicach, w drużynowych mistrzostwach świata. Znów jest na topie, wcześniej wygrywa morderczy turniej interkontynentalny indywidualnych mistrzostw świata.

W 2000 roku w serialu Grand Prix jest ósmy, nie opuszcza turniejów GP, choć nie notuje większych sukcesów, jest jakby po tej kontuzji nieco spętany, nie tak szaleńczy do końca. Los zrobił swoje. To zrozumiała reakcja organizmu po przejściach, które w psychice zostawiły trwały ślad.

Startuje udanie w polskiej lidze, wabi go Polonia Bydgoszcz i jeździ tam od 2000 roku do 2004. Młodzi podpatrują jego jazdy, luzackie, balansuje nie wymuszana harmonia ciała z motocyklem. Notuje na koncie mistrzostwa Polski z Polonią. Dobrze czuje się w Bydgoszczy mieście Tomasza Golloba a kibice doceniają umiejętności Australijczyka, tamtejsi fani znają się na tym sporcie od zawsze.

 

Jakiż hart ducha i niesamowita wola zadecydowała o powrocie po tak ciężkiej kontuzji na tor, bez oporów, bez zahamowania, że może wydarzyć się najgorsze, które po 1992 roku zostało przegonione jak się okazało już na zawsze.

 

Rok 1992 zaznaczył się w historii żużla przykrymi faktami, zdarzeniami, do jakich doszło w styczniu przed sezonem. Mocno ostudziły nastroje kibiców jak zwykle spragnionych emocji od marca do jesieni.

Miałem okazję oglądać Todda Wiltshire na torze wielokrotnie, byłem jego zagorzałym fanem od początku, demonstrował agresywny, efektowny, taki amerykański w wykonaniu styl. Podobał się i był co ważne skuteczny. Bez pardonu w Bradford na trudnym torze wjechał na podium mistrzostw świata, zdobywając przecież medal i zostawiając za sobą słynnego duńskiego internacjonała Hansa Nielsena.

SPEEDWAY i jego historia integralnie związane są z nagłymi wypadkami, przerwanymi karierami i bólem. Todd Wiltshire wykazał determinację i pomogło mu szczęśliwie zdrowie by wrócić jeszcze na tor i i pokazać piękny styl jazd. Ba, zdobywać medale! Niesłychana kariera z antraktem. Nie każdemu tak się udało. Nie odeszła mu nigdy ochota do sportu. Sylwetka znakomita i postawa godna uwiecznienia. Todd Wiltshire! Australijczyk, który nie poddał się i dokończył dzieła, które los próbował mu zepsuć do końca życia. On dał radę, ale inni niestety nie dali, bo w ich przypadku los był bardziej okrutny.

cdn

Pieniądze nie mają duszy

Tak po prostu. Jak w tytule, tak i w życiu.

Z piłkarskiej ekstraklasy wylatują wielce zasłużone kluby Cracovia i Górnik Zabrze. Oba z bardzo możnymi właścicielami. Nic z tego. W Zabrzu Henryk Kasperczak nie pomógł i nie zdziałał nic, choć jego honorarium było światowe. Prezes Jędrzej Jędruch, następca Ryszarda Szustera roni łzy i jako debiutant na tym rynku doznał goryczy a pewnie myślał, iż stanie się cud. Jak widać w futbolu teraz cuda odeszły za boczną linię. Bezpowrotnie?!

To samo, co w Zabrzu stało się w Krakowie przy Błoniach, gdzie słynne „ Pasy” spadły mimo wszystko. Pozostaje tylko pożegnalna kolacja w „ Wierzynku”, gdzie pewnie rabatu nie będzie. W jednym mieście pod Wawelem Wisła mistrzem a Cracovia na dnie. 

Zabrze musi się pozbierać i pewnie szukać innych rozwiązań, może teraz Szuster wróci? A co do Kasperczaka, moc już widać nie taka i wyobraźnia szwankuje, może tylko poza negocjacjami o gaże, ale one nie grają na boisku.

Nie każdy więc klub to… Barcelona i taki gość jak Guardiola. Co się zatem stało nie odstanie, łatwo bowiem spaść z konia, gorzej na niego wleźć! Chyba, że podskoczy mały Messi… Na taki cud w PL nie możemy jednak liczyć.