Konserwa

 

res_376b255e7ca3c3f5d898accd1a028923_full

Jaki jest światowy speedway? A jaki polski? Ekstraliga najlepsza na świecie bez konkurencji! Dmuchanie balonu “jesteśmy najlepsi”. Wiatr zrzuca liście z drzew, szurają już mocno pod nogami. Jesień jeszcze słoneczna, choć zmienna, długie wieczory sprzyjają refleksjom nad tym co było i co będzie. Deprecjonowanie jest domeną polskiej rzeczywistości. Nie ruszajmy polityki, zostawmy do wiosny. Dostrzegam, że polski parlamentaryzm staje się familijny, sukcesje przechodzą z ojców na synów, podobnie w żużlu; jeździł tata, jeżdżę ja. EGO jest ważne jak Fogo. Maniery zawodnicze rosną jak na drożdżach, wyrabiają się niektórzy, jak wielkanocne, drożdżowe baby. Bywają czasem zakalce i przypalenia. Mamy transfery oraz wyjazdy lukratywne, dodam – zasłużone. Gdzie biały piasek i ocean lazurowy, palmy jak wierzby. Barbadosowy rum i muzyka, i ciepła woda. Fale odpływają, przypływają. Pobudzają wyobraźnię różnego gatunku, jeśli ona w ogóle jest a dochodzę do wniosku, że nie wszyscy mają wyobraźnię, tylko im się wydaje, więc udają kiepsko bohaterów jednych turniejów.

W światowym żużlu Moi Drodzy nie wiele się zmieni, metalowa konserwa trzyma się krzepko, nie odda stołków, nic nie wymyśli ale trwanie jest dla przeciętności marzeniem życiowym. Serial Grand Prix anno 2020 otworzy warszawski turniej majowy. Bilety sprzedane prawie wszystkie niczym przydrożne grzyby. Impreza ma walory nie tylko jako premiera sezonu w wydaniu extra, w stolicy, która oferuje kibicom atrakcje miasta. Na każdą kieszeń bez nudy. Rodzinnie można obejrzeć widowisko w atmosferze pikniku, deszcz nie zakłóci, zimno nie groźne, dach na Stadionie Narodowym chroni klimat. W tym miejscu, w takich warunkach warto zobaczyć każde wydarzenie sportowe, speedway ma lokum o jakim marzyć mogą inni. Więc co proponuję od dawna? Aby tu zaczynał się ten serial i także kończył. Jestem przekonany o akceptacji kibiców polskich i zagranicznych. Do Warszawy można dojechać, dolecieć i spędzić czas wygodnie. W tej opinii nie jestem osamotniony, potrzeba tylko śmiałej decyzji polskiej władzy żużlowej oraz notabli FIM i namawiam prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej /FIM/ Jorge Viegasa z Portugalii, który obserwował zabawę na Narodowym i finał w Toruniu, gdzie Bartosz Zmarzlik został mistrzem świata. Uczta Mr. Viegas, prawda? Więc kokietujmy tego sympatycznego działacza by przekonał Armando Castagnę, który funkcjonuje na fotelu światowego wodza żużlowego, ma fajną rodzinę, ścigał się na GM z włoską fantazją oraz nie do końca panował nad jazdami, do korekty kalendarza serialu GP i przystosował go do słusznego lokowania produktu na antenach TV. Torunianie pewnie na mnie sarkają, lecz niech martwią się raczej ligowym upadkiem a nie szczytem żużlowych rozgrywek światowych. Stolica ich bije w każdym calu i nie ważne koneksje rangi nieziemskiej. Świat się kręci, ziemia też… Warszawa jest nr 1.

Frekwencja w stolicy buduje szacunek do kibiców żużlowego autoramentu. Zawody uświetni nowy mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który nie żałuje ani godziny by zadowolić kibiców; uśmiechnięty, radosny jak skowronek pod niebem. Udany młodzieniec, nowa generacja zawodników zdesperowanych na sukces. Gdzieś wyczytałem, że jest zaprogramowany na wygrywanie…  Mocne stwierdzenie. Bardzo. Jak miło mieć takiego zawodnika, który jest sztandarem polskiego żużla, ba! jak mówił mi szkocki przyjaciel żużlowego towarzystwa Bert Harkins, gorzowianin jest prognostykiem na lepsze czasy tej dyscypliny. Nagle wyłoniła nam się ikona, polskiego chowu, która leci w stronę światowej galerii gwiazd: Fundina, Briggsa, Maugera, Olsena, Penhalla… Legend, które są treścią historii tej dyscypliny. Idol Zmarzlik powinien pojawić się w Anglii na jakimś extra turnieju, gdzie będzie ambasadorem polskiej szkoły speedway’a ale i atrakcyjnym asem na brytyjskim rynku. O taki występ, prestiżowy w szczegółach powinien zadbać szef polskiego żużla Piotr Szymański, choć nie wiem, czy właśnie on, bo wodzirejów u nas za pryncypialnym stołem jest kilku. Warto Bartoszem pochwalić się wszędzie, gdzie trzeba. PR jest łatwy, przyjemny, dający satysfakcję w stylu Adama Małysza, Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego, Roberta Kubicy.

Jest świetnie, rzecz w tym żeby sukces zdyskontować skutecznie rangą renomowanej agencji reklamowej. Co mogą zrobić media? Dużo, ale z rozwagą. Sukces Bartosza tkwi w nim samym. Charakterze sportowej duszy i życiowej postawie. Po prostu: self – made man! Za jego plecami stoi w pierwszym rzędzie tata Paweł i koniec, kropka.

SPEEDWAY zaczyna zimową drzemkę, Europa zamyka tory. Antypody otwierają wrota do ścigania. Dawno temu słynny nowozelandzki as Ivan Mauger organizował wyjazdy czołowych zawodników ze Starego Kontynentu, byłytam turnieje, klasyczne przedłużenie sezonu europejskiego nad oceanem, treningi w słońcu, punktowanie. Walorem inne tory, niż europejskie. Kangurowe ściganie na luzie na australijskich obiektach.

Nie ma obecnie skondensowanych wyjazdów, można na własną rękę zorganizować sobie eskapadę w odmienny świat.

W Europie niegdyś planowano imprezy pod dachem; w Anglii, Niemczech. Zostały tylko wspomnienia. Każde przedłużenie sezonu letniego o wydarzenia żużlowe zimą na naszym kontynencie mają rangę promocji, szansą do spotkań w relaksowej atmosferze. Jest potrzeba takich spotkań. Zamiennikiem są organizowane pod dachem wyścigi na lodzie, więcej jednak w tym zabawy. Polski speedway kilka lat temu dorobił się w Sanoku poważnych imprez na naturalnym torze w ramach mistrzostw świata. Miejscowe władze popierały, był przekaz telewizyjny. Zanim w Sanoku rozpędzono takie wyścigi, na warszawskich Stegnach urządzano ścigania lodowe GP, które są bardzo ekspresyjne, szalenie widowiskowe. Jednak nie ma ma tradycji, toteż promocja turniejów nie wytrzymała obciążenia. Szkoda. Polski speedway pozostaje od lat monotematyczny, rajcuje klasyk i na niego skazani są kibice. Brakuje wytrwałości sponsorów, więc jest tylko tradycyjny żużel, nie ma wyścigów na lodzie rangi mistrzostw świata czy gonitw na trawie albo na długich torach. Czesi, którym daleko do poziomu polskiej ligi, chętnie uprawiają inne kategorie, Skandynawowie, Niemcy mają podobne upodobania, Rosjanie uwielbiają ściganie na naturalnych torach lodowych, pozwala im na to surowy klimat. Tam “grasują” arcymistrzowie cyrkowych, dramatycznych występów na motocyklach z kolcami.

Polakom pozostaje więc zimową porą sport – turystyka na zawody tego typu, no i cierpliwe odliczanie dni do nowego sezonu. Czas jednym szybko leci, innym dłuży się niemiłosiernie. Trudno, zwykle wyposzczenie wzmaga apetyt.

MAUGER

 

IVAN MAUGER

Średniego wzrostu, czarne, lekko falujące włosy, przyjemny uśmiech, skoncentrowany w rozmowie ale nie mający za dużo czasu. Nowozelandzkim lisem określany, chytry na startach, szybki, “przylepiony” do toru, nienaganna technika. IVAN MAUGER, drugie imię Gerald, urodził się w Nowej Zelandii 10 pażdziernika 1939 roku. Kariera bogata w medale, każdego koloru, najwięcej zagarnął złotych krążków, startował w każdej kategorii żużlowej, wszędzie gdzie się pojawiał był faworytem, jednak nie zawsze wygrywał. Miał często szczęście zawodowca ale sport czasem płatał mu figla.

1979 rok, Stadion Śląski w Chorzowie. Zenon Plech nigdy nie był tak przygotowany, spięty, chciał być mistrzem świata i zasługiwał na taki laur. Startował w Anglii, którą uwielbiał, bo też atmosfera na wyspiarskich torach była cudowna, niepowtarzalna. Silniki Zenka lśniące i przygotowane gadżety okolicznościowe.” Plek”, jak mawiali Anglicy, był w gronie faworytów, lecz jak pokonać faworyta nr 1 Ivana Maugera?

Dziennikarze angielscy upodobali sobie od 1973 roku sosnowiecki Novotel, organizatorzy rezerwowali ekipom hotel “Katowice”. Taksówkarze robili dobre interesy z wyspiarzami, kursy były dewizowe a funt stał wysoko. Wiedziały o tym “panienki”, które okupowały bary w hotelach. Mauger przyjeżdżał do Polski z żoną Raye, uśmiechniętą, rozmowną, można było od niej wytargować jakąś książkę męża, którego nadwornym kronikarzem był angielski reporter Peter Oakes.

Turniej’79. Plech przegrał wyścig z Maugerem, na starcie jakby na ułamek sekundy zagapił się i zobaczył uciekającego rywala. 40 – letni Nowozelandczyk zdobył szósty tytuł mistrza świata w zgrabnym finale. Radość była większa od… Nowej Zelandii, którą Ivan z powodzeniem sławił nie tylko na żużlowych torach.

Poznaliśmy się dość dobrze, schlebiała mi ta znajomość z mistrzem, zawodnikiem nieprzeciętnym, człowiekiem konkretnych interesów. Mauger poznał Polskę, bo przyjeżdżał wiele razy i mentalność moich rodaków nie była mu obca. “Ajwen” wiedział jak momentami rozmawiać w parkingu, kiedy ważyły się losy turnieju.

1977 rok. Przylatuję na kamaeralne lotnisko w Goeteborgu razem z Janem Ciszewskim, legendarnym komentatorem radia i TV. Na lotnisku czeka na “Cisa”wrocławski żużlowiec Jerzy Trzeszkowski, który wyjechał “nielegalnie” do Szwecji. Pogoda w kratkę, leje niczym z cebra. Tor na Ullevi ciężki jak namoczony materac. Przed rokiem w Chorzowie mistrzem świata został rewelacyjny Anglik Peter Collins, teraz ma nogę w gipsowym bucie. Kontuzja ogranicza jego szansę na powtórkę sukcesu, walczy, ale Mauger wie czego chce a londyński fotoreporter Mike Patrick marzy o historycznym zdjęciu Maugera ze słynnym Szwedem Ove Fundinem, który ma w dorobku pięć złotych medali IMŚ. Maugerowi udaje się sztuka i Fundin gratuluje w kuluarach złota Ivanowi. Zdjęcie “ artystów torów” obiega świat a Nowozelandczyk… zapowiada walkę o szósty tytuł. Niemożliwe zadanie? Jego marzenie spełnia się dwa lata później.

1971, finał mistrzostw świata par w Rybniku, faworytami nr 1 są Nowozelandczycy Mauger i Barry Briggs. Polskę reprezentują: Andrzej Wyglenda, górnicza iskra z rybnickiej dzielnicy Paruszowiec. A szef żużla płk. Rościsław Słowiecki stawia na opolską strzałę Jerzego Szczakiela i po wojskowemu rozwiewa wątpliwości, “nu”, jak mawiał, “pojedzie Jurek i koniec dyskusji”. Polska para zdobywa komplet punktów, za nimi “ogłuszona” para z Nowej Zelandii. Triumf w Rybniku zwiastował potencjał miejscowego żużla i błyskawicy z podopolskich Grudzic.

Mauger ? Hm, wielka postać światowego speedway’a, multimedalista, był 14 razy w indywidualnych finałach MŚ, 8 razy w finałach drużynowych MŚ/ 7 razy startował w ekipie Wielkiej Brytanii i zgarnął 4 złote medale, raz złoto w barwach Nowej Zelandii/. W mistrzostwach świata par był 14 razy w finałach a dorobek: 2 razy złoto, 4 razy srebro, 2 razy brąz. Wystarczy, uff ? Mr. Mauger… nie znał umiaru w zdobywania medali, kochał złote, jeszcze trzy razy wygrał finał MŚ na długim torze.

Przyjechał do Anglii w 1957 roku, zaczął smakować speedway w rodzinnym kraju dwa lata wcześniej. Długo jeździł w walijskim Exeterze, był też na londyńskim Wimbledonie, gdzie potem startował Edward Jancarz. Pierwszy złoty medal w IMŚ zdobył w Goteborgu w 1968 roku, rok później w Londynie na Wembley a w 1970 roku we Wrocławiu, gdzie drugi był skromny świętochłowiczanin Paweł Waloszek.

Wskakuję w rok 1973 i otwarcie Stadionu Śląskiego, ponad 100 tysięcy widzów, dziś babcie i dziadkowie opowiadają wnukom jaka to była super impreza. Atmosfera wydarzenia, które często jest wspominane. Jerzy Szczakiel nie był faworytem, z Polaków upatrywano na podium Edwarda Jancarza i młodziutkiego wówczas Zenona Plecha. A tu nagle mamy “bombę”, w dodatkowym wyścigu decydującym o mistrzostwie świata na starcie stanęli w czerwonym kasku Mauger, w białym Szczakiel, którego nazwisko było piekielnie trudne do wymówienia dla Brytyjczyków czy Skandynawów. Musieli jednak łamać sobie języki. Start, Polak ucieka Ivanowi, ten szaleńczo goni, tłumy wiwatują, dopingują z całych sił, łomot trybun olbrzymi, po szaleńczym pościgu Mauger wreszcie dopada od środka na drugim okrążeniu Jurka, zczepiają się na sekundy, opolanin utrzymuje równowagę, rywal upada a Jerzy spokojnie dojeżdza do mety. Mauger leży na torze, jeden z działaczy mówi do niego “wstawaj, już po wszystkim”. Faworyt nie wierzy, że przegrał. Z kim? Ano z tym, który dwa lata wcześniej pokazał w Rybniku, kto może być szybszy od niego i wygrać! SZCZAKIEL. Finał przechodzi do historii, brązowy medal dla Plecha. Komentatorzy, reporterzy wysyłyłają depesze, że sensacja, bo Mauger przegrał ze Szczakielem. Zaskoczenie udziela się niemal wszystkim, mało mówi się o zwycięzcy, więcej o przegranych. Głupie sytuacje, rutyniarzy nie stać na pogodzenie się z faktem, że wygrał ten, który nie był kreowany na podium.

MAUGER zakończył karierę w 1985 roku, po 30 latach startów; dwa pożegnalne turnieje odbyły się m. inn. w Gnieźnie i Lesznie; Ivan poturbował się w jednym z nich, goście mieszkali w pałacu w Rydzynie, atmosfera nie była taka o jakiej marzyli organizatorzy, bohatera oblepiono plastrami w szpitalu. W pałacu nawet ciepła wódka nie była w stanie ocieplić wszystkich, zagorzałych fanów, którzy przylecieli z różnych stron świata.

Z Ivanem widziałem się przed laty w duńskim Haderslev w hotelu “Norden”. Przyleciał do Europy, która wysypała mu szczęśliwie stos medali. Państwo Maugerowie mający liczną rodzinę osiedli na australijskim, atrakcyjnym wybrzeżu Gold Coast. Jest tam ładnie. Na Antypodach Ivan organizował wcześniej przez wiele lat tradycyjne tournee dla europejskich zawodników/takie przyjemne z pożytecznym przedłużenie sezonu/ i serią turniejów. Ścigali się tam również i Polacy, wszyscy korzystali z dobrodziejstw oceanu i słońca.

XXX

IVAN MAUGER, legenda żużla, ikona to skromne określenie, zawodnik, który jako pierwszy podpisał kontrakt reklamowy/ Ricard/ przebywa obecnie w specjalnym ośrodku, niestety miał udar, uczy się mówić, bo dopadła go afazja. Jest wybitnym sportowcem, kultową postacią, która bardzo często wygrywała a dziś niestety przegrywa z ciężką chorobą. Przykre. Rodzina na szczęście jest blisko.

Losy arcymistrzów w sporcie często bywają poszarpane, jednak dorobek i kariery utrwalają pamięć o tym, co było zwycięskie, piękne w dramaturgii i dostarczało wzruszeń. Wydarzenia opisano, kamery zarejestrowały, można więc czasem delektować się archiwalnymi nagraniami, które potwierdzają, że były to chwile niezapomniane. Tylko dwóch żużlowców w historii zdobyło po sześć tytułów solowych MŚ, Szwed Tony Rickardsson i Mauger. Jakże odmiennych stylów! Dwa inne pokolenia! Nowozelandczyk był prekursorem pewnej kultury żużlowej, którą unowocześnił Szwed i obaj pokazali, że speedway może być sportem w swojej istocie eleganckim.

”Żyjesz tylko raz ale jeśli wszystko zrobisz jak trzeba, raz wystarczy”

maxresdefault

Zmiany pokoleniowe wliczone są w kariery starych i młodych. Kiedy junior wjeżdża w obszary, gdzie dominują starsi, wpierw ma respekt, głosi, że idolem jest X albo Y. Kłania się w pas, podpatruje, poza stadionem kalkuluje jak ograć mistrza, którego uwielbia. Wszystko zależy od talentu, kiedy go wystarcza droga jest prosta, choć nie zawsze, gdyż rutyna ma przewagę nad debiutami. Dawno temu polska młodzież nie miała takiej szansy ocierania się od plecy mistrzów, liga była wypełniona rodzimymi składami, tylko awans w mistrzostwach świata, pojedynkach zagranicznych juniorów były okazjami do kontaktów, zarówno mechaników, adeptów i oczywiście przyszłych bohaterów. Znam leciwego dziś psychologa, który przed laty lansował tezę, że nie można wystawiać utalentowanych juniorów do składów seniorów. Nie zgadzałem się z taką opinią, choć nie jestem psychologiem. Działacz spod Leszna upierał się jednak i oświadczał, że młodzież powinna mieć radość z wygrywania wśród rówieśników. Sprzeczałem się i nie zgadzam się z takimi tezami, bo Edward Jancarz miał szansę dojechać do podium MŚ w Goeteborgu i pokazać, że nie straszni mu starsi, podobnie przecież młodzi Antoni Woryna czy Zenon Plech.

Popatrzmy na sport na luzie, bez obciążeń psychologicznych, spontaniczność jest w dużej cenie i bardzo waloryzowana przez kibiców. Młodzież ścigała się ongiś w mistrzostwach Europy, potem podniesiono te rozgrywki o stopień wyżej. Długo czekaliśmy na polskich zwycięzców, aż zdominowali rozgrywki indywidualne i drużynowe. Felietonowe teksty nie lubią statystyk, one są w archiwach, internet wzbogaca wiedzę łatwo i przyjemnie.

Kiedy polska liga otworzyła się na zagranicznych zawodników w latach 80 – tych, a słynny Duńczyk Hans Nielsen poderwał publiczność, oczarował prezesów, którzy otworzyli rachunki bankowe dla niego i świat przybliżył się do Polski. Kibice już nie czekali na wielkie imprezy, kosztowne i dalekie eskapady na prestiżowe turnieje. Gwiazdy spadły na klubowe konta i można było dotknąć kevlara ulubieńca. Początki były fantastycznie dziewicze, z czasem jednak spowszedniały okazje zbliżeń do mistrzów, legend, które niegdyś były tylko marzeniami. A polska młodzież, wiedziona animuszem Tomasza Golloba, jak historyczna husaria, wyruszyła na podboje. Nie rozwijamy mitów o wielkości żużla na mapie świata. Zeznaję, że kiedy po raz pierwszy poleciałem do Londynu, a było to w 1975 roku na Wembley, angielska prasa tylko w krótkich informacjach zapowiadała wydarzenie na słynnym stadionie, zaś kilkanaście kolumn gazet poświęconych było futbolowi, golfowi, krykietowi, lekkiej atletyce, kolarstwu. Speedway informacyjnie był na angielskim rynku mniej więcej na poziomie hokeja na trawie w mojej macierzystej redakcji katowickiego “Sportu”. Odkręcam pewne konfabulacje, że “prasa angielska rozpisuje się przed finałem IMŚ na Wembley”. Czekam na rozgrzeszenie. Ciut więcej było po finale, nawet zdjęcie, bez kompletu startujących. Owszem, żużel był od A do Z w branżowym tygodniku “SPEEDWAY STAR”. I dodam, że angielska TV nie opuszczała żużlowego Wembley razem z londyńskim radio. A stadion, legendarny, ikona sportowych wydarzeń był miejscem głównie futbolu i… wyścigów psów. Lecę znad Tamizy nad Wisłę.

Kiedyś zazdrościliśmy skandynawskim małolatom, były czwórmecze z udziałem Polaków, pożyteczne testy. W historii sportu mamy tłuste i chude lata. Liga angielska, którą uważam za matkę żużla, nadal uczy, lecz zmarniała w finansach i zamiast uniwersytetu, pozostaje gimnazjum z preferencajmi jazd przy krawężniku i na torach geometrycznie trudnych. I w unikalnej atmosferze; warto pojechać i zobaczyć zupełnie inny cyrk. Szwedzi i Duńczycy mają tradycje i raz po raz rodzi się talent, podobnie w dalekiej Australii / świeży mistrz świata juniorów Max Fricke/. Jak dobrze, że na Antypodach mamy erupcję konkurencji dla europejskiego żużla i “kangury” via liga angielska trafiają także do polskich klubów.

Polskie talenty nie rodzą sie na kamieniu i nie in vitro. Popatrzmy na elitarny serial Grand Prix, na MŚ juniorów. Widać gołym okiem, że era weteranów naturalnie zjeżdża z torów. Oni dali z siebie wszystko/ Nicki Pedersen, Greg Hancock/ i pokazali, że warto ich naśladować. Australijski wyż, zarazem i pech oraz polski, silny wiatr są prognozą pogody długoterminowo dobrej. Światowy speedway stracił nagle Darcy Warda/ 22 lata/ “kangura” o efektownej agresji na torze, niestety także poza nim. Wypadek okaleczył go boleśnie na całe życie. Ale przebudza się Chris Holder, a Jason Doyle/31 lat/ płynął po torze jak motorówką u wybrzeży Antypodów. Niestety pierwszy jego wyścig w GP w Toruniu zakończył się koszmarnym upadkiem i ciężką kontuzją. Jasona w dramatycznej sytuacji prześcignął w klasyfikacji GP ułożony Hancock i sport okazał się okrutnym katem; wynagrodził Grega za …całokształt osiągnięć. A polska husaria/ niektórzy mówią spółdzielnia/, jeśli skoryguje błędy stworzy klimat desantu na podium. Bartosz Zmarzlik jest diabelnie fruwającym kolibrem. Widzi na torze niemal wszystko, to młody chłopak, który szybko uczy się i pokonuje błyskotliwie mentorów. Każdy jego start funduje niesamowite emocje, bo gorzowski młodzieniec jest odporny na presję. Obok niego w sztabie GP uczy się pilnie Piotr Pawlicki jr. i nadrabia zaległości. W tym wieku nie można gardzić korepetycjami. Chłopcy marzą o medalach, o ściganiu kompletnym, sławie, ustabilizowanej popularności. Wypłaty zawierają wiele zer, często jednak deprawujących młodych.

I tak oto mamy perspektywę żużlowych przygód z udziałem głodnej sukcesów młodzieży/ Krystian Pieszczek nowy wicemistrz świata juniorów/ i nie tak łatwo odchodzących na emeryturę weteranów/ HANCOCK/ grand “wojenek”, którzy zawsze będą przykładami jak zwyciężać od Australii po Europę. 22 października finał Grand Prix roku 2016 w Melbourne, gdzie zostaną podzielone trofea. Sprawiedliwie?

Ktoś powiedział filozoficznie: ”Żyjesz tylko raz ale jeśli wszystko zrobisz jak trzeba, raz wystarczy”.

Lotnik sierżant pierwszym mistrzem świata

LionelVanPraagWembley250

Kiedy speedway jest w ogniu zmagań sezonu anno 2016 wertuję pamięć i historię.

Rok 1908, w australijskim Sydney przychodzi na świat Lionel Van Praag. Interesuje się motorami. Zaczyna jeździć w Anglii; w 1931, 1932 w londyńskim klubie Wembley Lions. Imponuje talentem, ma zmysł do ścigania i wygrywa indywidualnie ligę. Był cztery razy w finałach światowych. Pierwszy w historii, karkołomny w schemacie, finał światowy rozgrywany jest w 1936 roku na Wembley, tam rodził się globalny speedway, który po 80 latach w innej postaci nadal ekscytuje kibiców.

Czas wszystko odmienia?

1936, Wembley jak wulkan, futbol, speedway i gonitwy psów. Kibice uwielbiali i dalej tak jest, magiczny stadion z „dymem“ atmosfery. Wrzask kibiców potęgowany różnego rodzaju sprzętem nagłaśniającym wbijał na murawie, na torze w ziemię. Trzy razy przeżyłem to piekło, które było doznaniem niezapomnianym i wiodło wprost do nieba sportowej rozkoszy. Po takiej uczcie pinta /albo i więcej/ piwa w pubie rasowała emocje.

Pierwsze mistrzostwa świata na żużlu lansował dziennik „The Star“ już od 1929 roku, jednak przez FIM nie były uznawane jako MŚ, tylko nieoficjalnie ścigano się o tytuł najlepszego. Startowali Brytyjczycy, Amerykanie i Australijczycy. Turnieje nosiły nazwę STAR CHAMPIONSHIP i podzielone były eliminacyjnie na dwie grupy, w jednej Brytyjczycy a w drugiej reszta, czyli zawodnicy USA i Australii. Wyłaniano zwycięzcę w każdej grupie, tak było w 1929. Turnieje zachwyciły a poza tym dziennik patronatu nie odpuszczał i tak w 1930 połączono wszystkich i zrobiono eliminacje. Turnieje zyskiwały popularność, robiono korekty w rozgrywaniu zawodów.

No i w 1936 roku odbyły się pierwsze indywidualne MŚ, oficjalne, namaszczone przez Międzynarodową Federację Motocyklową. Uczesnikami byłi w eliminacjach żużlowcy 11 państw plus Brytyjczycy. Zasady uchwalone przez brytyjską federację były karkołomne, nie bardzo wiedziano jak zrobić schemat. Otóż ustalono, że w finale startują zawodnicy z punktami bonusowymi, których suma była rezultatem takiego przepisu: punkty wywalczone w eliminacjach zamykały się w procentach tych punktów, dzielone przez 7 i zaokrąglone do pełnej liczby. Tylko na Wyspach można taki cudaczny schemat wymyślić, tam prawie wszystko jest inne od tego, co na Starym Kontynencie. Tym samym najlepszy zawodnik pierwszego finału Australijczyk Blue Wilkinson/ był trzeci w obliczeniach, drugi Anglik Eric Langton/ nie zdobył złota, gdyż punktami bonusowymi wygrał Lionel Van Praag. W takich „oryginalnych“ przepisach ścigano się aż do finału MŚ w 1938 roku, ostatnim turnieju przed wybuchem II Wojny Światowej. W 1939 rozegrano wszystkie eliminacje, to było novum, wyłoniono zwycięzców i turniej miał się odbyć 7 września 1939 roku. Niestety tragiczne losy historii przerwały indywidualne rozgrywki żużlowych MŚ aż do roku 1949. Wcześniej Brytyjczycy ścigali się po wojnie jedynie w ramach mistrzostw swojej federacji.

Czas wszystko odmienia?

Zmiany w rozgrywkach nastąpiły na paryskim Kongresie FIM w 1955 roku i w 1956 ścigano się już w nowej formule. Co było a co jest, zostawiam ten wątek na inną okazję.

Po wielkich jednodniowych wydarzeniach w finałach IMŚ mamy teraz światowe rozdrobnienie, też kontrowersyjne, w ramach serialu Grand Prix, bez korekt.

Hm… Cofam czas. Rok 1936, pierwszy mistrz świata Lionel Van Praag nie obronił tytułu w 1937, bo wygrał Amerykanin Jack Milne, którego miałem okazję poznać w Londynie na Wembley w 1978 roku. Następne miejsca zajęli też Amerykanie, Wilbur Lamoreaux/ takie imię nosi jeden z synów Grega Hancocka/ i Cordy Milne. Siódmy był Praag. W 1938 roku na Wembley cieszył się wreszcie z tytułu mistrza świata Australijczyk Wilkinson, który wygrał przed Jackiem Milne i Lamoreaux, tuż za podium uplasował się Praag. W tym finale startowało aż 10 Anglików, rezerwowym był Kanadyjczyk, rok wcześniej było 11 wyspiarzy. W 1937 wystartował Duńczyk Morian Hansen, pierwszy Skandynaw w finale IMŚ.

W 1939 roku do finału zakwalifikowali się m. inn. obaj Milne, Lamoreaux, Praag, Kanadyjczyk Chitty. W 1949 roku na Wembley triumfowali Anglicy: Tommy Price/ też miałem przyjemność poznać tego dżentelmena/, Jack Parker i Louis Lawson. Z dawnych uczestników był m.inn. Lamoreaux, Amerykanie zresztą nie „odpuszczali“ turniejów i po 80 latach, gdzie czasami dominowali, teraz mają kryzys, którego jakby zaprzeczeniem jest aktywny weteran Greg Hancock, który chyba marzy o finale kariery w wieku… 50 lat. On nie dodaje lat do życia, tylko życie do lat!!! Piękne.

Wembley aż do roku 1960 gościło najlepszych żużlowców świata i miano Mekki nie podlega dyskusji. Hegemonię londyńskiego stadionu zmieniło dopiero szwedzkie Malmoe w 1961 roku.

II Wojna Światowa przerwała rozgrywki nie tylko na żużlu. Lionel Van Praag był lotnikiem, walczył na froncie jako sierżant i został odznaczony Medalem Króla Jerzego. W 1942 roku był w załodze RAAF DC A30- 8 i samolot został zestrzelony przez Japończyków a mistrz świata ranny. Wcześniej Praag udanie startował w mistrzostwach Australii; w 1940 był trzeci, w następnym roku drugi, tak samo w 1946 i 1947. Żył do 1987 roku i zmarł w australijskim Greenslopes, 3 mile od Brisbane. Obojętnie jakie były zasady gry pierwszego finału indywidualnych MŚ, sierżant Lionel Van Praag jest pierwszym mistrzem świata, historycznym a ponadto bojowym lotnikiem na wojennym froncie.

XXX

Kiedy wspominam dziwactwa systemowe rozgrywek, Polacy także mieli dylemat kto mistrzem Polski we Wrocławiu w 1951 roku, gdzie skrzywdzono Ślązaka Emila/ Alfreda/ Spyrę, gdyż działacze przy równej ilości punktów, tytuł MP przyznali Włodzimierzowi Szwendrowskiemu, bo…wykręcił najlepszy czas/sic!/ Długo czekał na sprawiedliwą ocenę Emil Spyra, którego odwiedzałem w katowickiej dzielnicy Koszutka, wreszcie po wielu latach uznano jego tytuł mistrza Polski.

Historia ma różne zakręty i nie zawsze jest obiektywna ale sprawiedliwa okazuje się wtedy, kiedy wcześniej czy później prostuje błędy i naprawia grzechy.

Szybkość nie wybacza nikomu – nowa książka już za tydzień!

Już za tydzień dostępna dla wszystkich moja nowa publikacja. Dzisiaj, tytułem zapowiedzi, fragment wstępu…

Jeździłem z ekipami żużlowymi, obsługiwałem finały światowe od londyńskiego Wembley, przez Goeteborg, Monachium, do Katowic. Nazbierało się dużo wspomnień. Nie jestem z tych, którzy by je chowali pod dywan. Były turnieje dramatyczne, smutne i radosne. Polski speedway przeżywał różne koleje losu: raz pod wozem, raz na wozie.

Obecność polskich kibiców tam, gdzie dzieją się najważniejsze wydarzenia rangi światowej, jest znacząca. Biało-czerwone barwy są mocnym akcentem. Widać to również na zdjęciach w tej książce, których autorem jest Wiesław Ruhnke. W Polsce w ligowych rozgrywkach bierze udział światowa elita, a frekwencja na widowni jest imponująca. Adrenalina sięga zenitu. „To działa jak afrodyzjak” — mówią bywalcy stadionów. Żużel oglądany jest chętnie przez kobiety, na zawody przychodzą też całe rodziny. Polscy działacze organizują prestiżowe imprezy na wysokim poziomie i, nie tylko za sprawą Tomasza Golloba, coraz bardziej liczymy się na żużlowych torach.

Jestem recenzentem i świadkiem wydarzeń, skrzętnie odnotowuję to, co miłe i gorzkie. „Czarny sport”, jak nazywany jest speedway, w swojej szybkości czterech okrążeń ma dramaturgię często tragiczną, bo przecież szybkość nie wybacza nikomu.