Kultowi na zawsze cz. 4

39,62 m rzuciła dyskiem Halina Konopacka w Amsterdamie w roku 1928 na letnich igrzyskach olimpijskich i była pierwszą, podkreślam, która zdobyła dla Polski złoty medal/ nb. obecnie kobiety rzucają ponad 70 m/. Kiedy oglądałem przez dwa dni zmagania żużlowców w finale mistrzostw świata  na tym obiekcie, który ma ślady tradycji wyobrażałem sobie tę radość Pani Haliny i rodaków; urodziła się w 1900 w Rawie Mazowieckiej, zmarła w 1989 roku. Była mobilna w polskim ruchu olimpijskim, miałem przyjemność ją poznać w czasach pracy w redakcji “SPORTU”, oddział warszawski był na ul. Wiejskiej, zaś PKOl obok na ul. Frascati.

A w Amsterdamie w finale IMŚ po dwóch dniach zmagań wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Kultowy zawodnik, rok wcześniej zdobył złoto na Stadionie Śląskim i na angielskiej farmie kupił bodaj czarnego konia nazywając go “ Śląski”. Takie miejsca, jak Amsterdam, arena olimpijskich zmagań podnoszą bez wątpienia prestiż każdego sportu. Kibice zwykle chcą też coś zobaczyć poza imprezą, zabawić i przeżyć przyjemne chwile. Amsterdam je zapewnia na bogato, przenika urok niezapominanego miasta.

W 1982 roku amerykańska federacja motorowa AMA urządziła finał w Los Angeles. Kalifornia jest jakby odrębna od pozostałych stanów USA, nie tylko ze względu na Hollywood, San Francisko i Las Vegas. Na Coliseum w 1932 roku podczas igrzysk olimpijskich świetny polski biegacz Janusz Kusociński wywalczył złoty medal!!! Warszawiak, rocznik 1907, rozstrzelali go hitlerowcy w podwarszawskich Palmirach w 1940, w ubiegłym roku odwiedziłem wielkie cmentarzysko, gdzie zginęło tysiące polskich patriotów, jednym z nich był właśnie mocny Janusz Kusociński, szlachetne serce na tysiące kilometrów do przebiegnięcia.

Żużlowy finał IMŚ na Coliseum zorganizowano w oprawie a jakże westernowej, były konie i dyliżansy, kowboje i girls skąpo odziane, wielki saloon, brakowało tylko rodeo. Pomagał w organizacji Jankesowi Harry Oakley’owi, czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs, mieszkający dziś w USA. Harry Oakley razem z Briggsem był w 1979 roku na Stadionie Śląskim/ finał IMŚ, złoto dla Ivana Maugera, srebro dla Zenona Plecha/ i zachwycił go masywny obiekt z tłumem kibiców, więc postanowił powalczyć o przyznanie USA solowego finału. Dostał, przyczynił się do tego  charyzmatyczny, polski działacz FIM Władysław Pietrzak, jeszcze nadto drużynowe MŚ w Long Beach/ kolejna parada Jankesów w złocie /. Na kalifornijskim Coliseum i drugi złoty medal IMŚ zdobył idol światowej sceny żużlowej Bruce Penhall. Czas szybko ucieka… minęła mu 60 –tka, jego filmowa przystojność nadal przyciąga kobiety. Kultowy zawodnik, ma dużą firmę budowlaną /autostrady/, przeżył boleśnie śmierć młodszego syna, rzadko przylatuje do Europy, gdzie szybko nauczył się ścigać na żużlu. Talent wyjątkowy.Kilka lat temu był na Grand Prix w Toruniu i wtedy znów zobaczyliśmy się, zjedli zupę dyniową i trochę pogadali a poznaliśmy się w Londynie w 1978 roku w hinduskiej knajpce “Tai Mahal”. Wtedy było ostre jedzenie, złagodzone mocnym lagerem. Nie myślałem wtedy, że ten urodziwy chłopak /była z nim dziewczyna Indianka z pochodzena/zrobi taką kultową rewolucję na żużlowym rynku. “Elvis Presley” na Weslake. Wywierał razem z żużlową “kapelą” USA wrażenie ogromne, bosko uwielbiany przez babcie, wnuczki, kuzynów i siostry. Po polsku całował kobiety po rękach. Kochały się w nim dwa pokolenia. Bruce Penhall jest osobowością, która takich rozmiarów popularności potrzebna jest w sporcie, w życiu. Speedway w swojej chropowatości ale i też dynamice widowisk bardzo potrzebuje kultowych postaci.

W 1989 roku finał indywidualnych MŚ znów dostali Niemcy, przez pewien czas szefem światowego żużla był Guenter Sorber, który bardzo zabiegał o taką władzę ale nie aż tak, jak Holender Jos Vaessen, który chorobliwie niemal walczył z poparciem polskich działaczy o prezydenturę Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Vaessen miał pomysły różne, lubił polską gościnność, wódeczkę etc. a wpuścił nas w maliny z inwestycjami torowymi, bo wymyślił żeby zawodnicy jeździli w sześciu, dobrze, że nie… w prawo. Co do Sorbera, kiedyś jeździł w drużynie wschodnioniemieckiej /Stralsund/, uciekł z NRD do ówczesnego RFN. Brat Guentera miał wojenne związki ze Śląskiem, pytałem, ani jeden, ani drugi nie chcieli o tym mówić. Porządkuję wątki…

Monachium urządzało letnie igrzyska olimpijskie w 1972 roku, znaczone dramatycznym, śmiertelnym zamachem terrorystycznym. Kilkanaście lat później, w 1989 roku odbył się tam finał IMŚ pod dachem, Niemcy ściągnęli fachowców ze swoich klubów, położyli zgrabnie sztuczną nawierzchnię i wygrał Hans Nielsen. Rok wcześniej w Vojens złoto wywalczył Erik Gundersen, rodak Hansa. Tasowanie kart na ostro, obaj  z sobą bezpardonowo rywalizowali. Gołym okiem widać było niechęć do siebie. W stolicy Bawarii drugi był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty Anglik Simon Wigg, specjalizował się także w wyścigach na długim torze i zdobył mistrzostwo świata, niestety zmarł przedwcześnie na raka. Monachium wczesną jesienią organizuje piwne szaleństwo  Oktoberfest obfituje w biesiady bez końca. A więc i speedway, i piwo, i bawarskie szlagiery.

Stadion monachijski ciekawy architektonicznie obok Los Angeles i Amsterdamu kolejna arena, gdzie walczono na olimpiadach. Przy okazji… we Wrocławiu stadion wybudowano w połowie lat dwudziestych, odbyły się tam różne imprezy ogólno niemieckie, miała to być arena olimpijskich igrzysk w Berlinie. Nazwę Stadionu Olimpijskiego zmieniono po drugiej wojnie na imię gen. Karola Świerczewskiego, potem był areną AWF. Wrocław był silną bazą żużlową, sprawnie organizowano tam mistrzostwa świata, zdobycze Polaków obfitowały w medale łącznie ze złotem /drużynowe MŚ/ a działacze Sparty zbierali pochwały. W 1995 roku tam właśnie ogłoszono urbi et orbi nowy schemat rozgrywania MŚ czyli serial Grand Prix. Wygrał w premierze Tomasz Gollob w stylu, który dał szansę na entuzjastyczną gollobomanię.

Wielkie stadiony dawały żużlowi dodatkowy prestiż, choć nie tylko duże, gdyż generalnie chodzi o atamosferę, akceptację lokalizacji przez kibiców.

Kiedy Duńczyk Ole Olsen zgarnął trzy tytuły mistrza świata, następnie został ojcem chrzestnym duńskich arcytalentów pomyślał o inwestycji stadionowej. Ole urodził się w Haderslev, ładnym, kameralnym miasteczku.12 km od Haderlev jest VOJENS. I tam wybudował stadion. Dania jest mała, wielka stołeczna Kopenhaga, miasteczka perełki skandynawskie. Vojens stało się sławnym bezpretensjonalnym miejscem turniejów rangi światowej. Kultowym z czasem. Podobnie słynne klocki Lego w pobliskim Billund. Duńscy legendarni wprost żużlowcy: Hans Nielsen /Brovst/, Erik Gundersen /Esbjerg/, Tommy Knudsen,  Nicki Pedersen, młodzi chłopcy śmigają na motorynkach, uczą się od małego jak zostać nowym Ole, Hansem, Erikiem, Nickim…  Teraz objawił się kolejny, brylantowy talent, 17 – letni Marcus Birkemose/ ur. na południu Danii, wyspie Fionii/, który będzie doskonalił się w solidnej Stali Gorzów, również kultowym klubie, gdzie sława Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz Bartosza Zmarzlika sięga angielskich klubów, skandynawskich torów ulokowanych rekreacyjnie. Troska o przyrodę poza Polską, jest zwłaszcza w Skandynawii ogromna, niczym zasługi dla światowego żużla “pomnikowego” Ove Fundina, przedsiębiorczego Ole Olsena czy pragmatycznego Tony Rickardssona. Tam pielęgnuje się wyczyn i rekreację w takich dziedzinach/ np. rozmaite konkurencje biegania/, które można dla zdrowia uprawiać od lat najmłodszych, aż po sędziwy wiek. Idea szlachetna, bo człowiek rodzi się, żeby żyć jak najdłużej – zdrowo vel sportowo. Ponadto mądrze wykorzystać lata kariery i zapracować jeszcze mądrzej na okres już za metą. Każdy rodzaj kultu jest bezcenny.

I tak oto doleciałem do mety moich refleksji, jeszcze dużo zostało na inny czas, choć nie wszystko jest na sprzedaż. 

Człowiek nie jest kurzem (cz. 3)

Moda. Kupuję Vogue, kultowe pismo amerykańskie, obecne na całym świecie, w Polsce też. Tak, lubię. Nie tylko to, bo ciągle uwodzi mnie Diana Keaton i razem z Jackiem Nicholsonem w “Lepiej późno, niż później” fundują optymizm, którego tak mało na tym świecie. Teraz. Święta, sentymentalne Boże Narodzenie, choinki mają zapach lasu, u mnie w domu rodzinym zawsze mówiło się “drzewko”. W ogóle święta mają tradycję spotkań, jedzenia dobrych rzeczy, kolędowania, obojętnie jaka dopada nas aura otoczenia. Kultowe święta, rodzinne, polskie. Chcę jeszcze trochę o tym kulcie, snuję mini serial felietonowy, od dnia Mikołaja, który już na saniach nie jeździ. Lubimy jednak takie postaci, kultowe przez całe życie, bo człowiek jest ciągle jakby dzieckiem w odbiciach zdjęć sprzed lat. Wyprułem ze swojej głowy fragmenty wiedzy o żużlu, stos i etos, porządkuję magazyn przeżyć “bez pruderii” dla czytających.” Sprzedaję” siebie.

Come back wątek KULTU, który ma różne miary. Stadiony, ludzie, miasta, wydarzenia, które wpadają do historii. Pamiętamy, przypominamy sobie te najważniejsze a każdy ma inną “urodę”; na tym polega wolność myślenia, wyrażania szczerych opinii bez strachu.

“CZŁOWIEK nie jest kurzem”, powiedział rumuński pisarz, filozof, mizantrop Emil Cioran i dodał: życie trwa tak długo, jak długo trwają nasze wzruszenia. One mają różne gwiazdki znaczenia, przykre, przyjemne, doznania do zapomnienia i wspominania. Przyznaję, że wzruszenia mnie polubiły. Czy można być obojętnym wobec emocji?

Zapamiętałem pierwszy wyjazd na Wembley, angielska atmosfera na meczach nie tylko żużlowych jest wyjątkowa. To trzeba przeżyć. Przypominam sobie pierwsze widzenie z młodym niemieckim zawodnikiem na praskim stadionie Marketa. Duży szum, dobrze zaopatrzony w sprzęt, ubrany tip – top. Towarzystwo liczne i śliczne. Nazwywał się Egon Mueller, nie przypuszczałem, że zostanie mistrzem świata. Został w 1983 roku na swojej ziemi koloru Fryzji w Norden. Początki miał trudne, uczył się jeździć, sprzęt przygotowany przez najlepszych mechaników, Otto Lantenhamer bawarski spec od silników był skromnym w obejściu fachowcem od silników. Egon pojętny “gracz” szybko zyskiwał zwolenników, robił postępy na torze, miał przychylne towarzystwo. Można go śmiało nazwać kultowym sportowcem, dbał o PR, chętnie wypowiadał się na konferencjach medialnych, nie unikał wypowiedzi, wiedział, że trzeba współpracować, obecnbie aktywnie „sprzedaje się” na FB. W swojej bogatej karierze nagrał nawet dyskotekową płytę, nie najlepiej śpiewał, ale spróbował, nie był leniwy, ciągle był poszukiwaczem novum. Kiedy samochodem jechał do dawnego Związku Radzieckiego rozebrano mu na granicy doszczętnie auto i motocykle. Poskładał bez awantury razem z synem Dirkiem. Byliśmy razem w Togliatti, rosyjska kolacja, finał kontynentalny IMŚ. Egon lubił towarzystwo, piwo mu wystarczało, dbał o image w szczegółach, był niemieckim żużlowcem, który został też kilka razy mistrzem świata na długim torze, śmiem twierdzić, że Niemcy bardziej kochali długie tory od klasycznych i ciekawy jestem, co na to kultowy Christian Kalabis /częsty gość na FB/, który wydawał atrakcyjny miesięcznik żużlowy “Bahnsport Aktuell”. Egon Mueller, niemiecki as bywał często w Polsce, odcisnął w historii żużla światowego kultowy ślad. Taki zawodnik za wcześnie się urodził, bo pewnie startowałby w polskiej lidze jako gwiazda. Ilu jeszcze takich z dawnych lat? To byłaby ligowa Estrada Lux z takimi aktorami; wyobrażacie sobie np. braci Moranów, kalifornijskich kowbojów czy Duńczyka Erika Gundersena?

Leszno, miasto żużlowo kultowe, nie tylko, że tam od 30 lat ukazuje się jedyny na polskim rynku “Tygodnik Żużlowy” ale emanuje sławą klub z 80 – letnią tradycją UNIA, czterokrotny teraz z rzędu mistrz Polski, w sumie ośmiokrotny. Brand wielkopolski. Gospodarka udana, talenty szlifowane, zagraniczni zawodnicy doceniają tam startować. Stadion dawnej daty, wymaga renowacji, imienia Alfreda Smoczyka pierwszego mistrza Polski, który tragicznie zginął na drodze. W tych okolicach mówi się o żużlu prawie wszędzie, nie wypada więc być ignorantem w tej materii. Tabu objawowe. Leszno organizowało imprezy światowe, bazą była pałacową Rydzyna, ciekawe miasteczko ok. 10 km od Leszna. Klimatyczna strefa z dużym bagażem obyczajowych eventowych scen. Z plusami, minusami, kompromisami przy bufecie pałacowym, gdzie niczego nie brakowało. Kultowe miejsce z duszą hotelową, gościnne dla wszystkich.

Rok 2020, już jakiś czas temu POLSKA wyforowała się, wobec kryzysu angielskiego speedway’a na czoło. Mocno lansowany serial Grand Prix, który zastąpił inny schemat rozgrywania MŚ doszedł jednak do niemalowanej ściany i wymaga resetu. Wyrzucono drużynowe mistrzostwa świata, władza żużlowa pod włoskim beretem FIM nie ma koncepcji na ratowanie resztek, sanację, brakuje pomysłu na rozwój, propagowanie wyścigów w nowych destynacjach świata. Pieniądze na naszym rynku zasłaniają czasem świat i rozmieniają rozsądek na drobne. Polska strona ratuje poziom, zatrudnia nie tylko elitę, także młode talenty zagraniczne, chętnie tu przyjeżdżają, zarabiają dobrze. Zamykanie się jednak w swoim domu wcale nie jest korzystne wizjonersko, gdyż wbijanie w pychę zwykle źle się kończy. Nic tak nie uzdrawia, jak konkurencja, niestety Polacy jej prawie nie mają. Gorzej… tracą wzrok i słuch na otoczenie bliższe i dalsze. Co dalej? POLSKA i empty… Konkurencją dla polskiej armii są zaledwie soliści, duety, w tym nadzieje ambitne, lecz speedway światowy a prawdziwie europejski ostał się właściwie polski. Jednorodny gatunek bywa, że znika, kwestia czasu. Fakt mało pocieszający, brakuje wyobraźni “bohaterom” samouwielbienia swojej pseudo doskonałości. Egotyzm nie jest cechą pocieszającą. Ryzykiem upadku.

W skali światowego żużla od 2022 zacznie się nowy ruch, ponieważ dzierżawę FIM – owską obejmie ktoś inny po BSI. Ciekawe co przyniesie novum wokół Eurosportu…

Wracam jednak do kultowych zjawisk, bo one wirują mi ciągle w głowie. Niewątpliwie sensacją było konkurowanie Duńczyków o tron mistrzostw świata, czyli Hansa Nielsena i Erika Gundersena. Ich patron Ole Olsen nieoczekiwanie trzymał stronę małego Erika. Nie wiem, jak potoczyłaby się rywalizacja obu, gdyby nie dramatyczny wypadek w angielskim Bradford Gundersena, który walczył o życie a zdarzyło się w finale drużynowych MŚ. Gunder ocalał, lecz na tor nie wrócił, mieszka w rodzinnym Esbjergu. Strata dla wizerunku speedway’a na świecie dotkliwa. Takich przypadków mamy sporo, speedway jest ekstremalnym sportem, choć wypadki, kontuzje nie tylko sygnujemy na torach. Tragiczne i mniej groźne, różne, tak jest usłane życie w żużlowych zakamarkach naszej rzeczywistości. W Polsce przykre zakończenie kariery miał Tomasz Gollob, który był kultowym zawodnikiem, rozbuchał emocje fanów, narodziła się gollobomania, rodacy jeździli tam, gdzie startował, w liczbie, która dawała pokaźną kasę wszystkim organizatorom. Wypadek na trasie motocrossu w 2017 spowodował u mistrza walkę w innym wymiarze; bitwę o życie i jego funkcje. Los tak chciał? Kultowy zawodnik, który zgromadził wspaniały stos wyścigów, zwycięstw, worki medali – na torach nie tylko w Polsce przecież. Speedway jest uwielbiany za dramaturgię pojedynków na ostrej krawędzi, człowiek dosiada motocykla, nie jest sam decydującym o tym, co może się wydarzyć. Bywa pięknie i bywa przerażająco. Przeżywamy, trwamy, tęsknimy za wyścigami, polski fenomen żużla jest niezrozumiały z powodu tej miłości, niemal ekstazy i nie ma w tym przypadku rozwodów. Pretensjonalne zjawisko? Nie, mamy swoje “komiksy” bez podróbek, świat żużla nie wyobraża sobie dziś życia bez nas, bez polskiego euro.

Ten sport pisze scenariusze, które nie zawsze reżyser – los kontroluje i prowadzi do szczęśliwej mety. Kochamy jednak z dobrodziejstwem zła i dobra, świąteczne dni przypominają nam bumerangowo wydarzenia i nie ma od nich w wolnych chwilach ucieczki. Jest zjawisko kultowe ocieplające serca, bo kiedy się kocha, myśli wirują niemal obsesyjnie i to są nasze fascynujące “gwiezdne wojny”.

Aktorzy, mitomani, normalni

  1. Sportowe upadki są bolesne. Dosłownie. Polski futbol zleciał na łeb i szyję, padło takie określenie z ust prezesa naszej piłki kopanej byle jak, że trener reprezentacji został… zaszczuty. O rany! Kuriozalne określenie obrońcy kolegi. Trener Adam Nawałka jako szef ekipy/ zresztą nie tylko on/ powinien widzieć i wiedzieć wszystko. Jeśli oświadcza na Mundialu, że piłkarze są przygotowani mentalnie, fizycznie bardzo dobrze, to ktoś kłamał. NIE zabiera się zawodnika, który jeśli przewróci się, łapie kontuzję. NIE funduje atrakcyjnego wyjazdu do pracy piłkarza, bo robi dobrą atmosferę. Czy nie lepiej wziąć kabareciarzy? Trener odpowiedzialność, za jedną z największych wpadek polskiego sportu wziął na siebie i nie miał wyboru, bo miliony Polaków zostało zawiedzionych lukrowanymi wypowiedziami, pysznymi zgrupowaniami nad Bałtykiem i w Bieszczadach, gdzie tłumy ludzi przelewały się pod oknami supermenów. Niemiecki “Kicker” napisał, że Robert Lewandowski przypominał bezzębnego wilka w rosyjskim zoo. Ostro, dosadnie. Widzieliśmy. Najgorsze w sporcie jest mydlenie oczu. Trener znaczy wiele; on ustawia zespół, sam chyba wie najlepiej/powinien/, ponieważ czym więcej doradców, tym gorzej. Jeśli nie ma się pomysłu, to posiłkuje mitomanami, którzy chętnie pojadą last minute na każdą wyprawę za cudze pieniądze.
  2. HANS NIELSEN był wybitnym zawodnikiem. Jego mentor OLE OLSEN jeszcze lepszym, gdyż ma zmysł organizacyjno – biznesowy. Obaj jeździli w parze i zdobywali medale. Olsen jest ojcem wielkich sukcesów duńskiego żużla, twórcą stadionu w Vojens, gdzie organizowano finały światowe. Małe miasteczko stało się głośne i znane, duńska reprezentacja zdobywała medale mistrzostw świata a indywidualne glorie pięknej urody łupem Hansa Nielsena, Erika Gundersena, Jana O. Pedersena, Tommy Knudsena, potem Nickiego Pedersena. Duńczycy mieli Ole Olsena, który jak Mojżesz przeprowadzał swoich rodaków od mistrzostwa do mistrzostwa, od medalu do medalu. Po zakończeniu bogatej kariery zajął się dyrektorowaniem serialu Grand Prix. Ile można być w napięciu a młodość ucieka? Olsen, owszem krzepko się trzyma a jego sukcesorem na arenie międynarodowej został młodszy syn Torben. Nie sądzę, żeby był lepszym od ojca jako działacz – urzędnik, ojciec jest żywotnym przykładem człowieka znającego od podszewki tajemnice żużlowego rzemiosła z instynktem wyłapywania myśli wirujących pomiędzy motorami. Duńczyków prowadził przez jakiś czas poturbowany przez los Erik Gundersen, wielokrotny mistrz świata z Esbjergu, jednak nie dał chłopina rady, podobnie jak starszy syn Olsena Jacob, który jeździł na żużlu, acz bez sukcesów. Nie zawsze syn jedzie śladem ojca w wymiarze o jakim marzą rodzice. Duńczycy zostali wyraźnie osieroceni trenersko, menedżersko po odejściu Ole Olsena.

Od jakiegoś czasu teamem narodowym Danii zajmuje się ze spokojem na twarzy Hans Nielsen. Chyba ma problemy, męczy się, nie ma wyczucia zmian, nie potrafi przekazać zespołowi “gry” i bywa bezradny. Nie można mieć do niego pretensji, taki jest. Duńczycy powinni poszukać nie tyle sławnego, co czytelnego menago dla reprezentacji. Czyli co? Szkoleniowiec wielkie słowo a jeszcze darem intuicja. Osamotnieni zawodnicy często gubią w ogniu walki pomysł, bez podpowiedzi tracą koncepcję. Ot, co. A decyzje na chłopski rozum muszą być trafnie podejmowane natychmiast.

  1. Debiutującym piłkarzem młodego pokolenia na Mundialu był zawodnik niegdyś poznańskiego Lecha, teraz Sampdorii Genua. 21 lat, talent, ambitny, nie zepsuty zgniłym światem piłkarskich wygórowanych kontraktów, DAWID KOWNACKI urodził się w Gorzowie i uwielbia speedway, jak futbolówkę. Rzadka przypadłość. Kownacki na Mundialu skromnie zrobił co mu kazano, wprawdzie nie za dużo mu polecono a szkoda. On jednak nie stracił zębów, inni szybko. Kownacki wrócił po MŚ do Polski i nie wyjechał na plaże Jamajki. Był dwa dni po powrocie już przy motocyklach żużlowych. W Ostrowie Wielkopolskim jeździ jego kolega Kamil Brzozowski, który już poznał trochę klubów, obaj znają się, wspierają. Kownacki ma pasję strzelania bramek /pamiętam jak ”szurał” w Lechu, aż kupili go Włosi i cenią/, ale kręci go speedway. Chłopcze zapomnij o bolesnym Mundialu, jeszcze kiedyś zagrasz i na pewno bez butnego nadęcia jakie było udziałem reklamowo – piłkarskiego sztabu szkoleniowego Wielkiej Wyprawy na rosyjski Mundial. Jurata – Arłamów – Soczi – wstyd. Frazesy nie grają. A kto grał? Dostaliśmy mocny pressing.
  2. “Aktorstwo” w sporcie. Bez cudzysłowu. Sport jest grą, wyczynem. Kibice lubią fantazję, walkę od początku do końca. Dużo mówi się o upadkach Duńczyka Nickiego Pedersena, zresztą zawsze o nim się gadało różnie, przede wszystkim jako o rozrabiace na stadionach. A jednak został bez cudów trzykrotnym mistrzem świata. Nicki ma pecha do lansu na swój temat. Jest zawodowcem, wie na czym polega ten sport, nie raz leżał i leczył przykre kontuzje. Jeśli w kolizji bierze udział, to właśnie jemu najczęściej przypisuje sie winę a nie rywalowi. Komentatorzy natychmiast widzą winnego, sędziowie bywają ostrożniejsi. Nicki ma pecha ale czy w wieku 41 lat człowiek bez powodu, symulacyjnie kładzie się na tor? Nicki Pedersen jest człowiekiem impulsywnym, kiedy stres go złamie wyładowuje swoje emocje, energię “sprzedaje” widowiskowo. Kamery TV rejestrują i dobrze, że jeszcze nie ma podsłuchów. Podpatrujmy zatem wszystkich: jak i gdzie się skrobią. Najlepiej w szatniach ku uciesze podglądaczy, którzy publicznie wykrzykują ile mają siły. Ciszej a będzie lepiej.

Brazylijczyk NEYMAR da Silva Santos Junior/ 1992/ jest najdroższym piłkarzem. Paryski Saint Germain kupił go za prawie 37 milionów euro! Kolosalna kwota świadcząca o tym, że finansowo sportowy świat nie zna umiaru a przecież wreszcie musi być tej eskalacji granica. Neymara pilnują goście na boisku jak walizkę złota. Jak nie dają rady kopią po kostkach, depczą lekkie buty i ranią nogi. Neymar jakże często wyje z bólu; brazylijska gwiazda ma świadomość swojej rynkowej ceny i myślę, że czasami przesadza. Z drugiej strony jeśli przeciwnik stanie mocno butem na stopę w “pantoflu”, ból jest straszny z konsekwencjami. To “zjawisko” w innej oczywiście skali dokucza żużlowcom. Sędziowie mają żółte i czerwone kartki, więc karzą i symulantów, i stadionowych gangsterów. SPORT musi być fair – play, oczywiście! Jednak bez talentu, pracy, aktorstwa, fantazji, finezji, doskonałości wykonawców nie istnieje w globalnej wiosce.

Prawdy, fałsze, fantazje: ZAPACH KADZIDŁA

 

“Pomyśl, zanim coś powiesz. Przeczytaj coś, zanim pomyślisz” – napisała znana, kultowa amerykańska pisarka, Fran Lebowitz. I jeszcze jedno na czasie: “wolność jest ważniejsza od bezpieczeństwa”. Do Fran wrócę na koniec felietonu.

No to zaczynam. Koniec roku, początek nowego, jaki był wiemy, a jaki będzie? Przełom? Oby szczęśliwy! Sportowo udany! Szaleństwa sylwestrowe popłyną szampanem, a za kilka dni kolejne święto Trzech Króli. Lubię zapach kadzidła, który unosi się już od świąt, wprawdzie nadmiar kadzenia niektórym nie służy, rzecz w tym, by nie przesadzać, gdyż alergików nie brakuje. Specjalnych alergi osobiście nie mam, uczulenie może na głupotę, która raz po raz gruntuje mnie, że jestem w ojczyźnie. No cóż, kocham ten kraj jaki jest i chyba tak zostanie, bo miłość nie wybiera, zaś uciekający czas umacnia prawdy.

980x

Wydarzeniem w żużlu będzie nie tylko start polskiego kwartetu w indywidualnych mistrzostwach świata ale i finał drużynowych MŚ w Lesznie, nie pierwszy raz i mam nadzieję, że nie ostatni. W przeszłości odbyły się tam prestiżowe turnieje rangi MŚ, finały par i drużynowe, inne. Region jest mocno nasycony zapachem metanolu, tam o żużlu mówi się nie tylko w niedziele. Pamiętam sprzed lat pobyt przed jednym z finałów światowych w przytulnej Rydzynie, skąd z pałacowego hotelu było blisko na stadion. Otóż, kiedy wybrałem się na rekonesans i wstąpiłem na piwo z pobliskiego browaru w Bojanowie, w lokalu zażarcie dyskutowano wyłącznie o żużlu i obstawiano wygranych. Gdyby ktoś nie uszanował tych kibiców, byłby już na progu przegranym. Klimatem uwielbienia dla żużla wielkopolska ziemia emanuje, sport jest tam lubiany a pieniądz tradycyjnie szanowany, choć teraz już nie wszędzie.

Znów odjechałem od meritum, oto pod koniec roku mamy trochę świeżego powietrza w środowisku, które być może z biegiem czasu trochę się odtruje. Trzeba mieć taką nadzieję. Marek Wojaczek, sędzia międzynarodowy, który jeszcze trochę ma do roboty za pulpitem krajowym i zagranicznym znalazł się w Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Jakie będzie miał kompetencje nie wiadomo, w każdym razie jako działacz w tak wysokiej roli debiutuje. Jest rybniczaninem z pochodzenia i ma za sobą sporo lat sędziowania w Polsce i na arenie międzynarodowej. On i opolski Wojciech Grodzki, byli pierwszymi, którzy pojawili się na forum światowym w roli arbitrów, po odejściu toruńskiego sędziego Romana Cheładze. Tenże podniósł poprzeczkę wysoko i polski duet bez kompleksów przyjął wyzwanie. Opolanin Wojciech Grodzki jest synem Andrzeja znanego działacza o renomie międzynarodowej, uznanej, aktywnej, polskiej obecności jako szef GKSŻ a potem wiceprezes PZM. Nadal udziela się na arenie międzynarodowej a jego CV w dziedzinie żużla jest bogate w czynne uczestnictwo imprez najwyższej rangi. Do wspomnianej dwójki sędziów dołączyli z czasem następni ze statusem międzynarodowym i trzeba sie z tego cieszyć, bo posucha przez wiele lat zrobiła swoje, po prostu rynek polski dobrze ćwiczy i uzbraja w doświadczenia. Ligowe mecze, turnieje, w sezonie sporo “ćwiczeń” rozmaitego gatunku uzbraja w rutynę. Marek Wojaczek będzie w GKSŻ drugim sędzią obok Leszka Demskiego, tenże wsławił się projektem nowego tłumika wokół którego było sporo huku. A jeśli chodzi o sekretarzowanie w europejskiej unii, która siedzibę ma w Rzymie, jak mi oświadczono w sezonie jest dużo roboty, którą można jednak realizować sprawnie w domu, w dobie dominującego i szybkiego internetu.

Jedźmy dalej. Kilka tygodni temu poleciało echo, że oto multimedalista mistrzostw świata Duńczyk Hans Nielsen być może obejmie funkcję menedżera częstochowkiego Włókniarza, beniaminka Ekstraligi. Polski rynek szkoleniowy jest mocno zawężony, w zasadzie w żużlu potrzebni są instruktorzy na podstawowym etapie edukacji. Wyszkolenie talentu jest ogromną sztuką a inną czytanie gry i dyrygowanie drużyną, którą może poprowadzić człowiek z intuicją, psychologicznym talentem itp.itd. Nazewnictwo w sporcie żużlowym operujące słowem TRENER jest dwuznaczne. W każdym sporcie nie koniecznie sławny zawodnik może być szkoleniowcem, menedżerem, chodzi głównie o przekaz, o czytanie gry. Wrodzone umiejętności szkoleniowe z wyobraźnią mają wysoką cenę. Nazywam ten walor m. inn. chłopskim rozumem, na co ongiś żachnął się ostro Marek Cieślak, gdy odniosłem ten epitet do niego. Prowadzenie drużyny nie musi być powiązane z extra naukowym cenzusem. Intuicja, miłość do żużla, jego znajomość czynią czasem cuda. Kiedyś namawiałem zawodnika XYZ do zdobycia statusu trenera, ale on mi ze szczerością odpowiedział, że przepisy nie pozwalają, bo “ja mam tylko podstawówkę”. I dalej plącze się w klubie.

SPEEDWAY się zmienia, jeden ze znanych prezesów, już nim nie jest a klub miał we władaniu mistrzowski, powiedział “wie pan, 10 lat temu speedway był inny od dzisiejszego”. Racja, mentalnie otoczenie się zmienia. Siła czasu pokoleniowa. Zawodnicy rosną z roku na rok w innej atmosferze, znajomość języków obcych ruszyła wreszcie z miejsca a było kiedyś bardzo tępo. Wyszkolenie rusza się powoli, zaś talenty przerastają nauczycieli na torze i w warsztacie. Powracając do propozycji z Częstochowy i chęci zaangażowania asa Hansa Nielsena, mam mieszane uczucia. Nie będzie tani, bo nikt ze sław nie lubi “drobnych” a czy potrafi jest zagadką. Kiedyś wrocławianie zatrudnili Duńczyka Tommy Knudsena, transfer zakończył się miernie. W światowym rozrachunku szkolenie zawodników opiera się na dorwaniu talentu, który w pewnym sensie kształci się sam a wszystko co będzie dalej zależy od środowiska i od… niego samego. Nie ma reguł w tym temacie. Żużlowi szkoleniowcy z różnych stron Europy nie spotykają się i nie omawiają co zrobić, żeby było lepiej. Wszystko w biegu od sezonu, do sezonu. A cały świat w różnych branżach wymienia uwagi, zdobywa, nową, cenną wiedzę w szerokim towarzystwie. Wiem ile odbywa się rozmaitych szkoleń na katowickiej AWF, bo nikt nie ma patentu na mądrość. A speedway jest nadal “klubowym domatorem”, często bez kindersztuby, samoukiem, zanikającym w świecie echem angielskiej potęgi, która blaskiem z Wembley próbowała kiedyś ”kopać się” z futbolem. Co nam zostało?

O tym i owym ”pogadamy”, wszak do sezonu sporo czasu, wypierzemy brudy.

Tyle więc mojego migotania serca na początek nowego roku i niech się wszystkim pomyślnie darzy, szczególnie tam, gdzie dobro bierze górę nad złem.

Zacząłem od Fran Lebowitz i kończę jej słowami: “Życie to coś, co przydarza nam się, gdy nie śpimy”.

Prawdy, fałsze fantazje: Przeleciało i wróciło /1/

 

hans-nielsen

Sięgam pamięcią wstecz, jesienne wieczory temu sprzyjają, d ł u g i e wieczory panie i panowie. Każdy sport ma inne obciachy, zdarzenia, które wpadają raz po raz do historii. Piszę ten felieton po sensacyjnym było, nie było, futbolowym remisie 3: 3 warszawskiej Legii z królewskim, madryckim Realem naszpikowanym gwiazdami. I gdyby zebrać pieniądze na murawie, które zgarniają Hiszpanie, to legioniści zostaliby przykryci grubą warstwą. Światowy sport głupieje, bo oto tenisistka wygrywa milion dolarów w ciągu tygodnia, a walijski as z Realu Gareth Bale podpisuje kontrakt i będzie zarabiał 350 tysięcy funtów tygodniowo. Wariactwo. I z jednej strony mamy igrzyska wyśrubowane niebotycznie, z drugiej problemy biednych państw z którymi bogaci tego świata nie mogą sobie poradzić. Sprzeczności targają globem, nie tylko trzęsienia ziemi, które przewracają miasta i grzebią ludzi na amen.

Z trudnych problemów z przyjemnością wjeżdżam w rejon żużlowych wydarzeń. Historia. Ostatni finał indywidualny na Stadionie Śląskim w Chorzowie, rok 1986. Faworytem jest filigranowy Duńczyk ERIK GUNDERSEN, który ma już na koncie dwa tytuły mistrza świata i wygrywa rywalizację ze swoim starszym rodakiem HANSEM NIELSENEM. Cofam jednak czas, STOP, na “Śląski” jeszcze wrócę.

Erik w 1984 roku w Goeteborgu na torze jak beton wygrywa a Hans po barażu z Amerykaninem Lance Kingiem jest wicemistrzem. Przed turniejem w saloniku prasowym na Ullevi coach Duńczyków OLE OLSEN, trzykrotny mistrz świata, który zmontował silną reprezentację zachowuje się bardzo dziwnie i deprecjonuje Hansa, z którym kiedyś startował w parze duńskiego teamu i wyraźnie faworyzuje Erika. “ To on będzie mistrzem świata” mówi Ole dziennikarzom. Na ubitym torze liczy się tylko start i świetny sprzęt. Olsen jest usatysfakcjonowany startami swojego faworyta.

Po duńskiej victorii jest kolejny finał indywidualny MŚ 1985 w angielskim Bradford, odkrytym po stracie/ przebudowa/ londyńskiego Wembley. Okolica piękna, miasto małe, tor czerwony, łuki podniesione, taka beczka cyrkowa, trudno złapać rytm jazdy. Amerykanin Sam Ermolenko wygina się jak “człowiek guma”, podobnie Erik, bo Hans jeździ inaczej, sztywno ale po “wapnie” ostro. Mistrzem zostaje Gundersen, zaś o drugie miejsce znów barażuje Nielsen z SE i wygrywa. Olsen ściska Erika, Hans stoi z boku, jak niechciane/sic!/ dziecko reprezentacji. W kim drzemie większy potencjał ? W obu! Kłopoty bogactwa a Olsen nie potrafi ukryć sympatii tylko do jednego zawodnika. Pytałem go o ten fakt kilka lat później, podczas Grand Prix w Pradze i nie dostałem odpowiedzi. Olsen stawał razem z Nielsenem na podium mistrzostw świata par, gdzieś jednak po drodze coś się zepsuło i pokochane zostało inne, cudowne dziecko duńskiego speedway’a. W Bradford dwaj Duńczycy stoją na podium odwróceni plecami, kuriozalne zdjęcia krążą po gazetach.

No i jest wreszcie wspominany 1986 rok. STADION ŚLĄSKI. W hotelu “ Katowice” spotykam Gundersena i pytam, kto zostanie mistrzem świata. Odpowiada zaaferowany, że on. Wygłupiam się, gdy zadaję to samo pytanie Olsenowi. “Tylko Erik”… A poważny jak zwykle Nielsen oświadcza, że kto będzie najlepszy okaże się po turnieju. Silna reprezentacja Danii ma jeszcze jednego asa TOMMY KNUDSENA/ rocznik1961/, spokojnego poza torem blondynka, który potrafi pojechać ostro i ma ambicje zwyciestw ostatecznych. Kilku faworytów a złoto czeka tylko na jednego. Jazdy rozgrzewają fanów, sędziuje doświadczony arbiter Christer Bergstroem z Norrkopingu, gdzie nb. lokuje się szwedzka federacja SVEMO. W szesnastce startujących jest Polak z nominacji gospodarza imprezy, RYSZARD DOŁOMISIEWICZ/ rocznik 1966/. Władze macierzystej, bydgoskiej Polonii zabezpieczają po trudach włoski silnik GM. “ Dołek” ma Jawę, zajmuje ostatecznie 11 miejsce z 6 punktami a przed nim… Gundersen z 7 pkt., ogromna sensacja! W tym turnieju zwycięża opanowany Nielsen, przed swoim rodakiem małym, jak “Gunder”, JANEM O. PEDERSENEM/. Nie ma tym razem barażu, trzeci jest Anglik KELVIN TATUM, którego mama mocno wyściskała w Chorzowie. Był jeszcze jeden syn, Neil/ w okularach/, który nie miał jednak takiej bożej iskry do żużla jak starszy brat Kelvin, który dziś jest komentatorem angielskiej telewizji SKY. Po turnieju szok, bo dziesiąte miejsce Erika było mało wytłumaczalne. Dyskutowano jeszcze o dynamicznym wywiezieniu po starcie Knudsena przez Nielsena w bandę i kontrowersyjnym wykluczeniu TK przez sędziego. Ostatni finał na “ Śląskim” miał przebieg dramatyczny; mocno zdeterminowany Nielsen zwyciężył bezpardonowo. Dziewczyna mistrza świata Suzanne, sympatyczna blondynka była uradowana, zaś Helle dziewczyna przegranego zasmucona i nie bardzo wiedziała co robić. Podobnie jej adorator, zapytany przeze mnie w hotelu o nowego mistrza, odpowiada krótko… “a kto to jest Nielsen?”. Kabaret. Finał został zapisany w historii nie tylko jako ostatni na chorzowskim stadionie w takiej formule, bo jeszcze na początku nowego wieku mieliśmy dwa turnieje Grand Prix zorganizowane przez bydgoską Polonię, ponieważ nikt na Śląsku nie podjął się przygotowania takiej imprezy. Wstyd. A przecież na tym obiekcie odbyły się wspaniale zorganizowane finały światowe a pierwszy/ 100 tysięcy widzów/ przyniósł historyczne zwycięstwo Jerzego Szczakiela w 1973 roku. Opolanin długo przetrwał jako pierwszy Polak z indywidualnym złotem, aż do roku 2010, kiedy Tomasz Gollob we włoskim Terrenzano zdobył mistrzostwo świata. Nie każdy ma taką fantazję, jak duński mistrz z Chorzowa, który kupił w Anglii, czarnego konia i nazwał go… “ Śląski”. Sympatyczna decyzja i szkoda, że nikt nie pomyślał, żeby potem odkupić konia, przewieźć na Śląsk a chorzowski policjant, na terenie parku wokół stadionu, dosiadał konia żużlowego asa, który pod koniec kariery był nazywany profesorem z Oxfordu. Yes!

Każde “bajki” mają swoje zakończenie, lecz absolutnie nie historia Hansa z Brovst. Oto w sentymentalnie urokliwym holenderskim Amsterdamie, gdzie kanały przecinają miasto, ponadto robi się znakomite, żółte sery nie tylko Gouda i Ementaler, jest okazałe muzeum Van Gogha i stary dom Rembrandta, zaś w tzw. czerwonej dzielnicy rozpusty w oknach wystawowych kuszą turystów z całego świata panie też z całego globu, urządzono w 1987 roku po raz pierwszy/ i ostatni/ dwudniowy finał indywidualny MŚ! AMSTERDAM jest miastem ” kolonialnym”, barwnym, pełnym życia, no i są tam nie tylko słynne sklepy jubilerskie z diamentami, kultowe knajpy i rozbrzmiewa super muzyka, tam można znaleźć zawsze coś wyjątkowego a holenderskie wiatraki ujrzeć za miastem. /cdn/

Hans ujeżdżał konia “Śląski”

 

Zrzut ekranu 2015-12-29 o 08.24.36

Mamy 2016 rok, nowy. 30 lat temu na Stadionie Śląskim w Chorzowie 29 sierpnia rozegrano indywidualny finał mistrzostw świata. Rok 1986, ostatni finał światowy na tym stadionie, który w swoim debiucie w 1973 roku zadziwił świat ponad 100 tysięczną widownią a Polaków ucieszył złotym medalem Jerzego Szczakiela. W gronie 16 uczestników jest bydgoszczanin Ryszard Dołomisiewicz, rokujący nadzieje. Polonia Bydgoszcz dokłada wszelkich starań aby ich zawodnik miał extra sprzęt. Klub mundurowy, policyjny /wówczas milicyjny/ w swojej historii ma na koncie sukcesy indywidualne, drużynowe. Talentów na Pomorzu nie brakuje a tradycja Polonii odbija się z wyobraźnią na współczesność. Podpułkownikowy prezes klubu, chce by Dołomisiewicz zwany “Dołkiem,” wychowanek Polonii, chłopak z maturą, wystartował na włoskim GM. Mecenat jest sprawny, “ Dołek” mniej. W gronie 16 uczestników jest koalicja Duńczyków z Erikiem Gundersenem, faworyzowanym przez Ole Olsena, mentora reprezentacji. Erik w 1984 roku na Ullevi w Goeteborgu na twardym torze, gdzie wyłącznie decydował start, zdobył mistrzostwo świata. Jego rodak, rówieśnik Hans był przegrany/II/, choć lepszy. Nikt nie rozumie zachowania Olsena, który startował ongiś w parze z Hansem, że stawia bezceremonialnie na Erika. Głupio to wygląda, lecz prawda nie jest klockami Lego. Do Chorzowa obok Erika i Hansa przyjechali Tommy Knudsen, sympatyczny młodzieniec o niewinnej twarzy, który potrafi pojechać ostro i jest mały, zwinny jak lisek Jan Ove Pedersen. Trwa obstawianie typów, Erik prowadzi. Sędziuje szwedzki arbiter Christer Bergstroem, opanowany, późniejszy działacz Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Nielsen spięty, grzebie przy motocyklach JO Pedersen, Gundersena kokietuje Olsen a Knudsen chce ograć rodaków. Polscy fani liczą na agresywny debiut Dołomisiewicza, który nie kryje ambicji wjazdu w okolice podium.

W bezpośrednim pojedynku Nielsen “wywozi” Knudsena i sędzia kontrowersyjnie bierze stronę Hansa. Wysoki Duńczyk punktuje równo, Erik traci grunt pod nogami, Jan Ove robi swoje. Mistrzem świata po raz pierwszy w karierze zostaje Nielsen, drugi jest Pedersen a trzeci Anglik Kelvin Tatum, którego matka jest w Chorzowie i tak szczęśliwa, jakby dopiero co urodziła Kelvina. Gundersen ma 7 pkt i jest dopiero dziesiąty, za nim po ambitnej walce z 6 pkt Ryszard Dołomisiewicz. Niebiescy mundurowi znad Brdy niby zadowoleni, acz nie do końca, bo liczyli na więcej. “Nie matura a chęć szczera zrobią z ciebie oficera” krąży mi po głowie. Dołomisiewicz był dobrym ligowym zawodnikiem.

W hotelu “Katowice” Erik zapytany przeze mnie o nowego mistrza świata odpowiada   “a kto to jest Nielsen?”. Wyraźnie zszokowany, nie wie co się stało ale wie dobrze Olsen i już liczy na odwet. Trochę poczeka. Knudsen był poirytowany i zły na sędziego a Hans Nielsen skromnie zadowolony i marzący o następnych tytułach MŚ. Wywalczył jeszcze trzy, już za rok w Amsterdamie, dwudniowym finale, który sędziował Roman Cheładze. W 1988 roku w duńskim Vojens Erik/ po barażu z HN/ odkuł się z Olsenem na Hansie ale ten w 1989 roku na olimpijskim stadionie w Monachium znów był najszybszy. Potem w pierwszej edycji/ popierał nowy projekt/ serialu Grand Prix Nielsen został po raz czwarty mistrzem świata.

W swojej bogatej karierze Hans Hollen Nielsen urodzony w Arentsminde, mieścinie obok Brovst 26 grudnia w 1959 roku, był 22 razy mistrzem świata. Jeszcze 11 razy z drużyną Danii i 7 razy złotym medalistą w MŚ par. Szafa medali! Był 3 razy mistrzem Wielkiej Brytanii, 5 razy mistrzem Danii.

Był eleganckim, bardzo skutecznym zawodnikiem, emanującym spokojem, lecz kiedy wsiadał na motocykl był inny, sprinterski na starcie i potrafiący ostro pojechać po “wapnie”, wtrącić się w “grupę” agresywnie i być skutecznym na mecie.

Rozmawiałem z nim wielokrotnie, bywałem na turniejach i meczach z jego udziałem. Ostatni raz trzy lata temu w Lublinie, gdzie zaprosili go działacze jako byłego zawodnika Motoru. To tam w 1990 roku było wielkie święto, kiedy mistrz Hans wystartował w polskiej lidze i przegrał w premierze z rybniczaninem Eugeniuszem Skupieniem. Jak wspomina były sędzia a opiekun i przyjaciel Duńczyka Jerzy Kaczmarek, Hans pojechał ostrożnie, bo “zdawał sobie sprawę jak bezpardonowo wygląda ligowa jazda made in Poland”.

Hans jeździł na motocyklu od małego, ścigał się ojciec i brat/ Henrik/, miał trzech braci i trzy siostry. W 1977 roku wystartował w lidze angielskiej w Wolverhampton, potem przenosił się kolejno do Birmingham, Oxfordu/ spędził tam 9 lat/ i Coventry. W Motorze, do którego przywiózł go wspominany Jerzy Kaczmarek startował cztery sezony, w 1994 pojawił się w Pile i razem z tym zespołem, który był rewelacją, zaliczył duże sukcesy. Obok niego jeździł inteligentny Rafał Dobrucki a podpatrywał młody i pojętny Jarosław Hampel. Był uwielbiany w Pile, którą sławił na świecie jako spełniony zawodnik, imponujący wiedzą jak… “profesor z Oxfordu”. Wielką fanką była blondwłosa panna Susanne, która została życiową partnerką mistrza z Arentsminde i urodziła córkę Daisy oraz syna Daniela. Kiedy Duńczyk, multimedalista mistrzostw świata kończył karierę płakała Piła i nie tylko, a za osiągnięcia dla polskiego żużla otrzymał Krzyż Kawalerski od prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Rzadkie uhonorowanie zagranicznego sportowca, dlatego Duńczyk nie krył wzruszenia i… zażenowania, wszak spotkał go większy splendor w Polsce, niż w ojczyźnie. Hałdę prezentów trudno było ogarnąć.

Mamy 2016 rok a 30 lat temu w Chorzowie Hans Nielsen był najbardziej uradowanym żużlowcem świata. W Anglii kupił konia i nazwał go na cześć pierwszego tytułu MŚ po prostu “Śląski”.

Pierwszy tytuł indywidualnego mistrza świata został zdobyty przez Nielsena na przekór Olsenowi i do dziś nie poznałem tej tajemnicy. Dlaczego Ole faworyzował w drużynie Erika, którego potem los nie oszczędził po upadku w finale DMŚ w 1989 roku na stadionie Odsal w Bradford i filigranowy geniusz z Esbjergu zakończył karierę /podobnie los potraktował solidnego Jana Ove Pedersena a niewinnie wyglądający Tommy Knudsen miał kłopoty z kręgami/. Duńska, wspaniała, medalowa fregata rozleciała się jak szalupa na oceanie. A zaczęło się kiedyś w 1978 roku w bawarskim Landshut, kiedy Duńczycy zdobyli drużynowe złoto z Ole Olsenem/ 10 pkt/, Nielsen 11 pkt, a Gundersena nie było. Pamiętam jeszcze ich wielki triumf w 1984 w DMŚ w Lesznie już pod wodzą Olsena/ Gundersen 12, Nielsen 11…/. Było, minęło, ale, ale jeszcze trochę historii.

Został po dramatach “rozbitek” Hans Nielsen, którego wiosną 26 lat temu w Lublinie witały tłumy. To była sensacja na miarę podobnej jakby teraz w futbolowej Legii Warszawa zagrał Leo Messi. Były kwiaty, owacje i początek zagranicznych transferów w polskiej lidze. Polscy żużlowcy zostali w tyle, lecz rozkręcała się era Tomasza Golloba.

Jakoś przy innych wydarzeniach nielsenowych zagubił się zakup konia i nadanie mu nazwy śląskiego stadionu. O ile pamiętam to był ładny, czarny koń… choć Hans Nielsen startując w Chorzowie nie był “czarnym koniem”. Zrobił efektowny wykład na torze jak profesor z Oxfordu, z zimną kalkulacją Skandynawa, który wie, gdzie dojechać w karierze na świecie. A w polskiej lidze okazał się żużlowym noblistą, zawodowcem, sprytnym jak Bond, precyzyjnym i do bólu regularnym, jak markowy zegarek.

c.d.n. ale nie tyle o Hansie, co transformacji indywidualnych mistrzostw świata i Holendrach, którzy wywrócili żużlowy świat; zapraszam więc do lektury kolejnego felietonu pt. “Tulipany nie są wieczne, więdną”.

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Kulisy dramatycznego roku 1992 cz. 2: Odjazd duńskiego królewicza JOP

Fatalnie dla żużlowego świata zaczął się rok 1992, oto wpierw na początku stycznia dociera tragiczna wiadomość o zabójstwie  Edwarda Jancarza w Gorzowie Wlkp. a jeszcze w tym samym miesiącu w Australii gruchocze kręgosłup rewelacyjny Todd Wiltshire. Dwie różne gwiazdy, dwa diametralnie inne wydarzenia. Zbrodnia i wypadek. Wiąże te zdarzenia szok i złe wróżby dla speedway’a.

Eddy Jancarz

***

Zaczyna się po wstrząsach nowy sezon 92 i z Antypodów wracają żużlowcy do Europy, rozpoczynają się rozgrywki ligowe i eliminacje MŚ.

Tytułu mistrza świata w jeździe solowej broni duński mikrus Jan Osvald Pedersen. Zdobył ten tytuł na torze Ullevi w Goeteborgu w 1991 bezapelacyjnie, z kompeletem punktów. Start i odjazd do mety bez żadnych przeszkód. Nie mógł go dogonić szwedzki talent Tony Rickardsson, który wjeżdżał na orbitę mistrzostw świata. Oto J.O.P miał 15 pkt, TR 12 pkt, zaś o trzecie miejsce ścigali się w barażu Duńczycy Hans Nielsen i Tommy Knudsen, bardziej przebiegły był ten pierwszy i zgarnął brązowy medal. Zanim do tego doszło na poznańskim Golęcinie w środku lata 1991 roku w finale mistrzostw świata par Duńczycy zdobyli złoty medal w składzie: Jan O. Pedersen/14/, Hans Nielsen/14/, Tommy Knudsen nie startował, za nimi byli Szwedzi, potem Norwegowie co było rewelcją/ jeszcze nie jeździł Rune Holta, tylko błyskotliwy i elegancki Lars Gunnestad/. Niestety w tym finale Polacy/Ryszard Dołomisiewicz, Piotr Świst i Wojciech Załuski/ mimo własnego toru zajęli ostatnie miejsce. Kompletna klapa.

Wracam do duńskiego królewicza JOP, który w roku 1991 w Vojens przed swoją publicznością razem z kolegami z reprezentacji wywalczył złoty medal w finale drużynowych mistrzostw świata. Duńczycy zdeklasowali wtedy rywali, JOP był najlepszy, choć Hans Nielsen był przecież perfekcyjny, mały Pedersen wyrósł na godego następcę też małego Erika Gundersena, którego kontuzja wyeliminowała z jazd na torach, po dramatycznym wypadku w Bradford w finale DMŚ w 1989 roku. Pedersen został mistrzem Danii w 1991. Zwycięstwo goniło zwycięstwo, sypały się złociste medale.

Jan O. Pedersen WF 1991

Trzy złote medale Pedersena w 1991 roku windowały go na szczyt i rokowały piękną karierę. Dwa kluby polskie biły się o jego starty w sezonie 1992, padały wysokie kwoty, ostatecznie Niemyjski z Rybnika przebił Morawskiego z Zielonej Góry. Walka była ostra i żużlowy światek żył na przednówku nie tylko dramatycznymi wydarzeniami ze stycznia 1992 ale i „chorymi“ ambicjami nuworyszy polskiego biznesu.

Życie potrafi jednak platać figle okrutne i jak się okazało pokiereszowało plany rybnickiego klubu za duże pieniądze. Fartu nie kupi się za żadne pieniądze.

Po wypadku Erika Gundersena asa duńskiej reprezentacji, coraz bardziej wyrastającego na arcymistrza Hansa Nielsena, nieobliczalnego Tommy Knudsena, w towarzystwie Ole Olsena, Jan O. Pedersen był królewiczem nie z bajki, lecz rzeczywistym faworytem  potrafiącym na szybkim motocyklu zdobywać punkty dające mu wysokie pozycje.

Tak było w 1991 roku i nic nie zapowiadało kolejnego dramatu, bo przecież duńska armada doznała już gorzkiego doświadczenia z Gundersenem.

Sporty ekstremalne żyją niepewnością jutra. Czy ktoś mógł przeczuwać, co stanie się z Australijczykiem Leighiem Adamsem w roku 2011, kiedy zakończył już bogatą karierę? Był zawodnikiem doświadczonym i chciał jeszcze pokazać na co go stać poza żużlem. Nagle stało się najgorsze i Adams musi korzystać z pomocy wózka inwalidzkiego, bo obrażenia jakich doznał okazały się bardzo groźne. Próbuje wrócić do sprawności, rehabilituje się w USA, walczy z determinacją jak na torze a przyszłość pokaże czy los okaże Adamsowi litość.

Trudny przypadek, nie pierwszy i nie ostatni, żużlowcy w jednej sekundzie mogą stracić to, co jest w życiu cenne lub najcenniejsze. Prawdy bywają okrutne a życie bezlitosne.

Zaczyna się sezon 1992. Wiosna, polska liga tradycyjnie bywa różna, w Rybniku mają w zespole asa nad asami. Roman Niemyjski, który pompował wtedy w klub ambicje i pieniądze dopiął swego i wygrał rywalizację o duńskiego królewicza z zielonogórskim biznesmenem leśnego runa i żużlowego podwórka Zbigniewem Morawskim, który urządzał niezłe fajerwerki w Grodzie Bachusa. Rybniczanie mieli nadzieję, że duński królewicz poprowadzi klub do zwycięstw.

Los jest przewrotny i nigdy nie zasypia, zdradliwie czuwa i atakuje zza winkla.

Jan Osvald Pedersen urodził się w środku Półwyspu Jutlandzkiego w Middelfart w 1962 roku w listopadzie. Zaczął jeździć w Fjelsted, znanym klubie, byłem tam owszem i mam dobre wspomnienia z młodzieżową reprezentacją Polski; to był okres tradycyjnych czwórmeczów juniorów Skandynawii, Polski, Niemiec. W Anglii JOP zaczynał bardzo dobrze, bo w Cradley Heath/ 338 m/ naszpikowanym zawsze gwiazdami pod okiem Colina Pratta. Pedersen miał w CH znakomite towarzystwo. Przylepiony do motocykla balansował na nim umiejętnie i potrafił wykorzystać moc silnika. „Brylant“ ubrany na biało, zwykle uśmiechnięty.

XXX

W zabytkowym Viborgu, w środkowej Danii, między Randers a Holstebro, kilkanaście kilometrów od Hjarbeak Fjord mamy 15 maja 1992 roku tragiczny wypadek. Agencje rozsyłają dramatyczne depesze, Jan O. Pedersen ulega groźnej kontuzji i nie wiadomo, czy wróci na tor. Mistrz świata uszkodził kręgosłup i jego sportowa przyszłość stoi pod dużym znakiem zapytania. Kolejny szok. Kruszy się duńska potęga. Speedway znów jest okaleczony.

Trwa walka 30 – letniego królewicza o powrót do rzeczywistości. Uraz okazuje się silniejszy. JOP chodzi, nie wraca na tor i kończy nieszczęśliwie karierę. Zajmuje się samochodową branżą, spotykam go w Vojens, w kurtce Castrola uśmiechnięty, choć za tym uśmiechem jakbym dostrzegł żal, że kariera została tak brutalnie przerwana przez złowrogi los, który niestety nigdy nie zasypia. O tym żużlowy świat zawsze pamięta.