Hans, Erik i Ole?

Duński trzykrotny mistrz świata Ole Olsen zbudował potęgę żużlową w skali globalnej. Był konsekwentnym zawodnikiem urodzonym na południu Półwyspu Jutlandzkiego w Haderslev, tam jego ojcowizna w małym domu. Miasteczko sielskie, anielskie i lubiłem przesiadywać na brzegu kameralnej mariny. Jest tam też hotel „Norden”, przez dłuższy czas stała w hallu pozłacana Jawa, którą Olsen dostał od Czechów za starty i zwycięstwa w pardubickiej “Zlatej Prilbie”, kultowych zawodach organizowanych od lat kilkudziesięciu. Pardubice mają speedway, ale odbywały się tam sławne gonitwy koni z przeszkodami, na których było mnóstwo „rzezi” pędzących zwierząt. Parcours i stadion żużlowy są w pobliżu siebie, lokalizacja Svitków. Ole Olsen otrzymał Jawę, był jeźdcem fabrycznym, nadto zapalonym myśliwym i tak mu zostało. Ole wybudował pod koniec swojej kariery w pobliżu rodzinnego Haderslev – w Vojens stadion, na którym rozgrywano zacięte/ taki tor/ zawody rangi mistrzostw świata.

Sporo w karierze startował z młodym Hansem Nielsenem z Brovst i razem zdobywali medale, w tym złote. Styl obu zawodników podobny. Team duński pod wodzą Olsena (ur. 1946 r.) wjechał na szczyt mistrzostw świata, drużynowi czempioni, młode talenty, pojawił się nagle mały wzrostem, „brylantowy” Erik Gundersen z Esbjergu, urokliwej miejscowości niedaleko słynnego Legolandu. Fantastyczny jest ten zakątek Danii. W 1984 roku w Goeteborgu na Ullevi Erik zdobył na bardzo twardym, nudnym torze mistrzostwo świata. Drugi był Hans Nielsen po dogrywce z Amerykaninem Lance Kingiem. Tam na Ullevi można było gołym dostrzec fascynację Olsena – Erikiem. Hans, jakby go nie było dla coacha duńskiego teamu. Dziwne diabelnie. Olsena poznałem towarzysko, przyjaźnimy się do dziś. Coś jednak zaszło, że dla super mistrza Nielsen przestał istnieć. Zagadka, nie zgłębiona do dziś; pytałem obu, wymijająco, pospiesznie odpowiadali, elegancko, bez tła. Męska gra? Aż tak?

Rok po turnieju w Goeteborgu, w angielskim Bradford, gdzie za kilka lat Erik miał ciężką kontuzję w finale drużynowych mistrzostw świata, cudem przeżył i musiał zakończyć bujną karierę. Mieszka w rodzinnym Esbjergu, miasteczko jak bombonierka. W Bradford na stadionie Odsal Gundersen w 1985 roku wygrał, drugi znów Hans, stali na podium nie patrząc na siebie. Zagadka trwała, podsycała ciekawość. Trzeci był Amerykanin Sam Ermolenko, żużlowiec guma a o kolejności na podium zadecydował dodatkowy wyścig.

No i mamy kolejny (1986) finał indywidualny, na Stadionie Śląskim w Chorzowie, jak się okazało ostatni z serii MŚ na tym obiekcie, szkoda. Latem do Katowic na trening przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Janem Osvaldem Pedersenem, pamiętam sierpień, szybki przyjazd 3 dni i odjazd. Hansa nie ma, nie ma też solidnego, inteligentnego Tommy Knudsena. Ciekawe, prawda?

Finał. Hans wywozi Knudsena poza tor, sędziuje Szwed Christer Bergstrem. Trwa bój. Determinacja absolutna Hansa; chce wygrać, jeździ jak ongiś Olsen na Wembley w Londynie; pamiętam taki finał w 1978 roku, gdzie wygrał cudownie, a ozdobą przy nim była wtedy miss świata niebieskooka Mary Stavin, żona mistrza, Ulla też była przy podium. Dygresja i wracam na Śląsk, oto drugi jest Jan O. Pedersen, świetny technik, potem także z przerwaną karierą po groźnym wypadku. Trzeci sympatyczny Anglik Kelvin Tatum, był z bratem i mamą. Odniósł sukces życiowy, komentuje obecnie dla brytyjskiej stacji TV. A gdzie jest Erik Gundersen? Piąty Kundsen, który marzył o podium (niesłusznie wykluczony moim zdaniem), a dziesiąty dopiero ERIK! Sensacja. Pogrom, tylko 7 punktów. Spotykam go po zawodach w hotelu “Katowice” razem z żoną Hellą, zdezorientowany kompletnie, wprost zszokowany, pytam co się stało, że przegrał a złoty medal wywalczył Hans Nielsen… Erik mówi cudacznie: „a kto to jest Nielsen?” Finał zadbany przez Hansa, przypilnowany przez Olsena, faworyt z porażką. Jakaś zadra wierci dziurę, o co chodzi? Nie ma odpowiedzi…

Za rok finał IMŚ niecodzienny, na historycznym stadionie olimpijskim w Amsterdamie – pierwszy i ostatni w takiej formule dwudniowej batalii. Ciepła jesień, lecą liście, miasto z kompletem turystów, gorzej na stadionie a sędziuje po raz pierwszy Polak Roman Cheładze. Wygrywa Hans, za nim “Gunder”. Trwa tasowanie dalej. W 1988 roku finał w Vojens już na torze Ole Olsena, rywalizacja tam nie jest grą w dziada, absolutnie i nie ma cudów, bo Erik Gundersen powraca na tor, za jego plecami cień Hansa Nielsena, a boss Ole Olsen usatysfakcjonowany, złoto ulubieńca i komplet fanów. W 1979 roku, przypominam sobie finał MŚ par, właśnie tam czerwcową porą… Ole startował z Hansem zdobyli złoto, brąz dla Edwarda Jancarza i Zenona Plecha!

1988 rok dla Erika, a następny 1989 finał IMŚ w Monachium na olimpijskiej arenie i Hans znów pierwszy, Erik czwarty. Raz niebo, raz piekło, czyśćca nie ma. Gdzieś między dwoma Duńczykami zawieszony ich rodak boss Olsen. To wszystko tajemnicze i wcale nie było… ole! Raczej jak mówią Hiszpanie ola! Hej, zapewniam, to jedna ze sportowych zagadek, gdzie charaktery rozminęły się niczym ptaki na niebie.

F. Tommy Knudsen, Hans Nielsen, Bo Petersen, Erik Gundersen i mój serdeczny kolega Ole Olsen.

Madsen, lew

Lubię Danię, kieszonkowy kraj, ładny, zadbany, wciśnięty w morza, w małym, kolorowym Esbjergu, gdzie urodził się Erik Gundersen jedna z ikon żużlowych świata,  jest możliwy wyjazd autem przez plażę kilometr do wody, zimnej, piasek wciska się w szpary samochodu, ziarenka wypadają jak śruby na autostradzie. Plaża, auta, wydmy i słomiane dachy, nastrój filmowy i brakuje tylko Jane Fondy i pięknych narowistych koni. Poniosło mnie znów? O nie, moje poznanie Danii zaczęło się dawno temu od Haderslev, Vojens i Ole Olsena. Końcówka lat siedemdziesiątych, to erupcja talentów duńskich pod wodzą Olsena, trzykrotnego mistrza świata, urodzonego w cichym Haderselv, gdzie kaczki na stawie przed hotelem Norden pływają majestatycznie. A dalej port i marina, żaglówki wpływające, wypływające. Pachnie świeżością, piwo Tuborg w przystani smakuje wybornie. I jest w Danii takie miasto Vejle, kiedyś byłem i może jeszcze odwiedzę. Żużlowe królestwo duńskich władców obejmuje Jutlandię i było w latach osiemdziesiątych na ustach koneserów. Olsen prowadził swoich następców, jak kiedyś Mojżesz przez Morze Czerwone. Złote medale zbierali do worka, indywidualnie, drużynowo, parami też. Mali chłopcy ścigali się na mini torach i mieli frajdę, pyszną zabawę ze skutkami, gdy zaczęli uprawiać sport dojrzały. Każda hossa ma potknięcia, bessy wkalkulowane są w giełdy, w życie. Wypadki na żużlu wytrącają z rytmu, wstrzymują sukcesy, nie dają poszaleć wodzie sodowej. Danię nie ominęły dramaty, lecz pozostał smak żużlowej przygody. Jak nie Erik Gundersen, Hans Nielsen, Jan Ove Pedersen, Tommy Knudsen to Nicki Pedersen, który nie jest lirycznym spadkobiercą chwały duńskiego speedway’a. On wie jak tyrknąć tylnym kołem, ile zostawić miejsca przy bandzie albo nie zostawić wcale. Sport jest walką, obojętnie czy pchasz kulę, czy pędzisz na motocyklu. Albo kopiesz piłkę. Dania mały kraj ale usportowiony. No i ten speedway podsycany z końcem lat siedemdziesiątych w Vojens przez Olsena, który razem z Aage Sondergardem wybudował stadion i organizował światowe turnieje. Miasto nijakie ale stadion stricte żużlowy, wymyślony na potrzeby tego sportu. Made in Denmark. Speedway i goście odmienili miasto, zaczęło ono inaczej  pulsować życiem gospodarczym, nie tak za wiele a jednak. Nazwisko Olsen jest popularne w Danii, ale dodając imię i lokując je w sporcie znaczy legendę, która wyniosła speedway na podium rangi światowej bardzo znacząco. Ole!

W polskim żużlu startowało i jeździ wielu Duńczyków. Z rozmaitym skutkiem, w wieku różnym, lecz trudno sobie wyobrazić gdyby ich zabrakło na naszym rynku. Chyba Hans

Nielsen odcisnął swoje jazdy w pamięci naszych kibiców najbardziej…  Pierwszy, od Lublina po Piłę…  A jak jest dziś? Nie będę penetrował, jeden gość od jakiegoś czasu intryguje środowisko i jest nazywany przez pewien portal najlepszym złodziejem startów. Z tymi startami moim zdaniem jest afera, bo karze się zawodników za refleks. Paradoks.

LEON MADSEN urodził się w ponad 100 tysięcznym Vejle, “bombonierkowym” mieście duńskim. Pół godziny stamtąd do szaleństw w królestwie klocków LEGO w Billund. Lego jest magicznym towarzyszem zabaw dzieci na całym świecie. Madsen jest samodzielnym liderem w indywidualnych mistrzostwach świata, ma kilka punktów przewagi nad rywalami, Bartoszem Zmarzlikiem a następna edycja Grand Prix w niemieckim Teterowie. Duńczyk, nie za wysoki, jeździł w kilku polskich klubach/ od 2006/, teraz zakotwiczył się w częstochowskim Włókniarzu pod nadzorem trenerskim Marka Cieślaka. Obaj mają podobne hobby – jazdy na rowerach. Idolem LM jest Erik Gundersen. Nie dziwię się wcale.

Przy pechowej kontuzji trzykrotnego mistrza świata Anglika Tai’a Woffindena, rywale uzyskali szansę na podium. Leon może nie jeździ aż tak efektownie ale efektywnie. Ma extra refleks, niestety, co jest atutem w żużlu bywa obecnie skrupulatnie śledzone i karane. Leon potrafi walczyć, gdy przegra start. Szybki i uśmiechnięty.

Rodzinne Vejle jest nad morzem, ma śliczną marinę i uliczki do spacerów romantycznych, ciekawą architekturę i przykłady, że warto dbać o ekologię na tym świecie. Madsen pokochał Polskę, która zawodowo go zatrudnia w Ekstralidze, miłość ma różne oblicza, jazdy na torach to jedna bajka a druga jest taka, że osiadł w kaszubskim Wejcherowie, o połowę mniejszym od Vejle. Tam założył rodzinę z Magdaleną i cieszą się kilkumiesięczną córeczką Mariką. Wszystko wskazuje, że Madsen nauczy się polskiego a córka nadto duńskiego. Duńczyk ma szansę w wieku 31 lat być mistrzem świata, choć walka będzie zacięta aż do październikowego/ 5/ finału serialu GP w Toruniu, zatem jeszcze cztery turnieje i podium tegorocznych mistrzostw świata rozświetlą fajerwerki. Gdyby tak się stało, Duńczycy nawiążą do przebogatej tradycji medalowej. Rok temu na Stadionie Śląskim Madsen został mistrzem Europy, może powtórzyć z końcem września ten sukces. No a w Ekstralidze Włókniarz walczy o najwyższą pulę, trudna przeprawa, w sporcie wszystko możliwe, jeśli się uda, Duńczyk będzie miał wkład wielki a Magdalena okazję do negocjacji z prezesem Michałem Świącikiem na nowych warunkach. Jeszcze kilka tygodni emocji i zrobi się jasno. Cieszy, że narodziła się kolejna para z szyldem Polska – Dania.

A propos zawodników z Półwyspu Jutlandzkiego w lubelskim Motorze świetnie poczyna sobie Mikkel Michelsen, także jako dzika karta w serialu GP. Ojciec chrzestny duńskiej armady Olsen może być ukontentowany. Na jego torze w Vojens z początkiem września rozegrana zostanie kolejna runda GP, gospodarze mogą zrobić duży apetyt kibicom na piwo Faxe, jeśli wygrają. Będzie się działo! Vojens jest markowe.  W szwedzkiej Malilli wygrał ostatnio GP Szwed Fredrik Lindgren; ścigał się cudownie, zna ten tor, wybierał ścieżki jak lis, nadto popisał się refleksem niebywałym i śmiałym atakiem, i przeleciał nad leżącym Patrykiem Dudkiem. Co zrobił? Otóż podniósł motocykl i pofrunął jak ptak, ratując przed ciężką kontuzją Polaka. Niestety sam cierpi na uraz nogi. Ten wypadek jest kaskaderskim popisem doświadczonego Lindgrena, który startuje razem z Madsenem w Częstochowie. Fenomenalny skok nad leżącym zawodnikiem Dudkiem przejdzie do historii i zasługuje na top nagrodę nie tylko Międzynarodowej Federacji Motocyklowej w kategorii fair – play!!! Wielki kunszt, serce, skromność, profesjonalizm.

Pochylam głowę nisko.

Ole, jak to krótko powiedzieć?

 

ole_olsen_470

Ładne miasteczko na południu Danii. Haderslev. Cicho, spokojnie, przystań z której bezszelestnie wypływają w morze jachty. Obok hotelu “Norden”, który reklamował się pozłacaną Jawą, motocyklem żużlowym, który trzykrotny mistrz świata Ole Olsen, dostał od Czechów za zwycięstwa w kultowym turnieju w Pardubicach “Zlata Prilba”, duży staw na którym można podziwiać kąpiele kaczek. Haderslev, tu urodził się Ole Olsen, przytulny domek, w którym, zanim Ole nie przeprowadził się do Vojens, był w środku ozdobiony trofeami z triumfów Olsena, tam mieszkał i pilnował biznesu handlowego używanymi samochodami.

Ale to już było…

Ole, lat 71. Miał żyłkę do interesów, w Vojens wybudował stadion, niektórzy dziwili się, że w takim małym misteczku. Byli tacy w Polsce, którzy wyrażali opinię o stadionie na …wsi. Bzdura. A jednak tam jeździli. Olsen razem ze swoim przyjacielem do pewnego momentu prowadzenia interesów z Aage Sondergaardem, organizowali prestiżowe turnieje mistrzostw świata. Kilka imprez sędziował polski arbiter Roman Cheładze. Finały kontynentalne indywidualnych mistrzostw świata, drużynowe, zażarte ściganie się na czerwonym torze. Powiększano miejsca, kibiców przybywało, angielscy fani przylatywali na piwo Faxe i Tuborg, niemieccy entuzjaści mieli bliżej autami, a ich apetyty nie tylko na grilowane kiełbaski rozbudzał wówczas charyzmatyczny, blondwłosy Egon Mueller. Takich postaci potrzebuje każdy sport, gdyż bez idoli, rodzących się ikon sport po prostu marnieje. Vojens bogaciło się dzięki turniejom, no nie tak jak pobliski Legoland, który na kibicach żużlowych też zarabiał. Było optymistycznie i pięknie. Duński speedway na szerokie wody wyprowadził guru Olsen, armada żużlowych Hamletów z Hansem Nielsenem, Erikiem Gundersenem, Tomy Knudsenem, Janem O. Pedersenem zdobywała medale mistrzostw świata. Kiedy Ole zakończył karierę nie poprzestał na stadionowym interesie, razem z angielskimi promotorami narodził się nowy projekt pt. serial Grand Prix, który zastąpił strukturę rozgrywania MŚ. Początki były fatalne, długie turnieje, koncepcja była modyfikowana, przybywało turniejów, niektóre zaplanowane rynki nie przyjęły speedway’a. W żużlu można zawsze liczyć na polskich kibiców i sponsorów. Kompania piwowarska Lech Jana Kulczyka ratowała sytuację serialu na początku, bo groził krach. Anglicy mieli apetyty finansowe, drenaż organizatorów poszczególnych turniejów nie zawsze zapewniał stabilizację. Polacy psuli rynek, mieli z czego dawać, z frekwencji, ze sponsorów. Wszystko ma jednak swoje końce, nie tylko początki. Nie jestem zwolennikiem takiego nadętego rozgrywania mistrzostw świata. Ale ten projekt jest powielany, bo nie ma na razie alternatywy, nie ma takich co zaproponują modyfikację starego systemu z jednodniowym wielkim finałem wieńczącym sezon. Takie jednodniowe igrzyska, taki trzydniowy jazd wszystkich sympatyków żużla, którzy kochają ten sport. Olsen został dyrektorem serialu Grand Prix. Miał różne przygody, nie zawsze udawało się zrobić sztuczny tor, choćby wspomnieć Goeteborg czy Warszawę. Doświadczenia z ”materacami” psuły wizerunek turniejów rangi mistrzostw świata. Olsen ma dwóch synów, starszego Jacoba kreował na swojego następcę na torach, nic z tego nie wyszło, bo nie zawsze dzieci mają taki talent jak rodzice. Młodszy Torben, innego charakteru, jest teraz jednym z dyrektorów firmy BSI, która dzierżawi serial GP od Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Tata już nie pełni funkcji dyrektora serialu, ma następcę, który nie jeździł na żużlu, ale senior Ole nie może żyć bez żużla, który jest jego treścią życia, był i będzie. Przyjął na “klatę” trzy lata temu wpadkę na Stadionie Narodowym z torem, który rozpadał się jak stara wykładzina, a maszyna startowa była nieposłuszna wyjątkowo i szwankowała raz po raz. Człowiek uczy się całe życie. Prawda bywa bolesna ale zawsze dla ambitnych lekcją do odrobienia. Pieniądz nakręca koniunkturę. Olsen nie robi niczego za darmo, podpisuje kontrakty, buduje tory. Czy na Stadionie Narodowym Polak nie potrafiłby? O…, odpowiedź na takie pytanie zostawiam sobie na inną okazję.

Dlaczego wracam felietonowo do rodziny Olsenów, bo senior “napisał” duży rozdział tego sportu. Być trzy razy mistrzem świata jest wielkim sukcesem, zostać animatorem po zakończeniu kariery, serialu i oblatywać stadiony, pilnować, pracować kilkanaście lat, jest także wyjątkowym rozdziałem. Nie każdy wielki sportowiec zachowuje taką kondycję, ma talent do robienia pieniędzy na tym, co było podstawą w sportowej karierze. Znam Olsena od 1975 roku, od pamiętnego zwycięstwa na Wembley. W 1978 roku znów tam wygrał. Był może nie tak efektownym zawodnikiem ale efektywnym! Podobnym jemu był Hans Nielsen, obaj spokojni, wyważeni, bez nałogów, sportowcy dla których kariera była fundamentem budowy dalszego ”domu”. W Vojens byłem wiele razy i w Haderslev, również w rodzinnym domu, gdzie pamiątki żużlowej kariery przyciągały wzrok. Było tego “towaru” sporo, a ile jeszcze bez prezentacji, bo dla wielkich mistrzów brakuje miejsca na trofea. Olsen ma jeszcze jedną pasję obok żużla, myślistwo. Polska nie była jednak dla niego łowieckim rajem, raczej Słowacja, Czechy. Ole Olsen był rodzinny, żona Ulla, dzieci, dom. Ma w Vojens pomnikowy stadion. Wykreował Torbena na dyrektora, nazwisko Olsen jest w obiegu międzynarodowym, senior działa w FIM. Nigdy tego nie wspominałem, ale był taki finał indywidualny na Stadionie Śląskim i po treningu razem jeszcze z Aage Sondergaardem zaprosiłem ich do siebie, do mieszkania w katowickiej Superjednostce. Była wtedy największym budynkiem w Polsce. Niestety, nie wszystkie windy w tym momencie były czynne, ale daliśmy radę a duńskim gościom bardzo smakował krupniok i tyskie piwo. Mieszkanie było małe, ale nie służbowe, jak… sądzili moi przyjaciele.

Takie to były fajne czasy, a ja bardzo lubię duńskie klimaty.

  1. Udał się tor przygotowany na Stadionie Narodowym w Warszawie na GP. Prawie idealny a jak na tor pod dachem, nawierzchnia układana, to świetny, do walki wszędzie, brawo!