Nowozelandzki Ivan VI

0007AZ0I1AGELVLC-C122-F4

Coraz ich mniej. Mistrzowie świata odchodzą na „drugą stronę rzeki“. Umarł multimedalista żużlowych torów, Nowozelandczyk IVAN MAUGER. Miał 78 lat, Ivan za wcześnie odjechał z życiowego stadionu, gdzieś tam daleko, hen, skąd nie ma już powrotu do żywych/ pogrzeb 27 kwietnia/. Jest legendą, pisałem o Nim ponad rok temu, ciężko chorował, miał wylew, afazja utrudniała porozumiewanie się z rodziną, z innymi. Opiekowali się nim troskliwie. Urodził się w nowozelandzkim Christchurch w 1939 roku, mieszkał w Golden Coast na australijskim wybrzeżu w stanie Queensland. Z żoną Raye mieli dwie córki Julie i Debbie oraz syna Kyma. Tworzyli sympatyczną parę, ona jeździła na zawody, kiedy tylko mogła, mistrzostw świata nie opuszczała, była kobietą przyciągającą wzrok mężczyzn. Odnosiłem zawsze wrażenie, że Ivan był mężczyzną jej życia. Był…

Uczył się speedway’a pod okiem mistrza świata/ Wembley- 1951,1952/ Jacka Younga; zaczął w 1955 roku, dwa lata później przyleciał do Anglii. Startował w wielu klubach brytyjskich, robił prędko karierę, szybki na startach, inteligentny, walczył, inwestował w sprzęt. Miał ponadto zmysł do interesów. To on ulokował na swoim ubiorze markę francuskiego alkoholu Ricard. Razem z angielskim dziennikarzem Peterem Oakesem wydawał książki, m.inn. sezonowe statystyki, zgrabnie edytowane, pilnowała tego także Raye. Widywaliśmy się na mistrzostwach świata, drużynowych, indywidulanych, parami, na długim torze. Budował swoją legendę profesjonalizmem, który nie zawsze był odbierany trafnymi ocenami, doszukiwano się „sprytu“, bo Ivan imponował zwykle skutecznością. Sympatyczny, rozmowny, acz skupiony gdzie trzeba. Chciał/ korespondowaliśmy w tej sprawie/ po zakończeniu kariery /podjął decyzję w wieku 46 lat/ zorganizować turnieje na Stadionie Śląskim, na obiekcie, gdzie w 1973 roku przegrał sensacyjnie w obecności ok. 100 tysięcy kibiców, dodatkowy wyścig z Jerzym Szczakielem. Przewrócił się na wirażu, opolanin pędził do mety jak szalony, Ivan leżał i nie mógł pojąć, że tym razem złoty medal nie dla niego. Na tym samym stadionie w 1979 roku zdobył szósty tytuł/!/ mistrza świata; to był świetny, pogodny turniej. Zenon Plech zdobył srebro, choć bardzo marzył o złocie, lecz niskiego wzrostu Mauger okazał się Wielki. Rycerz żużlowych torów, które z jego udziałem miały atmosferę show, rozbudzały spekulacje, podkręcały emocje. Mauger umacniał autorytet postawą na torze i poza nim. Zawsze obok niego stała wierna Sarah Raye, były dzieci/ najstarsza Julie/. Kym próbował startów, lecz wycofał aspiracje, mimo ojcowskiego patronatu.

W 1971 roku na rybnickim torze razem ze swoim rodakiem Barry Briggsem /rocznik1934/ przegrał sensacyjnie finał mistrzostw świata par, bo szybsi byli z kompletem punktów/!/ Jerzy Szczakiel i miejscowy talent Andrzej Wyglenda. Bajkowe zawody, wielcy wygrani i wielcy przegrani. Ale w 1968 roku indywidualnie był najszybszy w szwedzkim Goeteborgu, zaś Edward Jancarz w swoim debiucie trzeci! Polacy jak cienie jeździli za słynnymi ścigaczami. W 1970 roku we Wrocławiu także w indywidualnym finale MŚ Mauger wygrał zawody przed Pawłem Waloszkiem. Paweł nigdy nie był tak blisko złota, no, ale ten “gold” wpadł do kolekcji Ivanowi.

Indywidualne ściganie, parami/ z Briggsem, potem m.inn. z małym Mitchem Shirrą/, drużynowe finały, na długim torze. Nowa Zelandia, taka mała a lepsza była wtedy od większej Australii. Mauger głośno sławił swoją ojczyznę. Gdzie są dziś następcy Maugera i wielokrotnych mistrzów świata Briggsa/4/, Ronnie Moore’a/2/? Nie widać i nie słychać. Niestety. Nowozelandzki speedway jest na mieliźnie.

MAUGER w okresie zimowej pory w Europie, organizował na słonecznych w tym czasie Antypodach turnieje; chętnie tam dolatywano, ścigano się w innych warunkach torowych, nie tylko pogodowych. Ciekawe doświadczenie dla przyjezdnych i cenne przedłużenie sezonu. Polacy tam bywali, indywidualnie i drużynowo. Mauger o Polsce nie zapominał, okazywał sentyment, podobnie Raye. Dlatego zrobił dwa pożegnalne turnieje w Gnieźnie i Lesznie, niestety miał kolizję na stadionie Startu z Andrzejem Huszczą/ bez winy Polaka/ i w Lesznie poobijany już nie wystartował. W pałacu w Rydzynie, dobrze pamiętam, Ivan był oblepiony plastrami, liczne grono kibiców zagranicznych współczuło i rozumiało pech swojego idola. Wszyscy żałowali i hotelowy bar miał upojne powodzenie; wódka rywalizowała z szampanem.

Na Antypodach współpracował z Czechem Vaclavem Vernerem, który niedawno zmarł w Pradze. Ubywa autorytetów, asów ścigania, ich medale nabierają muzealnej wartości. Niestety życie i jego nieubłagana ucieczka w inny świat są nieuchronne.

Ivan Mauger był firmą bez ograniczonej odpowiedzialności. Nie wspominam teraz statystyk, jego udziałów w mistrzostwach świata. Robiłem maugerowski bilans kariery ponad rok temu w felietonie pt. MAUGER, nie tak dawno wspominałem raz jeszcze dokonania w kontekście choroby i ogłoszenia wyprzedaży jego motocykli z powodu wysokich kosztów leczenia. Barry Briggs i jego syn Tony w rozmowie ze mną, postrzegają Ivana jako wybitnego sportowca, który speedway umacniał skutecznością i barwą jazd oraz moralnym autorytetem. Podobnie zaznaczył Duńczyk Ole Olsen, gdzie w Vojens Mauger ścigał się wielokrotnie w dramatycznych turniejach. Były to czasy złotego oświecenia, wydarzeń jak igrzyska olimpijskie, znakomitych jazd na londyńskim Wembley, Stadionie Śląskim, we Wrocławiu, Lesznie. Kultowe wobec kompletów publiczności. Jednodniowe finały IMŚ były żużlowym szczytem i tego nam brakuje. Ostatni raz rozmawiałem z Ivanem bodaj w 1999 roku w duńskim Haderslev/ tam urodził się Olsen/ w hotelu „Norden“, gdzie przyjechał na zawody w pobliskim Vojens.

Uff, apeluję gorąco, by włodarze śląskiego obiektu nazwali imieniem legendarnego Ivana Maugera choćby jakąś cząstkę tego stadionu, na którym Nowozelandczyk swoim uczestnictwem podnosił wyraziście rangę. I nie trzeba tego absolutnie tłumaczyć. Czekam zatem na pomyślny lot mojej idei a nic by się nie stało dziwnego, gdyby zaistniał Stadion Śląski im. Ivana Maugera. Antypody bliżej Europy a „Śląski“ światowy i pomysł nie jest chyba szatański.

 

339339.jpg

Żużlowy, sportowy świat okrył się szczerym smutkiem po śmierci Ivana. Bardzo mi żal także… moje dziennikarstwo było silnie ozdobione laurami tego zawodnika rywalizującego z polskimi oraz innymi asami. Pokonać na starcie Maugera, było połową

Bruce, kalifornijski błysk

70ca1d411438175162eca495ea912280

Coś opowiem, nie na ucho. Nikt nie zmieni mojej opinii, za żadne skarby świata. Moim idolem w historii znajomości żużla pozostanie amerykański zawodnik, Kalifornijczyk z urodzenia BRUCE PENHALL. Cofam czas, nie patrzę na konkretne daty ani godziny. LONDYN. Koniec lat siedemdziesiątych, przylatuję na finał indydwidualny mistrzostw świata na Wembley, który wygrał Duńczyk Ole Olsen; świetny turniej, gala, zaproszeni byli mistrzowie świata zewsząd gdzie byli. Uwielbiałem atmosferę na tym stadionie nie tylko na żużlu, bo przecież futbol panował tam niepodzielnie. Królewski stadion, dziś zmieniony w konfiguracji, projektem polskiego architekta z Australii; stracił ten obiekt jakby duszę, choć pomysł rodaka jest akceptowany. Nie wszystko co stare nadaje się do wymiany, czasem jeden element psuje wizerunek całości. WEMBLEY. Północno – zachodnia część stolicy Wielkiej Brytanii. Metro wygodnie dowozi kibiców, obok puby, których na Wyspach nie brakuje a są bajkowymi, wyostrzającymi chęć do wypicia nie tylko jednej pinty. Anglia kocha sport, konie, psy, unikalne puby i królestwo.

”Samotność nie oznacza braku towarzystwa” napisał Erich Maria Remarque. Centrum Londynu, wcześniej mecz Cradley Heath, w barwach których zaczął jeździć Bruce Penhall /rocznik 1957/. Wieczór późny, już po ligowym meczu. Przyjemna atmosfera. W hinduskiej, małej restauracyjce jestem na zaproszenie Rega Thomasa, który miał kwinącą firmę TeeMill, która organizowała wyjazdy kibiców angielskich na światowe imprezy żużlowe a potem nawet na motocyklowe wydarzenia, włącznie z Florydą, także eskapady na futbol reprezentacyjny. Cztery osoby, w tym dwóch właścicieli organizowało blisko 100 imprez rocznie z ideą bez spóźnień: “być na imprezie w ciągu 24 godzin”. Express; w powietrzu, na lądzie. Sprawnie wszystko przebiegało a w barwach fanów dominowały barwy żółto/czarne. Reg, którego znałem już wcześniej, zaprosił na zasadzie niespodzianki roześmianego zawodnika, blond – włosego Penhalla, na którego od razu popatrzyłem sympatycznym okiem. Zafundowano mi bardzo ostre danie, które wyciskało łzy ale dałem radę przy pomocy ulubionego piwa. Amerykanin zjawił się z bardzo ładną dziewczyną, był ciekawy Polski, w ogóle zdradzał swoją inteligencję wrodzoną. Nie zdawałem sobie sprawy, że siedzę w towarzystwie przyszłej gwiazdy, bardzo charyzmatycznej, która wywinduje speedway na szczyty marzeń każdego żużlowca. “Takim być jak Bruce”… No właśnie, nie tylko na torze w stylu przegrać start a wygrać wyścig, mieć czas na media i kibiców, z uśmiechem, cierpliwością i ujmującym luzem. Colin Pratt prowadzący Cradley Heath, znakomity menedżer, wyczuwający talent przez góry i morza nie mylił się w ocenach, przyjmował chętnie kalifornijskie talenty, które szlifował na angielskim gruncie i tak robił, że mistrzem świata został nie tylko Penhall ale i reprezentacja USA, która ścigała się na torach całego świata z podziwem wszystkich fanów. A jazdy parami? Cudownie to robili Penhall i Bobby Schwartz, rok 1981, Stadion Śląski, ba, sam Bruce był w stanie zgarnąć w parach pulę mistrzowską. Wembley 1978 bez Penhalla, Stadion Śląski 1979 też bez niego. Mocny chłopak Bruce czekał na swoj czas i w 1980 na Ullevi w Goeteborgu był piąty, wygrał tylko pierwszy wyścig, w sumie uzbierał 9 punktów. Zwyciężył wówczas długonogi Anglik MikeLee, którego karierę, a był talentem nieprzeciętnym, pokrzyżowały środki niedozwolone do zażywania. Rozumiecie?! No to lecimy dalej.

a6eed92fda26e733f8115e48838f596b--american-chips-blonde-moments

I znów Londyn, ostatnie dni lata /finał 5.09/, w Polsce kiepska, groźna atmosfera, strajki, puste sklepy, zjawiam się z żoną Ewą i synem Maciejem; niektórzy przepowiadali, że zostanę a ja wróciłem dzień wcześniej… Wspaniały finał, zobaczcie w sieci, eksplozja talentu Penhalla porywa publiczność około 90 tysięczną! Dreszcze na plecach, chyba najlepszy finał w historii żużla i nie jest to tylko moja skromna opinia, lecz wielu znawców tego sportu. Edward Jancarz uzbierał 5 pkt, Zenon Plech 3 pkt, a rok temu Zenek na Stadionie Śląskim był wicemistrzem świata/ wygrał Ivan Mauger NZL/. BRUCE PENHALL oklaskiwany przez fanów, w tym swoją rodzinę, zostaje po raz pierwszy solowym mistrzem świata, powtórzył ten wyczyn na rodzinnej ziemi w Los Angeles, na olimpijskim stadionie Colliseum/ 1982/. Już wcześniej zdając sobie sprawę ze swojej męskiej urody, mierząc wysoko bez wybujałych niepotrzebnie ambicji przepowiadał koniec kariery sportowej. Przyjmowano te pogłoski z przymrużeniem oka, ale Kalifornijczyk nie żartował. Miał cel a było nim legendarne Hollywood. Jeszcze z reprezentacja USA dołożył złoto, rozkręcił mocne emocje na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Był słwny, gwiazdą jak aktor filmowy, kibice lgnęli do niego, chcieli dotknąć, zobaczyć poza torem, fanki pisały erotyczne listy. Elegancki, przystojny arcymistrz. As. Trudno powiedzieć jak potoczyłyby się dalsze losy jego kariery, był rozpędzony, miał pieniądze i najlepszy sprzęt a poza tym jeździł inteligentnie, niesamowicie skutecznie, przegrany po starcie ścigał z furią rywali, mijał o centymetry na mecie. Furia fair. Takiego żużla potrzebujemy, mijanek i walki do upadłego. Penhall rozwiewał zwykle nudę, dawał super emocje, podnosił adrenalinę od startu do mety.

Urodził się w 1957 roku, skończył nie tak dawno 60 lat. Ile minęło od naszego pierwszego spotkania w Londynie? Czas pędzi jak szalony. Kilka lat temu odnalazłem go w jednym z toruńskich hoteli z widokiem na Wisłę, bo przyleciał na turniej Grand Prix ze starszym synem, młodszy zginął tragicznie w USA. Nie zmienił się w charakterze, przybyło lat i kilogramów, poświęcił mi trochę czasu, spotkanie było zaskakująco miłe, choć po tylu latach miałem tremę przed idolem, którego poznałem w 1978 roku w hinduskiej knajpce. Bruce Penhall jest zamożnym Kalifornijczykiem, prowadzi firmę budowlaną, która operuje wokół autostrad. Nic nie stracił z osobistego uroku. Dalej as.

a7cb087a561f9298447a412dacf17edf--nelson-chips

Na koniec tego felietonu zostawiłem wątek filmowy; otóż Penhall nie zrobił takiej kariery w Hollywood o jakiej marzył, myślę, że gdyby trochę dłużej ścigał się na żużlu może stałoby się inaczej. On jednak twardo postawił na swoim, chciał mieć medale mistrzostw świata i w pełni zdrowym zaznać błysku filmowej świątyni. Zrobił błyskawicznie fantastyczną sportową karierę, prędko też zakończył przygodę na ekranie, grał w sitcomach a duże fabuły go ominęły. Zaraz chwileczkę… stworzył jednak przecież atrakcyjne żużlowe “story”, które może być przykładem silnego charakteru, umiejętności oraz wdzięku i niesamowitej ambicji, która podniosła speedway na wysoki poziom. Kultowy, wielbiony, celebryta, na torze, w kulisach, spotkaniach, gdzie by nie był. PENHALL! Bruce’owi 60 lat minęło, w 1974 zaczął karierę, dziś przyprószone siwizną skronie, przystojny facet i serce nadal gorące dla speedway’a, nie tylko we wspomnieniach. Chyba niezła, życiowa fabuła/ rodzice BP zginęli w katastrofie lotniczej/ na filmowy plan i niekoniecznie w Hollywood.

Czekoladki i puste papierki

 

Johan-Cruyff-fot.-httpceleb-true.com_

Biedni i bogaci, normalni i zblazowani. Uzależnieni od luksusu, nałogów i używek różnej twardości. Świat sportu nie jest wolny od pokus jakie oferuje codzienność. Samochody marzenia i posiadłości o jakich trudno nawet śnić widnieją w metrykach. I kobiety przylegające do kont o wielu zerach podpisywanych przez właścicieli uwielbianych przez tłumy kibiców. Futbol bajeczny i golf stateczny, upudrowany reklamami “kosz” i “siatka” drepcząca obok. Wyścigi F – 1 upstrzone gwiazdami nie spadającymi z nieba, mknącymi poziomo jak komety, które rozsypują się w pył. Kolorowy świat blichtru i zakłamania, uwielbienia i złorzeczenia, kiedy asowi nic nie wychodzi. Obrosły w sławę zawodnik nie strzela karnego i kilkadziesiąt fanów wpada w furię. Piłkarz zdobywa w ostatniej sekundzie decydującego gola, z kilkudziesięciu metrów trafia cudownie w samo “okienko” bramki. Sport, jak fascynujący film wyzwala emocje, wyciska z duszy żar obezwładniający ciało. Jest rozkosz i rozpacz a wybijające się sportowe gwiazdy wędrują na łamy gazet, pism, przewijają w reklamowych spotach jak rolki papieru a kibice marzą by dotknąć skrawka ubioru idola.

Filmowe ikony przyciągają jak magnes, ich losy penetrowane są przez bulwarowe pisma, każdy szczegół kariery wykuty na pamięć.

Sportowe ikony od wydarzenia do wydarzenia w hali, na boisku, korcie, basenie, ringu i torze są namierzane w myślach przez histerycznych kibiców. Każda dziedzina życia potrzebuje charyzmatycznych postaci, karmi się karierami i syci barwą życia kochanych idoli. Hollywood jest tylko jedno i zamiana pierwszej literki na “B” nie spuści z nieba “fabryki snów”, gdzie rodzą się produkcje wypełniające fotele kin. Nikt nie jest w stanie odrzucić od hal i stadionów fanów i nawet ekstremalne zagrożenia wywołują tylko w pierwszej chwili trudną refleksję, która szybko odpływa w siną dal, pokonana przez gen dzikiej pasji fanów.

SPORT jest wszystkim w sobie; szczęściem i nieszczęściem, receptą na życie, która czasem okazuje się trafna lub złym wyborem. Konsekwencje każdego hobby są budujące albo rujnujące. Samo życie jest niczym bajka dla grzecznych i niegrzecznych dzieci. Niebem, ziemią i piekłem. Kanapką bez szynki i wykwintnym daniem z kawiorem. No właśnie…

“Kawiorowe sporty” – golf, tenis, wyścigi bolidów na torach F -1 i zapchane boksy ludźmi pięknymi na wybiegach, lecz niekoniecznie o charakterach do naśladowania.

W tym “balonie” emocji, blichtru, uczuć wyzwalanych do zenitu o mocy nie zawsze okiełzanych przez umysł, “oddycha” SPEEDWAY. Poprzedni felieton/ plus minus/ dotykający charyzmy tego sportu, “duszy”, okoliczności powodzenia i sławy, blasku i zmatowienia, brudu i upadków plus minus podjudził Czytelników do konwersacji.

W futbolu nie tak dawno pożegnano gwiazdę nad gwiazdami, Holendra Johana Cruyffa. Był sławą na boisku i poza nim. Umarł, bo organizm nie wytrzymał okrutnego nałogu palenia papierosów. Grał w karierze cudownie, jego technika była niebiańskim wynalazkiem powtarzanym nieudolnie przez młodych. Był na boisku nawet bez piłki magiem, odwrotnie jak bożyszcze Barcelony Leo Messi, który tylko z piłką jest wirtuozem. W każdym sporcie mówi się o gwiazdach z uwielbieniem i to one przyciągają tłumy na areny.

Co ze speedway’em?

Szczęściu, talentowi warto pomóc. Warto wykreować gwiazdę, która uniesie w górę sport, jeśli ten potrzebuje pomocy. A speedway jest w potrzebie. Mistrzowska drużyna jest super deserem ale szczególnie łakomym dla podniebienia indywidualne osiągnięcia. Tomasz Gollob obok skoczka narciarskiego Adama Małysza wytworzył atmosferę zbiorowego szału. Na Golloba jeżdżono jak na koncerty światowych kapel. Przyciągał, magnetyzował, niemal ”hipnotyzował”. Był na torze niebanalnym gościem. A poza? Nie lubię ankiet ani śledczych dokonań. Na postać, która przechodzi w złotej koronie do historii składa się bardzo dużo szczegółów, intymnych, dobrych, złych, barwnych jak urocze bajeczki . 45 – letni zawodnik zapisał kartki w światowym i polskim żużlu, które zawsze będą wertowane. Dalej jeździ. Małysz ściga się w rajdach długodystansowych, bo wielu sportowców sprzedaje swój image na różne sposoby. Dyskontuje kariery jak modelki twarze i sylwetki. Jeden traci w kasynie, drugi zbiera na tysięczne buty. Medali nie kupisz w “szmateksie”. Giełda i aukcja wartości karier. Hm…

Sport jest bombonierką w której można znaleźć rozmaite czekoladki, więc znikają pralinki a zostają papierki.

Na sportowej mapie zawodnicy walczą drapieżnie w mediach o swoje miejsce. Jak firmy produkujące towary, które trzeba reklamować wszędzie. Już nie ma czasów, gdzie samograje wdzierały się pod dachy. Każda gwiazda potrzebuje bonusowej kreacji, jeśli sama tego nie potrafi. Sama arena czasami to za mało, chyba, że mega postać potrafi wylecieć ponad chmury. Jeśli nie, to zabiegi pijarowskie mogą czynić cuda. Nie każdy jest Davidem Beckhamem, nie każdy Johanem Cryuffem ale bywają tacy aktorzy, jakim na żużlu był kreatywny Amerykanin Bruce Penhall. Być na torze i wyrazistym poza nim jest sztuką. Charakter można retuszować, kosztowny zabieg ale finalnie opłacalny.

W tenisie, jak w golfie mamy asów za fortuny. Na boisku nie każdy rodzi się Robertem Lewandowskim, na torze Tomasz Gollob dawał satysfakcję kibicom przez długie lata. A poza? Utarło się, że Bogów nie można tykać ani na milimetr. Takie zakłamanie rzeczywistości, którą ekshumuje dopiero historia.

SPEEDWAY znów pilnie potrzebuje solistów, postaci, które przyciągną garnizony wielbicieli. Nie ma dobrego kina z pustymi fotelami, nie ma magicznych koncertów bez tłumów. Przejdą zimy i lata, i co? Przyjdzie jesień bogata?

Mamy młodych polskich zawodników, którzy rokują medale indywidualne, ale oni potrzebują gorącej atmosfery. Podsycanej! Na arenach i poza nimi. Znajomy hazardzista powtarza mi ciągle, że woli stracić z mądrym, niż z głupim zyskać. Jest w tym chytra myśl życiowej filozofii człowieka: raz przegranego, a raz wygranego.

Był i jest taki Plech

Czy to pech? Ha, ha, ha… Fonetycznie wspak Plech, to „help”, czyli pomoc… Ha, ha, ha…

zple

O Edwardzie Jancarzu popełniłem tekst, jako gościu z żużlowych aren, który nie był anielskim zawodnikiem ale zawojował świat. Tak, zawojował i taka jest moja  skromna wersja zdarzeń. A kto jeszcze? A właśnie Zenon Plech, także gorzowianin, który jednak nie pozostał na rodzinnym gruncie, lecz pod pretekstem studiów na Uniwersytecie Gdańskim i oczywiście startów w Wybrzeżu wyemigrował nad Bałtyk i tam już pozostał. Tam łowi ryby do dziś. I oddycha morskim powietrzem. Tak chciał, tak ma. Zawsze tak z nim było.

Ostatni epizod  kariery Zenka to awans w 2008 roku z Polonią Bydgoszcz do Ekstraligi, w roli trenera, no może raczej coacha. O Plechu można pisać różnie, ale należy przede wszystkim podkreślać jego duszę wojownika, charakter zawodnika, któremu nie straszne kontuzje a celem nadrzędnym jest jazda i wynik. Zeno Super Star. Nie będzie statystyk ani chronologicznych zapisów kariery rok po roku, nie przepadam za takimi tekstami, chciałbym oddać, może mi się uda, jaki ten Plech jest, tak na serio i z przymrużeniem oka. Wicemistrz świata, kawalarz, trener, komentator telewizyjny, nie obciachowy gość, luzak, mąż i tata. Jaki jest ten Plech? Pokutuje od lat takie powiedzenie, że lepiej z mądrym stracić aniżeli zyskać z głupim.
Wolę zatem stracić. Zaczynamy.

1973 rok. W Chorzowie na Stadionie Śląskim indywidualny finał mistrzostw świata. Wielki szpan, speedway na takim stadionie, śląskie władze chcą mieć swoje Wembley. Nie ma miejsc, prawie 100 tysięcy na obiekcie a może ciut więcej. Z polskiej strony silny skład: Edward Jancarz, Paweł Waloszek, Jan Mucha, Zenon Plech wielka nadzieja młodości, no i niewiadoma w postaci Jerzego Szczakiela. W rezerwie Andrzej Wyglenda. Rybniczanin Wyglenda z opolaninem Szczakielem w 1971 roku na rybnickim stadionie zdobyli z kompletem punktów mistrzostwo świata par. Katowice żyją imprezą, ba cały region, wszystko podporządkowane imprezie, w TVP komentuje redaktor Jan Ciszewski. Dyrektor stadionu Tadeusz Ślusarek, postać nienaganna sportowo ma wszystko organizacyjnie przygotowane na ażur. Nawet pogodę. Goście zagraniczni nie mogą uwierzyć w taki tłum widzów, ale zakłady pracy Śląska i Zagłębia nie zawiodły. Jest dobrze, będzie medal.

I są  i to dwa, złoty po barażu ze słynnym Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem zdobywa szybko w tym dniu Jerzy Szczakiel, trzeci jest 20 – letni Zenon Plech, wschodząca gwiazda polskiego speedway’a, przypominający raczej kolarza po morderczym wieloetapowym wyścigu, niż żużlowca. W katowickim studio TV po zawodach  wszyscy biadolą dlaczego nie wygrał Jancarz, a jak już to Plech, natomiast niechciane jakby dziecko Szczakiel jest w pełni  zaskoczenia złotym medalistą. I to do dziś. Tyle lat samotnik jako Polak.

z4565884n

W 1976 roku  znów w finale IMS na Stadionie Śląskim Zenon Plech jest piąty tuż za Maugerem. Wygrywa w kapitalnym stylu Anglik Peter Collins jeżdżący z nogą do tyłu, wyłożony jak zając na motocyklu. Plech bywał już w innych finałach i na różnych stadionach, przejechał się na kultowych stadionach Ullevi w Goeteborgu i na Wembley w Londynie. Nie wychodziło. Jak w Norden. Bywało z nim różnie. Najczęściej  z Edkiem Jancarzem uczestniczył w MŚ par. Stawali na podium, uzupełniali się zgrabnie.
Pamiętam ten finał solowy, znów w Chorzowie. W Katowicach, w hotelu o tej samej nazwie robię wywiad ze słynnym szwedzkim żużlowcem, który wtedy był rezerwowym Andersem Michankiem. Ten mówi wprost, Plech będzie mistrzem świata jeśli się nie zabije. Ostro, prawdziwie, dystyngowany Szwed komentuje jazdy Polaka, który fruwa po torach, wjeżdża tam, gdzie inni nie mają odwagi się zbliżyć. Ma szczęście, a ono podobno sprzyja lepszym. W parkingu przyglądam się Plechowi, wyjątkowo skupiony, przygotowane motocykle, wszystko lśni. Mówi „ jutro będę mistrzem świata”. Rozdaje autografy i efektowne naklejki, znaczki, koszulki, czapki wyprodukowane w Anglii, bo tam startuje na co dzień. Uwierzyć wtedy Plechowi było trudno, bo fakt, że jeździł jak wariat ale przy tym był jeszcze trzpiotem jakich mało. Kawalarz przyjemny dla każdego. Romanowi Jankowskiemu kazał kiedyś zatkać dziurawy bak auta gumą do żucia. Z Romkiem miał niebezpieczny incydent w finale indywidualnych mistrzostw Polski w Gdańsku, po którym życie Romka zawisło na włosku. O tym może kiedy indziej. Jesteśmy jednak na „śląskim stutysięczniku”, 30 lat temu… No i co mamy w niedzielę? Mamy srebrny medal! W wyścigu z Maugerem  Plech spojrzał raz w stronę lewą, potem w prawo a taśma poszła w górę i nowozelandzki lis już był kilka metrów przed nim, a dogonić na tym stadionie było ciężko, oj bardzo ciężko. O jeden ruch głowy za dużo i nie mamy takiego podium jakie zapowiadał Zeno. Jest „tylko” wicemistrzem świata. Mamy jednak bal, potem odjazd do Hackney i atmosferę cudownych wieczorów angielskich. Mecze na wyspie mają urok dyskotekowo – barowy.

PLECH, zawodnik z kufrem medali z różnych imprez światowych, europejskich i rodzimych. Jednego nie ma, tego srebrnego z mistrzostw świata par/ z Jancarzem/ z Krska w 1980 roku, bo mi wtedy niespodziewanie podarował. Ma na koncie kilka solowych mistrzostw Polski, tylko Tomasz Gollob go przebił, turniejowe „ kaski” i memoriały. Po prostu nadbagaż. Kariera bogata, malownicza, uznana w Polsce i na świecie. Koleżeński, podziwiany. 

Uwielbiał i chyba nadal tak jest Anglię. Tam miał fanów, którzy kochali go za polską fantazję, za towarzyskość bez granic. Czasem było jej w nadmiarze, nie panował nad sytuacjami ze stratami dla siebie. W Hackney Len Silver promotor głaskał go po głowie. Plech potrafił być filuterny i zasadniczy. Drapieżny na torze. Zmieniał się z biegiem lat, nie raz prosiło się by dać mu klapsa, nawalał w finałach przez młodzieńczą niefrasobliwość. Nie bardzo wierzyłem w małżeństwo, kiedy zakochał się w młodej dziewczynie z Grudziądza. Przeminęło z wiatrem, choć wszystko było tak na serio przez jakiś czas.

Vojens. Brązowy medal mistrzostw świata par w jaskini Ole Olsena. Ole startował z Hansem Nielsenem, Plech z Jancarzem. Przekładane zawody ze względu na fatalną pogodę. Zenek przyjaźni się z Ole do dziś. Czasami robił na jego prośbę tory na polskie edycje Grand Prix.

Plech gdy opuszczał rodzinny Gorzów była medialna i pezetmotowska zawierucha rzadkiej urody, tłumaczył transfer potrzebą studiów i lepszym powietrzem, wylądował wreszcie w Wybrzeżu. Jod był do łykania. Ryby brały lepiej niż w Warcie. Gorzej ze studiami.

Wracał kiedyś z Anglii Mercedesem via Dover – Ostenda i zmęczony podróżą zasnął nad kierownicą, miał szczęście znaleziono go w kaszubskim rowie żywego.

Potrafił ukończyć turniej z kontuzja nogi, po zdjęciu buta wylewał  szklankę krwi. Nigdy nie był mięczakiem. Taki niepozorny a taki twardy jak dąb. Odważny piekielnie. Poza torem już nie ten, ale speedway miał w żyłach i sport zakręcony na fest.

W czeskich Slanach dla draki schował kierownikowi ekipy teczkę z paszportami i funtami, bo jechali dalej na tournee do Anglii.- Musi pan kierowniku bardziej pilnować majątku, powiedział. Innych drak nie wspominam, bo niecenzuralne i wiąże mnie obligo towarzyskie na takie momenty. Bywało wesoło, ale nie goło.

Towarzyski, toteż wielbili go w lidze angielskiej wszyscy. Umiał pogadać, wypić piwo i uszczypnąć dziewczynę gdzie trzeba. Zenon Plech, marka żużlowego ułana. 

Czy dziś są tacy?  Otóż nie. Plech jest jeden.

Lubi ubrać dobry ciuch, zawsze tak było. Pogawędzić. Nie dospać, potem nadrobić. Komentował w TV i komentuje, bo zna się na rzeczy. Był trenerem w Atlasie Wrocław i ostatnio w Polonii Bydgoszcz. Dwa duże kluby. Szanuje czas i siebie, nie da się zapędzić w kozi róg przez byle jakiego nuworysza. Majątku wielkiego nie zdobył, bo czasy były takie a nie inne. Ma rodzinę, dzieci i to jest ten majątek nie do podważenia. Szczenięce lata w Gorzowie i dorastanie w Gdańsku. Trójmiasto hartuje, ćwiczy każdego. Byliśmy kiedyś razem u Lecha Wałęsy na Polanki, kiedy jeszcze nie był prezydentem. A Lech Wałęsa wie co to speedway i wyścigi. I wie, że Plech to znaczy żużel forever.

Urodził się w 1953 roku 1 stycznia. Ile ma dziś lat łatwo zliczyć. Startował w Europie wszędzie, ponadto w Australii, Nowej Zelandii i USA.

2zenon_plech_130

W 1973 roku wjechał na podium mistrzostw świata niespodziewanie  w wieku lat 20, tułał się po stadionach i kręcił kółka ile wlezie. Zapomina o tym kiedy łowi ryby, Plech potrafi wyłączyć się z amoku żużlowego. Nie każdy potrafi, a on tak. Kawalarz z urodzenia, oj przepraszam żużlowiec z urodzenia i fantazją niczym polski kawalerzysta w bitewnych szarżach na frontach, gdzie nie liczy się ofiar a jedynie zwycięstwo i orzełek biały jak śnieg. Wcale nie przesadzam i dmucham w trąbę, Zenon Plech jest postacią jakich mało w tym żużlu bywało i jakich jest. Nie piszę peanu na jego cześć, staram się tylko przybliżyć sylwetkę gościa, który  w tym czarnym sporcie, w trudnych latach odegrał rolę niebagatelną. Był guru przez wiele lat. Gdyby stworzyć żużlową biblię, miałby tam swoje rozdziały. Ale święty to on nigdy nie był. Stop. Już ciszej…

No to koniec na dziś, a zatem finał tekstu. Idę obejrzeć film z dawnych lat, takie żużlowe lawendowe wzgórza, w roli głównej przyjaciel Plecha Amerykanin aktor, żużlowy stylista Bruce Penhall. Po czymś takim nie można zasnąć. Szaleńcza jazda jest piękna, porywająca i bezgranicznie uwodząca przez lata. Jak na przykład słynna modelka Kate Moss kiedy lansuje obojętnie co, bo i tak wygląda nieprzemijająco.