Kult bez bajerów (cz. 1)

Czy dbam o modę, zwracam uwagę? Tak, całe życie na tyle, ile mnie stać. Lubię ludzi dobrze ubranych, oryginalnie, bez sztampy wielkogabarytowych sklepów. W ogóle lubię oryginalność w szczegółach, acz nie na siłę, dlatego czuję się np. dobrze, kiedy słucham skromnego lekarza wrocławskiego profesora dr Krzysztofa Simona w strefie zagrożeń życia pandemicznego. Mówi prawdę i nie kryje tego, co inni skrywają pod kołdrą. Gadanie po kątach nic nie daje, udawanie odwagi jest tchórzostwem i obnażaniem kompleksów. BIOHACKING jest słowem dość popularnym w różnych wersjach stosowania jego zasad. Chodzi głownie o nasze lepsze samopoczucie i przestrzegali norm nie tylko diety, dbania o kondycję ale i stosunki międzyludzkie. Upraszczam, “lecę” na skróty, bo przecież to sportowy felieton, skonkretyzowany na speedway. Dałem taki tytuł, który nie ma nic wspólnego z zespołem muzycznym Kult i Kazikiem Staszewskim ani z bajerowaniem, przez duże “B”. Nie obchodzą mnie “majteczki w kropeczki” wyśpiewywane gremialnie na weselach oraz biesiadach. KULT jest dla mnie słowem ważnym od zawsze. I teraz naginam na siłę biohacking, tak metaforycznie niemal oraz ile znaczy w sporcie, żużlu – kult, jego istota dla rozwoju, bez ckliwego rozpamiętywania jak  dawniej bywało, jakie zimy były i śnieg pod sam dach, łowiło się ryby, które łamały wędki a myśliwi strzelali do grubej zwierzyny bez pudła, Uciekają myśli jakbym siedział na polanie na ambonie i patrzył na bezkres pól z których wylatują bażanty a zające spod miedzy kicają w zarośla. Biohacking naginam jak cięciwę łuku. W domyśle mam kult, jego znaczenie dziś, jutro, pojutrze.

Czym dla żużla była “eskadra” amerykańskich żużlowców, która zrobiła europejski desant w latach osiemdziesiątych zgarniając medale mistrzostw świata we wszystkich niemal kategoriach, na dystansach nawet takich, jakich nie ma w Kalifornii, gdzie show rodzi show a cyrkowa jazda na krótkich torach jak ścieżki rowerowe wprowadza w ekstazę fanów sportu. Półnagie dziewczyny ozdabiają wyścigi i podnoszą ciśnienie bez viagry. Poziom ścigania i luz, elegancja wprowadzonych przez koncern DuPonta kevlarów, styl bycia zawodników USA zmienił stereotypy europejskiej egzystencji żużla. Nie zapominajmy i o tym, że w początkach narodzin żużla Amerykanie mieli sporo do powiedzenia obok zawodników z Antypodów, skąd ten sport za sprawą Johnnie Hoskinsa został sprowadzony do Europy i zapoczątkowany udaną imprezą w północnym Londynie. Mr Hoskinsa poznałem na Wembley w roku 1975; roześmiany dżentelmen w kapeluszu, dobrze znał się z ówczesnym szefem światowego żużla Władysławem Pietrzakiem.

No i tak “doleciałem” do Londynu i magicznego stadionu, kultowego WEMBLEY. Wracam jednak do Jankesów. Collin Pratt, Anglik surowy wyglądem, kontraktował chętnie amerykańskich “kowbojów” do Cradley Heath, robili niezłą zawieruchę na Wyspach , to się podobało, kibice płacili funty za takie extreme jazdy. Pratt pod koniec lat osiemdziesiątych chciał mieć bardzo u siebie Tomasza Golloba, dogadywał się z ojcem, lecz wyszły z tego nici a historia pokazuje, że ktoś popełnił błąd. Ile zależy od tego… “z kim przystajesz takim się stajesz”. Ojciec Gollobów windował cenę, chciał ekspedycji dwóch synów, Pratt wrócił bez niczego. A Bruce Penhall, szybko stał się kultowym bożyszczem, niezwykle podziwiany wszędzie, “sunny boy”, uwielbiany wręcz jak filmowy gwiazdor. Brad Pitt na motocyklu. John Scott zamieszkały w Anglii “zlepił” team talentów do ścigania /Denis Sigalos, Lance King, Rick Miller, Ronnie Correy, potem Billy Hamill, Greg Hancock, bracia Moranowie Kelly i Shawn/ ten drugi wygrał mistrzostwo świata na długim torze w Mariańskich Łaźniach, byłem wtedy w 1983 roku i co tam się działo!/. Bracia byli podejrzewani, że lubią pewne “zioła”, tak jak i mistrz angielski Mike Lee. Nie obyło się bez dyskwalifikacji, wówczas w speedway’u takie  praktyki były nowością. Sam Ermolenko w 1993 roku, już jakby na zakończenie tych wszystkich wyczynów Jankesów, na bawarskim torze w Pocking  rewelacyjnie zdobył mistrzostwo świata.

Jeździł elastycznie, jak baletmistrz wyginał się na motorze. Bracia Moranowie też uprawiali gimnastyczne jazdy, choć nie wszyscy Amerykanie /Scott Autrey/ byli tacy zwinni, jak cyrkowcy z podwarszawskiego Julinka. Drużynowe mistrzostwa świata, par/ Chorzów/, indywidualnie. Bruce Penhall z ferajną byli aktorami do ogładania, jeszcze Bruce razem z Bobby Schwartzem tworzyli duet, który osłabiał serca dziewczyn. Byli bardzo kultowi. Podnosili poziom, chodziło się na nich w Anglii na stadiony z radością, niczym do kina na filmy z Sharon Stone, Nicol Kidman, czy Robertem de Niro. Brakowało tylko muzyki Johna Williamsa, Hansa Zimmera czy Ennio Morricone… Z głośników leciały hity pop, piwo lało się jak woda źródlana. Kochamy kultowe rzeczy, sprawy, wielbimy taki świat bez blichtru taniego. Auta, motocykle, ludzi, imprezy obrosłe tradycją. Ludzie tworzą widowiska, sport jest wielką estradą, gwiazdy kreują lans, modę. W extra wydaniu zjawiska sprzyjają każdemu rozwojowi. Pobudzają wyobraźnię, otwierają przyszłość. Kiedy gaśnie ikona robi się nijako. Smutno, przechodzimy wtedy do historii.

Kultowe bywają także miasta, stadiony, hotele, atmosfera kumulacji wrażeń powoduje wspomniany biohacking. Czujemy się bosko. Uparte powtarzanie, że speedway jest nieprzewidywalny mija się z celem, bo każdy sport zawiera w sobie tajemnicę niespodzianki, oto faworyt plajtuje a wygrywa fuks. Jak na wyścigach konnych, loteria: stracisz albo wygrasz fortunę. Wspomniany Penhall szybko nauczył się żużla w Europie, miał ambicję zdobycia złotych medali, zgarnął, celem następnym były atelier Hollywood. I tam dojechał na motocyklu w gronie zgrabnych sexy girls, które jak i on śniły o karierze filmowej. Sitcomy były jednak produkcją średnią, lecz oglądaną, podnosiły prestiż speedway’a, jak i pamiętny kultowy finał IMŚ ze zwycięstwem Bruce’a w 1981 roku na legendarnym Wembley. Stadion kipiał z emocji, było elegancko, wyścigi wyciskały emocje do dna, wszechobecne przeżycie cudowne na 102% zostało w pamięci na zawsze. Kultowy speedway show bez Madonny.

Ciąg dalszy już się pisze…

Bryła, Oliver, Buffon

Zrzut ekranu 2018-04-17 o 09.52.15

Jak co roku, niezmiennie, mamy premierę ligową w Polsce z głowy. Była ona/ znaczy się głowa/ mocno naładowana emocjami. Mecze Ekstraligi na remisy, zacięte do ostatniego wyścigu i o to chodzi w sporcie, by trzymać w napięciu do ostatniej sekundy walki. Słyszę raz po raz słowa jak wytrychy, że speedway jest nieprzewidywalny, podobnie, jak i że, piłka nożna nieprzewidywalna… Nie używajcie do znudzenia tego pojęcia, bo jaki sport jest przewidywalny? Szachy? Brydż? Golf ? Całą zimę można było usłyszeć z terenów narciarskich, że skoki są nieprzewidywalne, powtarzał ten slogan i Adam Małysz. Nieprzewidywalny…Przewidywalny…

Istotą sportu jest niepodzianka, tego oczekują kibice, przychodzą na zawody i nie wiedzą kto wygra, jaki będzie wynik. Typują a bukmacherzy proponują. Kiedy na polskim rynku bukmacherskim pojawiły się zakłady tego typu, nie było żużla w zestawie, gdyż istniało przekonanie, że o ile nie bardzo wiadomo jaki wynik padnie w meczu piłkarskim, to w żużlu można było przewidzieć. Pamiętam czas w jednej ze sportowych gazet, kiedy śmiało i bez ceregieli funkcjonowało na rynku tzw. “fryzjerstwo”, wówczas przewidywaliśmy tytuły na pierwszą stronę i nie myliliśmy się; logistyka pracy była ułatwiona, zwłaszcza w niedzielne późne wieczory, kiedy do czasu zamknięcia produkcji gazety były dosłownie minuty, a harmonogram relikwią niemal. A tak zwane “fryzjerstwo” wzięło się od panów, którzy “ustawiali” wyniki meczów, nie wszyscy z czarnego ludu kupowali ten “towar”, inni nie mieli wyboru.

Na żużlu raz jeden zdarzył się incydent historyczny, nie chodziło o wygrane bukmacherskie a o układ tabeli i spadek, kiedy Unia Leszno sensacyjnie zremisowała w Rzeszowie ze Stalą. Skandal był wielki jak Pacyfik i kary, Unia straciła tytuł mistrzowski. Kibice w Rzeszowie rzucali pieniądze na tor, oni nie lubią, gdy robi się ich w konia. Incydent jest już historią, trudno było wtedy zremisować na żużlowym torze, zawodnicy hamowali wtedy rozpaczliwie nogami przed metą, żeby spełnić obietnice. Za ile? Nadal mamy dziwne przypadki nawet na światowym forum, otóż dwa lata temu Greg Hancock w Melbourne, podczas Grand Prix Australi zrobił fiku miku dla Chrisa Holdera. Oj nieładnie było wtedy. Znam zdarzenia niekonwencjnalne z dawnych lat, gdy dogadywano się w parkingu a flaszka polskiej wódki była słabym atrybutem w chwilach decydujących o ważnych sprawach awansu, medalu… Funt brytyjski czy marka niemiecka miały wówczas cenę konkretną w bezszelestnych konszachtach. Kto wie, to wie… Coraz ich mniej.

Sport jest grą nieprzewidywalną? Byli tacy zawodnicy, którzy umiejętnie szachowali, robili wszystko na torze by nie zawieść promotorów. Kiedy istniał wyraźny podział na Zachód i Wschód, strefa zachodnia miała przebicie bardzo kuszące. Czy teraz krąży “diabełek”? Pokusy były, są i będą, dopóki pieniądz w grze. Niestety. Trzeba być bardzo czujnym.

W tym kontekście wyrósł inny poważny problem środków dopingujących, “po drodze” klasyczny alkohol został wyeliminowany. DOPING, to zmora, która nie daje spać tym, którzy stosują oraz tych oszukujących czysty sport. Mimo surowych kar, odbierania medali, tytułów, nadal usilnie szkoleniowcy próbują wzmocnić organizmy podopiecznych by osiągnąć cel. Brudna robota jest tropiona a jednak wypadki snują się po arenach. Dyskwalifikacje są ryzykiem a jednak mamy walkę zła z dobrem.

KURTYNA LIGOWA w górę, było gorąco, tory w miarę dopisały, pogoda także a wszyscy udziałowcy imprez wyposzczeni na wyścigi. Było więc co oglądać i tak już zostanie. Show, wyścigi, gryzienie paznokci i rzuty. W stronę Krzysztofa Kasprzaka w Gorzowie poleciało wyrwane krzesełko na tor, lecą także butelki. Na szczęście nie szklane. Klatki ZOO dla kibiców przeciwnych drużyn są chyba monitorowane, ten kto rzucił powinien mieć wyrok i zakaz wstępu na mecze. Kibole, bandyci, bez wyobraźni i zasad moralnych. ZŁE emocje biorą górę i buzuje zwierzęca krew. Kiedyś na żużlu tego nie było…

Nie było też komisarzy od torów. Kursują odmienne zdania; jedni chwalą, drudzy ganią. Tory wcale nie są lepsze ani gorsze niż dawniej. Wzrosły tylko koszty utrzymania meczów. Mam nadzieję, że nie zostaną powoływani kontrolerzy komisarzy, choć władza lubi wydawać nie swoje pieniądze. Toromistrz i sędzia ongiś wystarczali, bywały tory jak kartofliska i gładkie jak płyty lotnisk. Co się zmieniło? Nie ma ideałów i trudno zrozumieć, że nadal mówi się o nawierzcniach a temat nie został zamknięty przez komisarzy. Trwa bitwa o takie funkcje, które często są zajmowane przez dziwnych “fachowców”. Z jednej strony gość mówi pozytywnie o komisarzach a potem za chwilę jakby stracił pamięć i oświadcza, że gospodarze przygotowali tory pod siebie. Przypadki podobne jednemu ministrowi “specowi” od katastrof lotniczych.

Oberwało się w Grudziądzu sędziemu z dużym stażem Ryszardowi Bryle. Tak, nie był bez winy w tym meczu, potępienie zewsząd spadło ostre. Nie wiem dlaczego ARBITER z takim doświadczeniem podejmuje błędne decyzje, klarowne przy obejrzeniu sytuacji na ekranie. Z sędziami ciągle jest problem, jeszcze komputery nie podejmują decyzji za ludzi. Liczy się człowiek ale potrzebuje technicznej pomocy i taką ma, a jednak zdarzają się błędne oceny wypaczające sens walki, siejące ferment. W futbolu już pięciu arbitrów pracuje podczas meczu, jest system Var /powtórki na ekranie/ i nadal mamy horrendalne pomyłki. Kontrowersyjna w ostatniej chwili decyzja angielskiego arbitra M. Olivera/ bez VAR/ w meczu LM pomiędzy Realem Madryt a Juventusem Turyn, obnażyła jego bezduszność i ukarała boleśnie heroizm Włochów, pogrążyła piękno sportu. Trzeba mieć serce i patrzeć w serce, mimo paragrafów. Krzywda zostaje raną na całe życie. Biorę w obronę wyrzuconego bramkarza Juve, GL Buffona i jego gorące słowa na temat sędziego. Może nie popieram wszystkich słów ale rozumiem wiadro goryczy.

Ryszard Bryła na pewno premiery ligowej nie zaliczy do udanej, pozostaje mu powrót do zapisu meczu i gonitwa myśli. Będzie lepiej? Nie wiem, bo jak się okazuje rutyna niczego nie zapewnia do końca. Nawet słynnej Barcelonie zdarzają się wpadki historyczne w postaci bolesnej porażki w Lidze Mistrzów w Rzymie! No, ale Grudziądz nie Rzym a futbol nie speedway. Jedziemy!

Charakter deficytowym towarem

 

PamBennett-150221-RCJonesPhoto-0823

Miłość bywa ślepa, wytarte powiedzenie, choć prawdziwe, znajdujące potwierdzenia w życiu, od dawien dawna. Mamy żużlowe wakacje, ostatnie zapinanie guzików, zamków błyskawicznych, które czasem się zacinają. Jaka jest kondycja polskiego żużla na tle ogólnego kryzysu? Polska specjalność żużlowa karmi się nadal popularnością, przyciąga zawodników tam, gdzie musieli by uprawiać ten sport dla przyjemności za własne pieniądze, być amatorami, którzy dostarczają incydentalnie wrażeń. Kilkadziesiąt lat istnienia speedway’a w Europie, dokąd został przeniesiony z Australii do Anglii, na północ od Londynu, zrobiło karierę, która złote czasy niestety ma za sobą. Dziś podniecamy się polską przestrzenią żużlową, która przygarnia wszystkich, sportowych emerytów, uczniów; żywi, ubiera i szkoli do zdobywania medali. Przekonywanie kogoś, że speedway na świecie jest marionetką, mija się z celem. 57-letnia Amerykanka Pam Bennet, która ściga się na kalifornijskich torach z mężczyznami w różnym wieku a jej partner po pięćdziesiątce towarzyszy jej w hobby z powodzeniem amatorskiego wyczynu, jest dowodem na trwanie żużla na poziomie bajek nie z tej ziemi. A jednak! Uprawiający nadal żużel, z kalifornijskimi korzeniami, czterokrotny mistrz świata Greg Hancock ma 47 lat i pewnie dociągnie do Abrahama w ściganiu. Pani Bennett, matka 6 dzieci i 7 wnucząt jest ewenementem. W USA ani Szwecji, gdzie mieszka Hanocock nie wpadli na pomysł 500 plus. A jednak mają rodziny liczniejsze od polskich. Jak oni to robią? Zostawmy na boku dywagacje na temat kto, gdzie, kiedy, za ile.

SAMSUNG

Polską specjalnością jest m.in. SPEEDWAY. Na początku lat 90 – tych rozbudzone zostały imperialistyczne zapędy i płacono zawodnikom na oślep; za jazdy, za bycie żużlowcem. Zwariowane stawki za wstępne kontrakty, pamiętam nawet 2 tysiące niemieckich marek za punkt. Dziś ile? Standartowo 3 – 4 tysiące złotych a bywało, że gwiazdy kontraktują dwa razy więcej.Tak będzie dalej? Ile trzeba mieć budżetu na sezon by wytrzymać finansowe piekiełko? Prezesi dawali radę, nie pękali, zagranicznych asów nie skubano, gdyż byłby strajk, więc można odraczać płatności swoim. Powszechna praktyka. Cichosza. O podpisywaniu kontraktów mówiło się nie tylko szeptem, że… kasa leżała na stole i pod nim, a nawet w szufladzie. Dzwonię do jednego działacza, pytam jak to jest? Milczenie jest złotem, pieniądze nie lubią rozgłosu. W żużlu od początku jak wsiąknąłem w niego mówi się prosto w oczy tylko poza nimi. Najlepiej plotkuje za plecami. Taka oto moralność utarła się od kiedy WIELKI PIENIĄDZ zawirował tym światkiem, przyciągnął sponsorów nie tylko do paliw, nie tylko od gorącej kasy. Z jednej strony mamy popularność, komplety na trybunach, parcie na szkło a z drugiej finansowe pranie kolorów, bo białe już zostało wytarte. Mówiło się i dalej mówi, że to ekstremalny sport w którym można stracić życie, zostać kaleką do końca życie i trzeba mieć zabezpieczenie, toteż część zadbała, więc nieruchomości, interesy, firmy pracują na pokolenia. W żużlu jest sporo tragedii, proponuję aby centralnie i sprawiedliwie zainteresować się wszystkimi poszkodowanymi, bez tych lepszego i gorszego sortu, bo nieszczęście nie powinno być kategoryzowane. Każdy przypadek jest dramatem, smutnym fragmentem kariery. I jedni proszą o wsparcie na nowy wózek, drudzy zwątpili po dostaniu 1000 złotych rocznej zapomogi albo 2000 zł. A dla innych innych, to koszt na przycięcie trawnika w ogrodzie.

Każda prawda kole w oczy, lecz brakuje mi w tym męskim sporcie normalnych rozmów, bez ogródek, charakterów bez wazeliny, twardych ironmanów. Godności.

W ogólnym kryzysie żużla Polska zdobywa cenne medale, szkoli, finansuje i nadal hołduje wyświechtanym sloganom, że zamiast edukować swoich rodaków, przyjmuje emigrantów żużlowego rzemiosła. Polska młodzież powinna wjechać w układ, aby posadzić na ławie weteranów a nie każdy wybitny sportowiec zdaje egzamin jako szkoleniowiec. Mity schowajmy do szuflady. Medalista MŚ nie ma glejtu trenera*****.

Ostatnio w Polsce zawodnicy ekstraligowi zbuntowali się na nowe reguły gry, doszli jak było do przewidzenia do porozumienia, choć im grożono /podobnie anonsowali Szwedzi/, że liga może być zamknięta na rok. Dramatyczna wiadomość, nierealna, bo czy Polska w sportowym krajobrazie może być pozbawiona ligowych rozgrywek? Absolutnie. Już na pooczątku nowego roku tęsknota i nostalgia będzie budzić w nocy zagorzałych fanów ścigania się i liczenie dni do ligowego startu będzie miało tradycyjny rytuał. Przetargi pomiędzy żużlową centralą a zawodnikami dowodzą, że maszyneria się zaciera, bankomaty mają “przerwy techniczne”, nadal nie ma przejrzystości finansowej, reguł z wyobraźnią na przyszłość. Pożar został ugaszony i karawana jedzie dalej. Władza żużlowa PL nie jest transparentna, światowe zarządzanie kręci się wokół serialu Grand Prix bez koncepcji nowej wizji, akceptuje się urzędniczo powielany schemat. Pasuje taki plan gry funkcjonariuszom FIM i pozostałym klakierom a kibice oczekują czegoś nowego, zawodnicy także. Nic konkretnego nie płynie z obrad międzynarodowego towarzystwa, które bez udziału Polski na arenie sportowej i organizacyjnej byłoby zdartym winylem. Jako ratujący prestiż nie narzucamy polskich innowacji, brakuje koncepcji. Marazm. Polska jest potentatem na ściernisku Europy ale też kolosem na glinianych nogach. Extraliga to elita oraz ledwie zipiący “pacjenci” pierwszej i drugiej ligi. Borykają się z kolosalnymi kłopotami finansowymi i cudem utrzymują speedway w regionach. Szkoda klubów z bogatymi tradycjami, szukający wsparcia jak żebracy. Świetny bramkarz reprezentacji Polski Artur Boruc żegnał się niedawno z barwną karierą w Meczu z Urugwajem na Narodowym. On potrafi mówić prawdziwie, szczerze; w karierze jak film tracił, zyskiwał, stawał się człowiekiem charyzmatycznym w tym, co robił. Nietuzinkowy w swoim realiźmie ocen sytuacji, nie był dwulicowy na boisku i poza nim.

Soccer - UEFA Champions League - Play Offs - Second Leg - Arsenal v Celtic - Emirates Stadium

Charakterny bramkarz dobrego myślenia. Każdy sport potrzebuje takich osobowości, które dostarczają wrażeń, wzruszeń, emocjonalnych doznań bez fałszu.

 

Żarty jeśli były, to się skończyły

Znalezione obrazy dla zapytania greg hancock home usa

Jason Doyle marzy o tytule mistrza świata, który stracił w ubiegłym roku bardzo pechowo. Finał serialu Grand Prix w rodzinnej Australii w Etihad Stadium, gdzie komfort jest mocno odczuwalny, przyniósł niespodziewany laur/ ach ten los/ Amerykaninowi Gregowi Hancockowi. Po raz czwarty, teraz Jankes jest kontuzjowany, Jason poobijany, lecz rozważnie mierzy w złoto, które wyleciało mu na finiszu z podium, jak ptak z gniazda. Nie odpuści, chce, marzy i będzie robił wszystko by wysłuchać rodzimego hymnu wśród bliskich. Sport jest brutalny w sprawiedliwości, błąka się jego złośliwa maniera robienia na przekór. Taka jego istota; jedni uuwielbiają, drudzy złorzeczą. Doyle prowadzi w klasyfikacji generalnej GP i minimalnie prowadzi a depczą mu po piętach Patryk Dudek, debiutant w tym cyrku i doświadczony Maciej Janowski, który niestety jeździ chimerycznie i przy swoich umiejętnościach nie powinien tak czasem nisko upadać.

23 września mamy kolejny turniej tym razem pod dachem w stolicy Szwecji w Friends Arena. I rok temu wygrał tam Doyle a potem pogruchotał się na dobre. Na tym torze krótkim, jak koszulka dziecka w 2014 zwyciężył Jarosław Hampel, nieobliczalny zawodnik, który już dawno powinien mieć na sumieniu złoto/ ma inne kolory medali/ solowego mistrza świata. Trzeci był wtedy Krzysztof Kasprzak, który jest rzadkim przypadkiem, po zdobyciu tytułu wicemistrza świata, mało pochlebnego zaparcia formy. A na to nie ma żadnej tabletki.

Zanim uczestnicy GP’17 wyjadą na tor w Sztokholmie mieliśmy najnudniejszy spektakl z serii GP w niemieckim Teterow. Nie rozumiem filozofii organizatorów mistrzostw świata żeby w takim miejscu organizować GP, już lepiej byłoby np. w Rawiczu czy Krośnie. Każdy polski stadion byłby lepszy od prowincjonalnego Teterowa. W zawodach zadebiutował ukraiński sędzia Stanisław Latosiński, z rodziny żużlowych fanatyków. Nie miał niestety dobrego dnia na debiut w trudnych warunkach torowych i w takim towarzystwie. Było ciężko; wyjazdy zawodników z parkingu były sygnowane sygnałem STOP. Powtórki mogą “śnić się” na jawie długo. Debiut ukraiński spalony. Nie było innej okazji by sprawdzić bystrość arbitra? “Lotniskowy tor” preferował starty a jazdy miały spore różnice dystansu. NUDA. Kto w TV po raz pierwszy został namówiony do obejrzenia transmisji, nie da się prędko namówić znów na speedway. Brak mijanek, emocji zero a postawa czterech polskich żużlowców najgorsza jaką pamiętam w GP. Teterow jest więc synonimem klęski w turnieju beznamiętnym od początku do końca. W tej sytuacji przypominam słowa Pier Paolo Pasoliniego “futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów”. Można dyskutować, spierać się, na speedway przychodzi się po dreszcz wrażeń mijanek, zapomnijmy więc o Teterowie, jak o Waterloo.

Teraz pora na rehabilitację w stolicy Szwecji, na technicznym torze, sztucznej nawierzchni, która zawsze nosi zarodki niespodzianki jazd. Friends Arena powinna przynieść lepsze polskie wyczyny, no bo kiedy? Potem jeszcze GP w Toruniu i następnie skok do Melbourne. Daleko ale atrakcyjnie, bez większego entuzjazmu europejskich kibiców. Wprawdzie w dobie dzisiejszej komunikacji: tak daleko i tak blisko, jednak idiotycznna jest ta wyprawa na koniec sezonu/ !/ na Antypody, gdyż rozumiem początek cyklu. Można tam ścigać się, gdy w Europie zazwyczaj panuje pogodowy, kapryśny przednówek, ale po kilkunastu turniejach, wyczerpaniu ściganiem, lecieć na koniec świata na jeden turniej? Głowy od parady GP zatracają racjonalny układ. Dziwię się, że federacje klepią takie głupoty i zgadzają się na taki kalendarz. I znów przypomniał mi się beznadziejnie nudny Teterow, który był antypropagandą speedway’a. Żałosny zakalec na maksa! Niech organizatorzy GP nie obniżają prestiżu indywidualnych mistrzostw świata przez organizację turniejów na wsiach. Nie ilość a jakość panie i panowie.

Występ w Sztokholmie ustawi pozycje wyjściowe na toruńską bitwę w atmosferze polskiego kotła fanów. Dwa ostatnie turnieje rok temu bez kontuzjowanego Doyle’a a Hancock miał wróbla w garści i świętował, i zapomniał o fair play/ puścił w wyścigu Australijczyka Chrisa Holdera/. W finale finałów Bartosz Zmarzlik zdobył wówczas brązowy medal, odniósł kapitalny życiowy sukces a jak jeździ w tym sezonie widać w tabeli generalki. Miotanie się i arytmia walki.

A zatem skok za Bałtyk i nadzieje; nie spodziewam się cudów, oczekuję twardej walki, dość mam huśtawki i liczę na podium z polskim akcentem.

Po tym wydarzeniu mamy w Polsce finał Ekstraligi, która w końcowych akordach podnieca mocą adrenaliny. Nad tym “urwiskiem” jest zawieszenie/ 2 lata / Rosjanina Griszy Łaguty a jego casus ostrzeżeniem, że szczegóły składają się na karierę a diabeł grasuje i konsekwencje przykre, osobiste i zespołowe bywają bolesne.

Mecze półfinałowe Ekstraligi wydobyły z siebie szaleńcze nerwy, jedni zawodzili, drudzy nadrabiali, w sumie było ekscytująco barwnie i cholernie dramatycznie. Jeszcze Wysokie Progi Ekstraligi muszą wydać werdykt, co jest clou sezonu; zrobiło się terminowo za późno. Jakby nie było finał ligowego sezonu anno 2017 na polskim gruncie przejdzie do historii i rozpamiętywania gorącego na chłodne, jesienne wieczory. Spekulacje najlepiej wycinać bezceremonialnie i sprawiedliwie, i nie tak, jak pewien minister harata świerki w puszczy.

Żarty, jeśli były, to się skończyły, zarówno na placu serialu Grand Prix, jak i na ligowym froncie: w górze, na dole. Nie dajmy się zwariować w amoku, rozsądek musi panować nad rozpalonymi głowami, każdy sport nie cierpi, nie toleruje wypaczonych zielonych stolików. Błędy powinny być rozliczane bez vatu nienawiści i szybko zresetowane w imię olimpijskich idei.

Biało – czerwona krew!

76

W naszych żyłach płynie krew z piłeczkami, oświadczają piłkarscy kibice. Co wobec tego płynie u kibiców żużlowych? Metanol? Sportową Polskę opętało coś niesamowitego po wygranej z Niemcami, mistrzami świata, na stołecznym Stadionie Narodowym. Trzeba mieć „pecha“ aby w takim dniu wygrać ostatni turniej z cyklu Grand Prix i zostać wicemistrzem świata, prawda? A mam na myśli oczywiście Krzysztofa KASPRZAKA, który od początku serialu był kandydatem na ostateczne podium, choć w trakcie zaliczył kontuzję, która pozbawiła go uczestnictwa w kilku turniejach. Podobny „przypadek“ absencji spotkał mistrza świata z USA Grega Hancocka, który w wieku 44 lat wywinął ostatecznie rzadkiej urody numer i został po raz trzeci najlepszym żużlowcem świata. Przykład dla innych pod każdym względem, niemal podręcznikowy w aspekcie rodzinnym, zawodowym, sportowym, towarzyskim, medialnym. Greg Amerykanin z urodzenia, z wyboru zamieszkania Szwed, w sumie tak po 50 procent Jankes i Skandynaw, ale charakter raczej ma słonecznego Kalifornijczyka, który wie, jak Pacyfik i zachodnie wybrzeże USA kształtują człowieka.

1370248954_Rycerze_Grand_Prix_Krzysztof_Kasprzak_top

Uciekłem dygresją o mistrzu świata GH od Krzysztofa Kasprzaka, który z solidnej wielkopolskiej rodziny ułożył sobie pod okiem ojca, byłego mistrza Polski, reprezentanta w kolorze biało – czerwonym, karierę z wjazdem na podium mistrzostw świata. Przerósł ojca i jeszcze ma przed sobą kilkanaście lat startów.

Kiedy w Warszawie piłkarska reprezentacja Polski wkopała dwa gole Niemcom, Kasprzak radował się podwójnie w Toruniu, gdzie rozegrano arcyciekawy turniej, mijankowy, pełny napięcia. Tor dawał szansę bitwy, bo nie sztuka urządzić zawody, gdzie fani oglądają i ziewają oglądając jazdy sznurkiem. Jak w miejskim korku, bez walki, drugi raz nikt nie nabierze się na pseudo żużel. W Toruniu była pasjonująca walka, zaś stawka dla kilku zawodników była wyzwaniem do jazd na full. Jarosław Hampel akuratnie wjechał w ósemkę GP, bez niczyjej łaski. Jeszcze będzie w GP anno 2015 Maciej Janowski i takich trzech Polaków w serialu, gwarantuje emocje nie tylko dla moich rodaków. Dla ogółu zakochanych w żużlu przecież.

phpThumb_generated_thumbnail

Jak wspomniałem trzeba mieć trochę pecha, żeby w euforii futbolowego święta i szału /prezes PZPN Zbigniew Boniek był oblatywaczem telewizyjnych programów/, odnieść sukces, godny zapamiętania. Krzysztof Kasprzak ma też jeszcze jednego… pecha/?!/, że największy sukces w karierze notuje w roku polskich mistrzów, bo w 2014 olimpijskie złota zgarnęli skoczek Kamil Stoch, wybiegana Justyna Kowalczyk, szybki jak piorun łyżwiarz Zbigniew Bródka, kolarskim mistrzem świata został skromny Michał Kwiatkowski, arcymistrzynią globu w pchaniu kulą Anita Włodarczyk, mamy cudownych mistrzów świata pod siatką, którzy grali jak z nut. Robert Lewandowski mistrz boiska, goli i asyst. Być na afiszu pretendentów do najlepszej dziesiątki sportowej Polski wielki zaszczyt a zmieścić się w elicie jeszcze większy spelndor. Kłopoty bogactwa; diamenty z brylantami i potrzebny sztukmistrz by ustawić dziesiątkę sprawiedliwie wobec bohaterów i kibiców. Zapowiada się zatem medialna bitwa o lokaty w elicie najlepszych z najlepszych. KK ma szanse, to jego super sezon.

A teraz coś zupełnie innego. Otóż na polskim rynku żużlowym wreszcie odpadły od koryta kluby, które nie były przygotowane do gry i Częstochowa oraz Gdańsk zostały napiętnowane. Nie może być litości dla miraży, dla takich, którzy markują, że mają na koncie, nie płacą uczciwie i kluczą bez końca. Dopadła ich wreszcie Giekażet i nie można udawać, że nic się nie stało. Oto stał się nie tylko wstyd dla zasłużonych klubów, lecz ukarani zostali przede wszystkim niewinni w tej grze pozorów kibice! Mamy przykrą przestrogę dla innych. W kontekście decyzji Giekażetu oczekuję jeszcze na rozwiązanie problemu komisarzy, płatnej fikcji osób, które niczego nie wnoszą do poprawy nawierzchni torów. Nie ma w tym logiki żadnej, ekonomii w ogóle, no i traci prestiż, wizerunek działaczy. Wywołuję do tablicy szefa Giekażetu Piotra Szymańskiego, który ostatnio wskoczył na ważny stołek europejskiego żużla. Rzecz w tym, aby rozsądnie ustawić co jest ważne na świecie i Europie. Nie może być tak, że władza światowa amputuje zawodnikom z klucza europejskiego starty w rozgrywkach GP. Opcje FIM/ BSI oraz SEC rywalizują ostro zamiast łączyć się w… interesie sportu ponad wszystko! Autorytet sternika światowego żużla Włocha Armando Castagny nie funkcjonuje. Personalne pudło, brak decyzji, rodzą się mieszane uczucia. Europa wykorzystuje słabości i dlatego mamy chory dualizm.

Przyszłoroczny serial Grand Prix prawdopodobnie rozpocznie się od premiery kwietniowej na warszawskim Stadionie Narodowym. Finał serialu GP późno i daleko, w Melbourne jesienią. Nie wiem czy 12 turniejów i skok na Antypody będzie dobrym zakończeniem sezonu. Serial GP wykańcza zaplecze i czas pokaże, czy to jest dobry kierunek sportowy, czy spektakularny grymas.

Stadion w naszej stolicy zasługuje na pewno na pokazanie światu, jest super fajna atmosfera, skacze adrenalina, płyną łzy szczęścia, czasem i rozpaczy, wypływa niesamowita energia. Tego nam potrzeba; taki szpan i trend, luksus pod dachem. Miejsce już powoli magiczne akceptowane przez „normalnych“ ludzi/ bez obrazy/ i celebrytów, polityków, jest towarzyską giełdą, gdzie warto zaznaczyć obecność. Żużlowemu światu brakuje takiego Hollywood bez hamulców a tego nie zafunduje Sztokholm, Cardiff, ani inna stolica, bo speedway na polskim gruncie w wydaniu extra wywołuje takie same emocje jak futbol, kiedy gra się o honor, prestiż, o pokazanie, że mamy w krwi piłeczki i płynie w żyłach wartko metanol. Szefowa telewizyjnej „Kropki nad i“ Monika Olejnik „kupiła“ już piłkarzy i czekam, kiedy pojawi się w gronie żużlowej śmietanki i postawi także w tym sporcie fantastyczną kropkę nad „i“.

KOLORYT ŻUŻLA

Było cicho i jakoś tak dziwnie przed końcem sezonu, i nagle wiatr historii zaczął wichurę w jesiennych liściach. Zawirowało. Zrobiło się malowniczo. Cieplej na duszy. Sport pokazał raz jeszcze, że nie ma pewniaków, nie ma mocnych na żywioły. Panie i panowie po kolei.

GREG HANCOCK po przykrej kolizji w Gorzowie, podczas GP zaleczył lewą rękę i pojechał w swojej drugiej ojczyźnie, czyli Szwecji, jak przystało na pretendenta do trzeciego złota. 44 – letni Amerykanin, który mieszka z ładną rodziną pod Sztokholmem nie odpuścił młodzieży i udowodnił, że w finale GP na toruńskim torze będzie bronił pozycji lidera przed atakami m.inn. Krzysztofa Kasprzaka. No właśnie na przestrzeni sezonu GP każdego zawodnika dotykają cierpienia kontuzji i absencje. Roni łzy obrońca tytułu Anglik Tai Woffinden i skręca się z bólu sponiewieranej ręki, wypadł z gry Duńczyk Niels Kristian Iversen a byłby blisko cennego trofeum. KK też miał kłopoty, podobnie Duńczyk Nicki Pedersen. W tym kontekście rodzi się od razu pytanie, czy cykl kilkunastu turniejów jest bardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem od jednodniowego finału?! Czekam na odpowiedzi, bo tasiemiec GP jest ciągle dziwolągiem zaspakajającym chyba tylko funkcjonariuszy tego serialu.

Rok temu w Toruniu triumf święcił Woffi a turniej wygrał Adrian Miedziński, który jest sezonową zagadką. W tej walce finałowej zabraknie niestety Australijczyka Darcy Warda, którego jazdy bywają cudowne, acz picie mocnych napojów skraca życie, czytaj: karierę. Niestety, za błędy młodości trzeba płacić, traci też publiczność, która zawsze jest łasa na popisy nie tylko na prostej. Skoro jestem w Toruniu, jeszcze raz ubolewam, że po kilku sezonach i wydaniu ok. 19 milionów złotych Roman Karkosik żegna się z Unibaxem /nazwa od jednej z jego społek/. Człowiek bogaty zaznał w sporcie żużlowym odrobiny luksusu /DMP ‘08/, kiedy najmniej go ten “interes” na początku przygody kosztował. Potem finanse zawirowały, przyssali się do bankomatu RK jak pijawki poszukiwacze lukratywnych podpisów za starty. Roman Karkosik chciał mieć coś do powiedzenia z “Aniołami”, lecz pokazano mu drzwi. Skończył ośmioletni “epizod” z klasą, nie zostawił zadłużeń, co bywa w żużlowej modzie. A hasło, kogo pieniądze, tego religia nie może na żużlowym rynku zaistnieć. Karkosik nie chciał być zakładnikiem “organizacji”. Finis coronat opus, koniec wieńczy dzieło. Było, minęło, szkoda.

Od Torunia nie jest blisko do Zielonej Góry, ale oba miasta powiązała rok temu afera ekstraligowa. W Falubazie zakotłowało się, zespół wypadł z gry o mistrzostwo Polski. Słabo wypadli w meczach prawdy ci, na których liczono, brakuje zawieszonego Patryka Dudka. Trener Rafał Dobrucki zapowiedział odejście, raczej tam nie zostanie Jarosław Hampel, który przez jakiś czas miał podobno problemy z sobą/ krążą o tym barwne plotki/, został odsunięty od składu, potem po fantastycznej jeździe w Sztokholmie w GP Skandynawii przywrócono go do drużyny. Cyrk i znowu wersje, kto za tym stoi: czy senator Robert Dowhan były guru klubowy, czy prezes Maciej Jankowski. Odcina się Dobrucki, urażony Hampel śmieje. Kabaret, który jednak odbił się na postawie i obrazie Falubazu. Wizerunki klubów podupadły także “dzięki” licencjom pod specjalnym nadzorem. Vide co jest w Czestochowie, nie mówiąc o bałtyckim wstydzie z drużyną Wybrzeża. Na tym tle rodzinna firma Skrzydlewskich z Łodzi wypada jak dziewica. No może przesadziłem, lecz ich desant w pierwszej lidze zasługuje na nowy stadion w Łodzi. Budżet został wyczerpany przez… sukces, toteż prezes Witold Skrzydlewski “szantażuje” panią prezydent miasta, że jeśli będzie baraż z Częstochową, to za pieniądze miasta. Interesy trzeba umieć robić a na tym szef Orła, o którym śpiewa Sławek Kowalewski/ “Trubadur”/, zna się dobrze.

Znają się też jak zarabiać decydenci Polskiego Związku Motorowego. Utworzenie Ekstraligowej Spółki jest dziwolągiem, który kosztuje krocie, bo prezes tego ugrupowania zarabia tyle, ile prezes dużej społdzielni mieszkaniowej. Nie pogardził by taką robotą może i tuskowy Igor Ostachowicz, bo to więcej, niż w rządzie, lecz znacznie mniej, niż w Orlenie. Rada nadzorcza spółkowej extraligi jest nieliczna, zgrana i również dostaje przelewy na konto. Teraz w żużlu funkcjonariusze dostają nawet za przejście się po parkingu. Po co spółka? Co ludzie robią od niedzieli do niedzieli? Za duże pieniądze? Dawniej obsługiwał wszystko Giekażet. PZM nie ingeruje, bo sam musiałby sobie poobcinać. Absurd.

Gospodarniej byłoby bez “gipsowych” i fasadowych firm powiększyć rutynowy Giekażet o jedną osobę i dalej działać po bożemu, bez szastania pieniędzmi. Podobno speedway ich potrzebuje. Kolejny absurd. Eskalacja zjawiska tworzenia spółek w Polsce w łonie różnych organizacji jest łacnym interesem dla ludzi, którzy chcą dużo mieć za… mało roboty. Nie wiem skąd nadleciał ten trend, czy aby nie z PKP? Działacze mają jednak mało wspólnego z kolejami, raczej z innymi ”furami”.

W sprawie ekstraligowej spółki czekam na głosy czy jest sens “pieszczenia” sztucznego ciała, które jest bliższe członkom, niż sportowi.

A tak w ogóle, zrobiło się w żużlu na koniec barwnie, bo jeden drugiego, trzeci czwartego i mamy męską końcówkę. Jeszcze do Rybnika zjadą mistrzowie świata, żeby zrobić reprint turnieju, jaki mieliśmy rok temu w Lublinie. Show po koronacjach GP w Toruniu. Jakby mało było sportu dla prawdziwych kibiców, w Warszawie “kopiemy się” z Niemcami, co szpanuje hazardzistów nie mniej, niż jazdy tego samego dnia w toruńskiej Motoarenie. Oj, będzie się działo!

ps. Dochodzą mnie słuchy o kandydowaniu do samorządów także sportowców, w tym ze środowiska żużlowego. Mieliśmy już takie doświadczenia w przeszłości z miernym skutkiem, więc polecam choć trochę samokrytycyzmu, bo żeby coś załatwić trzeba umieć sklecić trochę zdań. Mumie nie są narodowi potrzebne, zatem “mierz siły na zamiary”; rozliczenia bywają smutne i przynoszą szkody Polsce.

Zanim urodziły się jazdy GP

url-2

Co się działo na światowej arenie 30 lat temu pisałem w poprzednim felietonie, dziś przypomnę w zimowe dni, co się wydarzyło 20 lat wstecz. 30 lat temu finał indywidualny światowy odbył się na północy Niemiec w Norden, dziesięć lat później na południu, w zakątku granicznym gdzie łączą się Niemcy z Austrią i Czechami i płynie tam majestatycznie Dunaj. Malownicza okolica, atrakcyjne Passau i znane bawarskie uzdrowiska. W Pocking odbył się przedostatni finał indywidualny MŚ, rok później ostatni, jednodniowy zaplanowano w duńskim Vojens na torze Ole Olsena.

Mamy rok 1993 i finał w małej miejcowości Pocking, skąd pochodził Georg Transpurger, sędzia, który w 1973 roku poprowadził finał IMŚ na Stadionie Śląskim w Chorzowie a wygrał wtedy Jerzy Szczakiel. Historyczny turniej, z przyjemnością przypominam okrągłe daty minionych lat, jakaś mistyka w moim w kalendarzu krąży, skoro obracam się wokół takich zdarzeń. Pocking znane było z Wielkanocnych Turniejów rozgrywanych w silnej obsadzie w konwencji czwórmeczów. Polaków rzadko tam zapraszano, startowali gospodarze, wiadomo a oprócz nich Duńczycy, Anglicy, Szwedzi, zawodnicy z Antypodów, czasami Czesi.

Na arenie międzynardowej powiało talentem Tomasza Golloba i atmosfera wokół jego postaci budziła zainteresowanie oraz nadzieje, że oto mamy kogoś kto powalczy w światowej elicie. W kręgach międzynarodowych mówiło się o pomysłach na nowe rozdania  w mistrzostwach świata, o zerwaniu z dotychczasowym schematem i wprowadzeniem projektu, który wstrząśnie środowiskiem i będzie obowiązywał w następnych latach. Jak się okazało po kolejnym finale IMŚ w Vojens projekt rysował się jako Grand Prix, w postaci rozwlekłego serialu, który trwa i trwa…

POCKING. Już tam byłem kiedyś, wykorzystuję więc czas i pędzę do uroczego Salzburga, gdzie paskudna pogoda, zacina deszcz. Jeszcze lato, dopiero koniec sierpnia. Tam lubi padać. Trening w Pocking bez większych problemów. Fani z Polski liczą na podium. Jeszcze jednak za wcześnie. Poczekają i się doczekają.

Przyjeżdżają na turniej przyszli sponsorzy Tomasza Golloba, biznesmen w dużym wydaniu Jan Kulczyk i Mieczysław Wachowski, sekretarz stanu za czasów prezydencji Lecha Wałęsy. Przylatują do Monachium a potem jadą samochodami via Landshut do Pocking. Po turnieju będę uczestnikiem mini spotkania z ich udziałem oraz władzy PZM  i Tomasza Golloba z ojcem Władysławem. Tyle faktów. Zdarzyły się w Pocking na progu kariery polskiego asa i w przedsionku projektu pt. Grand Prix. Nowe otwarcie w indywidualnych mistrzostwach świata było tajemnicą, miało swoich promotorów, przecieki były, lecz specjalnego wrażenia nie robiły. Panowała ciekawość i niepewność. Premiera GP miała nastąpić we Wrocławiu, który był pierwszym z sześciu turniejów serialu.

Finał w Pocking wzbudził duże zainteresowanie, nie zabrakło niemieckich kibiców i zagranicznych, bardzo widoczni byli fani z Polski dopingujący swojego asa. Obsada fantastyczna, silna i debiut wśród takich pereł polskiej, późniejszej ikony.

Zawody wygrał w kalifornijskim stylu Amerykanin Sam Ermolenko, który wyginał się na motocyklu jak sprężyna. Był najszybszy w czterech wyścigach, ostatni zaliczył na zero. Wystarczyło 12 punktów aby zdobyć złoto! O srebro powalczyli Duńczyk Hans Nielsen i Anglik Chris Louis, syn Johna, reprezentanta Anglii. Wygrał Hans. Tomasz Gollob zdobył osiem punktów i zajął siódme miejsce, jeszcze nie otarł się o podium. Walczył. Wygrał jeden wyścig i gdyby nie zaliczył w ostatnim zera, byłoby lepiej. Pozostawił wrażenie zawodnika, który potrafi ostro pojechać na torze tam, gdzie inni nie znajdują dla siebie miejsca. Przedostatni w finale’93 był Australijczyk Leigh Adams, a ostatni, szesnasty Greg Hancock z USA. Startowali w tym turnieju m. inn. Anglik Gary Havelock, mistrz świata z roku 1992, Amerykanin Billy Hamill, Szwed Per Jonsson, mistrz świata z 1990 roku, jego rodak Tony Rickardsson, późniejszy multimedalista. Tony był czternasty z 4 punktami, za Gollobem znaleźli się Jonsson, Hamill i Bawarczyk  Gerd Riss, który potem na długim torze był mistrzem świata.

Debiut Tomasza Golloba budził nadzieje dla Polski, dla kibiców i chyba wtedy narodziła się silna grupa pod wezwaniem TG, która towarzyszyła mu na wielu stadionach dopingując barwnie i żywiołowo.

Wspomniani w felietonie goście z Polski na spotkaniu z polskim zawodnikiem i jego ojcem zadeklarowali pomoc sponsorską, która nie była obiecanką a poważnym zastrzykiem w następnych latach, podczas licznych startów w prestiżowych zawodach. Sądzę, że familia Gollobów to pamięta i docenia po latach, bo zawsze na progu kariery  bardzo istotne jest zaangażowanie i finansowe wsparcie. Minęło od tego 20 lat…

W roku 1994 odbył się finał IMŚ, ostatni w historii „jednodniowych“, w duńskim Vojens a startowali tam: Tomasz Gollob, Piotr Świst a rezerwowym był Roman Jankowski. Ermolenko nie obronił złota, był dopiero trzynasty. Wygrał Rickardsson po barażu ze swoim rodakiem Nielsenem i Australijczykiem Craigiem Boycem. Czwarty był Hancock a jedenasty debiutant Jason Crump z Australii. Niestety wyprawa Polaków do Vojens przyniosła fiasko kompletne; oto Gollob zaliczył dwa zera a potem miał przykry wypadek i obolały wrócił do Polski. Świst zajął piętnaste miejsce z jednym punktem. Nie było więc radości a stało się pewne, że za rok we Wrocławiu rozpocznie się nowa era w indywidualnych mistrzostwach świata. A mistrz wyłaniany po sześciu turniejach będzie miał szanse sprawiedliwej walki o złoto. Czy tak było i tak jest?

I czy fakt, że od 1995 roku panuje ten schemat z podwojoną liczbą turniejów i czy jest właściwym sposobem na mistrzowskie jazdy, pozostawiam do rozważań przy imbirowej herbacie zimowej.

Kobieta ustawia drużynę

Tak być może? Jasne. Ten felieton nie będzie z jądrem sportu, tak jakoś po wielkanocnych świętach mi wychodzi. Dość jaj. Poczekajcie, z jednej strony mamy już nowozelandzką przygodę z Gregiem Hancockiem w roli głównej, który jako aktualny mistrz świata wjechał w nowy sezon z rozpędem i sygnalizuje, że z nim nie ma żartów, on zawsze jeszcze może. Być dobrym w Europie i na antypodach. Jarosław Hampel jedzie za nim jak cień, a dzieli ich kilkanaście lat i kto wytrzyma trudy tasiemcowego walki o mistrzostwo świata włoży koronę na głowę w toruńskim finale Grand Prix. Długa droga jak trasa Orient Expressu i pełna niespodzianek.

Przed nami Leszno i druga odsłona serialu, już inaczej, już będą rozgrzani ligowymi meczami a tam w regionie byłych mistrzów świata Maugera, Briggsa i Moore’a premiera wypadła egzotycznie daleką podrożą i nie tylko. Tomasz Gollob nie składa broni, wszak młodszy jest od Hancocka. Jak będzie smakować sezon zobaczymy w okolicy połowy maja.

A ligowe potyczki? Ekstraliga i przepaść. Trudne czasy dla obu lig, poza tą elitarną, dla egzystencji, pozyskania reklam. Los porzuconych dzieci jest bardzo trudny, wymagają opieki żeby egzystowały, wyrastały, zaniedbane mają marny żywot.

A teraz o szkoleniowym rynku. Ministrowie sprawiedliwości Jarosław Gowin i sportu Joanna Mucha zgodnie zadecydowali, by zawód TRENER znalazł się na liście zawodów do otwarcia.

W piłce nożnej system szkolenia jest niezależny od państwa/ licencje trenerskie np. wydaje PZPN czy UEFA/, samodzielny system szkolenia ma także Polski Związek Jeździecki. Ministerstwo sportu sugeruje by inne związki też tak zrobiły.

Mamy deregulację trenerskiego zawodu. Na liście ogłoszonej przez ministra sprawiedliwości znalazło się 49 zawodów do których ma być ułatwiony dostęp. W przyszłości ma  być 240 takich profesji na 380. Deregulacja ma objąć trenerów wszystkich klas, czyli pierwszej, drugiej i mistrzowskiej.

Aby zostać trenerem w Polsce są dwie drogi.

JEDNA akademicka czyli po ukończeniu AWF. Dyplom daje stopień instruktora sportu. Po dwóch latach praktyki i studiach podyplomowych można być trenerem II klasy. Stopień I klasy uzyskuje się po trzech latach praktyki i ukończeniu specjalistycznego kursu z egzaminem. Klasę mistrzowską otrzymuje się po kolejnych dwóch latach i kursie. Obłęd, papier goni papier. Te wszystkie zdobycze można uzyskać oczywiście bez karalności za przestępstwa popełnione we wspołzawodnictwie sportowym.

DRUGA droga obejmuje tych ze średnią szkołą; więc by zostać instruktorem trzeba zaliczyć specjalistyczny kurs i nie mniej niż 250 godzin oraz zdać egzamin. Koszty są różne od 1,5 złotych o kilku tysięcy złotych.

Deregulacja wprowadza poluzowanie i trenerem sportu będzie mogła zostać każda pełnoletni osoba nie karana za przestępstwa w sportowym współzawodnictwie. W projekcie akcentuje się, że osoby powinny mieć wiedzę „w zakresie działalności trenerskiej“.

Tak to wygląda w projektach łatwego dojścia do różnych zawodów.

Sport żużlowy nie ma nadmiaru trenerów z wykształceniem. W historii był dr Ryszard Nieścieruk, który ukończył AWF. Ilu mamy teraz magistrów po AWF? Na palcach jednej ręki można chyba policzyć.

Szkoleniowy rynek w żużlu jest ubogi, niesie z sobą znajomość jazdy, specyfiki sięgającej tajników sprzętu i ustawiania składu drużyny, czyli tajników psychologii. Mieć tzw. „czuja“ jest darem wielkim jak Giewont. Nie każdy ma w sobie czytanie jazd, gry. W żużlu jest poważny kłopot z absolwentami szkół średnich. Pozostawała więc druga ścieżka zdobywania zawodu i taką Giekażet lansuje.

W sporcie żużlowym mamy instruktorów pierwszych kroków, pracujących w szkółkach oraz szkoleniowców zajmujących się pierwszymi zespołami. Nie każdy potrafi łączyć jedno i drugie. A tak w ogóle to jest deficyt szkoleniowców z intuicją, toteż Marek Cieślak jest  „profesorem“ jako menago.

Starty zagranicznych zawodników w polskich ligach żużlowych nie bardzo uaktywniły szkoleniowy rynek, poliglotów to my nie mamy, próby zatrudniania zagranicznych trenerów/ Duńczyk Tommy Knudsen we Wrocławiu/ raczej nie spełniły oczekiwań. Najczęściej szkoleniowcami żużlowymi są byli zawodnicy, czy ktoś ich weryfikuje? Życie dopiero po latach, kiedy z talentu wychodzą błędy pierwszych jazd. W odróżnieniu od innych sportów ludzie nie jeżdżący wcześniej na torze nie bardzo są akceptowani jako szkoleniowcy. Dyplomy niczego nie zapewniają, weryfikują wychowanków jazdy.

DEREGULACJA trenerska umocni tych, którzy będą mogli po podstawowej szkole szkolić zawodników. Problem w tym, że młodzi ludzie potrzebują także wiedzy ogólnej, no i trenerzy powinni być wychowawcami młodych ludzi. Czy tak jest?

Czy mistrz sportu ale o ograniczonej wiedzy ogólnej może odnosić sukcesy jako trener?

Życie stawia przed każdym z nas obojętnie od wieku coraz większe wymagania i to nie jest sprawa kliknięcia komputerowego, śledzenia internetu, lecz systematycznego pogłębiania wiedzy. Liczne starty w Europie ułatwiają chyba zdobywanie doświadczenia. Życie pędzi, sport gna jak huragan. Każdy żywioł niszczy, więc musi być pod kontrolą.  System więc powinien być monitorowany by uniknąć przykrych wpadek.

Mam przekonanie, że czas trenerów, którzy lansowali piwo zamiast herbaty na śniadanie już chyba minęły. I na koniec taka oto refleksja…  jeszcze w żużlu szkoleniowcem nie była kobieta. Na pocieszenie inne męskie sporty też mają z tym dziewiczy problem. Słaba płeć? Chyba nie.