Praga, Milik i polska brygada

aaa

“Mamy dużo pracy, przygotowujemy się na Grand Prix Czech od zawsze starannie i liczymy na przyjazd dużej grupy polskich kibiców” – powiedział kierownik zawodów praskiego turnieju Pavel Ondrasik. Razem z ojcem Petrem mają na stadionie Marketa doświadczenie od wielu lat. Chcą “dołożyć” jeszcze małą trybunę od strony parkingu, żeby więcej kibiców mogło obejrzeć zawody 10 czerwca. Sędziuje Anglik Craig Ackroyd. Będzie się działo! Oj, będzie! Poprzedni turniej GP Łotwy zakończył się historycznym sukcesem polskich zawodników, wygrał Piotr Pawlicki, przed Patrykiem Dudkiem i Maciejem Janowskim. Podium biało – czerwone na fest zakurzonym stadionie w Daugavpils. Zakurzonym, bo gospodarze obawiali się prognozowanej pogody deszczowej i oszczędzali wodę! Tumany pyłu przypominały jazdy motocyklistów w Rajdzie Dakaru. Liderem serialu GP jest debiutant Patryk Dudek! Daję wykrzykniki, bo każdy komunikat jest potwierdzeniem hegemonii polskich żużlowców. Duża radość?

Otóż…Nie chcę być malkontentem, oczywiście sukcesy naszej brygady są bezdyskusyjne, lecz na jakim tle? Patrzmy realnie na fakty żużlowej rzeczywistości w Europie. Kryzys kilku federacji nam sprzyja, speedway staje się polską specjalnością, zgarniamy medale wśród seniorów a także dominujemy w gronie młodzieży. Gdzie skandynawska młodzież, która była motorem napędowym europejskiego żużla? Gdzie angielska siła i amerykański, kalifornijski polot, gdzie australijskie “kangury”, które przeskakiwały Europejczyków bez problemów, sporadycznie wspomagane nowozelandzkimi talentami. Nie ma. Tragiczny w skutkach wypadek australijskiej nadziei Darcy Warda podciął wyraźnie skrzydła wielu zawodnikom, osłabił marzenia, że znów jest ktoś charyzmatyczny, który potrafi przegrać start by walczyć do utraty tchu, jak gladiator i meldować się na mecie pierwszy. Były mistrz świata Chris Holder moim zdaniem stracił animusz, odnoszę wrażenie, że wypadek Warda wycisnął na nim wyraźne piętno, które oczywiście nie dołuje aż tak mocno jego charakteru sportowca, lecz w głowie ma… wpierw wypadek Leigha Adamsa /podobne zdarzenie do Tomasza Golloba na motocrossowym motocyklu/ a potem młoda dusza Darcy Warda odarta brutalnie przez los z wszelkich złudzeń kołuje jego myśli. I to jest moja wersja, obserwuję speedway od lat wielu i patrzę, zresztą na każdy sport, okiem nie tylko recenzenta pozbawionego uczuć. Wręcz odwrotnie zawsze mnie frapowały kulisy, dalej intrygują w sporcie podteksty oraz zachowania.

Psychologia, socjologia sportu jest niezwykle interesująca pod każdym względem. A speedway, jego natura balansu na krawędzi życia i śmierci/ tak, tak…/ jest dodatkowym bodźcem do wnikliwego przyglądania się charakterom. W życiu warto mieć farta, los krąży nad każdym i czyha jak jastrząb, bo jedna chwila burzy nadzieje, niszczy wartości budowane przez lata.

Zostawiam Antypody, które są odległe a organizacja w tej części świata turniejów GP wcale nie pobudza namiętności żużlowych.

A Europa? Zastygła i tylko Polska dryfuje ku słońcu… Na żużlu, żeby nie było wątpliwości. Oczywiście trzeba się cieszyć ale oceniać realnie i także jako dominator myśleć o podniesieniu konkurencyjności w swoim otoczeniu, bo jak tak dalej będzie, to zamkniemy się w swoim gronie, co oznacza jawne zjadanie swojego puszystego ogona.

Tę refleksję dedykuję polskim oficjelom we władzach międzynarodowych, nie pierwszy raz puszczam taki komunikat z tych łamów. Realizm buduje przyszłość. Polska dominacja może skończyć się kiepsko, egzaltacją i narcyzmem, chorym przeświadczeniem, że jesteśmy kolosem. Na jakich nogach? Ze sjenitu?

Dość tych refleksji, jadę do Pragi.

Wełtawa jest malowniczą rzeką , która przepoławia to historyczne, mozaikowe miasto a mosty bajkowo wiążą jak kokardkami poszczególne brzegi stolicy Czech. Turystów tradycyjnie nie brakuje nigdzie, podobnie i czeskiego piwa. Znam taką gospodę “Na Slamniku”, gdzie czepowany/ czyli z beczki/ Staropramen smakuje jak balsam na rozkołatane serce polskimi problemami skłóconych stron. W Pradze zamykam wątki polsko – polskie, jest ślicznie jak na pocztówkach a speedway, czyli plocha draha na Marketa w biało – czerwonych kolorach. Polscy kibice fundują organizatorom atmosferę wrzącego kotła, jest głośno i fajnie, piknik niemal rodzinny w kameralnych warunkach. Czeski i polski spiker uzupełniają klimat. Jaka będzie pogoda a kto wygra? Czesi ciągle marzą by na podium wjechał/ będzie jednak trudno!/ sympatyczny szwejkowski Vaclav Milik, bo to on z “dziką kartą” zawalczy o honor czeskiego żużla. Potrafi, nie brakuje mu ambicji. W rezerwie gospodarze trzymają Josefa Franca i Mateja Kusa.

Rok temu wygrał Australijczyk Jason Doyle, któremu zatarł się niedawno w łotewskim kurzu silnik. Doyle wie, że w ubiegłym sezonie wskutek kontuzji na finiszu stracił prawie pewny tytuł mistrza świata. Żal mi takich sytuacji, bo nic dwa razy się nie zdarza identycznie. Bartosz Zmarzlik/ dziś poobijany/ szalał, lecz wystarczyło tylko na piąte miejsce, dalej byli Piotr Pawlicki i Maciej Janowski. Wspominany Milik był ostatni z 3 punktami. Sędziował Jim Lawrence z Anglii, widzów ok. 7 tysięcy a teraz Czesi spodziewają się więcej fanów, oczywiście głównie z Polski. Startuje czterosobowa przecież brygada. Beczki piwa już schłodzone a kamienny, historyczny most Karola oczekuje na wędrówki tam i z powrotem turystów od Tokio po San Francisco, z Leszna, Gorzowa, Tarnowa, Rybnika…

A pod mostem Karola starym jak świat, płynie leniwie Wełtawa ozdobiona statkami, zaś hen w górze rozległy zamek i strzeliste, czarne wieże królewskiej katedry na Hradczanach swoim majestatem panują nad Zlatą Prahą.

Stolica Czech jest usportowiona, tu i tam słychać odbicia piłeczek tenisowych a piłkarskich boisk nie brakuje, przede wszystkim jest królewski, boski dla Czechów hokej na lodzie. A plocha draha? Na Markete, tam w górze na Breznovie, skąd widać urodę Pragi o każdej porze dnia i nocy, pielęgnowana jest tradycja żużlowych jazd przez familię Ondrasików, którzy nie wyobrażają sobie tego miejsca bez Grand Prix. I ja też. Ahoj!

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.

 

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 4

Obudzili się młodzi Szwedzi, których edukował świetny coach Bosse/ nazywany skrótowo Bo/ Wirebrand, bywający w Polsce wiele razy. Per Jonsson, Jimmy Nilsen i pretendent do tytułów, wyrachowany w jeździe, konsekwentny na torze i poza nim, ze sprzętem nienagannym Tony RICKARDSSON, nazywany w Tarnowie Tośkiem. Duńczycy boleli po odejściu Gundersena, ale mieli moc w innych asach. Goeteborg, miasto usportowione, z przestrzenią, wygodne dla uczestników międzynarodowych targów i spotkań, przyjazne na każdym kroku dla turystów i swoich mieszkańców. Zieleń, boiska, hale, blisko morze, powietrze bez smogu.

Ullevi wypełnione, stadion, który gości nie tylko sport ale z powodzeniem światowe kapele muzyczne i gwiazdy estradowe formatu ekstra! Zaczynamy!

Gwiazdą żużlową zostaje mały duński mistrz Jan Osvald Pedersen/ rocznik 1962/, który nie przegrał ani jedego wyścigu, miał motocykl jak najlepszy zegarek i koncertowo zdobył złoty medal. A za nim zaczaił się Szwed Tony Rickardsson, który wykazywał ogromny apetyt na wysłuchanie ojczystego hymnu. O brązowy medal barażowali Duńczycy Hans Nielsen z Tommym Knudsenem i znów szybszy okazał się ten pierwszy. Polaków zabrakło na Ullevi, chude lata, mogliśmy liczyć tylko na sytuację, kiedy organizujemy finał i dostaniemy miejsce z przydziału/ taka okazja nadarzyła się rok później/, a w Goeteborgu obrońca tytułu Jonsson zajął dopiero dziewiąte miejsce mocno rozczarowując gospodarzy. Jedenasty był Włoch Armando Castagna na produkcji GM, które to silniki przygotowywał mu rodak Giuseppe Marzotto. Za Włochem uplasował się Kalifornijczyk Billy Hamill, który miał jak się okazało “papiery”/ 2 razy/ na mistrzstwo świata. Dwa ostatnie miejsca zajęli Czech Roman Matousek i Niemiec Gerd Riss, którzy nadal nie dawali rady technice i szybkości przeciwników.

Kolejny finał IMŚ otrzymał WROCŁAW. Po sezonie 1991 rozgorzała w Polsce walka o mistrza świata i wygrał finansowy “przetarg” nowobogacki/ telewizory, handel węglem etc./ Roman Niemyjski/ podobno zmarł/ guru rybnickiego klubu, który rywalizował na transferowym rynku z zielonogórskim nowobogackim Zbigniewem Morawskim/ handel runem leśnym/ obaj mieli ambicje i zapędy finansowe nie ograniczające granic; w Rybniku podobno płacono JO Pedersenowi 1000 niemieckich marek za punkt. Ulubieńcem Niemyjskiego był Eugeniusz/ Egon/ Skupień i lokal “ Mimoza” pod Rybnikiem. Morawski, zielonogórski boss, w Goeteborgu, dokąd przyleciał prywatnym samolotem, planował zorganizować rewanż za finał IMŚ z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów. Zagraniczni fachowcy pytali mnie, co to za gość, bo suma jak na speedway była zawrotna. Z rewanżu nic nie wyszło, a ”rybniczanin” Jan O. Pedersen w maju 1992 doznał przykrej kontuzji kręgosłupa na rodzimym torze w Viborgu i zakończył błyskotliwą, krótką karierę. Wykruszyła się zatem przez fatalny zbieg okoliczności duńska ekipa asów od wygrywania.

Mamy 1992 i WROCŁAW, kolejny finał, tradycyjnie od lat 60 – tych starannie przygotowywany przez tamtejszych działaczy z Lucjanem Korszkiem na czele. Stadion Olimpijski jest teraz w przebudowie i będzie cackiem, więc spodziewam się kolejnej imprezy rangi światowej. We Wrocławiu Anglicy mieli powody do radości i bankietowania, bo oto z dredami, owiany opowieściami różnej treści i “smaków” GARY HAVELOCK/ojciec też był żużlowcem/, zdobywa w fantazyjnym stylu złoty medal/to co Havvi kosztował, zgubiło kompletnie angielską gwiazdę Mike Lee, który został zdyskwalifowany za narkotyki, kiedyś wyjechał na tor pod prąd!/. Za Gary’m uplasował się Per Jonsson, trzeci mniej znany Duńczyk Gert Handberg. Polska we Wrocławiu miała swojego idola częstochowianina SŁAWOMIRA DRABIKA, który wygrał jeden wyścig, w sumie uzbierał 6 pkt/ zaliczył defekt i wykluczenie/, co dało mu 10 miejsce; wstydu nie przyniósł. Za nim znaleźli się Amerykanie Rick Miller i mały jak “koliber” Ronnie Correy, który potem w Szwecji miał groźny wypadek, lecz szczęśliwie ocalał. Sensacją było dopiero 15 miejsce Rickardssona/5 pkt/, którego wyprzedził Czech Zdenek Tesarz. Zabrakło etatowego uczestnika takich turniejów Hansa Nielsena /kontuzja/ Finał przeszedł do historii, Anglicy odzyskali tron, choć mocnej drużyny dalej nie mieli. Finał za finałem i już coś przebąkiwano o zmianie formuły rozgrywania indywidualnych MŚ. Co się odwlecze, nie uciecze… I tak się stało.

1993 i bawarskie miasto POCKING otrzymało organizację finału, w którym wystąpił TOMASZ GOLLOB. Przylecieli na tę imprezę prezydencki/ Lech Wałęsa/ sekretarz stanu Mieczysław Wachowski i znany przedsiębiorca, niedawno zmarły Jan Kulczyk, obaj rodem z Bydgoszczy, sympatycy żużla. Z Pocking pochodził sędzia Georg Transpurger, który prowadził finał IMŚ w 1973 roku w Chorzowie i został odsunięty przez FIM za… lotne puszczanie startów. Bawarczyk ambitnie chciał się odkuć, lecz nie otrzymał szansy rehabilitacji w finale IMŚ. W Pocking wygrał balansujący cyrkowo ciałem Sam Ermolenko, Amerykanin wyprzedził Hansa Nielsena, który po barażu ograł Anglika Chrisa Louisa, syna Johna z Ipswich. Obrońca tytułu Havelock był szósty z 10 pkt, przed Tomaszem Gollobem/ 8 pkt, wygrał drugi wyścig/ o którym mówiło się w kulisach bardzo pochlebnie a londyński tygodnik “Speedway Star” zamieścił na dwóch stronach obszerny materiał o rodzinie Gollobów w roli głównej z Tomaszem. Tenże zawadiacko wjeżdżał na salony światowej elity. W finale znów wystartował Castagna, który gdyby potrafił wykorzystać szybkie GM, byłby na podium. Ostatnie miejsce zajął Amerykanin Greg Hancock z 2 pkt., dziś już/ 46 lat!/ czterokrotny mistrz świata! Przed nim wylądował młody Australijczyk Leigh Adams, od paru lat na wózku inwalidzkim, podobnie jak i Jonsson/ Toruń/, po kraksie w derbach Pomorza w Bydgoszczy.

Pocking było znane w świecie żużlowym z organizacji elitarnych turniejów wielkanocnych, w których Polacy nie mieli szczęścia startować, może pod koniec historii tej imprezy, kiedy już ranga spadła. Wokół tego miasta ulokowane są atrakcyjne kurorty i blisko do Dunaju oraz do austriackiego Tyrolu.

Finał 1994. I znów jesteśmy w VOJENS, który to już raz? Głośno trąbiono nie tylko przy piwie o zmianie formuły IMŚ. Zacięty turniej i w końcówce Tony Rickardsson, Hans Nielsen i Australijczyk Craig Boyce mieli po 12 pkt, i po barażu tak ustawili się na podium. Za nimi Havelock, piętnasty był Piotr Świst, ostatni Tomasz Gollob, który w trzecim starcie miał groźny upadek i musiał wycofać się, wcześniej nie zdobył punktów. Wystartował dwa razy/ zero pkt./ rezerwowy Jankowski, drugi rezerwowy Hamill w jednym starcie był trzeci. W Vojens zawsze jest ostra walka, bo geometria i nawierzchnia toru temu sprzyjają. Piwo Faxe leje się obficie a kameralny stadion przytula sympatycznie fanów. Gollob wprawdzie wypadł kiepsko, ale od tego momentu można już mówić o rodzeniu się “gollobomanii”, zaczęli za nim jeździć Polacy z biało – czerwonymi gadżetami i dopingiem zagłuszającym wszystko i wszystkich. Fantastyczne zjawisko, które rozbudzało organizatorów imprez.

Vojens’94 przeszło do historii klasycznej formuły finałów IMŚ; za rok we Wrocławiu rozpoczęła się era serialu Grand Prix i niestety/ boleję, że bez koniecznych korekt/ trwa do dziś. Na specjalnej konferencji prasowej hucznie ogłoszono, że angielska firma marketingowa BSI będzie organizatorem nowego wydarzenia, które zrewolucjonizuje stary system i będzie mega atrakcją dla zawodników i kibiców, pozyskane zostaną nowe lokalizacje i federacje dla speedway’a. No i co? Minęło tyle lat… rutyna organizacyjna, brak pomysłu jak zrobić lepszy show i stagnacja. Projekt zużył się w schemacie. Serial GP ma swoich zwolenników i przeciwników. 50 do 50? Wizje z dawnych lat pokrył tuman mgły, bo nie ilość ale jakość decyduje o trwałym sukcesie sportu na globalnym forum. Nic nie trwa wiecznie, choć filmowe seriale cieszą się długowiecznością.

To tyle historii, która przeleciała jak jaskółka przed burzą, nie ma już cdn., zatem trzymajcie się przedświątecznie bez większych szaleństw.

Prowincja kocha wielki świat

 

teterow3

Codzienne zmęczenie problemami tego świata kieruje nas w stronę innych spraw. Polityka jest brudna jak ścierka po mięsiącu. Przekazy medialne atakują dramatami i strachem jakie będzie jutro. Z jednej strony globalne ocieplenie, z drugiej imigranci, narkotyki na szlakach z Ameryki Płd., terroryzm, który wybucha tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jak uciec od tłoku informacji złych, gnębiących? Rodzą się zatem pytania jak ułożyć sobie życie od Tokio do Paryża. Globalna populacja jest mozaiką zachowań, które umykają spod kontroli. Czy jest aż tak źle? Może nie, życie biegnie, odpędzamy zło, lgniemy do lepszego. Inaczej żyje się w wielkich aglomeracjach, inaczej na tzw. prowincji. Nie każdy jednak może żyć w atmosferze sielankowej włoskiej Toskanii, gdzie przyroda łagodzi obyczaje, skłania do refleksji nad światem i organiczna praca doskonali przyrodę. Każdy z nas ma ochotę raz po raz uciec ze zgiełku, ze skrzyżowania ulic wielkich miast w rejony, gdzie inaczej smakuje szklaneczka wina.

 

Kolejny turniej GRAND PRIX, już dwusetny/ od 1995 roku, premiery GP we Wrocławiu/ odbył się w Niemczech w małej miejscowości TETEROW, na terenach dawnej NRD. Blisko do portowego Rostocka, nie jest też daleko z polskich, żużlowo – dajnych terenów, np. z Gorzowa oraz Danii. Teterow, może inaczej/ z języka połabskiego/ Ciecierow, wywodzi się od bardzo zdobnego ptaka cietrzewa, nie mylić z głuszcem. Proszę mi wybaczyć felietonowe pobocza. Wybaczone? Dzięki.

Otóż w tym Teterowie kochają speedway. Stadion na górce, w lesie, może pomieścić kilka tysięcy fanów a miejscowość liczy niespełna 10 tysięcy mieszkańców. Taka polska, piłkarska Nieciecza. W sporcie występują hobbystyczne anomalie, które fenomenalnie tłumaczą zainteresowania kibiców na granicy obłędu. Z tamtych terenów pochodził nieżyjący dziś Guenter Sorber, który kiedyś jako żużlowiec uciekł spod czapki Ericha Honeckera do ówczesnego RFN, czyli tych lepszych Niemiec. Guenter mówił mi kiedyś, podczas pobytu w roli międzynarodowego prominenta na turnieju w Rybniku, że jego brat służył w Wehrmachcie na terenach Śląska. Rozmowa była niemal konfidencjonalna ale przyjąłem jako normalnie towarzyską człowieka, który zrzuca z siebie jakieś odium. Nieważne. Było, minęło. Guenter Sorber przewodził światowemu żużlowi. 200 turniej GP wygrał szybki jak australijski kangur Jason Doyle, zbliżając się do lidera serialu Amerykanina Grega Hancocka. 5 punktów przewagi ma Jankes a następny turniej w Sztokholmie i walka o tron królewski rozpala emocje. Poobijany Anglik Tai Woffinden stracił w Teterow, zyskał natomiast Bartosz Zmarzlik, który był drugi. Jest w ogólnej punktacji jako beniaminek w takim towarzystwie czwarty. Greg ma 109 pkt a Bartosz 88. Przy okazji poprawia się jego angielszczyzna. Brawo, ucz się roztropnie dalej chłopcze, bo talent /do żużla/ masz wielki. Maciej Janowski znów zaliczył tyły, jest na liście szósty, za nim o punkt Piotr Pawlicki, który nie załapał się do finału. Zmarzlik i Pawlicki w elicie pokazują, że nie mają respektu przed nikim, w przyszłym sezonie jak utrzymają status członków GP, dojedzie jeszcze następny młody, gniewny Patryk Dudek. Niezła koalicja PL. Zawody na 314 metrowym torze, które sędziował Szwed Krister Gardell toczyły się z zaciętymi mijankami, czerwoną nawierzchnię przygotowano na pełny gaz. Tak to panowie trzeba urządzać, bo dość mamy nudnych turniejów.

Zawody GP na terenie Niemiec mają tradycję, także wcześniej finały światowe, gdzie lokowano przeważnie w Bawarii. Niemcy kochają samochody i motocykle, wyścigi, na długim torze, lodzie i tradycyjne klasyczne gonitwy. Mieli kiedyś świetnych mechaników no i charyzmatycznego zawodnika, który wywindował na szczyty niemiecki speedway EGONA MUELLERA. Show potrafił robić od początku do końca, Egon śpiewał w dyskotekach a dziewczyny za nim szalały.W 1983 roku w niemieckim Norden został mistrzem świata. Sport chłonny jest na zawodników, którzy fascynują kibiców swoim zachowaniem na torze i poza, wynikami w skali światowej, takie postacie są magnetyczne, fantastycznie ściągają ludzi na stadiony. Niemcy mają piękne tradycje w wyścigach na długich torach. Byli mistrzami świata, choćby Egon, czy Karl Maier, Klaus Lausch, Alois Wiesboeck, Georg Hack, Gerd Riss. Bawarski mechanik Otto Lantenhammer rasował silniki po mistrzowsku. Czy można liczyć na prolongatę turniejów GP na terenie Niemiec? Wszystko zależy od funduszów; kiedyś zrezygnował urokliwy Abensberg /stamtąd pochodził dawny mistrz mistrz Josef Hofmeister/ małe miasteczko w Bawarii a finał jednodniowy IMŚ odbył się nawet na monachijskim stadionie olimpijskim, w Pocking. Tradycje stadionów w bajecznym Landshut czy Kempten, Olching przeszły do historii. Geografia żużlowych turniejów skurczyła się, bo drenaż organizatorów serialu był ogromny a wszystko zależy od negocjacji i uczciwej gry rynkowej, bez wydzierania sobie zawodów za wszelką cenę a takie były praktyki polskich działaczy. A każdy pieniądz funta wart.

Przykład Teterowa i udanego sportowo mityngu w małej miejscowości pokazuje, że można urządzić show, bez szpanu, na ludowo. Startujący z dziką kartą Niemiec Martin Smoliński wygrał ostatni wyścig, awansował do półfinału i sprawił sobie oraz kibicom wielką satysfakcję. Niektórzy fans swawolili nawet na … torze/sic!/.

TETEROW za nami… Wcale mnie nie rajcuje lot cyrku GP do Australii na koniec sezonu. Sedno tych rozgrywek tkwi w Europie i jak pokazuje historia najlepiej przygotować zawody, gdzie tego chcą kibice i panuje luźna atmosfera radosnego festynu. Teterow mimo mankamentów organizacyjnych jest na pewno ucieczką od wielkomiejskiego zgiełku i jest lokalizacją, gdzie może czasami latają bajeczne cietrzewie. Ha, ha, ha… Auf Wiedersehen.

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Vojens? Ole!

 

420618.501

Nie ma żartów, już teraz mamy sprawdziany na miarę medali. Sezon wjeżdża bez pardonu w strefę radości, żalu, spełnionych marzeń, niedosytu. Dla każdego coś tam! Proszę bardzo po kolei. Przelecieliśmy przez walijskie Cardiff, gdzie gorzowski mikrus Bartosz Zmarzlik wystrzelił jak rakieta obok Australijczyka Jasona Doyla, który wcześniej wygrał rewelacyjnie praską Grand Prix. Zmarzlik wykonał manewr, który można wybaczyć młokosowi, on ma szybki motocykl, lecz miał szczęście, bo nie raz takie numery kończą się karambolem. Nie wpadam w euforię przy takich mijankach, bo speedway to szczęście i nieszczęście w jednej kopercie. Darujmy sobie przykłady. Gorzowianin jest mały i lekki a motocykl pędzi z nim jak Pendolino. Warto aby młodzieniec z talentem jeszcze nauczył się angielskiego, lepiej poczuje się w gronie zwycięzców. W Cardiff unosiła się jeszcze atmosfera piłkarskich mistrzostw Europy, gdyż futbol brytyjski ratowała właśnie Walia z Garethem Bale’m na czele, zawodnikiem madryckiego Realu. Ale teraz mieliśmy skok w bok, czyli w Millennium Stadium 5. rundę serialu GP. Wygrał dredowy Antonio Lindbeack, który jest czasami szybki jak brazylijska piłka kopana przez legendarnego Pele. Z początkiem sierpnia mamy igrzyskowy szał letniej olimpiady w Brazylii, no i liczymy na medale głównie lekkoatletów, którzy niedawno w Amsterdamie wygrali klasyfikację medalową ME, a tego jeszcze nie było w historii. Za Lindbaeckiem ze Szwecji, stanął na podium amerykański weteran żużlowych wojen Greg Hancock, który też mieszka w Szwecji. Czy ten kraj lubi emigrantów z różnych stron świata? Trzeci na podium był wspomniany Zmarzlik i szkoda, że w finale zabrakło jeszcze bardzo dobrze jeżdżącego w Cardiff Piotra Pawlickiego. Rozkręca się pociecha familii Pawlickich, jeszcze robi błędy. Nie wjechał też do finału Maciej Janowski, który jeździ mało stabilnie. No zaraz, nie za duże apetyty żeby trzech Polaków znalazło się w finale? A tak się zanosiło, bo wygrywaliśmy na układanym torze rewelacyjnie, jednak przyszła zadyszka. Usłyszałem w TV, że Cardiff to Mekka brytyjskiego żużla… Nie przesadzajmy, historyczną Mekką speedway’a pozostanie na zawsze londyńskie Wembley, a walijska stolica po prostu urządza turnieje GP. Nie kryję zdziwienia, dlaczego dla wzmocnienia prestiżu żużla, właśnie tam nie lokuje się finału sezonu; miejsce jest wymarzone na takie wydarzenie pod dachem. A tu bęc trzeba w październiku po toruńskiej GP lecieć z bagażami do Melbourne. Antypody lepsze byłyby na otwarcie sezonu! Czy władza FIM ma coś do powiedzenia, czy tylko przyklaskuje, podobnie jak polska elita żużlowa, która modli się aby w takim towarzystwie być i bez wychylania przez okno, żeby nie wypaść. Mało odważnych w gierkach pod wodzą Włocha Armando Castagny, niemal sycylijska atmosfera pachnie niczym pizza prosto z pieca.

Jedźmy jednak do Vojens, gdzie na torze Ole Olsena w półfinale drużynowych mistrzostw świata startuje polska reprezentacja obok Duńczyków, Rosjan i Czechów. Ci ostatni będą pewnie ostatnimi. A reszta? W 2010 roku, kiedy solowym mistrzem świata został Tomasz Gollob, w duńskim Vojens Polacy zdobyli złoty medal, przed Duńczykami i Szwedami. Tego polskiego złota w DMŚ trochę było i może przyda się jeszcze na… 500 plus. Baraże i finał anno 2016 są lokowane na nowym stadionie w Manchestrze, gdzie sędziował nie tak dawno Marek Wojaczek młodzieżowe zawody. Stadion robi wrażenie. Manchester futbolowy to drużyny ze światowej elity United i City a żużlowy, to Belle Vue z legendą Petera Colinsa, mistrza świata a wcześniej rudego Petera Cravena, który tak jak Zmarzlik śmigał po torze niczym Szkot z dowcipu po darmową szklaneczkę whisky. Coach Duńczyków, multimedalista Hans Nielsen słusznie pominął w kadrze “rozklekotanych” – Nickiego Pedersena i Petera Kildemanda. Gospodarze będą jednak na pewno groźni i bez odstawionej pary. Rosjanie pojadą “wpieriod” z Emilem Sajfutdinowem i braćmi Łagutami; oni mają ambicje być w finale i nie można ich lekceważyć.

Zwycięzcy półfinałów automatycznie wjeżdżają do angielskiego finału, drudzy i trzeci trafią do barażu. Nie ma co kombinować, warto więc wygrać i mieć czas a odnowę. Finał imprezy 30 lipca, wcześniej baraż a jeszcze przed tym półfinały: wpierw w Vojens / 23 lipca/ a trzy dni później w szwedzkim Vastervik.

Rok temu na torze w Vojens Polacy wywalczyli brązowy medal a wygrali dobrze zgrani Szwedzi przed Duńczykami. Zabrakło Anglików, którzy teraz mają udział zapewniony jako gospodarze i pod wodzą Tai’a Woffindena będą groźni jak… piłkarze Manchesteru United albo City. Manchester jest miastem, gdzie od futbolu i speedway’a trudno uciec.

Drużynowe MŚ sygnowane jako Puchar Ove Fundina mają swoją historię bardzo polską i znaczoną medalami, co jednak w sporcie niczego nie gwarantuje. Ceni się wczoraj ale liczy dziś! Mamy nową ekipę już bez Tomasza Golloba i Jarosława Hampela, jednak zmiennicy mogą wszystko, co pokazali w ostatniej GP w Cardiff, choć zabrakło hymnu narodowego, co jest zawsze patriotycznym momentem wzruszenia. Sport bywa piękny w uczuciach, lecz nieprzewidywalny w skutkach. Speedway szczególnie, bo znaczony wypadkami, które kaleczą wizerunek a smak łez bywa jakże różny.

Ledwie zakończy się drużnowa przygoda MŚ, już 13 sierpnia w szwedzkiej Malilli mamy kolejne zawody Grand Prix. Nie ma więc oddechu, trzeba “orać” tory ku zadowoleniu dyrygentów serialu, który stanowczo jest za długi i wyciska z wszystkich nie tylko pot ale czasem coś gorszego, gdyż zmęczenie jest przykrym towarzyszem kontuzji i wypadków.

A zatem nie ma żartów a to dopiero środek sezonu i wszystko przed nami, jak na plażach Bałtyku; ścisk, drogo, pogoda różna a do domu daleko. Ole!

Łowcy podium biją się w piersi

Zrzut ekranu 2016-05-10 o 11.50.15

 

No i zaczęło się! Serial Grand Prix wystartował słonecznie w słoweńskim Krsku, gdzie rzeka Sawa opływa stadion a widoki na góry zapierają dech w piersiach. W te piersi bije się polska młodzież, która debiutancko zaatakowała ostro rutynowanych uczestników mistrzostw świata. Fruwały dredy z Rio, jak wykrzykiwał emocjonalnie sprawozdawca telewizyjnego przekazu. Brazylii w Słowenii jednak nie było, bo wygrał poobijany po żebrach, zawadiacko jeżdżący Duńczyk Peter Kildemand. Jedzie jak furiat, wygrywa jak dawniej jego rodak Nicki Pedersen. Polska szarża w pierwszych wyścigach była imponująca; Piotr Pawlicki odjechał rywalom bez dyskusji, Bartosz Zmarzlik powtórzył wyczyn niczym mały Fiat wśród Mercedesów, a Maciej Janowski nie puścił ścieżki rywalom i uparcie dowiózł trzy punkty. Potem było już różnie/ Pawlicki przejechał taśmę/ i apetyt został wczesnym deserem zakłócony. W półfinale tylko Janowski a młodzież PL biła się z pokorą w piersi, przyznając do błędów. Krew nie woda, to są mistrzostwa świata i kropka. Jeden z ekspertów tradycyjnie oznakowany reklamami jak kierowca rajdowy w relacjonującej turniej telewizji powiedział, co na ogół wszyscy wiedzą od dawna, że jest zaledwie kilku żużlowców w Słowenii, ale… o ile wiem coś tam się robi, żeby było lepiej. Wypowiedź w stylu polskich polityków, szkoda gadać… Niech się naród domyśli. Jarosław Hampel, który wreszcie chce po przykrej kontuzji pokazać się w GP na Stadionie Narodowym w Warszawie, przygotowuje się nie tylko mentalnie. Tamże wystartuje jeszcze jeden nasz talent Patryk Dudek, który pali się jako „dzika karta“ do jazdy. W takiej konstelacji gwiazd na sztucznym torze polska kawaleria będzie walczyć o podium. Nie wyobrażam sobie, żeby na podium Polacy nie wjechali, byłby to cud na minus.

Zawody w małym Krsku, oznaczonym turniejami o mistrzostwo świata były jak na premierę bardzo OK. Zawodnicy wyposzczeni, jak charty na polanie ścigali się chwilami bez opamiętania. W Krsku, które zapamiętałem z 1980 roku, gdzie w MŚ par Edward Jancarz z Zenonem Plechem wywalczyli srebrny medal /za Anglikami/, zadebiutował polski sędzia Artur Kuśmierz. Udana robota, konkretna. Pierwszy udział w tak poważnej imprezie jest przeżyciem i częstochowianin może go wpisać na plus. W 2015 sędziował tam Marek Wojaczek. Dobrze, że zagraniczna ekipa polskich arbitrów powiększa się, nasi „sprawiedliwi“ otrzaskani są przecież w ligowych /i nie tylko bojach/ i mają nad kolegami spoza Polski dużą przewagę w ilości ćwiczonych turniejów i meczów. A nic tak nie doświadcza jak praktykowanie od weekendu, do weekendu.

Na stadionie Matija Gubca uczestnicy pokazali, że tegoroczna walka o mistrzostwo świata będzie miała inny obraz, gdyż młodzież jest głodna medali, jak wilki owieczek. W tym zestawie 46 – letni Amerykanin, który osiadł na szwedzkiej ziemi, Greg Hancock zaprezentował styl niezmienny, jak hollywoodzki aktor z westernów nienagannie „strzelający“, mocno naszykowany do wyścigów. Imponująca, stabilna forma Grega, który ciągle chce i może. Słoweński desperat Matej Zagar miotał się przed swoją publicznością na 387,7 metrowym torze, co jest zrozumiałym aktem ambicji na siłę a cztery punkty są porażką. Miejscowi rezerwowi „rewolucjoniści‘ nie bardzo wiedzą, co zrobić z motocyklem, kiedy nawet pierwsi wyjadą spod taśmy. Brakuje Słowenii polskiego szkoleniowca i decyzji na ratowanie tradycji żużla, jakie mają na Bałkanach, dawnej Jugosławii, teraz: Chorwacji /Prelog/ i Słowenii/ Lublana, Krsko/. Nie tak wielkie to były sukcesy, acz do zapamiętania. Poziom tamtejszego speedway’a można porównać do włoskiego, może i do austriackiego. Speedway potrzebuje nie tylko imprez, konieczne jest szkolenie i pozyskanie sponsorów. Światowa federacja motorowa, FIM, jeśli nie zainicjuje na tym obszarze programu odbudowy żużla, będzie go brakowało Europie. Jednostkowe przykłady np. Mateja Zagara, czy Jurija Pavlicia nie zbudują optymizmu. Speedway na Węgrzech zestarzał się okrutnie, na Słowacji mamy asa, solistę Martina Vaculika. A co dalej? „Ano mamy se po radosti“, jak mówią bracia z Czech a o nich innym razem, bo czeka ich tradycyjnie urokliwa GP w Pradze na Markete. Będzie tam biało – czerwono jak na pochodzie w Warszawie a familia Ondrasików szykuje ucztę.

Krsko dało ciekawe otwarcie serialowi GP a kolejne wydarzenie już w Warszawie, na układanym torze Stadionu Narodowego, gdzie jest komfortowo na trybunach i poza nimi. Rok temu przerwano zawody po XII wyścigach z najlepszym czasem Zmarzlika. Wygrał Zagar z 8 punktami, trzeci był Hampel. Jeśli będzie gotowy Jarosław Hampel, to obok niego pojadą ci, którzy wystartowali w Krsku/ 3/ i wspomniany Dudek. Dużo bieli i czerwieni a podium Lotto czeka na zwycięzcę. Dla Hampela come back będzie trudnym wyzwaniem, dla Dudka okazją do sprawienia przyjemności, bo chłopak chce wywalczyć start w GP’17. Sztuczna nawierzchnia “Narodowego“, jeśli nie spłata figla a maszyna/ y/ startowa nie zawiedzie, to widownia chyba w komplecie przeżyje chwile satysfakcji. W atmosferze mega widowiska ambicje buzują w polskiej stolicy nie tylko rodakom. Powinien obudzić się mistrz świata Anglik Tai Woffinden, zwycięzca z Krska Kildemand oraz jego rodak Nicki Pedersen nie popuszczą, Australijczycy Chris Holder i Jason Doyle byli na podium. Zgrabna ekipa do walki. Prawda? No i są nasi w takiej przewadze o której można marzyć. Piłkarscy kibice Liverpoolu mają porywający hymn: „Nigdy nie będziesz … sam“; futbolowe hymny Barcelony, Atletico, Realu a także innych klubowych sławnych marek zawsze przyprawiają kibiców o dreszcze wzruszenia. Mnie też. Trawestując hymn słynnego Liverpoolu dedykuję go Australijczykowi Darcy Wardowi, który ogląda ze smutkiem serial GP, lecz musi uwierzyć, że nigdy nie będzie sam.

“Szaleństwo na Jancarzu”

Gorzow-Wlkp-tor-zuzlowy-IV

Tak wykrzyczał sprawozdawca NC+ z turnieju Grand Prix w Gorzowie Wlkp., “szaleństwo na Jancarzu”… Stadion tamtejszy nosi od dawna w nazwie pamięć Edwarda Jancarza, legendarnego żużlowca Stali. Euforia na gorzowskim stadionie była wielka, gdyż 19 – letni Bartosz ZMARZLIK “wbił się” w finał w stylu dojrzałego zawodnika. Gorzowianin nie dał szans rywalom w powtórce finałowego wyścigu a na podium stanęło trzech zawodników miejscowego klubu, drugi był Słoweniec Matej Zagar a trzeci Krzysztof Kasprzak. Spektakularny sukces klubu, tamtejszego środowiska zakochanego po uszy w żużlowych gonitwach. Speedway w mieście nad Wartą jest od wielu lat kultowym sportem, wyznacznikiem pewnej obyczajowości z regularnym pokazywaniem się na stadionie, kiedy wyją motory. Atmosfera wokół żużla jest nie tylko sympatyczna ale nadaje miastu koloryt i lokuje cząstkę tego sportu w herbie. Ba, cząstkę… Każde miasto taką chciałoby mieć, jeśli kocha speedway obojętnie na jakim poziomie. Bartosz wywinął rzadkiej urody numer i jest autorem sensacji, mimo, że nieco wcześniej jako członek polskiej reprezentacji juniorów w duńskim Slangerup zdobył z kolegami złoty medal MŚ.

Zaraz po gorzowskim triumfie zaczęły się spekulacje czy aby nie powinien być w składzie seniorów, podczas bydgoskiego finału Pucharu Świata, gdzie Polacy przegrali złoto z Duńczykami. Gdybanie jest polską cechą nie od dziś, bo jak “wypomina się” Zmarzlika to i Piotra Pawlickiego dodajmy. Marek Cieślak miał dylemat czy zbudować skład złożony z weteranów, czy radykalnie odmłodzić drużynę. Pech, że seniorzy wcześniej ścigali się o złoto mistrzostw świata. No a presja na zdobycie pierwszego miejsca przed własną publicznością była ogromna, jakby zapominając, że rywale mogą zrobić wszystko, bo startując w polskiej lidze znają tor i nie obca jest im atmosfera na naszych stadionach. Tak czy owak skład srebrnej drużyny z DMŚ albo jak kto woli PŚ, jest już historią. Jak sięgnę pamięcią w odmładzaniu reprezentacji nigdy nie mieli problemów Szwedzi czy Duńczycy z dobrymi wynikami. Presja presją ale Skandynawowie nie mieli żadnych obaw przed pokłosiem wielkich turniejów, wypuszczali więc w bój najmłodszych, dając szansę takim właśnie Zmarzlikom, Pawlickim. Sport celebruje i faworyzuje młodych bez dwóch zdań.

Sukces Bartosza i gorzowian jest potwierdzeniem, że żużel w niektórych miejscach Polski nie ginie. I wprawdzie w obecnej dobie konkurencji sportów wygodniejszych, mniej brudnych i przede wszystkim bezpieczniejszych nie ma już takiego boomu do szkółek klubowych, to speedway nie zniknie tak prędko, choć w skali europejskiej, światowej jest sportem niszowym. Wywołuje on nadal silną ekscytację, jest rodzinnie kultywowany i mocno pielęgnowany.

W gorzowskim turnieju GP przykry wypadek zaliczyli Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk Niels Kristian Iversen. Kontuzja Duńczyka jest bardziej bolesna, “Herbie” utrzymał fotel lidera GP i zapewne 13 września w duńskim Vojens pojedzie, weteran ma niepowtarzalną szansę na trzeci tytuł mistrza świata. Potem mamy jeszcze GP w Sztokholmie i Toruniu; okazję na medal ma Krzysztof Kasprzak i nie powinien jej zmarnować.

W tym “ szaleństwie na Jancarzu” kompletnie zagubił się wraz ze swoim teamem Jarosław Hampel. Trochę miał pecha, lecz tylko trochę. Inteligentny zawodnik był ostatnim w klasyfikacji z zerowym dorobkiem! Nie pamiętam sytuacji by zdrowy zawodnik z elity wypadł tak beznadziejnie. Medialni obserwatorzy jakoś nie dociekali tej trudnej sytuacji, przymykając oko na kompromitujący występ. Środowisko czasem milczy oficjalnie a dostaje odwagi w kuluarach, co nie jest uczciwą zagrywką wobec zawodników. Obserwuję takie sytuacje od dawna i nawet ikon nie stać na prawdziwe oceny a wpadki zdarzają się przecież najlepszym. Hampel będzie musiał spinać się ostro, żeby zmieścić w premiowanej ósemce GP i zabezpieczyć udział za rok. Coś niedobrego dzieje się w towarzystwie Jarosława Hampela, on nie może zjeżdżać z pewnego pułapu na który kiedyś wjechał fantastycznie .

I z jednej strony mamy młodego wilczka Zmarzlika, z drugiej błądzącego, rutynowanego Hampela a w środku jest marka: KASPRZAK.

VOJENS 13 września w ramach Nordyckiego GP będzie zatem ekstremalną próbą dla elity, z pokiereszowanym Hancockiem, Anglikiem Taiem Woffindenem po kontuzji. A kto wie czy nie wystartuje jeszcze Iversen. Żużlowa medycyna czyni cuda z twardzielami zaś Vojens Ole Olsena ma szczęście do walecznego toru i jazd na krawędzi. Będzie się tam tradycyjnie dużo działo!

I teraz na koniec o bulwersującej sprawie Patryka Dudka, który na pewno patrzył jak dzielnie śmiga po torze Bartosz. Sprawa nabrała od początku tempa ślimaka. Adwokaci mają co robić a w świecie sportu nie ma ulg na dopingowe nadużycia. Rozwlekanie nie służy żużlowi i atmosferze wokół niego. Zawodnik zasłania się niewiedzą, zresztą zwykle tak bywa. Jedno jest pewne, że niewłaściwy specyfik znalazł się w organiźmie żużlowca a pokora w pewnych sytuacjach jest bezcenna.

Polska władza żużlowa znana jest z długotrwałych obrad w sprawach oczywistych, vide blamaż/ rejterada karkosikowego Unibaxu na zielonogórskim stadionie rok temu. “Kto szybko daje dwa razy daje” mówi przysłowie. Jasne, że bywają sprawy, które wymagają czasu; dopingowe problemy w żużlu są rzadkością. Alkohol jest już rozpracowany, narkotyki też ale substancje, które wzmagają “apetyt” na jazdy nie tak bardzo. Dudek chciał się wzmocnić, czuł się słaby, ktoś mu doradził, nie sprawdził, wyszło jak wyszło i teraz trzeba z bólem pocierpieć. Dopada ostro FIM Darcy Warda za wybryk z alkoholem, który traktowany jest jak doping. Dylemat Australijczyka może być kuriozalny i ten młodzieniec przez głupotę może pogubić karierę. Straci asa i światowy speedway.

Jak więc widać… różne bywają cierpienia żużlowców, bo gwiazdy spadają czasem nie tylko z nieba.