3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

Prawdy, fałsze fantazje: Przeleciało i wróciło /1/

 

hans-nielsen

Sięgam pamięcią wstecz, jesienne wieczory temu sprzyjają, d ł u g i e wieczory panie i panowie. Każdy sport ma inne obciachy, zdarzenia, które wpadają raz po raz do historii. Piszę ten felieton po sensacyjnym było, nie było, futbolowym remisie 3: 3 warszawskiej Legii z królewskim, madryckim Realem naszpikowanym gwiazdami. I gdyby zebrać pieniądze na murawie, które zgarniają Hiszpanie, to legioniści zostaliby przykryci grubą warstwą. Światowy sport głupieje, bo oto tenisistka wygrywa milion dolarów w ciągu tygodnia, a walijski as z Realu Gareth Bale podpisuje kontrakt i będzie zarabiał 350 tysięcy funtów tygodniowo. Wariactwo. I z jednej strony mamy igrzyska wyśrubowane niebotycznie, z drugiej problemy biednych państw z którymi bogaci tego świata nie mogą sobie poradzić. Sprzeczności targają globem, nie tylko trzęsienia ziemi, które przewracają miasta i grzebią ludzi na amen.

Z trudnych problemów z przyjemnością wjeżdżam w rejon żużlowych wydarzeń. Historia. Ostatni finał indywidualny na Stadionie Śląskim w Chorzowie, rok 1986. Faworytem jest filigranowy Duńczyk ERIK GUNDERSEN, który ma już na koncie dwa tytuły mistrza świata i wygrywa rywalizację ze swoim starszym rodakiem HANSEM NIELSENEM. Cofam jednak czas, STOP, na “Śląski” jeszcze wrócę.

Erik w 1984 roku w Goeteborgu na torze jak beton wygrywa a Hans po barażu z Amerykaninem Lance Kingiem jest wicemistrzem. Przed turniejem w saloniku prasowym na Ullevi coach Duńczyków OLE OLSEN, trzykrotny mistrz świata, który zmontował silną reprezentację zachowuje się bardzo dziwnie i deprecjonuje Hansa, z którym kiedyś startował w parze duńskiego teamu i wyraźnie faworyzuje Erika. “ To on będzie mistrzem świata” mówi Ole dziennikarzom. Na ubitym torze liczy się tylko start i świetny sprzęt. Olsen jest usatysfakcjonowany startami swojego faworyta.

Po duńskiej victorii jest kolejny finał indywidualny MŚ 1985 w angielskim Bradford, odkrytym po stracie/ przebudowa/ londyńskiego Wembley. Okolica piękna, miasto małe, tor czerwony, łuki podniesione, taka beczka cyrkowa, trudno złapać rytm jazdy. Amerykanin Sam Ermolenko wygina się jak “człowiek guma”, podobnie Erik, bo Hans jeździ inaczej, sztywno ale po “wapnie” ostro. Mistrzem zostaje Gundersen, zaś o drugie miejsce znów barażuje Nielsen z SE i wygrywa. Olsen ściska Erika, Hans stoi z boku, jak niechciane/sic!/ dziecko reprezentacji. W kim drzemie większy potencjał ? W obu! Kłopoty bogactwa a Olsen nie potrafi ukryć sympatii tylko do jednego zawodnika. Pytałem go o ten fakt kilka lat później, podczas Grand Prix w Pradze i nie dostałem odpowiedzi. Olsen stawał razem z Nielsenem na podium mistrzostw świata par, gdzieś jednak po drodze coś się zepsuło i pokochane zostało inne, cudowne dziecko duńskiego speedway’a. W Bradford dwaj Duńczycy stoją na podium odwróceni plecami, kuriozalne zdjęcia krążą po gazetach.

No i jest wreszcie wspominany 1986 rok. STADION ŚLĄSKI. W hotelu “ Katowice” spotykam Gundersena i pytam, kto zostanie mistrzem świata. Odpowiada zaaferowany, że on. Wygłupiam się, gdy zadaję to samo pytanie Olsenowi. “Tylko Erik”… A poważny jak zwykle Nielsen oświadcza, że kto będzie najlepszy okaże się po turnieju. Silna reprezentacja Danii ma jeszcze jednego asa TOMMY KNUDSENA/ rocznik1961/, spokojnego poza torem blondynka, który potrafi pojechać ostro i ma ambicje zwyciestw ostatecznych. Kilku faworytów a złoto czeka tylko na jednego. Jazdy rozgrzewają fanów, sędziuje doświadczony arbiter Christer Bergstroem z Norrkopingu, gdzie nb. lokuje się szwedzka federacja SVEMO. W szesnastce startujących jest Polak z nominacji gospodarza imprezy, RYSZARD DOŁOMISIEWICZ/ rocznik 1966/. Władze macierzystej, bydgoskiej Polonii zabezpieczają po trudach włoski silnik GM. “ Dołek” ma Jawę, zajmuje ostatecznie 11 miejsce z 6 punktami a przed nim… Gundersen z 7 pkt., ogromna sensacja! W tym turnieju zwycięża opanowany Nielsen, przed swoim rodakiem małym, jak “Gunder”, JANEM O. PEDERSENEM/. Nie ma tym razem barażu, trzeci jest Anglik KELVIN TATUM, którego mama mocno wyściskała w Chorzowie. Był jeszcze jeden syn, Neil/ w okularach/, który nie miał jednak takiej bożej iskry do żużla jak starszy brat Kelvin, który dziś jest komentatorem angielskiej telewizji SKY. Po turnieju szok, bo dziesiąte miejsce Erika było mało wytłumaczalne. Dyskutowano jeszcze o dynamicznym wywiezieniu po starcie Knudsena przez Nielsena w bandę i kontrowersyjnym wykluczeniu TK przez sędziego. Ostatni finał na “ Śląskim” miał przebieg dramatyczny; mocno zdeterminowany Nielsen zwyciężył bezpardonowo. Dziewczyna mistrza świata Suzanne, sympatyczna blondynka była uradowana, zaś Helle dziewczyna przegranego zasmucona i nie bardzo wiedziała co robić. Podobnie jej adorator, zapytany przeze mnie w hotelu o nowego mistrza, odpowiada krótko… “a kto to jest Nielsen?”. Kabaret. Finał został zapisany w historii nie tylko jako ostatni na chorzowskim stadionie w takiej formule, bo jeszcze na początku nowego wieku mieliśmy dwa turnieje Grand Prix zorganizowane przez bydgoską Polonię, ponieważ nikt na Śląsku nie podjął się przygotowania takiej imprezy. Wstyd. A przecież na tym obiekcie odbyły się wspaniale zorganizowane finały światowe a pierwszy/ 100 tysięcy widzów/ przyniósł historyczne zwycięstwo Jerzego Szczakiela w 1973 roku. Opolanin długo przetrwał jako pierwszy Polak z indywidualnym złotem, aż do roku 2010, kiedy Tomasz Gollob we włoskim Terrenzano zdobył mistrzostwo świata. Nie każdy ma taką fantazję, jak duński mistrz z Chorzowa, który kupił w Anglii, czarnego konia i nazwał go… “ Śląski”. Sympatyczna decyzja i szkoda, że nikt nie pomyślał, żeby potem odkupić konia, przewieźć na Śląsk a chorzowski policjant, na terenie parku wokół stadionu, dosiadał konia żużlowego asa, który pod koniec kariery był nazywany profesorem z Oxfordu. Yes!

Każde “bajki” mają swoje zakończenie, lecz absolutnie nie historia Hansa z Brovst. Oto w sentymentalnie urokliwym holenderskim Amsterdamie, gdzie kanały przecinają miasto, ponadto robi się znakomite, żółte sery nie tylko Gouda i Ementaler, jest okazałe muzeum Van Gogha i stary dom Rembrandta, zaś w tzw. czerwonej dzielnicy rozpusty w oknach wystawowych kuszą turystów z całego świata panie też z całego globu, urządzono w 1987 roku po raz pierwszy/ i ostatni/ dwudniowy finał indywidualny MŚ! AMSTERDAM jest miastem ” kolonialnym”, barwnym, pełnym życia, no i są tam nie tylko słynne sklepy jubilerskie z diamentami, kultowe knajpy i rozbrzmiewa super muzyka, tam można znaleźć zawsze coś wyjątkowego a holenderskie wiatraki ujrzeć za miastem. /cdn/

Prowincja kocha wielki świat

 

teterow3

Codzienne zmęczenie problemami tego świata kieruje nas w stronę innych spraw. Polityka jest brudna jak ścierka po mięsiącu. Przekazy medialne atakują dramatami i strachem jakie będzie jutro. Z jednej strony globalne ocieplenie, z drugiej imigranci, narkotyki na szlakach z Ameryki Płd., terroryzm, który wybucha tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jak uciec od tłoku informacji złych, gnębiących? Rodzą się zatem pytania jak ułożyć sobie życie od Tokio do Paryża. Globalna populacja jest mozaiką zachowań, które umykają spod kontroli. Czy jest aż tak źle? Może nie, życie biegnie, odpędzamy zło, lgniemy do lepszego. Inaczej żyje się w wielkich aglomeracjach, inaczej na tzw. prowincji. Nie każdy jednak może żyć w atmosferze sielankowej włoskiej Toskanii, gdzie przyroda łagodzi obyczaje, skłania do refleksji nad światem i organiczna praca doskonali przyrodę. Każdy z nas ma ochotę raz po raz uciec ze zgiełku, ze skrzyżowania ulic wielkich miast w rejony, gdzie inaczej smakuje szklaneczka wina.

 

Kolejny turniej GRAND PRIX, już dwusetny/ od 1995 roku, premiery GP we Wrocławiu/ odbył się w Niemczech w małej miejscowości TETEROW, na terenach dawnej NRD. Blisko do portowego Rostocka, nie jest też daleko z polskich, żużlowo – dajnych terenów, np. z Gorzowa oraz Danii. Teterow, może inaczej/ z języka połabskiego/ Ciecierow, wywodzi się od bardzo zdobnego ptaka cietrzewa, nie mylić z głuszcem. Proszę mi wybaczyć felietonowe pobocza. Wybaczone? Dzięki.

Otóż w tym Teterowie kochają speedway. Stadion na górce, w lesie, może pomieścić kilka tysięcy fanów a miejscowość liczy niespełna 10 tysięcy mieszkańców. Taka polska, piłkarska Nieciecza. W sporcie występują hobbystyczne anomalie, które fenomenalnie tłumaczą zainteresowania kibiców na granicy obłędu. Z tamtych terenów pochodził nieżyjący dziś Guenter Sorber, który kiedyś jako żużlowiec uciekł spod czapki Ericha Honeckera do ówczesnego RFN, czyli tych lepszych Niemiec. Guenter mówił mi kiedyś, podczas pobytu w roli międzynarodowego prominenta na turnieju w Rybniku, że jego brat służył w Wehrmachcie na terenach Śląska. Rozmowa była niemal konfidencjonalna ale przyjąłem jako normalnie towarzyską człowieka, który zrzuca z siebie jakieś odium. Nieważne. Było, minęło. Guenter Sorber przewodził światowemu żużlowi. 200 turniej GP wygrał szybki jak australijski kangur Jason Doyle, zbliżając się do lidera serialu Amerykanina Grega Hancocka. 5 punktów przewagi ma Jankes a następny turniej w Sztokholmie i walka o tron królewski rozpala emocje. Poobijany Anglik Tai Woffinden stracił w Teterow, zyskał natomiast Bartosz Zmarzlik, który był drugi. Jest w ogólnej punktacji jako beniaminek w takim towarzystwie czwarty. Greg ma 109 pkt a Bartosz 88. Przy okazji poprawia się jego angielszczyzna. Brawo, ucz się roztropnie dalej chłopcze, bo talent /do żużla/ masz wielki. Maciej Janowski znów zaliczył tyły, jest na liście szósty, za nim o punkt Piotr Pawlicki, który nie załapał się do finału. Zmarzlik i Pawlicki w elicie pokazują, że nie mają respektu przed nikim, w przyszłym sezonie jak utrzymają status członków GP, dojedzie jeszcze następny młody, gniewny Patryk Dudek. Niezła koalicja PL. Zawody na 314 metrowym torze, które sędziował Szwed Krister Gardell toczyły się z zaciętymi mijankami, czerwoną nawierzchnię przygotowano na pełny gaz. Tak to panowie trzeba urządzać, bo dość mamy nudnych turniejów.

Zawody GP na terenie Niemiec mają tradycję, także wcześniej finały światowe, gdzie lokowano przeważnie w Bawarii. Niemcy kochają samochody i motocykle, wyścigi, na długim torze, lodzie i tradycyjne klasyczne gonitwy. Mieli kiedyś świetnych mechaników no i charyzmatycznego zawodnika, który wywindował na szczyty niemiecki speedway EGONA MUELLERA. Show potrafił robić od początku do końca, Egon śpiewał w dyskotekach a dziewczyny za nim szalały.W 1983 roku w niemieckim Norden został mistrzem świata. Sport chłonny jest na zawodników, którzy fascynują kibiców swoim zachowaniem na torze i poza, wynikami w skali światowej, takie postacie są magnetyczne, fantastycznie ściągają ludzi na stadiony. Niemcy mają piękne tradycje w wyścigach na długich torach. Byli mistrzami świata, choćby Egon, czy Karl Maier, Klaus Lausch, Alois Wiesboeck, Georg Hack, Gerd Riss. Bawarski mechanik Otto Lantenhammer rasował silniki po mistrzowsku. Czy można liczyć na prolongatę turniejów GP na terenie Niemiec? Wszystko zależy od funduszów; kiedyś zrezygnował urokliwy Abensberg /stamtąd pochodził dawny mistrz mistrz Josef Hofmeister/ małe miasteczko w Bawarii a finał jednodniowy IMŚ odbył się nawet na monachijskim stadionie olimpijskim, w Pocking. Tradycje stadionów w bajecznym Landshut czy Kempten, Olching przeszły do historii. Geografia żużlowych turniejów skurczyła się, bo drenaż organizatorów serialu był ogromny a wszystko zależy od negocjacji i uczciwej gry rynkowej, bez wydzierania sobie zawodów za wszelką cenę a takie były praktyki polskich działaczy. A każdy pieniądz funta wart.

Przykład Teterowa i udanego sportowo mityngu w małej miejscowości pokazuje, że można urządzić show, bez szpanu, na ludowo. Startujący z dziką kartą Niemiec Martin Smoliński wygrał ostatni wyścig, awansował do półfinału i sprawił sobie oraz kibicom wielką satysfakcję. Niektórzy fans swawolili nawet na … torze/sic!/.

TETEROW za nami… Wcale mnie nie rajcuje lot cyrku GP do Australii na koniec sezonu. Sedno tych rozgrywek tkwi w Europie i jak pokazuje historia najlepiej przygotować zawody, gdzie tego chcą kibice i panuje luźna atmosfera radosnego festynu. Teterow mimo mankamentów organizacyjnych jest na pewno ucieczką od wielkomiejskiego zgiełku i jest lokalizacją, gdzie może czasami latają bajeczne cietrzewie. Ha, ha, ha… Auf Wiedersehen.

Carewicz Igor z Ufy

 

baszkiria

Metanol jest paliwem trującym ale nie takie rzeczy ludzie piją i mają sposoby. Opowiadał mi dawno temu, nieżyjący dziś mechanik reprezentacji Polski i klubowy /Częstochowa, Zielona Góra/ Tadeusz Tumiłowicz, że kiedy przyjechali na zawody do rosyjskiej Ufy i nalewali z beczki oznakowanej trupią czaszką metanol do motocykli, to paliwo okrutnie śmierdziało. Gdy zapytali dlaczego, usłyszeli odpowiedź: „ Żeby nasi nie pili, coś dodajemy “… Znam różne opowieści z wypraw do dawnego Kraju Rad i sam trochę tam przeżyłem dziwnych historii. „Egzotyka“ do zapamiętania.

Jesteśmy w Ufie, stolicy Baszkirii, mieście uprzemysłowionym z 7 uczelniami wyższymi, usportowionym ośrodku z którego wywodzi się najlepszy w historii Rosji żużlowiec IGOR PLECHANOW a także sześciokrotny mistrz świata w wyścigach na lodzie Nikołaj Krasnikow. W tempie ostatniej fazy tegorocznego sezonu odjeżdżam w historię, której penetrowanie nie jest czasem straconym. Mamy w drużynie Rosji Emila Sajfutdinowa, który gnębiony kontuzjami nie rozwinął kariery powszechnie spodziewanej. Start jako młodzieniec miał fenomenalny i porównywano go właśnie do legendarnego Igora Plechanowa. W drużynie Rosji są teraz jeszcze utalentowani, brawurowi bracia Łagutowie, Grisza i Artiom. W historii zespół /wówczas ZSRR/ miał zawodników, którzy objeżdżali najlepszych i dobijali się do podium, przede wszystkim w rozgrywkach drużynowych MŚ.

Indywidulanie postacią nr 1 był Plechanow, odważny, z dobrą techniką, talent, który mieszał sporo w MŚ, a przecież wiemy, że wjazd ze strefy tzw. kontynentalnej do światowej był piekielnie trudny. Igor dokonywał przebojem cudów. Jeździł jak szatan, był dla grona sław postrachem, o czym mówią wielcy mistrzowie świata: Szwed Ove Fundin, Nowozelandczycy Barry Briggs, Ivan Mauger. Urodził się w Ufie w 1933 roku /zm. w Ufie w 2007/.

Co różniło strefę kontynentalną od światowej? Ano przede wszystkim rozmaite nowości sprzętowe, nie było do nich dostępu z prozaicznej przyczyny, braku tzw. dewiz, czyli zachodnich pieniędzy. Butelkami wódki poszukiwano rozwiązań. Goniliśmy więc ten świat odwagą, sprytem i talentami, których nie można niczym przykryć ani oszukać.

Magicznym miejscem w historii żużla było londyńskie Wembley, ponadto kultowe ściganie w szwedzkim Goeteborgu. Różnice w układzie sił między Wschodem a Zachodem były ogromne nie tylko w żużlowym sprzęcie. Wyjazdy w strefę zachodnią nobilitowały o czym przekonywali się nie tylko zawodnicy byłego ZSRR. Trofimow, Szajnurow, Kuźniecow, bracia Gordiejewowie, Chłynowski, Starostin… byli następcami ery Plechanowa, który otworzył furtkę na żużlowy świat i wystartował jako pierwszy Rosjanin w indywidualnym finale MŚ na Wembley w 1962 roku. Wydarzenie? O tak! Ale zanim do tego doszło, płowy „carewicz“ Igor wtargnął rok wcześniej do finału IMŚ , który odbył się w szwedzkim Malmoe. Kto mógł tam wygrać, jak nie wysoki, przystojny Szwed Ove Fundin a obok niego na podium stanęli jego rodacy Bjoern Knutsson i Goete Nordin. Za nimi solidny Briggs. Plechanow był trzynasty. Polak Florian Kapała zajął bardzo dobre siódme miejsce. Takie samo, wspomnę, wywalczył na Wembley w 1960 roku Stefan Kwoczała, gdzie też triumfował Fundin. W 1960 na Wembley jeździli jeszcze Henryk Żyto i Marian Kaiser a rezerwowym był Mieczysław Połukard. W 1961 rybniczanin Stanisław Tkocz /zmarł w tym roku w Niemczech/, był piętnasty. Przypominam starty moich rodaków, którzy przecierali tory magiczne, owiane tajemnicami i poznawali drugą stronę żużlowego świata. Plechanowcy.

Wracam zatem do bohatera, czyli Igora. Znów jedzie w długą trasę samochodem do Londynu, a gdzie Ufa a gdzie stolica Wielkiej Brytanii? Szlak wiódł zawsze przez Dover. Rok 1962, finał IMŚ, wygrywa szybki jak błyskawica, rudowłosy/ zginął na torze/ Peter Craven, za nim jak lisy Briggs i Fundin a Plechanow jest dziesiąty, Paweł Waloszek piętnasty, w rezerwie zostawał Żyto. Rosjanin dawał znać o sobie, płacił frycowe, nadrabiał brawurą, to co inni mieli w mocy silnika. W 1963 inny Rosjanin Borys Samorodow zastąpił Igora i o mało co, nie znalazł się na podium, sensacyjnie był czwarty. Świetny zawodnik, o dwa lata starszy od Plechanowa, urodził się w Rybińsku, zmarł w Ufie w lutym 2016. Miał więcej tytułów mistrzowskich w Kraju Rad od Igora, wygrał pierwsze zawody zorganizowane w 1958 roku na moskiewskich Łużnikach, jego uczniami byli tacy mistrzowie jak Tatar Gabdrachman KADYROW, wirtuoz w wyścigach na lodzie/ solo zdobył sześć złotych medali/, który śmigał po taflach torów jak kamikadze czy Genadij Kurylenko, uczestnik finałów i zdobywca w 1969 roku pardubickiej Zlatej Prilby.

1964 rok i finał IMŚ w Goeteborgu, wygrywa z kompletem punktów nowozelandzki, elegancki as Barry Briggs a o srebrny medal barażują Plechanow i Fundin, obaj mają po 13 pkt. Rosjanin wygrywa, czwarte miejsce zajmuje Samorodow, ósmy jest Gienadij Kurylenko, dwunasty rybnicki mikrus Andrzej Wyglenda, czternasty Zbigniew Podlecki. Rok 1965 i WEMBLEY. Złoto dla Szweda Bjoerna Knutssona, którego poznałem w Londynie na gali w 1978 roku. Srebrny medal znów po barażu zgarnia Igor Plechanow, który ograł Fundina, obaj mieli po 13 pkt.; za nimi jak cień Briggs. Dziesiąty jest Andrzej Pogorzelski, za jego plecami Antoni Woryna, XVII Wyglenda, rezerwowy Marian Rose nie wystartował. Pojawiła się nowa, polska eskadra, która stanowiła świetny, zgrany team.

Za rok finał IMŚ w Goeteborgu i sensacja, bo rybniczanin WORYNA zdobywa brązowy medal, mistrzem zostaje Briggs, drugi jest Norweg Sverre Harrfeldt, Plechanow ósmy, za nim Stanisław Tkocz, XI Kaiser a XII Pogorzelski.

W Londynie w 1967 roku Plechanow w finale IMŚ zajmuje czwarte miejsce, zwycięża Fundin, przed swoim rodakiem z Eskilstuny Bengtem Janssonem i Ivanem Maugerem. Polaków było na Wembley kilku; dziesiąty Pogorzelski, za nim Woryna, dalej Jerzy Trzeszkowski i Wyglenda. „Zaczarowany“ tor na Wembley miał pierwszy wiraż wąski jak przesmyk, każdy łuk o innych rozmiarach, fani robili kosmiczną wrzawę, „piekło“ na stadionie.

Plechanow pojechał jeszcze za rok do Goeteborga na finał IMŚ jako rezerwowy, gdzie wygrał Mauger a gorzowianin EDWARD JANCARZ był sensacyjnie trzeci! A za nim Kurylenko, VI Waloszek, XI Woryna, XIV Trzeszkowski, rezerwa Jerzy Padewski.

W drużynowych MŚ Igor Plechanow z zespołem debiutującym w tych rozgrywkach zdobył w bawarskim Abensbergu srebrny medal. Podobnie we Wrocławiu w 1966, gdzie wygrali zgrani kompletnie Polacy. Nasz wielki triumf, sportowy, organizacyjny i nie ostatni w DMŚ. Ale o tym innym razem, dobrze?

A Plechanow? To karta światowego żużla, piękna jak Baszkiria; prócz fantastycznych jazd po medale w mistrzostwach świata, walczył o prymat swojego kraju i był nim, ponadto trenował innych, żył treściwymi wspomnieniami, które pewnie pozwalały mu trochę łatwiej żyć w trudnych przecież czasach. Był zawodnikiem, nie mającym żadnych kompleksów, talentem żonglował, ot, taki sobie ambitny Igor z dalekiej, mało znanej w świecie Ufy, który mocno targał za uszy bogatych żużlowego świata.

Lato z “cyfrowym” żużlem

Zrzut ekranu 2015-08-18 o 18.38.46

Tradycyjnie w zasłużonej “Jedynce” słucham “Lata z radiem” i odkurzam wspomnienia. Prowadzący audycję odwiedzają Polskę wszerz i wzdłuż, wydobywają ciekawostki i muszę przyznać, że Ojczyzna jest bogata w historię, wydarzenia i ludzi, którzy mogą godzinami opowiadać o zawartości mojego kraju. Imponujące, choć nie wszystko tak do końca biorąc pod uwagę dzisiejsze poczynania polityczych elit. No ale różnie w historii Polski bywało i 123 lat niewoli z powietrza się nie wzięło. W tym lecie z muzyką i historią, przeplatanymi jak maki z łanami zbóż, sięgam pamięcią w speedway…

1973 rok i wielkie przygotowania do debiutu na światowej arenie Stadionu Śląskiego w postaci żużlowego finału indywidualnych MŚ. Śląskowi potrzebny był sukces, do tej pory na żużlu rej wodził w organizacji światowych finałów Wrocław i tamtejsi działacze, niezwykle zdyscyplinowani i fachowo ukształtowani jako mentorzy. Grupa motorowych pasjonatów na Śląsku miała ambicje poparte przez miejscową władzę. Interesy się sprzęgły a Stadion Śląski w Chorzowie słynący do tej pory głównie z piłki nożnej dostał kopa w postaci żużlowego wydarzenia. “Fuzbal” był ważny, lecz wybudowanie toru na tak wielkim obiekcie podnosiło adrenalinę doświadczonym działaczom Polskiego Związku Motorowego, śląskich klubów, z których rybnicka kuźnia była wtedy niemal żużlową Barceloną. Klasa robotnicza Śląska i Zagłębia szykowała się na wydarzenie, które ogniskowało zainteresowanie szerokiego spectrum. Dziś, już starsze osoby chętnie wspominają, jak przeżywały pobyt na stadionie w 100 tysięcznym tłumie. Nie stałem wówczas obok, lecz jako reporter redakcji “Sportu” byłem zaangażowany w produkcję tej imprezy i jak się okazało w następnych latach w bardziej fascynującej formie i odpowiedzialności, podczas finałów MŚ na tym obiekcie.

Mekką dla żużlowego świata od czasów powojennych był LONDYN ze słynnym WEMBLEY, gdzie rozgrywano finały indywidualne i drużynowe. Poleciałem tam w dwa lata po chorzowskim wydarzeniu i przekonałem się, co znaczy zmasowany doping, nie tylko angielskich fanów, przypominający rozpalony wulkan. Magiczne przeżycie, którego mi było jeszcze dwa razy doznawać.

Wembley diametralnie różniło się od Stadionu Śląskiego, ryk z pionowych trybun wgniatał w murawę i tor uczestników rywalizacji. Turnieje bajecznie scenariuszowo i reżysersko wbijały się w pamięć. Chorzowski stadion frekwencją przebił londyńską świątynię sportu, ale jego rozłożysta posągowość nie ogniskowała tak mocno wrzawy jak Wembley. Tory były też diabelnie inne; w Londynie po starcie upiornie wąska ścieżka, potem każdy wiraż odmienny, zaś chorzowski tor uładzony i szeroki jak autostrada. Goście zagraniczni byli zafascynowani śląską gościnnością, gigantycznym obiektem w pięknym parku, dziś imienia najlepszego w historii gospodarza górniczo – hutniczej ziemi gen. Jerzego Ziętka. Pogoda dopisała gierkowskiej ekipie. Widownia wspaniała i chyba nikt nie przewidywał, że będzie taki sukces. Liczono na Edwarda Jancarza, młodziutkiego Zenona Plecha a tu wyskoczył jak diabeł z pudełka JERZY SZCZAKIEL. Nie do końca z pudełka, bo opolanin z Grudzic, w 1971 roku razem z rybniczaninem Andrzejem Wyglendą dali łupnia na rybnickim stadionie w finale MŚ par, faworytom z Nowej Zelandii Barry Briggsowi i Ivanowi Maugerowi. Szczakiel w dodatkowym wyścigu w Chorzowie pomknął jak szaleniec po złoty medal. Okazały kryształowy puchar z trudem zmieścił się w Fiacie 125. Na trzecim miejscu podium stanął Zenon Plech. Organizacyjnie także się udało i mega obiekt przeszedł do historii.

1973 rok zapisał się dla polskiego sportu jesienią jeszcze jednym super wydarzeniem, bo oto na Wembley reprezentacja piłkarska pod wodzą Kazimierza Górskiego wykopała z MŚ sensacyjnie, po remisie 1:1, dumnych Anglików. Co tam się działo!

A Szczakiel skromnie i sentymentalnie wspominał wydarzenia w Rybniku oraz Chorzowie i nie spodziewał się, że aż do 2010 roku będzie polskim samotnikiem na złotym tronie MŚ w solowym ściganiu.

HISTORIA nie pieści i nie dekoruje na siłę nikogo, los wybiera kogo chce, pech zabiera a szczęście nie zawsze sprawiedliwie obdarza każdego.

W latach osiemdziesiątych pojawia się nowa, ekscytująca postać na żużlowym rynku. Zawodnik z talentem efektownych jazd, błyskawiczny jak indiańska strzała na prostych. Wjechał na tory z motocyklowym doświadczeniem i zafascynował środowisko. TOMASZ GOLLOB na długie lata koloruje swój portret na światowej arenie i polskiej scenie. Sport zawsze potrzebuje nowych gwiazd, do starych się przyzwyczaja, zaś nowe objawienia hołubi jak madonny. Gollob jeździ i wygrywa. W 1993 roku w bawarskim Pocking w finale IMŚ skupia zainteresowanie jako wschodząca gwiazda. Jeszcze mu jednak i blisko, i daleko do podium.

Dwa lata później zostaje zmieniona formuła indywidualnych MŚ na kilkanaście turniejów Grand Prix. Otwiera szanse Tomaszowi Gollobowi, choć jednocześnie oddala jednorazowy laur. Premierę serialu GP’95 we Wrocławiu wygrywa imponująco w brawurowym stylu Polak. Nadzieje rosną jak topole. Kiedy był bliski złotego medalu w serialu, makabryczny wypadek na wrocławskim stadionie/ 1999/ odkłada koronację na długo. A Szczakiel czeka… Za ikoną po Europie jeżdżą kibice w liczbie bardzo zadawalającej organizatorów igrzysk GP a głośny doping i dekoracyjność kibiców uwodzą podobnie jak “Małyszomania”. Rodzi się “Gollobomania”.

  1. Kolejna edycja GP i 25 września turniej we włoskiej części Udine, peryferyjnym Terenzano. Tym razem szczęście dopisało i nie utopiło się na szerokim białym torze; oto Tomasz Gollob zostaje wreszcie mistrzem świata! Polak dołącza do Szczakiela po 37 latach! Cierpliwość i upór zostają nagrodzone i najlepszy w historii polski żużlowiec, obywatel TG ma wprawdzie tylko jedną złotą koronę IMŚ, acz powinna być ona ozdobiona diamentem.

Liga jak dobra matka

zuzel

Do takiej opinii mój znajomy dopowiada: ”i karmi piersią”.W każdym sporcie, w którym funkcjonują rozgrywki ligowe zajmują one miejsce na czele. Oczywiście międzynarodowe sukcesy są prestiżowe, rozsławiają regiony i państwa, przynoszą rozgłos w świecie ale LIGA rządzi się prawami wyjątkowymi, wzbudza emocje, które trwają w duszach nieprzemakalnie przez cały sezon. I można sobie odpuścić jakiś turniej ze szczytu elity, zobaczyć go na ekranie telewizyjnym, ale na meczu w swoim mieście, okolicy wypada być. Jest w tym pewna celebra przygotowywana dyskusjami przed sezonem a potem między meczami w gronie fanów. Kto kogo i za ile. Wykluwa się specyficzny “klubowy nacjonalizm”, ba! patriotyzm, który w ramach fanklubów przybiera formy zorganizowanego dopingu. Nie chcę używać słowa szowinizm, lecz w pewnych przypadkach tak jest i często można zaobserwować pianę na ustach kibiców, zacietrzewienie, obłęd u ludzi, którzy na codzień są przecież spokojnymi. Na stadionach mają jednak inne twarze, słownictwo, gesty, interpretują fakty po swojemu, odbiegając od sprawiedliwych ocen wydarzeń na torze.

Ligowe rozgrywki unoszą kibiców jak morskie fale tratwę. Często dryfują. Żużlowe stadiony oblepione kibicami, choć już nie tak jak dawniej, gdzie okoliczne drzewa przytulały fanów jak gniazda ptaki, mają specyficzną atmosferę. Nie można porównać ich do futbolowych obiektów ani hal, gdzie grają piłkarze ręczni albo są mecze siatkówki. Ubolewam, że tzw. klatki dla kibiców gości niestety mają miejsce. Gospodarze… “muszą” być niegościnni ze względów bezpieczeństwa. Tego przed iluś tam laty nie było. Była kibicowska harmonia, dziś buszuje szowinizm transplantowany z futbolowych stadionów. Czy to się zmieni? Raczej nie, bo na speedway chodzi się rodzinnie, taka tradycja i trudno by organizatorzy wzięli na siebie ryzyko folgowania niebezpiecznym burdom. W euforii wszystko może się zdarzyć, więc “klatkowe sektory” muszą istnieć. Jak długo? Już na zawsze?

Na ligowe mecze czeka się z miłością, toteż premiery jeśli tylko pogoda dopisze, są wyjątkowym darem dla klubowych bossów. Brakuje miejsc i nie brakuje wyjątkowej atmosfery, gdyż liga jest jak dobra matka, przytula, karmi… “piersiami”!

Premierę Ekstraligi mamy w Zielonej Górze, gdzie mistrz Polski FALUBAZ zafaluje kibicami w meczu z Unią Tarnów. Ale będzie się działo! Falubaz już gotowy, kibice  tarnowscy jeżdżą wszędzie, więc będzie ostry doping. To będzie również mecz trenerów, Rafała Dobruckiego z Markiem Cieślakiem, a ten drugi, także trener reprezentacji Polski, nie raz i nie dwa ozłoconej, był przecież królewskim szkoleniowcem Falubazu.

Premiery mają  odświętne oprawy i przebieg nieobliczalny. “Ciąża” oczekiwania  na wydarzenie po zimowej przerwie podnosi adrenalinę aż pod sufit. Opanowuje głowy z namiętnością kochanków, jest cudownie, bosko. STOP.

W przeddzień ekstraligowej premiery na torze, w Teatrze Lubuskim im. Leona Kruczkowskiego odbędzie się uroczystość pt. Moje cudowne lata, która będzie świetną przystawką do tego, co zobaczymy na stadionie. Otóż były prezes klubu, który rozbujał zielonogórskie nastroje, doprowadził klub do mistrzowskich laurów senator RP Robert DOWHAN zamierza zakończyć po kilkunastu latach bujną karierę działacza. Pełni zaszczytną funkcję senatora, nie ma czasu, choć serce ciągnie w stronę żużlowych bram, ofensywnie działać na miarę mistrzowskiego klubu. Koniec i kropka. Szkoda. Albo Warszawa oraz inne lokacje albo Falubaz. Impreza w zielonogórskim teatrze zapowiada się nader ciekawie, gdyż Robert Dowhan ma duże rzesze sympatyków i przyjaciół. Był w stolicy ambasadorem sportu nie tylko spod znaku Myszki Miki, lecz w ogóle żużla. Brawo. Niektórzy celebryci zobaczyli speedway po raz pierwszy za sprawą właśnie senatora i przyjeżdżali do Zielonej Góry. I podobało się i polubili jazdy tylko w lewo.

Na rozważania Roberta Dowhana nad mijającym czasem w roli działacza przyjdzie  czas; senator ma prawo wybierać życiowe drogi. To był dobry, dowhanowski okres dla Falubazu. Budowanie stabilnej drużyny, ze światowymi gwiazdami a trener Marek Cieślak świetnie dopasował atmosferę sukcesu, ma ten gen w sobie, który trudno kupić, bo trzeba się z tym urodzić. Falubaz nie jest zespołem bez tradycji, wręcz przeciwnie z ogromnymi zasługami i zawsze był kuźnią talentów. Markową sukcesję trenerską sprawuje były zawodnik Falubazu Rafał Dobrucki, przed którym medalowa przestrzeń znów do zdobycia. Już bez Roberta Dowhana, z następcami senatora, który nigdy nie bał się przekazywać pałeczki młodym, utalentowanym ludziom z inicjatywami. Cool.

A więc: PREMIERA. Sobota 12 kwietnia 2014. EKSTRALIGA podnosi kurtynę! Taśma w górę. Falubaz kontra Unia Tarnów! Pełny stadion i barwna oprawa z dwóch stron. Sceneria filmowa, serial DMP zaczyna pierwszy odcinek. Szczęścia nie kupisz, pecha nie ominiesz. Taki los. Podobno pogodę zamówiono gdzieś na górze.

Ostatni mecz w Zielonej Górze za sprawą toruńskiego Unibaxu, który uciekł ze stadionu, przyniósł duży wstyd polskiemu żużlowi. Jak będzie tym razem jesienią w finale?

Unibax ma kilka punktów karnych w plecy, jak się pozbiera z Tomaszem Gollobem i australijskimi fighterami? Będą “koperniki” na pewno walczyć. Wróżenie przed startem ligowym jest trudne i trzeba poczekać na kilka meczów, wtedy dadzą obraz czego możemy spodziewać się w następnych kolejkach. Walka będzie zapewne wyrównana, spłaszczenie poziomu drużyn gwarantuje szczytowe emocje, może nie wszędzie, lecz prawie. Nie ma/?/ team dreamów, jest tylko nierównomiernie położona kasa/!/.

A zatem orły do boju! Kibice szykują gardła i serca. A reszta należy do artwykonawców tego cyrku, który jako SPEEDWAY nie daje nam żyć bez stresu. Za co więc kochamy ten sport czasami tak anielsko a czasami tak diabelnie? No cóż, jest w tym po prostu Wielkie Coś!

Nie lubimy siebie…

az234

Żyjemy w czasach okrutnie pogmatwanych i mało ustabilizowanych. Przyglądając się temu, co dzieje się na świecie dochodzimy do wniosku, że wszystko wisi na włosku. Ogromne różnice w poziomie życia wywołują społeczną destabilizację,; z jednej strony ludzie targani są przez nędzę, bezrobocie; z drugiej strony mamy takich, choćby w sporcie, którzy zarabiają milion euro tygodniowo. Szalone dysproporcje powodują animozje i nie brakuje przemocy. Świat nie jest spokojny.

A Polska?

Nagle w mgnieniu oka wysłane maile spowodowały olbrzymi zamęt w instytucjach, szpitalach i doszło do masowych ewakuacji ludzi zagrożonych wybuchami. Straszny kłopot i koszty jeszcze większe. Mamy do czynienia z wybrykiem, który wywołany został kliknięciami komputerów. Strach wyziera raz po raz i tragiczne zdarzenia budzą głębokie refleksje.

Świat jest podzielony, ludzie przestają siebie lubieć.

A Polska jaka jest? Czy my lubimy się?

Krytyczne głosy na łamach, głoszone przez tęgie głowy w radiu i telewizji,  oracje przepojone nienawiścią człowieka do człowieka budzą już nie zdziwienie, lecz odrazę. Eskalacja wypowiedzi nasączonych jadem nienawiści nakręcana jest systematycznie i mocno.

Jak reagujemy zatem w takim szambie słów na krytykę? Na głosy dyskusyjne, na postulaty słuszne mniej czy więcej?! Różnie! Jedni zwyczajnie olewają krytykę i robią swoje dalej wypowiadając opinie niezbyt przychylne pod adresem konstruktorów odmiennych zdań.

Jak jest w polskim żużlu?

Znałem działacza, który zawsze stwierdzał ze złością i przekorą, że nie czyta gazet ani nie słucha tego, co w mediach elektronicznych wypowiadają dziennikarze. Lekceważył do cna wszystkie opinie. Oświadczał, że nie przejmuje się tymi zdaniami. Nie czytał, nie słuchał i nie oglądał a doskonale wiedział o co chodzi. Kłamał. Postponował „z buta“ krytyczne głosy, obojętnie jakie by nie były. Czysty fałsz i pospolite zakłamanie.

Kiedyś mówiono, że nie ma demokracji, szaleje cenzura i brakuje tolerancji, dziś jest demokracja i każdy wali prosto z mostu co mu ślina na język przynosi, bez jakiejkolwiek węwnętrznej cenzury ale i bez taktu oraz elegancji.

A zatem lubimy się czy nie? W tych trudnych czasach budującej się demokracji, europejskości bez granic i sloganów często bez pokrycia. Bez cenzury.

Był czas w polskim żużlu bez krociowych apanaży, chociaż i tak speedway nazywano zawodowym. Dlaczego? Bo oficjalnie mówiło się o wypłatach za zdobyte punkty. W innych sportach „kwitło“ amatorstwo wynagradzane przez fikcyjne zatrudnienie w zakładach pracy. Wszystko było cacy. Takie “misiowate“ towarzystwo.

A dziś? Sponsorzy i reklamodawcy ustalają swój świat sportowego biznesu.

Zawrotne zarobki w żużlowym świecie nie budzą respektu, gdyż w stosunku do piłkarzy czy tenisowego świata są one „drobnymi“ kwotami, biorąc pod uwagę zagrożenie życia w każdym wyścigu i na każdym wirażu. Starzy mistrzowie żużlowego rzemiosła oświadczają: „szkoda, że tak wcześnie urodziliśmy się“, widząc roczne milionowe  zarobki dzisiejszych asów. Pierwszy mistrz świata rodem z Polski Jerzy Szczakiel zarobił na tytule drobny procent tego, co dziś zgarnia mistrz globu.

Czy wielkie pieniądze krążące po świecie i Polsce na żużlowych torach są właściwie wydatkowane?

Czasy się zmieniają i nie można porównywać mistrza Szczakiela z mistrzem Tomaszem Gollobem. Jakże inne czasy, lata:1973 i 2013.

Jak reaguje młodzież na ten nowy świat? Czy jest lepszy? Bez animozji? Życzliwie czy z pogardą, z zawiścią w oczach czy kompromisem…

Mamy zwichrowany, niespokojny świat i polski układ. Z jednej strony wdzierająca się demokracja, która wcale nie jest łatwa i dysproporcje majątkowe, które obnażają słabość systemów panujących na świecie. I w Polsce.

Warto czasem, nawet latem zastanowić się dokąd zmierzamy, z kim i z czym. Jakie mamy autorytety, które są mentorami. Trudny ten tekst, prawda? Inny, wybaczcie. Nie zawsze żyje się punktami, tabelami. Życie w swojej prozie nie jest pozbawione obaw o przyszłość. Wystarczy mail, by zakłócić byt. Wywrócić ład. Wzbudzić nienawiść.

Świat sportu w finansowej karuzeli zatracił proporcje i dzieli apanaże niesprawiedliwie. Ktoś musi nad tym zapanować by nie było kontrowersji, które wywołują burze.

Nadal twierdzę, że w polskim żużlu brakuje autorytetów, które swoim dorobkiem tamowały by wybryki tych, którzy wierzą w potęgę pieniądza. Potrzeba nam ciągle mądrych decyzji i budowania szacunku.

Głosy krytyczne powinne być zrozumiane z ufną wiarą w lepszy żużel. Zadufanie zwykle marnie się kończy. Tak uczy historia.

Kończę kwestią, która dotyczy tasiemcowej walki o indywidualne mistrzostwo świata. Mamy raz po raz krytyczne głosy, jednak nie mamy takich, którzy by mądrze i odważnie powiedzieli stop kilkunastu turniejom. Po co nam taki rozbuchany serial? Niech będzie, lecz bez męki zawodników, z radością dla uczestników po obu stronach bandy. Komercja wzięła kiedyś górę i tak buszuje a inni bezkrytycznie przyklaskują jak to fajnie. Otóż nie. Fajnie nie jest!

Jeszcze jeden ból…Frekwencja na polskich stadionach spada. Dlaczego? Transmisje TV odbierają widownię. Kibic jest uboższy i wygodniejszy więc kiedy ma wybór decyduje się na domowy fotel, swój bar i przekąskę. Znajomy twierdzi, że już za niedługi czas będziemy mieli tylu widzów na stadionach ile Skandynawowie. Oby do tego nie doszło, aczkolwiek na tym zwariowanym, „demokratycznym“ świecie wszystko jest przecież możliwe.

Ale może być inaczej. Pokazali to Janowicz i Kubot na Wimbledonie.

Jak nie pierwszy i drugi, to trzeci

wo_iya_cardiff

Ciasno w klasyfikacji Grand Prix! Młodzi odjeżdżają! Nie zwalajmy niepowodzeń niektórych zawodników na losowanie i pola startowe. Zawsze coś można znaleźć, oczywiście nie ma życia bez dyskusji zwłaszcza gdy asy zawodzą. Czwarty turniej w serialu Grand Prix na praskim torze Marketa nie był ekscytującym widowiskiem, bo decydował start a potem oglądaliśmy jazdy gęsiego. Mało było mijanek a wywrotka w półfinale Duńczyka Nickiego Pedersena przy udziale Krzysztofa Kasprzaka spektakularną sceną. Niewątpliwie turniej  był popisem świeżo upieczonego mistrza Wielkiej Brytanii Tai‘a Woffindena, którego w poprzednim felietonie jak się okazało nie chwalilem na wyrost, gdyż Anglik pokazał, że stać go nie tylko na bogate tatuaże na swoim ciele. Potrafi pojechać aż dzwoni w uszach! Spektakl ze scenami jazd gęsiego był także autorskim popisem Nickiego Pedersena, który niemal dwa tygodnie przed startem w Pradze złamał lewą rękę i robił wszystko aby wystartować na torze, gdzie już wygrywał. Zadziwił mnie determinacją, poturbowany przez wypadek prezentował obandażowaną rękę i moczył ją ostentacyjnie na konferencji prasowej w wiadrze z zimną wodą. I ziewał też aktorsko. Czy prezentowanie kontuzji przed mediami jest bohaterstwem? Co Wy na to?! Speedway zna takie przypadki i starty z kontuzjami nóg w specjalnych butach a przykładem jest Peter Collins w finale mistrzostw świata w Goeteborgu w roku 1977. Anglik bronił mistrzostwa świata z roku 1976 /Stadion Śląski/ i wywalczył z poważną kontuzją nogi srebrny medal, a złoty zdobył Nowozelandczyk Ivan Mauger. Wielki sukces kalekiego Petera, zawodnika Belle Vue Manchester, który dał przykład jakie buty trzeba robić by kończyna wytrzymała. Oczywiście były kontrowersje i dyskusje wokół tej sprawy. Ale nie tylko nogi są łamane. Spawane obojczyki przez specjalistów są dla żużlowego środowiska chlebem powszednim. Złamane palce są detalami, żebra można zgrabnie poskładać i wyć z bólu, którego w czasie akcji nie słychać na szczęście. Gorzej jednak z… głowami, które są jakby nie do opatrzenia. Zastanawiam się nie od dziś, jak w tak ekstremalnym sporcie jakim jest żużel można okrutnie lekceważyć zdrowie, swoje i cudze, bo przecież niesprawny zawodnik stwarza zagrożenie dla innych. Czy takie fakty wymagają tłumaczenia, czy są przerażające dla zdrowych ludzi, którzy nie uprawiają sportu i oglądają zawody w TV lub na żywo. Straceńcy? A co by się stało, gdyby taki zawodnik spowodował wypadek i „skasował“ mówiąc brutalnie rywala? Co na to szefowie turniejów, serialu GP, organizatorzy meczów, albo lekarze… Przebiega po plecach strach i rośnie wyobraźnia. Nie u wszystkich. Niestety.

Patrzyłem na Nickiego Pedersena, który trzymał rękę w wiadrze z wodą jak na aktora. Kiedy już zaistniały takie fakty, potrzebna raczej dyskrecja, mocno fałszywa dla zdrowia.

A w sobotę 1 czerwca kolejny turniej w hali Millennium Stadium w walijskim Cardiff  –  Grand Prix Wielkiej Brytanii a wcześniej mecze Nickiego w Ekstralidze z drużyną Marmy Rzeszów.

Sportowe życie nie lubi przerw, kocha walkę non stop. Nie lubią kariery kontuzji, uwielbiają medale. Za jaką jednak cenę? No cóż cena bywa wysoka i na ten temat mogą cierpko powiedzieć zawodnicy, którzy nie poruszają się o własnych siłach. Mam nadzieję, że decydenci jazd „żużlowych gladiatorów“ podejmą słuszne decyzje a casus N. Pedersena będzie jaskrawym dowodem co można a czego nie wolno praktykować. Kiedy przy takich incydentach nic się nie dzieje najgorszego, to przechodzimy do dalszego życia bez zmrużenia powieki, warto jednak uruchomić wyobraźnię żeby nie dopuścić do tragedii. Zawsze zdrowie zawodników powinno być mottem towarzyszącym uprawianiu sportu. W każdym sporcie! Praskie „ jizdy“ oglądał szef światowego żużla Włoch Armando Castagna, na konferencji medialnej go jednak nie było.

Wracam do młodych wilczków, którzy zarządzają serialem GP; na czele Rosjanin Emil Sajfutdinow, który chyba nie spodziewał się, że Tai Woffinden będzie taki groźny. A jednak, Anglicy mają asa! Obrońca tytułu Australijczyk Chris Holder w tym sezonie nie jest tak błyskotliwy, jego rodak rogata dusza Darcy Ward bywa kontuzjowany i niestety traci na tym urok żużlowych jazd. Emil, Tai, Darcy mają apetyty na żużlowy kawior! I są Polacy, senior Tomasz Gollob, który jest jak ikona i niczego nie musi. Jarosław Hampel nieustabilizowany, co jest szkodą dla niego i dla serialu. Czekamy na jego stabilność. Gollob i Hampel nie dali rady w Pradze, lecz wyręczył ich Krzysztof Kasprzak, który jako ten trzeci wyskoczył po drugie miejsce. Brawo. Oby tak dalej, gdyż wcześniejsze starty były nierówne. Polska ma trzech stałych „dżokejów“ w serialu GP i to jest duża wartość, toteż podium bywa przez nich zawsze „zagrożone“.

Jak będzie w Cardiff na sztucznej nawierzchni? Tego rodzaju tory już nie budzą respektu jak dawniej i można zasuwać na całego. Turniej w Millennium Stadium będzie miał dobrą frekwencję, bo Woffinden wykonał dla organizatorów super robotę. Tai ma tylko jeden punkt straty do lidera Emila. Hampel 9, Gollob 12. Dziesięć punktów traci przeambitny Nicki! Zapowiada się corrida, a po Cardiff mamy turniej w Gorzowie Wlkp.! I będzie tam gorąco.

W Pradze w drugiej połowie lipca odbędzie się decydująca faza w drużynowym finale MŚ. Komu przypadnie światowy puchar legendarnego Ove Fundina? Tor na Markete jeśli będzie taki sam jak ostatnio, może spowodować spowolnienie walki, choć finał najlepszych drużyn świata bywa zwykle widowiskiem ekscytującym.

Do tego wydarzenia mamy jeszcze trochę czasu, teraz pora na ligowe emocje i nakręcanie się serialem GP, który w tym roku wydobył z siebie nowe gwiazdy z młodymi sercami do walki, które nie odpuszczą nikomu a litości dla weteranów nie mają ani za euro.