„Czarny sport“ nie musi być czarny

 

rempala_rip-660x330

Nie musi. A jest! Tragiczny wypadek Krystiana Rempały i po kilku dniach pobytu w szpitalu śmierć 18 – letniego zawodnika tarnowskiej Unii jest tematem nie tylko w środowisku sportowym. Dramat. Tomasz Gollob, który jest postacią w żużlu, która wie na czym ten sport polega upatruje w rosnącej liczbie wypadków winę m.in. w nowych tłumikach, które mają 96 decybeli. Obniżenie hałasu wprowadziło wiele zamieszania w mocy silników i zachowania w trakcie jazdy. Ostro kiedyś krytykował wprowadzenie nowych tłumików, awantura była głośna, w końcu uznano decyzje międzynarodowych władz. I cisza. Inna postać Krzysztof Cegielski gromi władze międzynarodowe jak ksiądz z ambony. Temat jest gorący. Szkoda, że nie wcześniej konsekwentnie. Cegielski szefuje Metanolowi, organizacji skupiającej zawodników, to taki mini syndykat mający na celu obronę żużlowców. Co robi Metanol wiemy mało albo wcale, w każdym razie nie może być tak, że kiedy jest dramat wtedy celebryci wygłaszają swoje kwestie na lewo i prawo. Speedway potrzebuje pokory. W ubiegłym roku Australijczyk, talent wielki jak Antypody, ulega wypadkowi w Zielonej Górze, operowany w miejscowym szpitalu zostaje przewieziony do Anglii. Jest sparaliżowany, rok temu w drugiej połowie sezonu świat żużlowy doznał szoku. Speedway poniósł ogromną stratę zawodnika jutra.

Sport nie może być krwawą przygodą. Tomasz Gollob oświadcza słusznie, że zamiast sportu mamy pogrzeby. Przeciwnicy żużla mają powody do krytykowania. Pobłażliwe władze nie wprowadzają rygorów. „Instytucja“ komisarzy d/s torów mało zmieniła i nawierzchnie nadal bywają zdradliwe. Może więc wprowadzić nadkomisarzy ?! I jeszcze zwiększyć koszty? Nonsens. Mamy złą zmianę. Czekamy na dobrą.

Jestem na meczu w Zielonej Górze, gdzie doświadczony zawodnik Piotr Protasiewicz zaciekle atakuje Vaclava Milika, wreszcie uderza w niego i na szczęście w tak groźnym wypadku Milik doznaje „tylko“ złamania ręki. Protasiewicz wystraszony czuwał przy rywalu na torze. Powstaje pytanie, czy tak musiał atakować przeciwnika. Rutynowe tłumaczenie żużlowe brzmi: „zawodnik złapał przyczepność i go powiozło“. Jeśli na drodze autem jadę jak wariat i wpadnę w poślizg raczej nie ma tłumaczenia. Sport jest pozbawiony skrupułów.

W Rybniku jadą młodzi zawodnicy, ponosi Kacpra Worynę /świeżo po kontuzji ręki/ i wali w Krystiana Rempałę, temu spada kask, uderza głową w tor, masakra. Wypadek tragiczny w skutkach. Ratunkowy helikopter nie przyleciał na stadion, ambulans w ciężkim stanie dowiózł chłopaka do szpitala w Jastrzębiu.

Wracam do nowych tłumików, które o ile wiem FIM czyli Międzynardowa Federacja Motocyklowa zatwierdziła przy akceptacji CCP, czyli Komisji Wyścigów Torowych. Były mocno krytykowane przez polskich zawodników. Padło w końcu hasło: Panowie nie dyskutujcie, jazda, bo Europejska Unia troszczy się by na żużlu nie było tak głośno. Gdzie byli ludzie z grupy Metanola? Pamiętam głośność 112 decybeli, potem jechano w dół aż do 96. Były sędzia żużlowy Jerzy Kaczmarek kosi w ogrodzie trawę maszyną Wolf Garten, która ma 96 db. Moi sąsiedzi koszą takimi maszynami, że ptaki uciekają. Polskie władze żużlowe nie potrafiły w sprawie tłumików zabrać stanowczego głosu w innych też. Autorytetu nie zyskuje się tylko przez obecność w gremiach. Odwaga potaniała ale nie speedway, który jest kosztowną i niebezpieczną zabawą.

Żużlowcy startują w kilku ligach. Zmęczony futbolista będzie co najwyżej gorzej grał. Przemęczony zawodnik na torze może wpaść na kolegę, spowodować wypadek. Żużlowcy mają ciała zmaltretowane, startują z niezaleczonymi kontuzjami, obojczykami pośpiesznie „pospawanymi“, rękami niesprawnymi po urazach. Przed wieloma latami w w FIM zaczął aktywnie działać lekarz z Wrocławia doc. dr Lech Baran, szybko po mozolnej pracy zyskał autorytet w sprawie bezpieczeństwa i zdrowia zawodników. Kiedy Giekażetem zaczął kierować Andrzej Grodzki w ekipach na zagraniczne turnieje był lokowany dr Tadeusz Jędrzejczyk. Lekarz dla żużlowców jest lekarstwem w rozmaitych sytuacjach ale nie powinien wypuszczać mało sprawnych do ścigania…

Obserwuję nie od dziś brak dbałości o zdrowie żużlowców, które mają przecież tylko jedno. W codzienności ligowej, startowej liczy się za wszelką cenę WYNIK, który w ostatecznym rozrachunku nie przywraca życia nikomu! Panowie prezesi idiotyczna pogoń za zwycięstwem przynosi czasami tragedię, która oblekana jest w słowa, które nic nie znaczą. Dramat Rodziny Rempałów powinien wstrząsnąć skutecznie środowiskiem i mam nadzieję, że wreszcie KTOŚ się obudzi. Kadencje władz motorowych są słodkim nektarem usypiającym ambicje. Nie mogę doczekać się kreatywnego programu rozwoju światowego/?!/ speedway’a za sprawą włoskiego bossa Armando Castagny, który już od dawna szefuje żużlowi i mamy beznamiętny cyrk. Dygnitarz tyle razy jest w Polsce, kiedyś tu startował i nie można na nim oraz innych niczego wyegzekwować?

No tak, zapominam, że sztuczny twór w postaci Ekstraligowej Spółki z Torunia zajęty jest właściwie finansami wokół sponsoringu. I co z tego, że goście z tej spółeczki zarabiają na siebie… a może na zlecenie firma XYZ załatwi reklamowy problem jeszcze korzystniej a za budżet lukratywnych etatów utrzymają się dwa kluby? Sytuacja jest szemranym tematem w kulisach imprez, bo to co robi spółka mógłby wykonywać Giekażet. Podobno w obecnej demokracji nie ma hipokryzji/ sic!/.

Moc silników. Temat dobrze znany Piotrowi Szymańskiemu, prezesowi Giekażetu. Łodzianin Sławomir Walczak, który speedeway lubi tak, jak lotnictwo oraz rybnicki majster Mirosław Dudek mają gotowy motor dwuzaworowy. Dotykali tego tematu np. Rafał Dobrucki i Adam Skórnicki, sprawdzano, jednak temat słabszych motocykli i tańszych został odroczony. Przez Castagnę, Szymańskiego? Dlaczego? Bo unijne zalecenia? Panowie nie chowajcie głowy i reszty narządów pod kołdrę! W żużlu chodzi chyba o mijanki na torze, bezpieczną walkę a nie wyśrubowaną szybkość z którą potem na wirażach nie wszyscy mogą sobie poradzić, obojętnie czy rutynowani czy nieopierzeni. Kiedy tylko pojawi się jakiś talent od razu jest kreowany na wirtuoza a przecież to nie oblepione reklamami auto jeździ na torze. Jak mawia wspomniany Jerzy Kaczmarek żużlowcem może być każdy a zawodnikiem nie każdy… Taka Tischnerowska filozofia. Podzielam. Kreowanie na siłę jeszcze mało obytych adeptów na wielkich mistrzów kończy się źle. Podczas warszawskiej Grand Prix młodzi, nasi reprezentanci wpadali na siebie idiotycznie. Ostatnio junior Maksym Drabik fatalnie złamał udo w szwedzkiej lidze. Młodzież jeszcze musi się uczyć, bo żużlowy uniwersytet skończyć to sztuka w stylu Duńczyka Hansa Nielsena, kiedyś „profesora“ z Oxfordu. Przykładem może być także wiedza dżentelmeńskiego Grega Hancocka. Szanujcie autorytety i życie.

 

Speedway stał się brutalny i potrzebuje mądrych głów do rządzenia a przede wszystkim pokory aby nie było łez i smutku. Dość tego. Sport musi być bezpieczną zabawą i radością dla startujących oraz ich rodzin, najzwyczajniej przyjemnymi igrzyskami, po których powrót do domów nie ma żadnych barier.

Wypadki przywracają pamięć

 

rempala_rip-660x330Speedway raz po raz okaleczony zostaje brutalnie przez wypadki. Brawura nie oszczędza nikogo. Młodych i rutyniarzy. Co zrobić, żeby upadki w tym sporcie nie miały łez?

CZAS pędzi nieubłaganie szybko. Jak wicher wywołuje zamieszanie, wywraca, powoduje bóle głowy. Będzie trochę w tym felietonie nie po kolei. Bohaterem jest Szwed Tommy Jansson. Gdyby żył miałby dziś 64 lata. Zginął na torze w Sztokholmie jadąc angielskim Weslake, niemal na rękach ojca. Miał 24 lata i karierę na miarę legendarnego Ove Fundina, pięciokrotnego mistrza świata. Wypadek wstrząsnął sportowym światem, w żużlowym środowisku zostawił głęboką wyrwę. Trudno taką zasypać szybko… Tragiczne zdarzenie miało miejsce 5 maja 1976 roku.

19 czerwca 1976 jest planowany finał mistrzostw świata par w rodzinnej miejscowości Tommy Janssona w hutniczym mieście Eskilstuna, gdzie można przeżyć białe noce. Do finału MŚ par zakwalifikowały się duety Anglii, Danii, Szwecji, Australii, Nowej Zelandii, Szkocji i Polski. Rok wcześniej finał odbył się we Wrocławiu i wygrali Szwedzi 24 pkt, a startowali Anders Michanek 17 pkt, rutynowany zawodnik, as „Trzech Koron“ i młody talent Tommy Jansson 7 pkt. Drugie miejsce zajęli Polacy 23 /Edward Jancarz 15 i wrocławianin Piotr Bruzda 8 /. Trzecie miejsce wywalczyli po barażu Duńczycy 20 + 3/ Ole Olsen aż 18 + 3 i Jan Henningsen 2/ Duńczycy byli na progu nowej ery i już w kuluarach kręcili się młodzi zawodnicy, którzy wkrótce pod wodzą koncepcyjnego Olsena będą wjeżdżać na podium MŚ. Czwarte miejsce we Wrocławiu przypadło Anglikom 20+2 /John Louis 12+2 i Peter Collins 8/. Pozostałe miejsca zajęły ekipy Australii, RFN/ Niemcy/ i Austrii. To było w roku 1975 na torze we Wrocławiu. Rok później mamy wyprawę do Szwecji, która była m. in. „sprawcą“ razem z Polakami mistrzostw świata par. Do Eskilstuny daleko. Polskim żużlem /Giekażet/ dyrygował wtedy wrocławianin Zbigniew Flasiński, ekipa została zmontowana w składzie: Edward Jancarz, Zenon Plech, rezerwa Jerzy Rembas. Gorzowianie z urodzenia. Trasa prowadziła z Gdańska przez Bałtyk promem do Sztokholmu i dalej dwoma samochodami do Eskilstuny. Szefem wyprawy był inż. Flasiński. W Gdańsku żegnał ekipę przyjaciel szefa Giekażetu Bronisław Ratajczyk, wrocławianin, organizator imprez, działacz i mieszkaniec Trójmiasta. Na Bałtyku nocą rozszalał się sztorm i ogromnym promem rzucało jak szalupą. W stolicy Szwecji słońce, za nami /byłem w tej ekipie jako reporter „Sportu/ Bałtyk po sztormie i masa ludzi zmaltretowanych chorobą morską. Na niebie samoloty transparentami ogłaszały, że wkrótce odbędzie się ślub szwedzkiego króla z hostessą letnich igrzysk olimpijskich z Monachium/ 1972/. Do dziś panują na tronie. Po drodze wszędzie informacje na temat ożenku i sterty rozmaitych pamiątek. To samo w Eskilstunie, gdzie jest klub Smederna. Ekipa dotarła na miejsce, Plech przyleciał samolotem z Londynu, bo startował w Hackney. Białe noce piękną, czerwcową nocą nie dają absolutnie spać. W Eskilstunie na każdym kroku z jednej strony kolorowe dowody, że król już nie będzie kawalerem a z drugiej żałoba po tragicznej śmierci Tommy Janssona. Wstrząs. Żałobne opaski nosiła młodzież bez wyjątku. Zderzenie tego co było a co będzie dosyć trudne do pogodzenia. Kolor i czerń. Smutek i radość. Samo życie jak na obrazach starych, holenderskich malarzy.

Zbigniew Flasiński proponuje mi uczestnictwo w pochówku Tommy Janssona, bo uroczystości żałobne w kościele odbyły się niemal w manifestacyjnej formie już wcześniej. Teraz nastąpi na cmentarzu złożenie urny do grobu. Poznaję rodziców Tommy’ego. Jesteśmy zaproszeni do mieszkania, skromnego, w bloku, Tommy miał jeden pokoik wypełniony trofeami od podłogi po sufit. Międzynarodowe towarzystwo snuje wspomnienia o tragicznie zmarłym, jego zdjęcia w Eskilstunie przeplatały się wszędzie z królewskimi podobiznami, gadżetami jak na jarmarku.

Finał MŚ na małym stadionie sędziował Norweg Tore Kittilsen; wygrali Anglicy 27 /Louis 17 i Malcolm Simmons 10/, przed Duńczykami 24/ Olsen 16, Finn Thomsen 8/ i Szwedami 22/ Bengt Jansson 11 i Pernt Persson 11/. Dalsze miejsca Australia 16/Phil Crump 10 i Billy Sanders 6 / Nowa Zelandia 15 /Ivan Mauger 8 i Barry Briggs 7/, Szkocja 12/ Jim McMillan10, George Hunter 2/ i POLSKA 10/Jancarz 7, Plech 3/. Polacy walczyli, nie były to jednostronne pojedynki, niestety przegrywali na mecie. Szef polskiej ekipy był bardzo sfrustrowany. Powrót na szczęście bez sztormu na morzu.

DRAMAT Tommy Janssona wywarł silne piętno na szwedzkim żużlu, młodzież cofnęła się od speedway’a. Młody zawodnik o charyzmatycznej osobowości, z burzą włosów na głowie, o sympatycznej twarzy był wielką nadzieją tego sportu. Zapowiadał się znakomicie, był dwukrotnym mistrzem świata par/ 1973, 1975/. Odważny piekielnie, grał też w hokeja na lodzie w Eskilstunie, potem ścigał na żużlu. Był idolem młodzieży, która straciła nagle błyskotliwą ikonę. Speedway w Szwecji załamał się na kilka lat. Po regresie z mozołem i taktycznym zmysłem zaczął odbudowywać wiarę w ten sport Bo Wirebrand, świetny coach. Zebrał talenty, których nie brakuje w Skandynawii. Per Jonnson, Jimmy Nilsen, Tony Rickardsson szlifowali jazdy na angielskich torach, test – mecze z elitą dawały efekty. Szwecja wróciła po śmierci Tommy Janssona do grona medalistów MŚ w mistrzowskim wydaniu. Wypadek, który zdarzył się 40 lat temu w stolicy Szwecji zrobił duży wyłom w historii tamtejszego żużla, jednak dzięki rozważnej koncepcji Wirebranda „Trzy Korony“ wróciły do gry o medale. Nie bez łez. Tragiczne incydenty niestety wpisane są w historię żużla i oto mistrz świata Per Jonnson startujący w Toruniu po koszmarnym wypadku kończy karierę i porusza się na wózku inwalidzkim. Znowu załamanie, które rozświetla Tony Rickardsson, sześciokrotny mistrz świata, strategiczny facet, który prezentuje inny, elegancki styl bycia w środowisku. Zwycięski.

TRUDNO uciec na zawsze od przykrych zdarzeń na torach, wywołują raz po raz lęki. Ostatnia tragedia Krystiana Rempały/ z licznej, kultowej rodziny żużlowej/ 18 – latka z Tarnowa na rybnickim torze nie daje spokoju. Życie jest wartością, której nie można lekceważyć. Sport nie ucieknie, życie niestety tak. Los nie zna litości, żużel wymaga technicznej, pilnej korekty, ograniczenia mocy silników dla wszystkich. Speedway jest gladiatorski! Młodzi dosiadają zbyt mocnych motocykli. Rodzicom zostawiają rozpacz.

Wracam jeszcze do Eskilstuny, niezwykle klinicznie czystego miasta, rodzinnego dla Tommy Janssona, który pozostanie symbolem dramatu ale i zarazem aktem wskrzeszenia po kryzysie wielkości szwedzkiego speedway’a. Jest w tej historii pewna mądrość, że nie można poddawać się nigdy, i z jednej strony pamiętać a z drugiej nie ulegać, choć często bezradność pozostaje tylko cierpliwą modlitwą.

Dziwny jest ten świat?

Niestety bardzo i eskalacja cudaczności w różnych rozmiarach nabiera rozpędu. Europa ściska się w problemach gospodarczych i politycznych a sport jest tylko „cukierkiem“ do ssania dla przyjemności. Popatrzmy na speedway i czy nie grozi nam na wzór Grexitu, speedexit?

Tak jak przewidywano w Polskim Związku Motorowym ani drgnęło. Adwersarze nadprezesa chichotają nie tylko po kątach; upiekł się skandal, bodaj największy w historii polskiego sportu, wyłączając afery dopingowe. Podobno Nadprezes, wybitny socjotechnik mości na potem fotel już dla Namierzonego. Dla gościa o którym mówi się, że będzie „nowożytnym“ kierowcą na Kazimierzowskiej, przyjdzie ponoć czas za dwa lata. Czy dawać wiarę pogłoskom? W każdym razie wszystko jest po staremu a skandal z Grand Prix w Warszawie przydeptano pod dywan, którego pilnują Piotr Szymański, Wojciech Stępniewski, Michał Sikora and company. Broń Boże włączyć odkurzacz! Urządzenie zrobi spięcie… Dziwny jest ten świat, gdzie pod hasłem demokracji rolety w oknach są coraz bardziej szczelne. Ale jak uczy historia nic nie trwa wiecznie a cierpliwość ma granice. W skomplikowanym roku na polskiej arenie politycznej szczęście uśmiecha się do takich incydentów jak na Narodowym. Megadecydenci mają na głowie inne problemy. Nadprezes urodzony jest w czepku a kiedy to nakrycie odda w PZM? W każdym razie niektóre miernoty mają uciechę i bananowe życie zostało prolongowane.

Powracam do polskich torów, które gdyby nawet pilnowała armia komisarzy byłoby marnie. Wystarczy popatrzeć na ligę angielską, nawierzchnie i ściganie. Cudowny uniwerstytet sportowej balangi. Mecz pomiędzy King’s Lynn a Poole był widowiskiem do końca pasjonującym i trzymał w napięciu do ostatniego wyścigu. Ostatecznie rzutem na taśmę wygrali gospodarze z King’s Lynn, gdzie 17 – letni Anglik Robert Lambert poszalał jak wytrawny gracz. W Poole karty rozdaje Maciej Janowski; w angielskiej lidze nie brakuje polskich zawodników, uczą się na torach przystosowanych do walki z filozofią, że ludzie przychodzą na jazdy „łeb w łeb“. Pseudowyścigi gęsiego wypędzają fanów ze stadionów a telewidzów z foteli. A o co chodzi w sporcie? Walkę do upadłego, o niewiadomy wynik do końca. Maciej Janowski ma 23 lata i rozwija się jako zawodnik i człowiek fantastycznie. Został mistrzem Polski, na trudnym torze w Gorzowie pokonując Bartosza Zmarzlika! Inwestuje w żużlowy, uniwersytecki Oxford bez jąkania się po angielsku. Polski speedway spętany regulaminami, kadrową nadbudową ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia bez delegacji rozliczanych przez wspominaną powyżej organizację motorową, jest zjawiskiem niecodziennym dla Skandynawów czy Brytyjczyków.

Dziwny jest ten świat, że gdzieś można robić ligę bez wykopków, bez podcinania gałęzi na których siedzi tyle przecież „wron“.

Wspomniałem o nietuzinkowym talencie jakim jest Robert Lambert. Tai Woffinden ma czego obawiać się na brytyjskim rynku, ba, światowym już niedługo, choć są to dwa różne typy zawodników. 17 lat Mr. RB gwarantuje przy takich umiejętnościach karierę światową; opanowuje motocykl w trudnych sytuacjach, pędzi tam gdzie trzeba i wygrywa. Nie zawsze, lecz szybko uczy się żużlowej codzienności.

Wraca po karencji Australijczyk Darcy Ward, na którego czeka się, jak na dobrego aktora w teatrze. Dla takich żużlowców jak Lambert, Janowski, Ward, Woffinden, Zmarzlik warto przychodzić na stadiony. Oni wnoszą powiew nadziei, że speedway jest cool.

W sporcie ważna jest charyzma, uśmiech nawet w trudnych sytuacjach a zaciśnięte bankomatem usta wyglądają nędznie. Niestety nie każdy spełnia warunki uwielbianych i szanowanych celebrytów.

Jeszcze o rodzimych problemach. Stanowczo za dużo karkołomnych wypadków, kontuzji, długich rehabilitacji. Mamy głupie jazdy na krawędzi band, za dużo sygnałów karetek oraz wizji szpitalnych sal. Szybkość nie wybacza nikomu, zwłaszcza kiedy rozpędzony delikwent nie wie, co zrobić z motocyklem w łuku, no i nie „pamięta“, że nie jedzie sam. Niektórzy zawodnicy pędzą jak „tirowcy“ strasząc innych, rozwalając ich na pobocza. Bolesne, prawdziwe. Jak temu zaradzić? Ograniczyć moce silników… Już widzę uśmieszki gigantów od żyłowania motorów. No cóż, wcześniej czy później dojdzie do wyrównania sił, bo speedwy nie polega na „produkowaniu“ kalectwa. Ostatnie dwa lata są tego smutnym dowodem i wreszcie trzeba opanować zjawisko tunningu bez granic.

W konstelacji żużlowych gwiazd są orbitujące po zwycięstwa i takie, które mają duże „doły“. Chwiejny Australijczyk Chris Holder, były mistrz świata rokował karierę bujną i zawadiacką, niestety po złotym medalu przysiadł jak tatuś na tacierzyńskim. Inny as Krzysztof Kasprzak szuka ciągle rozwiązań, lecz droga prowadzi do prostoty i radości ze sportu. Bez obciążeń i pozdrawiania kogo tylko można. Jasne?

ŻYCIE bywa niezwykłe w prostocie i normalności. Zawodnik nie jest nadczłowiekiem, ma wzloty i upadki, rzecz w tym by złapać bez szaleństwa rytm serca bliski wszystkim. Kochamy speedway za jego piękno i także za wady. SPORT jest ułomny przez niekompetencje ludzi, którzy często okaleczają jego urodę, wykoślawiają przez kombinacje na siłę, jest ważną cząstką życia, toteż warto dbać o czystość jego intencji. Zamiatanie pod dywan afer, skandali bardzo źle wpływa na kondycję każdej dyscypliny. I tak, jak w cenie są charyzmatyczni, solidni, odważni zawodnicy, tacy sami potrzebni są szkoleniowcy i organizatorzy życia na stadionach. Autorytety nie rodzą się na kamieniu, bezkompromisowość jest w cenie tak, jak popisy żużlowych talentów, które często brawurowo wjeżdżają w historię dla radości swojej oraz tysięcy fanów. Ot, co.

I to nie jest wcale dziwny świat.

Plocha draha na stadionie Małgorzaty

Zrzut ekranu 2015-05-20 o 18.18.58

Petra i Pavla Ondrasików spotkałem na Stadionie Narodowym w Warszawie, podczas pierwszego turnieju Grand Prix anno 2015 w towarzystwie innego czeskiego działacza Petra Moravca. Pierwsi dwaj, prażanie, ojciec i syn organizatorzy od 1997 roku turniejów Grand Prix na stadionie Marketa. Moravec to działacz z Pardubic, które słyną z extra organizacji turniejów o legendarnej atmosferze Zlata Prilba, w tym roku przygotowywana jest po raz 67! Kawa była dobra, rozmowa toczyła się na temat przerwanych, skandalicznych zawodów, które od połowy kwietnia są podobno prześwietlane i nadal trwają poszukiwania tego, tych co zawinili. Kierownik turnieju GP prezes Kolejarza Rawicz Dariusz Cieślak wcale się nie ukrywa i nadal jego przyjaciel z drużyny Giekażetu, szef tego organu, Piotr Szymański desygnuje go na zawody w roli kierowniczej. Przyzwoitość nakazywałaby, żeby dać odpocząć kierownikowi wielkiej chryji na Narodowym. Co on tam robił na stadionie i za co wziął pieniądze? Dziwią się kibice, którzy zostali zrobieni w Warszawie w “balona”. Przez takich kierowników o słabych walorach wstyd rozlał się na świat. Jak jest po czesku wstyd? Hanba, ostuda. Nie mieć wstydu za grosz? Proszę: “Mit z ostudy kabat”.

Rozmowa z czeskimi przyjaciółmi, którzy świetnie znają speedway, plochą drahę na wylot, przecież jeździli i reprezentowali swój kraj, toczyła się o tym, co się wydarzyło w Warszawie. Kuriozalna sprawa. Nie zamiatam absolutnie. Jedziemy teraz do Pragi!

Ojciec i syn Ondrasikowie zapraszają na stadion Marketa, czyli Małgorzaty w dzielnicy Brevnov. Stadion został otwarty w 1955 na lekkoatletyczne potrzeby, speedway zagościł tam od początku lat 1970 /wcześniej ścigano się na pobliskim Strachovie/ a klub nazywał się Ruda Hvezda, teraz Auto Klub Marketa z drużyną żużlową i piłkarską Olymp. Wychowało się tam wielu reprezentantów Czech, choćby wspomnieć Jirzego Stancla, Milana Spinkę, Antoniego Kaspra, braci Vernerów/ Vaclav i Jan/, Bohumila Brhela, Romana Matouska. Obok stadionu jest klasztor Benedyktynów św. Małgorzaty i ogrody. Kompleks usytowany jest w górze, za centrum Pragi, gdzie wyjeżdża się do Karlowych Varów, słynnego uzdrowiska i dalej do Niemiec. AKM prężnie działa a stadion/ 10 tysięczny/ jest poligonem do urządzania turniejów Grand Prix. Tor liczy 353 metry, pierwszy turniej GP w 1997 roku wygrał Greg Hancock, trzeci był Tomasz Gollob. Polak był uwielbiany zawsze na tym stadionie a prawie większość kibiców była w biało – czerwonych barwach. Malowniczo było przed i na stadionie, hucznie jak na piłkarskim Nou Camp w Barcelonie. Nie tylko, kiedy startowała polska ikona. Szwed Tony Rickardsson triumfował w 1998 a w 1999 roku szał, bo wygrał Gollob, potem dwa razy Amerykanin Billy Hamill, z kolei trzy razy Marketa ogląda perfekcyjny popis Australijczyka Jasona Crumpa, za rok przypomina się nienaganny technicznie Rickardsson, a w 2006 najlepszym jest Duńczyk Hans Andersen. Jego rodak Nicki Pedersen jest najszybszy w następnych dwóch latach. W 2009 zwycięża rewelacja i wschodząca rosyjska gwiazda, młodziutki Emil Sajfutdinow. W 2010 najlepszy jest Gollob, w tym roku zostaje zresztą mistrzem świata w Terenzano. Następne lata należą do Hancocka, Pedersena i Anglika Taia Woffindena. Zwinny Jarosław Hampel nie omijał podium GP Czech: trzy razy celebrował drugie miejsca, w 2013 vice został Krzysztof Kasprzak. Gollob był siedem razy w finałach, Hampel sześć. Rok temu wygrał znów wytatuowany dokładnie Woffinden, przed pędzącym do kolejnego tytułu MŚ rutynowanym Hancockiem i progresywnym majstrem na żużlu Słoweńcem Matejem Żagarem.

Praski stadion dwa lata temu okazał się złotym tronem dla polskiej reprezentacji, która zdobyła różnicą jednego punktu drużynowe MŚ po ciężkiej walce z Duńczykami. Uff, było gorąco, nie tylko w powietrzu, w parkingu, na torze, wszędzie.

Urokliwa Praga do której przyjeżdżają tłumy turystów jest miastem usportowionym, przede wszystkim rzadzą hokeiści ale i futboliści, tenisiści, lekkoatleci. Speedway czyli plocha draha jest kawałkiem dobrej roboty na Marketa, w 2007 roku drużyna Olymp startowała w polskiej II lidze. To kuźnia żużlowej stajni Czech, obok oczywiście ambitnych Pardubic, gdzie familia Drymlów dostatecznie dużo zrobiła w rywalizacji ze stolicą Czech.

23 maja rozpocznie się prawdziwe ściganie na żużlu anno 2015 w ramach serialu GP. Sędziuje doświadczony Anglik Craig Ackroyd, który nie będzie miał takich problemów jak jego rodak, z zawodu policjant James Lawrence w Warszawie. Obecny speedway na zawodach spętany jest obradami Jury FIM i ranga sędziego spadła jak winda z wysokiego piętra. Odpowiedzialność rozmyta i słuszne decyzje są zlicytowane przez durne medytacje ludzi dla których speedway zaczął się jakby niedawno. Panowie źle rządzicie w Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, dajecie upust biurokracji i wydawaniu kasy kosztem organizatorów. Nic się nie polepszyło wskutek tasiemcowych obrad jurorów. To samo przy okazji wpinam do polskiego żużla, bo tylko kompetencje a nie kolesiostwo satysfakcjonują zawodników i kibiców. Cierpienie tych drugich czasami obrasta w cierpliwość niewolników. Vide cisza po hucbie na Narodowym w Warszawie.

Na szczęście w Pradze mamy Ondrasików, fachowców którym nikt kitu nie wciśnie. Zadbali o kibiców i z centrum Pragi można wygodnie dojechać pod stadion metrem albo tramwajem. Liczą na przyjazd polskiej formacji fanów, którzy mają kogo dopingować, bo jest trzech muszkieterów: Hampel, Kasprzak i Maciej Janowski. A może ten trzeci pokusi się o wyczyn w stylu Rosjanina Emila? Wszyscy trzej znają tor w Pradze, nie ma tajemnic dla nikogo, w zasadzie cała gromada z serialu GP ujeżdża europejskie stadiony ile tylko da rady. W stolicy obok GP organizuje się także tradycyjnie/ w tym roku 21.09/ Memoriał Lubosa Tomicka, który zawsze zbiera elitę światową. Z “dziką kartą” w GP pojedzie Vaclav Milik i będzie “mieszał” od początku.

W maju warto więc “skoczyć” do Pragi, gdyż jest ukwiecona jak nigdy, zresztą miasto o każdej porze roku jest bardzo łaskawe dla turystów, bo poza łykami słynnych piw, jest na co popatrzeć spacerując dniem i nocą. Żużlowi kibice mają obok turnieju GP atrakcje, bo Zlata Praha w swoim majestacie zabytków jest wyjątkowym punktem na świecie. Ahoj!

Kabaret NeoMoto

BEZGRANICZNA miłość do żużla w Polsce, od jak pamiętam zawsze, jest niezrozumiała dla tysięcy ludzi i u nas, i poza granicami. Kiedy Stadion Śląski otworzył swoje wrota dla tego sportu w 1973 roku zagraniczni goście zobaczyli widownię niesamowitą, większą od kultowego londyńskiego Wembley. Byli porażeni ponad 100 tysiącami kibiców, którzy zasiedli na stadionie i pobili żużlowy rekord frekwencji. Na trybunach było gorąco, choć przyznać muszę, że 80 tysięcy fanów na Wembley na trybunach zbudowanych pionowo, robiło przy świetle elektrycznym kocioł pełny wrzątku. Jakby powiedział niezapomniany komentator redaktor Jan Ciszewski tam był pełny … komplet. Speedway przy świetle jupiterów robi kompletnie inne wrażenie i zamienia imprezę w bajkę. W tej bajce nie ma wilka, który chce zjeść babcię, jest galaktyka wyścigów, które jeśli tor nie jest zabetonowany, wprawiają kibiców w niemal deliryczny nastrój barwnej walki nie pozbawionej także dramaturgii karamboli wywołujących ciszę strachu. Kochamy bezgranicznie tę moc dreszczy do utraty tchu. Piłkarze mówią zwykle, “taka jest piłka”, żużlowe towarzystwo, ”taki jest speedway”. Wszystko jak na targu do kupowania garściami i do wspominania jesiennymi wieczorami. Miłość do żużla jest ogromna od Lublina po Gorzów Wlkp., od Gdańska po Rybnik i od Wrocławia po Rzeszów. A jeszcze jest środek Polski. Cudownie zazdrosne uwielbienie sportu, który wzbudza emocje takie jak mecze piłkarskie Polska kontra Niemcy, albo siatkarskie Polska vs Brazylia. Uff, zajechałem trochę nie tam, gdzie chciałem. Wybaczcie, robię korektę.

MUSZĘ wyznać trochę zgromadzonych refleksji. Szef Giekażetu PZM Piotr Szymański został “prezydentem” europejskiego żużla. Przy okazji gratuluję i nie mam zamiaru deprecjonować gremium, które kiedyś zostało ugruntowane przez polskich lobbystów na arenie międzynarodowej dwóch Andrzejów: Witkowskiego i Grodzkiego, z gruntu Polskiego Związku Motorowego. Taka organizacja pod barkiem FIM, czyli Międzynarodową Federacją Motocyklową. Inaczej: faceci niedocenieni przez grupę X, mogą być dopieszczeni przez grupę Y. Taki sobie“gender”. Ranga mistrzostw świata w żużlu jest niepodważalna i europejskie wyścigi o korony choćby angielskiej królowej nijak się mają do podium MŚ. Andrzej Grodzki z Opola był szefem europejskiej grupy pod bacznym okiem prezesa PZM. Potem nastał niemiecki szef , ktory po prostu tylko był. Polscy działacze mają szczęście do niemieckich dygnitarzy sportowych, bo zamiast być na czele, głosują na… fotele sąsiadów z Zachodu. Tak było w FIM/ Sorber/ i Europa /Ziegler/. Tego roku latem w Krakowie odbył się zjazd europejskiej unii motorowej i szef Pezetmotu Andrzej Witkowski nagle zrezygnował z kandydowania a pewnie by wygrał i szefem został Austriak o krótkim nazwisku Srb. Zapamiętają goście/ ponad 200/ od motocykli “mój” kochany Kraków na wieki, bo nie tylko tam było pięknie, co równie bogato. Nie każdą federację stać na taki zjazd. Ostatnio dojechały wieści, że specem od żużla na europejskiej polu został Piotr Szymański. I tu padły chóralne hymny pochwalne pod adresem prezesa PZM, że zadbał o polski interes. Obaj panowie AW i PS zadowoleni, z tym, że dla prezesa PZM na pewno najważniejsze jest forum FIM.

Socjotechnikiem jest doświadczonym, godnym wielu rad nadzorczych. Zostawiam te “gruchania” polsko – polskie do obgadania na potem.

“POMNIKIEM” dla PZM i jego prezesa będzie na pewno uruchomienie żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie wszystkim celebrytom i politykom bardzo blisko na wybieg. Zbliżają się wybory w PZM. Ten ma szczęście. Szykuje się celebra na 1000 fajerków. Premiera Grand Prix nastąpi w kwietniu 2015, cieszę się i nie szukam podtekstu, on sam wychodzi zza kotary.

Jeszcze będzie o Piotrze Szymańskim, który też jest w FIM, również tam dojeżdża Wojciech Stępniewski as z Torunia, z miasta, które ma szczęście od wieków do gwiazd, pierników i bogatych ojczulków. Popierajmy się, ale też coś dajmy innym!

Szef Giekażetu, czyli Mr. PS i człowiek od “żużlowej międzynarodówki w wywiadzie na łamach “TŻ” wyznał, że są tacy, co krytykują Armando Castagnę a nie znają go wcale i nie zamienili z nim zdania, zaś Włoch przecież kocha speedway… jak makaron. Coś w ten deseń.

Kochani… Armado razem z drugim Armando, tylko Dal Chiele, nauczycielem z Lonigo i dobrym żużlowcem, bronili barw Włoch w światowych imprezach. Castagna z Sarego ostro konkurował z Dal Chiele. Oczywiście kocha speedway jak swoją mamę i pizzę. Namaszczony został Castagna na szefa światowego żużla przez odchodzącego na emeryturę zacnego Renzo Gianniniego, mojego serdecznego przyjaciela z Lonigo. Włoska familia okazała się silniejsza od polskiej, lecz gdzie na Boga jest polski speedway, a gdzie włoski?! Prezesa PZM przy tym nie było? UBOLEWAM. Jako długoletni recenzent sportu żużlowego znam kulisy międzynardowego towarzystwa, które jak każde sportowe jest hermetyczne, łagodnie określając, bo… jak wylecisz, już tam nie wlecisz. Rozbawił mnie ostatnio telewizyjny reporter w transmisji z hurra słabego meczu, który wspomniał ni z gruchy, ni z pietruchy celebrytę spod Rybnika, podkreślając jego przyjaźń z Tomaszem Gollobem. Parcie na szkło niektórych niedopieszczonych jest nieodparte i wielka szkoda, że medialna bogini od piekła i nieba Monika Olejnik, nie może jeszcze postawić kropki nad” i” w tym żużlowym towarzystwie Krzysiów, Tomusiów, Jareczków, Grzesiów, Andrzejków, Piotrusiów i Wojtusiów.

MOŻNA kochać speedway, lecz nie nadawać się do kierowania organizacją, acz Włosi mają historyczny patent na bezwzględne struktury zarządzania nie tylko typu nowojorskiego Little Italy made in USA. Castagna jest szefem światowego żużla, pilnuje i promuje za wszelką cenę swojego syna na torach. Czy to mafia? Powstaje pytanie czy maestro nadaje się na szefa CCP FIM, gdyż sama miłość nie wystarcza, kiedy brakuje narzędzi? Po swoich poprzednikach, choćby wspomnieć Polaków: obkutego na wszystkie języki świata Władysława Pietrzaka, technicznego alfa i omegę Zbigniewa Flasińskiego, pojętnego Słoweńca Franci Novaka, czy akuratnego Niemca Guentera Sorbera a skończywszy na charyzmatycznym, przystojnym Renzo Gianninim. To on postarał się by jego następcą został rodak, najlepszy w historii Włoch żużlowiec. Castagna przecież jako pierwszy jeździł na silnikach Giusseppe Marzotto/ z Polski prekursorem był torunianin Wojtek Żabiałowicz/ i nadal jeszcze jako super weteran potrafi ścigać się na torze. Znam Castagnę nie od dziś i żałuję, że na jego miejscu w FIM nie ma mojego rodaka.

Kiedy to nastąpi? Chyba wtedy, kiedy dojdzie do zmian na piedestale Pezetmotu i decyzje będą zapadały z empatią, gdy kompetencje i klasa działaczy będą nawiązywać do tradycji, jaka jest zapisana w historii Polskiego Związku Motorowego.

Na razie mamy to, co widzimy, więc przeżywamy rozterki i z bólem nie pojmujemy. Jak z tą miłością, która kiedy jest ślepa, robi głupstwa na prawo i lewo.

Panie i panowie samo życie, albo inaczej mondo cane, pieskie życie.

  1. 1. Ostatnio mam słabość do postscriptum; otóż prezes PZM wyznał na łamach “TŻ”, że licencje nadzorowane zdały egzamin/ sic!/ a jego “dzieci” komisarze od torów są potrzebni. Kabaret NeoMoto. Czy władza zawsze ma rację?! Smak demokracji bywa czasem gorzki a pecunia non olet. Czasami jednak śmierdzą.
  2. Kluby tną koszty i ruch transferowy zapowiada się przed świętami bez prezentów. Wraca normalność? Kończą się bankomaty bez limitów.

Ponadzwiązki jak podwiązki

Co tam rym, nie patrzcie na to! W polskim sporcie wrze, wpierw wyskoczyła sprawa pozbawienia przez futbolowy związek reprezentacyjnych ubiorów piłkarzy tradycyjnego symbolu czyli orzełka. Potem wybuchła afera korupcyjna, która jest badana. Prezes Grzegorz Lato ocalał narazie, ale padł Zdzisław Kręcina jako sekretarz generalny PZPN. Głośno zrobiło się znów wokół futbolowej centrali, podobnie jak i wokoł wystąpienia w Berlinie polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Z jednej strony mamy heroiczne próby uratowania Unii Europejskiej, jej budżetu, z drugiej ciągle istnieje problem banków, co burzy sny normalnych obywateli. Z trzeciej strony mamy sprawy poboczne, lecz bardzo istotne a taką jest raz po raz PZPN.

Na tym wątku, nienaruszalności sportowych związków, które funkcjonują często jak państwo w państwie, powstaje dylemat związany z sanacją tych organizmów, ich zdrowej odnowy. Jak to zrobić, skoro statuty bronią struktur i trudno nowym działaczom, choćby mieli złote pomysły na wagę Nobli, przebić się przez sito wyborów obwarowanych już od podstaw. W takich strukturach, gdzie nie ma mowy o wyborach ludzi z ulicy zdarzają się osoby przypadkowe, które w wyniku jakiś tam sytuacji działają w klubach i nagle awansują w zamieszaniu wyborczym jako ludzie znikąd. Skąd? Niby wiadamo, lecz ich dorobek  jest marny. Statuty związków sportowych są stare jak świat, przestarzałe nie  dają szans młodym, prezesi oraz zarządy tak manipulują przy wyborach, żeby osoby niewygodne absolutnie nie miały szans na wyborczej drodze. Przykłady? W wyborach Polskiego Związku Motorowego do władz wszedł prezes kulejącego klubu żużlowego z Rybnika. Znany? Trzeba można zapytać choćby na terenie okręgowego związku motorowego na Śląsku. Klub dołuje, rodzą się różne pomysły, nawet takie żeby tradycję spuścić już na sam doł ligowych tabel i zaczynać od nowa, bo budżet jest obciążony długiem z przeszłości. Trudna sytuacja dwunastokrotnego drużynowego mistrza Polski, owiana sławą Antoniego Woryny, Andrzeja Wyglendy, braci Majów i Tkoczów.  Tradycja rybnickiej kuźni jest tak duża, że dziwię się bardzo, że nikt w Rybniku od dłuższego czasu nie może zdecydować się na historyczny ruch ratujący ikonę polskiego i światowego jakby nie było żużla. Człowiek, który prezesuje i który nie ma pomysłu na ratunek ROW jest wybrany w strukturze PZM do władz. Jak to się stało?

Polski Związek Motorowy nie jest odosobniony przy czteroletniej kadencji w wyborczej walce o stołki. Demokratycznie oczywiście. Trzeba tylko mieć zawsze mandat na wybory jakiejś grupy, klubu. Bez tego ani rusz. I nie ważne czy ktoś coś zrobił społecznie, ma zasługi, plany i jest osobowością potrzebną dla rozwoju związku czy nie, istotny jest kartonik mandatowy. Najważniejszy. Jego posiadanie uprawnia do głosowania a opinie zbiera się i liczy dokładnie kto na kogo. Niepewni są na cenzurowanym. Przygotowanie wyborów jest majstersztykiem, który trwa wiele tygodni, trud w efekcie się opłaca, ponieważ trzeba być pewnym swoich wyborców. Na 100 procent.

Kto odmieni statuty sportowych związków? Mają one swoje kody zapewniające zarządom trwanie i trwanie. Polski sport potrzebuje nowej fali działaczy. Futbolowa władza jeszcze za prezesa Michała Listkiewicza utrwaliła przekonanie, że trudno cokolowiek zmienić. Sukcesję jaką zostawił Listkiewicz w postaci bramkostrzelnego kiedyś piłkarza z Mielca odbija się głośną czkawką w Europie. Wstyd. Kilkaset osób z zarzutami korupcyjnymi, piłkarze, działacze, sędziowie. Lista długa, teraz odwołany został człowiek, który długo przeżył w PZPN różne czasy. Nic nie trwa wiecznie, ucho od garnka wreszcie się urwało. A następne?

Związki sportowe mamy rozmaitej urody, prezesów, sekretarzy generalnych i mniej generalnych. Sport zawsze był magnesem, sam byłem przecież działaczem PZM. I nie tylko w tej organizacji, którą tak świetnie ustawił kiedyś prezes nad prezesami Roman Pijanowski.

Zła sława PZPN sieje w społeczeństwie niemal filmowy obraz patologii, ludzie kojarzą sport z takimi wyczynami z jakimi potem mają do czynienia prokuratorzy. Fatalna passa, która obudowana i umocniona przez majestat FIFA za czasów wspomnianego prezesa Listkiewicza dała teraz efekty.  Kiedy nastąpi kres? Czy prezesi mają honor? A kto ma, jeśli niektórzy prominenci z zarzutami dalej sprawują władzę w kraju?!  Jest wina, powinna być kara. Ale nie ma. Harcowanie kwitnie.

W perspektywie mamy EURO – 2012. Prezes Lato z perlistym uśmiechem zapewnia, że abdykuje kiedy Polska nie wyjdzie z grupy. A jak wyjdzie, zostanie? Drwina z nas wszystkich i przeświadczenie, że można kpić w żywe oczy i nic się nie stanie. Prezesi z żelaza. Kto widział, żeby lato trwało latami…

Nie ma kadencyjności, niektórzy ciągle są i nie dają szans młodszym. Był taki czas w historii polskiego sportu, że w latach 70 – tych do związków sportowych władza desygnowała młodych działaczy partyjnych o szerokich horyzontach. Niektórzy nie utrzymali się, większość jednak dała o sobie znać i daje. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski, który tragicznie zginął w katastrofie samolotowej w Smoleńsku był dobitnym przykładem działacza, który jako młody człowiek kierował związkiem lekkoatletów. Byli inni np. Jerzy Dachowski. Dostali kiedyś szansę i ją wykorzystali; dziś takiej okazji młodzi nie mają, bo statuty “ponadzwiązków” bronią wyborczej machiny utrwalającej patalogiczny brud, choć nie wszędzie tak się dzieje na szczęście.

Nie mamy króla, jest Wałęsa

Miliony ludzi na całym świecie oglądały futbolowy mecz pomiędzy Realem Madryt na Barceloną. Ekscytujące widowisko na Estadio Mestalla w Walencji wygrali Królewscy z Madrytu po golu w dogrywce strzelonym przez Portugalczyka Cristiano Ronaldo. Blaugrana albo jak kto woli Duma Katalonii została pokonana taktyką portugalskiego trenera Realu Jose Mourinho. To najlepszy szkoleniowiec świata w branży. Wygrani dostali Puchar Króla. Była na meczu i królowa. Patrzyłem z zadrością na mecz tak prestiżowy, na pełny stadion i oprawę niepowtarzalną w swoim gatunku. Mecze pomiędzy Realem a Barceloną trzymają w napięciu kibiców nie tylko Półwyspu Iberyjskiego. Niesamowite zjawisko kulturowe, socjologiczne. Nie mamy króla i takiej imprezy, nie mamy takich drużyn urodziwych i tradycji pielęgnowanej z namaszczeniem.

Patrzyłem z zazdrością na mecz, na popisy i pomyślałem sobie, że powinniśmy w żużlu stworzyć namiastkę takiej formuły. Nie mamy króla ani królowej, choć marzy się niektórym monarchistyczny porządek i dwór. Wszystko jeszcze przed nami, historia nie jest zamknięta, ona rodzi się przecież. Nie fantazjujmy na razie po królewsku, lecz po chłopsku może, bo gdzie nam do takich escytacji pucharowych. Ale, ale…

Mamy człowieka legendarnego a jest nim Lech Wałęsa i mieszka w Gdańsku. Jest tam i speedway z tradycjami. I drużyna Lotosowa, która ma ambicje. Jest stadion a będzie nowy na piłkarskie Euro – 2012, Arena Baltica. Piękna stadionowa bombonierka. Liczę, że kiedy wygaśnie piłkarski ogień, przyjdzie pora i na żużel na tym obiekcie, który jest do chwalenia się gdzie trzeba. Pytam zatem, czy nie warto pokusić się o urodzenie imprezy, która będzie głośna a trofeum stanowić Puchar Wałęsy. Jaki marzy mi się mecz? Zgadnijcie…

Po kolei. Mamy rachityczny Klubowy Puchar Europy, który wskutek indolencji promotorów jest imprezą do odbębnienia. Już kiedyś pisałem, że w takiej  formie, przy takim braku prestiżu nie warto się ścigać. Może zatem ten Klubowy Puchar Europy namaścić legendą Człowieka z Gdańska, którego zna cały świat. I co za tym idzie pozyskać sponsora, który przekona startujących, że warto wyskakiwać z butów, żeby zdobyć główne trofeum. Wszystko musi mieć ręce i nogi. Już przed laty Lech Wałęsa miał spróbować, w turnieju na torze w Gdańsku, przejechać się na motocyklu bez hamulców. Niestety nie wszystko wtedy wyszło, bo pogoda oraz obiekcje zablokowały start Wałęsy na motorze. Nie oto jednak chodzi w moim wywodzie, bo marzy mi się na stałe w Gdańsku finał Klubowego Pucharu Europy imienia Lecha Wałęsy. Czekam zatem na głosy w tej sprawie. Wiem, że nie wszystko jest możliwe, na pewno może udać się mecz na koniec sezonu pomiędzy mistrzami Anglii i Polski. Brytyjczycy mają regres, ale historycznie wszystko od nich przecież zaczęło się na żużlu od kiedy Johnnie Hoskins sprowadził  speedway do Anglii z kontynentu australijskiego. No tak, nie uzyska się od razu efektu hiszpańskiego pucharu królewskiego, bo inny sport, diametralnie inne tradycje i zainteresowanie przekraczające wyobrażenia pań zasiedziałych w filharmonicznych fotelach. Futbol w wydaniu królewskim jest niesamowitym zjawiskiem. Niepowtarzalnym.

Sugestie kieruję do Giekażetu i jego lidera Piotra Szymańskiego, który może wjechać do historii z nową imprezą, która wymaga pracy i przygotowania wielomiesięcznego. Także cierpliwości i wizji, praktycznej wyobraźni, że warto coś takiego urodzić. Proszę mnie nie studzić w pomyśle, wiem co piszę, nijak ma się ranga takiego królewskiego pucharu do pucharu wałęsowskiego kreowanego w żużlu. Futbol to futbol i jeszcze Hiszpanie zwariowani na punkcie piłki. A czy nie ma zwariowanych u nas kibiców na punkcie żużla?! Każdy pomysł na progu ma kłopoty, najważniejszy jest start i konsekwencja w realizacji. No to jak, zaczynamy?

Mamy kilkanaście memoriałowych turniejowych i brutalnie myślę, że na tym nie koniec. Takie życie. Jest Złoty Kask, który jakimś zrządzeniem losu nie ma rangi a kiedyś miał. Nawet finał indywidualnych mistrzostw Polski seniorów nie ma blasku, jakoś jest tak sobie urządzany, choć zasługuje na więcej, na bardziej wystawny piedestał. Czy mamy za dużo imprez i każda jest gdzieś wciśnięta i nie bardzo ma wydźwięk opowiedni? Robić byle jak, to lepiej nie robić nic. Bijemy się o rutynowe edycje Grand Prix na oślep, a nie mamy tradycyjnie, bardzo mocno ugruntowanej imprezy. Takiej oto pardubickiej Zlatej Prilby. Kalendarz żużlowy w Polsce jest załadowany szczelnie, ani mysz się nie prześliźgnie, a co dopiero żużlowiec z hukiem tłumika.

Takie refleksje mnie dopadły po meczu, gdzie Królewscy z Madrytu dali czadu Dumie Katalonii.

W Polsce obok derbowych meczów, które wyciskają adrenalinę/ Zielona Góra – Gorzów, Rzeszów – Tarnów, Toruń – Bydgoszcz/ nie ma tzw. klasyków czyli pojedynków w stylu piłkarskiego hitu Górnik Zabrze kontra Ruch Chorzów, czy aby nie “ urodzić” takiego pojedynku?! Wydaje się, że dziś derby Ziemi Lubuskiej mogą urastać do emocjonalnego widowiska z dużym ryzykiem oglądania… Jednak ryzykiem… To jest polski problem.

Tyle propozycji z fotela i głowy, a na razie jedziemy w premierze Grand Prix na torze Leszna. Pięciu ziomali kontra reszta żużla na tym świecie. Podium powinno być ozdobione na biało – czerwono. Powodzenia.