Szał futbolu i zakręcony speedway

645x400-poland-eliminated-from-world-cup-after-losing-3-0-to-colombia-1529871069591.jpg

Histeria ma różne oblicza. Mundial piłkarski jest imprezą w wymiarze globalnym nie do ogarnięcia. Szał opanowuje miliony ludzi, kibiców, którzy znają się na futbolu i tych, którzy łączą się z nimi. Rosyjski Mundial staje się turniejem, który fascynuje i tak będzie do końca, jeszcze grad emocji. Polska reprezentacja naszpikowana zawodnikami grającymi za miliony plus /euro/ pod wodzą Adama Nawałki zamieszkuje w SOCZI nad Morzem Czarnym w kurorcie znanym od czasów rosyjskich, radzieckich i znów rosyjskich a z okien hotelu roztacza się bajeczny widok, który zostaje w pamięci, jak obrazy francuskich impresjonistów. Rosja i mundialowe warunki światowe. Kawałek nieba na ziemi. Piłkarze z orzełkiem na piersiach przegrali w debiucie z czarnym Senegalem i niektórzy mówili, że pechowo, drudzy, że zabrakło szczęścia. A co to jest szczęście? Jak głosił mój znajomy, który uratował się w czasie zawieruchy wojennej niemal z piekła: “szczęście, to nie mieć pecha”. Senegalscy kibice w niedużej grupie są fantazyjnie kolorowi z dominacją zieleni. Afrykańskie państwo ma piłkarzy, którzy “kopią” w najlepszych europejskich klubach; młodzieńcy utalentowani, wysocy, zgrabni i wybiegani skutecznie. Taki piłkarz Mane jest gwiazdą, która wszędzie zagra po mistrzowsku. Trener wyglądem zachwycił Marylę Rodowicz. Polacy przegrali w premierze 1:2 i był to kiepski start, marny “żart”, bez koncepcji, nudny chwilami. Polacy nic się nie stało? Stało i widać było chaos. As Robert Lewandowski był… jakby nieobecny. A Senegal grał tak, jak przeciwnik pozwolił. We wszystkim potrzebny jest umiar, zwłaszcza w optymiźmie. Prezes polskiego futbolu Zbigniew BONIEK oświadczył, że drużyna zagrała słabo ale jeszcze Mundial się nie skończył. Racja panie prezesie, cenię pana teraz i dawno temu, jako piłkarza nie tylko Juventusu. “Zibi” pochodzi z Bydgoszczy i speedway jest mu bliski ale trochę dalej, niż futbol. Towarzysko lansuję od dawna opinię, że żużlowi brakuje takiego prezesa, czasami trudnego ale wiedzącego co chce osiągnąć. Nie każdy jednak zasłużył na takiego prezesa Bońka. No trudno, kopiemy dalej. Jak powiedział “Zibi”, to nie była ostatnia wieczerza… Grillowanie trwa. Kolumbia wybiła nam z głowy stare metody trenerskie czyli “nawałkowanie”. Formuła się zużyła, rutyna, brak świeżości, potrzeba nowej iskry.

Nie mogłem, nie zacząć felietonu od piłki, która jest okrągła a bramki są dwie, jak mawiał klasyk/ trener Kazimierz Górski/.

A speedway?

“Jedzie” obok napompowanego futbolowego szaleństwa. Kalendarz żużlowy pęka w szwach; turnieje, mecze, ekstraligowe ściganie zakręcone jak mundialowe wydarzenia.

W żużlu liczy się START, bardzo liczy. Często decyduje o wycięstwie. Potem cztery okrażenia, około minuty i już po zabawie. Speedway szpikowany jest raz po raz fobiami, które budzą kontrowersje. Jeśli zawodnik utrudnia start, czyli nie siedzi na motocyklu jak manekin, sztywno, dostaje groźne upomnienie: WARNING a kiedy zrobi to jeszcze raz jest wykluczony z wyścigu, podobnie gdyby dotknął kołem taśmy. Trzeba uważać, tak jak na drodze, gdzie są ograniczenia szybkości, no cóż “mandaty” mają różne boleści. Od jakiegoś czasu sędziowie są mocno uczuleni przy puszczaniu taśmy, że głowa boli nie tylko mnie. Kiedy zawodnik siedzi na motorze nieruchomo i nawet mu powieka pod kaskiem nie zadrży ale idealnie wstrzeli się startowo, bywa za taki cenny refleks ukarany. Wyścig jest zatrzymany, powtórzony, lecz zawodnik nie zostaje ukarany ostrzeżeniem. DZIWNE, prawda? Mało logiczne. W powtórce ten sam zawodnik już nie “wstrzeliwuje” się idealnie/ nic dwa razy się nie zdarza?/, acz wcześniej błysnął refleksem ale sędzia go skarcił. Niesprawiedliwie. Stracił szansę. Złość. Sport w tym momencie jest zamazany.

Zawodnicy ćwiczą starty ale muszą uważać w oficjalnych zawodach… na refleks, gdyż perfekcyjny, jest… karalny. Totalna bzdura. Czerwona kartka dla sędziego, który nie szanuje sportowej ikry, stopuje żużlowca, dyskredytuje. Powszechna choroba startowa w różnych kategoriach rozgrywkowych jest zakaźna, grozi jej epidemia karania tego co jest cennym walorem. REFLEKS! Irytujące decyzje sędziowskie, kontrowersyjne, niszczą coś, co jest w żużlu cennym walorem. Eskalacja karania tych, którzy uciekają ze startu jak torpedy dezawuuje sportową rywalizację. Kto powie STOP?

W Ekstralidze trwa energiczna walka o pozycje play – offowe. Pierwsza czwórka powalczy o mistrzostwo, pozostali o utrzymanie się w lidze, która dostarcza mega wrażeń, zwłaszcza wtedy, kiedy losy meczu rozstrzygają się w ostatnich dwóch wyścigach. Napięcie rośnie jak na mundialowych arenach. Na żużlu nie “jeżdżą” miliony dolarów, na boiskach “grają” wielkie miliony. Nie ma porównania. Jeśli ktoś zarabia million euro w ciągu tygodnia wcale nie przekłada się to na poziom, gdy następuje skok z drużyny klubowej do reprezentacji kraju. W sporcie globalnym, klubowym, indywidualnych grach, krąży już od dawna niewyobrażalny pieniądz, którego spirala nakręca się niebezpiecznie. Zwykli zjadacze chleba nie są w stanie ogarnąć wysokości kontraktów. Irytują sytuacje, kiedy miliarderzy zawalają mecze i zawodzą kibiców. Spirala nakręca się bez kontroli i nie każdy wie, co zrobić z bankowymi kontami wielu zer. Bogactwo czasem odbiera rozum.

Speedway jest sportem ekstremalnym, w jednej sekundzie można zostać kaleką do końca życia. Futbol jest sportem elitarnie wypieszczonym z zainteresowaniem świadczącym o potędze, namiętnościach, dramatach, gorzkich porażkach i złotych zwycięstwach. W tym pierwszym przypadku można być skazanym na życie z bolesną raną, w tym drugim kontuzje są uleczalne a porażki wybaczalne. Życie nie ma taryfy ulgowej dla słabości.

Speedway jest jedyny w swojej urodzie, zaś futbol histerycznie zniewalający świat. Vide Mundial na rosyjskiej ziemi, który jest imprezą podobną olimpijskim igrzyskom. Z zadrością patrzę, że takie wydarzenie raz na cztery lata, potężnie ekscytuje miliony kibiców na całym świecie. W żużlu też był kiedyś WIELKI FINAŁ raz do roku: indywidualny szczyt mistrzostw świata, który nie był histeryczny ale entuzjastycznie, fantastycznie i naturalnie przyciągał do siebie wszystkich, którzy kochają ten sport bezgranicznie. Nawet wtedy, gdy szalało energetyczne, mundialowe tornado piłki podczas których fani wraz z sympatyzującym otoczeniem tracą paznokcie, jak przegrani inkasują gole. A bywa, że tracą nawet więcej!

Prawdy, fałsze, fantazje: Kefir z maślanką

 

0

Wiosna, ach ta wiosna. Wkrótce Wielkanocne Święta, śmigus dyngus i żużel bez dachu. W telewizji mecze piłkarskie najwyższego lotu, wygraliśmy z Czarnogórą i jesteśmy już jedną nogą na MŚ w kraju Putina. Towarzysko Francja zagrała z Hiszpanią i przegrała 0:2. Cudowny mecz. Niemiecki arbiter skorzystał z video, trochę to trwało ale skorygował swoje decyzje. A gdyby nie, wynik byłby inny. Wreszcie sędziowie korzystają z takiej video sprawiedliwości, a ile było wcześniej wypaczonych wyników, zepsutych meczów? Sporo. Speedway także powinien korzystać z takich “zapisów” i sędzia spojrzeć na sytuacje na ekranie, nie po kumotersku w TV, lecz na urzędowych monitorach. Człowiek jest omylny, ale pomyłki psują wysiłek wielu ludzi, niszczą ambicje, drażnią kibiców. Fura kłopotów i sens sportowej rywalizacji traci swoją atrakcyjność. Dno. Elektroniczny sprzęt pomaga wszystkim, dlatego sport nie może zostać w tyle. Nawet pięciu sędziów nie wyjaśni sytuacj tak, jak rejestrująca kamera zdarzenia na boisku, torze. W całym galimatiasie podejmowanych decyzji mnoży się zwiększanie kontroli przez nowe kadry obsługujące widowiska. Nikt nie pracuje za dramo, koszty rosną. W żużlu mamy JURY, które obraduje i obraduje, nie ma czasu obejrzeć treningu, wyciągane są dla… pozorowanej pracy, drobiazgi. Andrzej Grodzki, emerytowany, długoletni i zasłużony działacz międzynarodowy, który dostrzegał złe oczko w siatce okalającej tor, sceptycznie odniósł się na łamach “ TŻ” do obsady ludzi obsługujących mecze, turnieje. Dawniej był sędzia i on był “carem”, panował nad wszystkim, a jeżeli nie zapanował, wpadał w kłopoty, czuł presję i jak sięgnę pamięcią w historię sędziowie dawali radę a byli odpowiedzialni za niemal wszystko. Owszem był delegat Międzynarodowej Federacji Motocyklowej z którym można było skonsultować trudne sytuacje. Przed laty było mniej ludzi funkcyjnych i mniejsze koszty. JURY w żużlu, to taka “rada nadzorcza”, tylko nie wiem po co i dlaczego. Torem zajmował się jeden człowiek, sędzia sprawdzał i koniec. Czy teraz jest lepiej z nawierzchniami przy komisarzach torów? To samo. W nieskończoność można mnożyć funkcje kontrolne. Tor ma być na cacy i koniec dyskusji, a jeśli spreparowany, wówczas kara tak wysoka, że nie opłaca się kombinować. Ranga sędziego poprzez rozmywanie odpowiedzialności zmalała, oficjeli coraz więcej a błędy były i są. Bezczelny potrafi udawać skromnego, lecz skromny nigdy bezczelnego. Aluzje chyba czytelne. Włączam inny kanał.

Otóż połączył się ze mną Pavel Ondrasik, który jest kierownikiem turnieju Grand Prix w Pradze z pytaniem, skąd w Polsce taki pesymizm dotyczący przyszłości tego serialu. Licencja prażan z angielską BSI kończy się w tym roku. Kłopoty są i będą nieodłącznym elementem naszych planów. Pavel i jego tata Petr robią wszystko, żeby utrzymać w Pradze tradycję turniejów Grand Prix. Toczą się rozmowy z primatorem, czyli jakby naszym prezydentem, miasta Pragi o fundusze i podpisanie umowy na kolejne lata. Determinacja Ondrasików jest duża i monituję raz jeszcze, aby władze międzynarodowe pomogły prażanom w sfinalizowaniu przedsięwzięcia na następne lata. Pardubice mają swoją Zlatą Prilbę od klilkudziesięciu lat, pilnują tradycji jak oka w głowie. Dzień po pardubickich jazdach mamy w Pradze na stadionie Marketa Memoriał Lubosa Tomicka, rewanż za Zlatą Prilbę. Oba turnieje owiane bogatą tradycją, mam nadzieję, że nic się nie wykruszy na czeskim rynku i turnieje Grand Prix tam się umocnią, bo kibice z Polski chętnie przyjeżdżają nie tylko na piwo. Gospodarze zawsze liczą na biało – czerwonych.

Dzierżawca MŚ firma BSI zamierza negocjować z FIM prolongatę umowy do roku 2030. Myślę, że nie będzie przeszkód, bo FIM nie zabiega o konkurencyjność, przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza serial w takich ramach. Anglicy mają indywidualne mistrzostwa świata i drużynowe, pierwsze pod flagą GP, drugie jako Puchar Świata im. Ove Fundina. Dziwny zapis… już poruszałem ten niezrozumiały pomysł. Dlaczego Fundina, legendarnego Szweda ale NIE jedynego na żużlowym rynku o dorobku medalowym. W historii MŚ zawsze dużą popularnością cieszyła się rywalizacja par. BSI te rozgrywki zlekceważyła/!/ Toruńska firma ONE SPORT zaistniała na rynku i przy poparciu Eurosportu organizuje wyścigi par w cyklu turniejów. Pierwszy odbył się w Toruniu; zestaw par jest mieszany, Amerykanin z Australijczykiem, Szwed z Polakiem, Czech z Niemcem, taki “miszung” a pary ubrane w marki sponsorskie. Jeździ “kefir z maślanką”, kibice wolą jednak czyste reguły gry. BSI uważa One Sport za konkurenta, a toruński biznes chce się przebić na światowe czoło. Trudna batalia, bo międzynarodowy układ dominuje nad rozsądkiem. Kto traci? Kibice. Toruński turniej sponsorów o karkołomnych nazwach poza finałem toczył się niemal “gęsiego”. Zawody z przytupem Eurosportu otworzyły sezon w Polsce. Upadła zatem tradycja bydgoskiego Kryterium Asów im. Mieczysława Połukarda, świetnego zawodnika i szkoda, że bydgoska Polonia zaniechała tego turnieju. Bydgoszczanie marzą o Grand Prix na… Śląsku a “olewają” bogatą tradycję. A było dawniej zwykle tak: wpierw atrakcyjne, indywidualne Kryterium Asów a potem premiera ligowa. Czas zmienia ludzi i pieniądze zmieniają ludzi. Podziwiam więc praskich Ondrasików Petra i Pavla, którym nie wiele potrzeba i walczą ambitnie o utrzymanie tradycji turniejów na Marketa. A w Polsce kluby biją się o organizację serialu GP i panoszy międzynarodowa anomalia. Jedni mają nadmiar imprez i nie brakuje funduszy, drugim nie starcza do pierwszego. Rzecz w tym, aby rzucać koła ratunkowe i nie tracić tego, co nas tak mocno kręci tu i tam.

Niemęskie granie

Lewy

  1. Nie mogę w żużlowym felietonie pominąć sukcesu polskich piłkarzy, którzy ograli w dreszczowcu Irlandię w Warszawie i pojadą na finały mistrzostw Europy w roku 2016 do Francji. Robert „ Lewy“ Lewandowski, jako kapitan poprowadził reprezentację do zwycięstwa, strzela bramki i jakże miło słyszeć, że jest aktualnie najlepszym piłkarzem na świecie. Cudownie. Drużyna Adama Nawałki zrobiła wielki krok a zrobi jeszcze większy, jeśli we Francji wyjdzie z grupy. Jest czas na korektę błędów i zbudowanie mocy na mecze z najlepszymi. Losowanie grup w połowie grudnia i pora na ustawienie kalendarza żużlowego, uwzględniającego finały ME. Niestety, nie zawsze w przeszłości tak było i żużlowe imprezy pokrywały się z ważnymi meczami piłkarskimi na mistrzostwach świata, na ME i ba, w czasie igrzysk olimpijskich. A teraz zagra Polska!
  2. Reżyser o wielu zainteresowaniach Jerzy Gruza powiedział, że czasami prawda bywa nieludzka. Jest szok po zawieszeniach szefa FIFA Szwajcara Seppa Blattera i prezydenta UEFA Francuza Michela Platiniego. Oskarżenia dotyczą milionowej korupcji. Źle się dzieje w piłkarskich federacjach, w siatkówce też rządzą dziwne prawa, raz po raz słyszę o wynaturzeniach w innych grupach sportowego zarządzania. Nadal nie został w Polsce rozliczony skandal na Stadionie Narodowym żużlowego Grand Prix i prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski błyszczy ciągle w świetle jupiterów przy rozmaitych okazjach. Jakby nic się nie stało i kolejna GP odbędzie się w maju roku przyszłego z układaczem toru Ole Olsenem. Ekipa PZM i podległe jej spółki mają niezłe miotły i robią co mogą, aby ukryć pod dywanem wstyd. Niebywała sprawa, bezczelność wodzirejów przy poklepywaniu klakierów od siedmiu boleści. Grand Prix Lotto powinno być zbojkotowane przez prawdziwych kibiców za nieudacznictwo GP’15.
  3. Klub, który przegrał bitwę w niesławie z łotewskim Lokomotivem, czyli Ostrovia został zaproszony/sic?!/ do udziału w Ekstralidze.W Polsce wszystko jest możliwe. Rzeszowska dama Marta Półtorak z sarkazem dopowiedziała a może Krosno?! Może i tak, byłbym za Krosnem… W każdym razie kpina goni kpinę w blasku jupiterów i pychy zarządzających polskim żużlem, którzy nie słuchają co mówią kibice na trybunach i piszą na internetowych forach. Jeden z prezesów po warszawskim skandalu zeznał, że nie bardzo mu miło czytać o sobie takie rzeczy, które wypisuję. On rządzi i podlega recenzjom, a ja od lat więcej, niż on ma, siedzę w żużlu. Każdy ma swoje prawa i obowiązki, każdy inny żołądek i wydatki. Nie wnikam, lecz przywódcy polskiego żużla jak trądu boją się przejrzystości finansowej. Odwaga staniała i ukryła się za wysokimi apanażami. Prominenci nie bójcie się, bo przecież chyba zarabiacie tyle, na ile zasługujecie, choć kibice mają wyobraźnię i w niewiedzy podają niebotyczne kwoty. Prezes PZM zaklepuje takie decyzje, bo sam uwielbia spółki do spółki.

Prawda bywa czasem nieludzka. A może zawsze?

  1. Trener reprezentacji Polski i były szkoleniowiec Ostrovii Marek Cieślak po niesmacznym meczu ze wspomnianym Lokomotivem został przebadany alkomatem. Było promilowo źle. Mamy rok 2015 i Ostrów Wlkp. Trochę historii, jest rok 1997 i mecz istotny dla układu tabeli pomiędzy miejscową Stalą a Włókniarzem Częstochowa, którego prowadzi Marek Cieślak. Włókniarze rok temu zdobyli mistrzostwo Polski a teraz grozi im spadek. Katastrofa; z nieba do piekła i tak się stało. Sędziuje znany, poznański arbiter Jerzy Kaczmarek, który nie bał się nigdy trudnych decyzji. W pewnym momencie trener czestochowian rzuca hasło, że sędzia jest niedysponowany. Jerzy Kaczmarek sam podejmuje decyzję o przebadanie siebie na tzw. „okoliczność“. Robi się w parkingu draka, reporterzy czatują na wynik, który pokazuje, że arbiter jest czysty jak łza. Do dziś Jerzy KACZMAREK pamięta rój reporterów i żądnych sensacji ludzi, kiedy wyszedł z parkingowego zakamarka. Sensacji nie było i napompowany balon pękł. Jeszcze tego samego dnia trener Włókniarza przeprosił zdeterminowanego sędziego. Takie było to „męskie“ granie. Męskie?

Czy prawda bywa nieludzka? O, tak!

  1. Cofam pamięć i znów jestem w Rzeszowie, do którego lubiałem przyjeżdżać. Unia Leszno „testuje“ miejscowych, którzy walczą o byt pierwszoligowy, leszczyniacy mają już tytuł mistrza Polski zapewniony. Obserwatorem z ramienia Giekażetu jest były zawodnik, trener i świetny działacz Zdzisław Jałowiecki. Pamiętam jego wzburzoną relację po tym ustawionym meczu. Kibice rzucali pieniądze na tor, padł remis 45: 45!!! Zawodnicy z Leszna hamowali przed metą, by przepuścić gospodarzy. Nie opisuję szczegółów ligowej łamigłowki, co by było, gdyby; Polonia Bydgoszcz się uratowała, Stal jeździła z Unią Tarnów w barażach i zachowała swoje. Rzeszowiacy mają wpisane chyba w historię baraże, bo w tym roku wygrali je z Ostrowem Wlkp. Skandal nad Wisłokiem odebrał Unii Leszno tytuł MP, zawieszono zawodników oraz działaczy.Wstyd nabrał wody, jak głęboki jest Bajkał.

Prawda jest nieludzka?

  1. Proszę, oto…niedawno rozdano trofea Ekstraligi PGE, którą wygrała Unia Leszno. Nie zdobyła ani jednego lauru, ale wrocławski team aż cztery. Ale przebitka! Hańba w świetle jupiterów, bo nikt nie zapanował nad rozsądkiem i sportową sprawiedliwością. Leszno zostało „ukarane“ za tytuł MP?! Tak się kroi, tak się bawi a w kuluarach aż huczy. I co z tego? „Posprzątane“, jak po hucbie warszawskiej GP. Cesarstwo żużlowe PL nie liczy się z nikim. Opinia publiczna została zlekceważona do dna. Okropna rzecz.

Słucham dla ukojenia Gregory Portera “Be Good“.

Prawda bywa czasem nieludzka. Niestety. Koniec.

Pozdrawiam szwagra, dziadka i kuzynki

Dziwny tytuł? Zostanie na deser. A jak deser, to na koniec. Ligowy szczyt mamy za sobą i po trzech dekadach Stal Gorzów, klub po przejściach, został znów mistrzem Polski. Pamiętam dawne wyjazdy na stadion Stali, na finały indywidualne IMP/ były nagrodą za drużynowe mistrzostwa Polski/ i czasem na dobre mecze. Różne to były eskapady, trwały długo i auta były zaopatrzone w kanistry, stacji brakowało i paliwa także zaś trasa wlokła się niemiłosiernie. Ale było fajnie, czasem z przygodami; gorzowianie rywalizowali w drużynowych mistrzostwach Polski z rybniczanami, którzy „kosili“ tytuły w lidze.

Były kluby kultowe do których wyjeżdżało się choćby przez…zaspy. Daleko na Pomorze; Bydgoszcz słynęła z toru kartofliskiem zwanym, na takich nawierzchniach śmigają w lidze angielskiej czy szwedzkiej i nikt nie zamruczy. W Lesznie było gościnnie, we Wrocławiu pachniało zwykle światem, gdyż miasto nie grzeszyło urodą i atrakcjami. Nie ciągnę dalej tego wątku, żeby czegoś nie pominąć, w każdym razie było „bidnie i piknie“. Tak jak teraz w Gorzowie, gdzie 31 lat czekano na złoto, które już wcześniej miało być na stole, kiedy Władysław Komarnicki ściągnął nad Wartę Tomasza Golloba. Nic z tego nie wyszło, cierpliwość jednak w sporcie jest konieczna i wreszcie gorzowianie mogli zasłużenie świętować tytuł najlepszej drużyny w Polsce.

Huczne świętowanie było marzeniem Unii Tarnów, która wygrała rundę zasadniczą, lecz potknęła się w play – offach a niewątpliwą przyczyną był brak kontuzjowanego Amerykanina Grega Hancocka. Złoto zamieniło się w brąz.

Falubaz Zielona Góra nie obronił tytułu, musi przeboleć straty i sukces rywala zza miedzy. Atmosfera tam jest kiepska.

Srebrny medal dla Unii Leszno, zasłużony, zdobyty po wygranej z Tarnowem. W finale zespół Adama Skórnickiego dzielnie walczył, chwała dawnym „ pekaesiakom“. To jest drużyna, która po mądrym zestawieniu może być w przyszłym sezonie ciekawym teamem z atmosferą angielskiego speedway‘a. Sentymentalny Skórnicki nie może wymiękać, robić swoje i zahartować mentalność wobec otoczenia. Zazdrości bywają paskudne Adamie.

Do Ekstraligi wjechali rzeszowianie, którzy zgodnie z planem odstawili łodzian do baraży. Prezes Orła Witold Skrzydlewski wywijał się od baraży i szukał finansowego ratunku, gdyż drużyna zajechała za daleko i trzeba płacić. Orzeł niech się cieszy z kłopotów bogactwa, wykonał extra plan a sport nie jest od minimalizowania sukcesów. W górę trzeba patrzeć panie prezesie, nie w ziemię! Biały kapelusz na orbitę.

W ogóle zrobiła się w końcówce mieszana atmosfera. Pojawili się tacy, co nawołują, żeby nie jeździć o brązowy medal, co skutkuje wtopieniem kasy. Panowie, zależy jak na ten fakt się popatrzy i jeśli kluby nie widzą w tym splendoru, tylko liczą kasiorę, rozumiem spekulacje. Liga musi być umocowana silnie finansowo i wszystkie mecze do końca powinny być popisem. Co to znaczy “nie jedziemy w barażach“?! Kibiców trzeba szanować. Absencje drużynowe, indywidualne muszą mieć czerwone kartki z sankcjami.

To samo odnoszę do IMP, gdzie tytuły zostały zdeprecjonowane i funkcjonuje hasło “mnie nie zależy“. Jak nie zależy, to Giekażet niech wyciągnie wnioski i popatrzy na tych z monetami w oczach zgodnie z finansowym fair play. Tak a propos podoba mi się postawa europejskich władz piłkarskich/ UEFA/, która nagradza i karze kluby za budżety, konsekwencje, realizm. Futbolowa władza nagradza i karze Można tak w żużlu? Potrzeba silnych decyzji, z autorytetem, bezwzględnych wobec klubowych obietnic i matactw.

Polski speedway na rynku jest silny młodzieżą, otóż mamy drużynowe złoto MŚ a Piotr Pawlicki został mistrzem świata w Pardubicach. W Pardubicach byłem przed laty z ojcem juniora, z seniorem Piotrem. To była / nie pamiętam na Boga… może ktoś przypomni…/ eliminacja indywidualnych MŚ, trenerem był Marian Spychała, oczywiście Pawlicki awansował, zawsze miał charakter nie od parady.Twardziel. Życie mocno mu jednak dokuczyło, lecz może być dumny ze swoich synów Piotra i Przemysława, którzy jadą w domu i w Anglii, Szwecji świetnie, szybko dorastają, ich jazdy są ładne i skuteczne. Klan Pawlickich z Leszna jest udanym zjawiskiem sportowym, chłopcy, tak jak tata w ich wieku, już wiedzą, gdzie zrywać śliwki, są sympatyczni i przyszłość przed nimi. Brawo panowie PPP.

Są w sporcie wartości, których nie można zmierzyć, one leżą obok bankomatów, życie pokazuje, że byli kiedyś młodzi zawodnicy, których kariera rozjechała się marnie.   Trzeba umieć wybierać, sortować i inwestować w siebie; praca i talent muszą być zespolone. Wczesna chytrość bywa raczej zgubna i zamiast sportu zostaje tylko mętna frustracja.

Szybko przeleciał sezon anno 2014, nie brakowało wydarzeń od Grand Prix po klubowe piekiełka. Teraz trwają spekulacje przy budowaniu drużyn na nowy rok. Kiedyś ten etap był przesunięty po świętach, obecnie, jeszcze nie zamknięto stadionów a już kocioł transerowy wrze jak w piekle. Rychło czas pokaże kto na tej giełdzie będzie graczem przewidującym i mądrym. Warto zatem nie burzyć dobrych rzeczy, robić rachunki z głową. Rynek szkoleniowy jest nadal trudny, natomiast majdan zawodników do koloru i wyboru, taki swoisty hipermarket “SPEEDWAY“, gdzie kontrakty bywają dla niektórych loterią. Ruletka się kręci, będą wygrani i spóźnieni na kolacje ze śniadaniem.

A zatem kończę i z ogólnie przyjętym trendem w telewizyjnych relacjach pozdrawiam: szwagra, dziadka, kuzynki, kuzynów, pana z kiosku gazet, dozorczynię, sąsiada z naprzeciwka, motorniczego tramwaju, który sprzedał mi bilet, ciotkę z Mazur i wujka z Bieszczad. Mogę jeszcze? Pozdrawiam oczywiście wydawcę, zarazem naczelnego redaktora „TŻ“ oraz jego całą rodzinę! Byłbym zapomniał, więc ściskam jeszcze moich synów i oczywiście wnuczkę Julę. Wystarczy? Na pewno o kimś może zapomniałem, trudno, do następnego razu!

Jaka jest cena żużla?

Uderzam się miarowo w piersi, gdyż ten felieton rozpocznę od futbolu, którego nie wszyscy fani żużla tolerują. O kochaniu nie wspomnę. Ale prawdziwy sympatyk sportu oprócz fascynacji jedną czy dwoma dyscyplinami nie omija przecież najważniejszych wydarzeń jakimi są igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata czy Europy. Kocha jedną dyscyplinę ale wciąga go mega wydarzenie, bo sport nie zamyka się w obrębie tylko jednej fascynacji a co piękne urzeka chyba wszystkich. Mundiale futbolowe są teatrem światowym, który ogniskuje emocje, wywołuje ekstazę, przynosi jednym szczęście a drugim go brutalnie odbiera. Słabe serca kibiców nie wytrzymują napięcia, więc pękają kruche aorty. Jakże fantastyczny musi być ładunek emocjonalny, który powoduje największe uniesienia ludzkiego organizmu! Futbol jest grą błędów, estradą, gdzie spiętrzenie nerwów kończy się euforią albo furią. Szepcze się, że dla niektórych nacji piłka nożna jest religią, która warta jest największego poświęcenia. Mamy dowody.

Kończy się piłkarskie święto w Brazylii; ten Mundial przejdzie  do historii jako turniej, który pogrążył faworytów, odkrył radosny futbol pozaeuropejski, zaoferował urodę goli. Zasłynął również od początku sędziowskimi pomyłkami, które wykoślawiły sens gry. Poseł Jan Tomaszewski, były znakomity bramkarz i uwodziciel oryginalnymi oraz radykalnymi wypowiedzimi oświadczył w kontekście Mundialu, że nasza piłka nożna jest 100 lat za murzynami. Coś w tym jest, bo tempo rozgrywania meczów, znakomite czytanie gry przez trenerów i zmiany korygujące taktykę zasługują na szczery szacunek. Europejski futbol jest nafaszerowany zawodnikami z Afryki i Południowej Ameryki. Kluby mają zakontraktowanych asów, którzy w czasie Mundialu odpływają do swoich narodowych reprezentacji. I tam dopiero zaczyna się koncert. Batutą jest piłka.

Brazylijski pisarz, dziennikarz Ruy Castro pisze, że: „Duzi chłopcy płaczą ale dopiero po meczu. Podczas meczu płaczą tylko płaczki, które moczą spodnie“. Ostro, bo Mundial  oprócz pudrowania niesie z sobą zawały serca i niebotyczną radość. Zenit emocji.

Kiedy ogląda się letnie czy zimowe igrzyska oraz piłkarskie mecze takie, jak na mistrzostwach świata nie sposób wyrzucić za siebie refleksje, które plączą się w głowie a dotyczą żużla właśnie. Zaczynam zatem prać myśli.

Speedway został od 1995 roku pozbawiony swojego skromnego Mundialu, jakim był jednodniowy finał indywidulany mistrzostw świata. Lobby biznesowe pod egidą FIM, czyli Międzynarodowej Federacji Motocyklowej wydzierżawiło pakiet na rozgrywanie MŚ pod nazwą Grand Prix. Słowa jak wytrych. Wszystko pod tym można ukryć. Była euforia i była zaraz wielka nuda, gdyż ponad czterogodzinne jazdy nie uwodziły kibiców. Zwodziły raczej. Łamał się pomysł, polska strona jak husaria pod Wiedniem przed wiekami broniła angielskich funtów. Urodziła się przy okazji gollobomania, która ratowała stadiony frekwencją wypełnionych trybun. Media piały z zachwytu, nie dostrzegając rozbicia tego, co było sednem. Rozmyto mistrzostwa świata do zenitu i raz po raz jakiś zbłąkany reporter donosił, że będzie jeszcze więcej turiniejów, bo 10 – 11 to za mało. Nie pozyskano od 1995 roku ani jednej dziewiczej federacji motorowej, nie wypromowano żużla poza wprowadzeniem go w w dawne rejony, takie jak Antypody, które lansują speedway, lecz przez swoich wysłanników do Europy. W międzyczasie obniżył się drastycznie poziom żużla w Anglii, w Skandynawii wegetuje, pracują respiratory żużlowych fanatyków w Niemczech i Czechach. Samotne białe żagle na torach są potwierdzeniem, że o pakietach drużyn nie ma mowy. Mamy turnieje Grand Prix rozgrywane od marca do października, raz lepsze raz gorsze. Ligi europejskie naszprycowane są polskimi zawodnikami, tyrają Rosjanie, single z innych krajów miotają się od Anglii poprzez Szwecję do Polski, która jest największym pracodawcą elit oraz im pochodnych młodych albo emerytalnych zawodników.

Jaka jest wartość, cena sportowa żużla, jego promocyjny brand? Marka jest niestety niszowa. Nie patrzmy na polskie stadiony, które są wyjątkiem, ale z roku na rok wyludniają się powoli bez samokrytycyzmu włodarzy klubowej egzystencji.

Sport jest promowany przez gwiazdy, ich jazdy, grę, charyzmę. Czy dziś mamy takich idoli jakimi byli Szwed Tony Rickardsson czy Tomasz Gollob? Nie sięgam daleko w historię. Rozwalenie mistrzostw świata mści się okrutnie i nie ma już święta, wydarzenia, które spinało sezon jak agrafka rozdartą koszulę. Potargano wszystko przy fanfarach telewizyjnych przekazów. Festyny trwają, ludzie jeszcze się bawią ale czy są szczęśliwi?

Obserwuję rutynę, brak świeżości, jesteśmy na etapie walki światowych rozgrywek z europejskimi. I jedne i drugie są ważne, lecz zawsze najważniejszymi będą MUNDIALE oraz IGRZYSKA. Ranga w sporcie jest clou wszystkiego i nie da się wmówić, że czarne jest białe!

Decydenci obecnego świata żużlowego żyją bez wyobraźni, zadowoleni z obsługi imprez, absurdalnych obrad jury, które nic nie wnoszą a trwają i kosztują. Tak jak nota bene polscy komisarze na polskim ligowym rynku. Bzdura do kwadratu. Rozmycie władzy, rozdrobnienie regulaminów i brnięcie w biurokratyczny zaułek może tylko służyć nieudacznikom, którzy w mętnej wodzie rozkoszują się apanażami i VIP – owskim czasem. No cóż, bolesna rzeczywistość i amnezja historyczna, brak wyobraźni i jasnej perspektywy, która z jednej strony podnosiłaby speedway tam, gdzie padał i pieściła, gdzie jest prawie raj. A jest gdzieś?

Cena poszatkowanych mistrzostw świata ekscytuje tych, którzy na tym zarabiają, jednak coraz bardziej obserwatorzy nie widzą w tym tego, co powinno być harmonijnym rozwojem. I wydarzeniową sceną, gdzie gra bywa mega popisem.

Zapamiętamy brazylijski Mundial anno 2014, jako widowisko uporządkowanego i zarazem „dzikiego“ futbolu z domieszką fantazji, szałem radości zwycięzców i gorzkimi łzami przegranych, kolorowymi, rozbawionymi fanami z całego świata, którzy z daleka i bliska przyjechali żeby dopingować i cieszyć się wydarzeniem, które ogląda cały świat.

A co speedway świętuje? Zjada tort po kawałku, co dwa tygodnie i chwali się, że może będzie jeszcze więcej turniejów Grand Prix. A za przeproszeniem kur… po co?!

Euro – 2012 kontra speedway

Zbliża się, choć nie drogami ani autostradami. Futbolowe szaleństwo, wydarzenie sportowe jakiego jeszcze nie było. Piłkarskie mistrzostwa Starego Kontynentu za rok będą nas mocno emocjonować, przede wszystkim występy podopiecznych trenera Franciszka Smudy. Jak zagrają biało – czerwoni? Takie pytanie błądzi coraz częściej w naszych umysłach. Na razie kadra gra coraz lepiej ale jeszcze nie tak, jakby się chciało ją oglądać w czasie EURO – 2012. Jest trochę czasu na korekty, na pracę, choć nieubłaganie dni mijają. Raz po raz dowiadujemy się o budowie stadionów z którymi są problemy, mamy opóźnienia i afery. Jednak wszystko ma być uregulowane i lśnić na czas imprezy, jakiej jeszcze w Polsce nie było. To się okaże w praktyce, jak na razie są wielkie obawy czy wszystko zagra. Optymizm bierze się stąd, że zwykle w chwilach zagrożeń potrafiliśmy w ostatniej chwili zmobilizować się maksymalnie i wyczyścić brudy. Problemem są autostrady, ich budowa i już wiadomo, że nie będzie tak, jak zaplanowano. Medialne doniesienia przekazują ile zarabia boss polskiego futbolu Grzegorz Lato, bo oprócz posady prezesa związku szefuje spółce, zasiada w innych i licznik konta powiększa dochody o jakich się chyba Lacie nie śniło nawet w czasach zawodniczej prosperity. Dary spadają z nieba, gdyż trudno nazwać ciężką pracą  „zasiadania“. Mówi się o kilku milionach, a przecież Lato sam funkcjonuje.Kółko adoratorów ma się super.

Kiedyś napisałem taki tekst, co żużlowi dadzą piłkarskie mistrzostwa Europy. Na pewno zostanie infrastruktura i stadiony, które mogą mieć nawierzchnie do żużlowego ścigania, a dla kibiców wygodne oglądanie zawodów, takie jakie panują w Cardiff. Czy tak się stanie pokaże czas. Z naszymi autostradami nawet Chińczycy spasowali i mamy wstyd, bo nie chodzi przecież o odszkodowania, tylko o realizację na czas. Czytam, że rząd nie planuje po EURO – 2012 dużej kasy na drogową infrastrukturę, co mnie bardzo dziwi, bo nie możemy tkwić w zaścianku. Jakie mamy „drogownictwo“ widać na lewo i prawo. Za rok będzie już wiadomo, czym dysponujemy, jak machina mistrzostw Europy funkcjonuje na terenie Polski w każdym szczególe, na drogach, w portach lotniczych, w gastronomii, w hotelach i jeszcze tam, gdzie się gra. Jeśli drużyna Polski zaskoczy kibiców wynikami nastąpi odpuszczenie win. Polscy kibice opuszczą, lecz zagraniczni nie, Europa będzie patrzeć codziennie nam na ręce i nogi. Damy radę? Nie wiem, mam szczyptę optymizmu, że w podobnych sytuacjach dawaliśmy zawsze radę i dzięki fantazji jakoś nam wybaczano. Czy tak będzie? Nie szukam dziury w tym galimatiasie jaki jawi się w kwestii sportowej i organizacyjnej, i nie ma co patrzeć, że Ukraina ma podobne problemy. Sami będziemy świecić błędami.

Niedawno usłyszałem takie hasło, że „Polska to biedny kraj bogatych ludzi“.

To, co będzie zrobione na EURO – 2012 w infrastrukturze zostanie i dla żużla, dla sportu, dla kibiców. Chcę wspomnieć raz jeszcze o kluczowej sprawie korelacji terminów piłkarskiego wydarzenia z żużlowymi datami imprez. Serial Grand Prix musi uwzględniać terminy meczów, by nie zbiegały się w soboty z hitami futbolowymi. Tak samo polska liga. Słyszę, że kibice żużlowi nie interesują się „kopaną“. Może… lecz nie do końca i jeśli będzie oferta telewizyjna dobrego meczu  nie wiem, co wybierze fan sportu, nawet zagorzały kibic gollobowej rozrywki. Już teraz sygnalizuję ten problem centrali Polskiego Związku Motorowego, żużlowym spółkom i klubom naszej rzeczywistości, ponieważ w przeszłości przy mniejszych oczywiście wydarzeniach nie zawsze zgrywano terminy. Były igrzyska olimpijskie, były mistrzostwa świata piłkarskie a motorowe towarzystwo jakby nic na świecie się nie działo i organizowano w tym samym czasie turnieje i mecze. Były kłopoty z frekwencją, jednak kibic wybiera komfort i patrzy w portfel. Zwłaszcza dziś.

Kalendarz piłkarskich ME jest znany, żużlowy świat niech nie wierzy w swoją potęgę.  Polska strona zadufana jest w frekwencję, choć nie miała do tej pory takiego doświadczenia jakie nas oczekuje za rok. Na szczęście ME nie trwają za długo, kilka tygodni zaledwie, warto jednak uwzględnić wydarzenie, które w mniemaniu niektórych jest bardziej wartościowe niż mistrzostwa świata, bardziej wyrównane. Mnie brakuje jednak w ME  rytmu południowo – amerykańskiej piłki i finezji jaką wnoszą gracze Argentyny czy Brazylii.

Mam jeszcze taką refleksję dla żużlowego środowiska aby wykorzystało promocyjnie obecność sław piłkarskich, samych gatunków meczów i kokietowały swoich kibiców biletami jako nagrodami czy spektakularnymi spotkaniami gwiazd jednego i drugiego sportu.

Należy się zatem cieszyć z EURO – 2012 na polskim rynku; co będzie zrobione zostanie, reszta i tak nie będzie milczeniem. Warto wykorzystać więc takie wydarzenie, żeby dla siebie uszczknąć ile się da. Mam przekonanie, że żużlowy świat pozna w przyszłości smak imprezy pod dachem i na którymś polskim stadionie będzie co roku lepiej, niż pod dachem Cardiff. Walijska stolica została wykreowana, wobec modernizacji londyńskiego Wembley i braku innej alternatywy brytyjskiej. Kiedy tylko zakończy się w czerwcu turniej w Cardiff, Brytyjczycy od razu zabiegają o fanów na następny rok i robią to konsekwentnie, znają datę i mocno kokietują kibiców. Wiedzą, że tylko tak może być zrobiony interes a każdy funt to królewskie szczęście.