Patagońskie flaki

Lekarz chwali lekarza, adwokat popiera adwokata, dziennikarz dziennikarza, celebryta uznaje za genialnego innego celebrytę. Świat się kręci, koniunktura narcyzów zżółconych bezkrytycznie, wazelina nie spływa i plami jak atrament. A lekarza oceniają pacjenci, adwokata klienci, dziennikarza czytający, celebrytów zwyczajność charakterów. Świat się nie kręci, świat plącze mentalnie między rozsądkiem a głupotą i zachwytami nad sobą ludzi  bezczelnych i sprytnych, którzy uważają się za inteligentnych. Sami o sobie. Sami swoi. Czy chleb jest dobry ocenia ten, który przyjdzie po zjedzeniu bochenka po następne… Nie prawię morałów ale uwielbienia panoszą się wokół niczym wirusy. A speedway jest? Amokiem? Pigułką, która uzależnia od pierwszego wejrzenia obojętnie jaka sytuacja? Adrenalina. Gold wirus.

Speedway ma swoje uroki i cienie, jest niszowym sportem, lecz fantastycznie popularnym w Polsce. Taki polski smakołyk sportowy, podniecający, wciągający jak gąbka wodę. Niszowy, mocno podkreślam! Raz po raz ktoś próbuje epatować innym nazewnictwem,  gdyż przy dużej oglądalności żużel made in Poland zajmuje swoje miejsce w szeregu wysokie ale nie jest takim sportem powszechnym, znów podkreślam.  Rozległym w obszarze społecznym. O tym decyduje wiele szczegółów, choćby i fakt, że  np. pokopać piłkę można na plaży, podwórku, leśnej polanie. Pojeździć na rowerze, zagrać w kosza, siatkę. Eko i nie tak drogo. Czy młodzi chłopcy garną się do żużla? Mimo talentów rangi zdrowego Australijczyka Darcy Warda, który uległ tragicznemu wypadkowi, nie ma takiego pędu jak dawniej, nawet w Polsce. W państwach dawnej struktury politycznej i gospodarczej /środkowej, wschodniej Europy/, uprawianie jakiegokolwiek sportu było także awansem życiowym, ustawiało finansowo przy sukcesach sportowca, dawało splendor, popularność i możliwość zwiedzania świata. Czasy tamte zostały skasowane, trzeba być wybitnym by zaimponować, nawet średniak w żużlu mimo kochania tej dyscypliny ciężko haruje i ma alternatywę, innego wygodniejszego życia. Przyjemności bez ryzyka utraty zdrowia a nawet życia. Wypadek Darcy Warda, zawodnika o kapitalnej charyźmie podciął skrzydła żużlowi, bo można być mistrzem, aktorem ale nie przyciągać do siebie, wskutek nie akceptowanych ułomności charakteru. Zawodnik porywający tłumy otwiera szansę dla dyscypliny, podnosi ją wyżej i wyżej, tak jest w każdym sporcie. Dotyczy ta kwestia zarówno okresu uprawiania sportu i po zakończeniu kariery. Bezcenne wartości. Trzeba ciężko zapracować na miłość kibiców. Oni są wiernymi i surowymi recenzentami. Speedway ma takich fanów, których wiedza o dyscyplinie o zawodnikach siedzi głęboko w głowach, oni imponują mi od młodości, korygowali w mojej skromnej działalności obiektywnie. Cenię uwagi, bo czym człowiek starszy tym mniej wie… Robiłem błedy i nadal popełniam. Mówię o sobie, no tak… uczyłem się kiedyś od starszych teraz od młodszych i szanuję mądrzejszych, dają moc kreatywności. Przepraszam za wątek osobisty, w sezonie nie ma czasu na wynurzenia, każdy je ma, robi rachunki sumienia bezwiednie,; w czasie długiej jazdy autem, w zamyśleniu nad losem, byle gdzie. Myślenie prowokuje, inspiruje. Przypomina.

Speedway światowy, polski jest barwną kroniką. Historia fascynacji, wzruszeń, szalonych jazd.

Zasłyszałem nie tak dawno o jakimś pomyśle turnieju Grand Prix w Argentynie, podobno czeka Patagonia. Czy taki pomysł Armando Castagny, średniej klasy przywódcy światowego żużla podnieci ludzi zakochanych w tangu? Wątpię, to będzie trudny, międzykontentalny incydent dla miejscowych, którzy uwielbiają futbol jak religię a mają obecnego papieża Franciszka w Watykanie. Tango, czerwone wino i steki, taniec  erotycznie przytulających się ciał, wyprawa żużlowa w rejon świata, gdzie Buenos Aires jest perłą a junta dawno przestała gnębić ludzi. Buenos… Nice. Będziemy może mieli Patagonię na żużlowej mapie, a … nie mamy odnowy bałkańskich turniejów. Oceany ale nie bliskość Morza Czarnego, bułgarskiej przygody, rumuńskiego ścigania. Nie szukajmy aż tak daleko, bo Półwysep Iberyjski jest także blisko i panuje cisza. Mamy oto wspaniałe otwarcia sezonu międzynarodowego w Warszawie, gdzie Stadion Narodowy zgarnia ponad 50 tysięcy ludzi! A powrót do żużla zwykłego w stolicy, który był na Skrze, Gwardii przypomina walenie młotem w skały. Mamy swoją, inną “Patagonię” przecie… Flaki po warszawsku. I seta. Wiem, gdzie tak podają… w naszej stolicy. Luksus dla niezmanierowanych. Zresetowanie żużla w stolicy trwa bezradnie bez wsparcia.

Polska Ekstraliga, jeszcze pierwsza Nice wywołują emocje szalone, silne przeżycia, dramatyczne mecze w końcówkach, tylko u nas, przy okazji uczy się międzynarodowa młodzież, chce jeździć za małe pieniądze, bo tam, skąd pochodzą nie ma takiej możliwości rywalizowania. Ekstraliga wysublimowała się na poziom elity, lansu szpanowania. Chciałbym, ba marzę, aby speedway wrócił do atmosfery brytyjskiej ligi sprzed lat… Charm. Przyjeżdżali wszyscy, którzy chcieli ścigać się w spektaklach żużlowego Brodwayu.  Teatr. Magia. Nisza, ale wyłączność na doznania. Bez miłosnych gier, na żywca do upadłego. Nie było szalonych funtów, tam była sportowa “orgia”, która wciągała jak obrazki szkockich jezior. I ja tam wtedy byłem, widziałem, opisywałem, lecz nie miałem dystansu, myślalem, że to normalność, która nigdy nie zniknie; jak piłkarskie, angielskie, klubowe, słynne marki; uwierzcie ani mi do głowy nie przyszło, żeby myśleć o regresie. Naiwność upojna widowiskami wzruszeń niesamowitych.

Przeminęło z wiatrem… Snuje się mgła. Atmosfera pozostaje przeszłością.

Jest nowa wizja. Argentyna niemal na końcu świata. O, przypominam sobie, mam kasetę z Los Angeles, z finału światowego indywidualnego, gdzie Bruce Penhall/ USA/ wygrał kontrowersyjny wyścig z Anglikiem Kenny Carterem/ wyspiarz potem zastrzelił siebie i żonę/, scenariusz – hollywoodzki. Horror. Organizatorzy urządzili turniej w 1982 roku bardzo obrazowo, w westernowym stylu, bo to Kalifornia i olimpijski stadion Coliseum, dwa razy letnie igrzyska z polskim złotem. Było w roku 1982 filmowo, brakowało tylko Johna Wayne’a, jeździły dyliżanse, sexi girls, sceny naturalne, typowe dla Kalifornii. Zamknąć oczy i otworzyć? Teraz, obojętnie, gdzie jest lokowany turniej Grand Prix mamy prawie to samo menu a wciąż marzę o wyjątkowości, oryginalności. Bez niszy, przenika  swoiste, uparte “disco polo”, lecz kibice są już zahartowani, ich wciąga ściganie. Zabawa gwiazd. A niech tam Castagna chwali Castagnę, Iks Igreka i omijam chwilowo polski grunt. Wiecie… grunt to zdrowie.

Konserwa

 

res_376b255e7ca3c3f5d898accd1a028923_full

Jaki jest światowy speedway? A jaki polski? Ekstraliga najlepsza na świecie bez konkurencji! Dmuchanie balonu “jesteśmy najlepsi”. Wiatr zrzuca liście z drzew, szurają już mocno pod nogami. Jesień jeszcze słoneczna, choć zmienna, długie wieczory sprzyjają refleksjom nad tym co było i co będzie. Deprecjonowanie jest domeną polskiej rzeczywistości. Nie ruszajmy polityki, zostawmy do wiosny. Dostrzegam, że polski parlamentaryzm staje się familijny, sukcesje przechodzą z ojców na synów, podobnie w żużlu; jeździł tata, jeżdżę ja. EGO jest ważne jak Fogo. Maniery zawodnicze rosną jak na drożdżach, wyrabiają się niektórzy, jak wielkanocne, drożdżowe baby. Bywają czasem zakalce i przypalenia. Mamy transfery oraz wyjazdy lukratywne, dodam – zasłużone. Gdzie biały piasek i ocean lazurowy, palmy jak wierzby. Barbadosowy rum i muzyka, i ciepła woda. Fale odpływają, przypływają. Pobudzają wyobraźnię różnego gatunku, jeśli ona w ogóle jest a dochodzę do wniosku, że nie wszyscy mają wyobraźnię, tylko im się wydaje, więc udają kiepsko bohaterów jednych turniejów.

W światowym żużlu Moi Drodzy nie wiele się zmieni, metalowa konserwa trzyma się krzepko, nie odda stołków, nic nie wymyśli ale trwanie jest dla przeciętności marzeniem życiowym. Serial Grand Prix anno 2020 otworzy warszawski turniej majowy. Bilety sprzedane prawie wszystkie niczym przydrożne grzyby. Impreza ma walory nie tylko jako premiera sezonu w wydaniu extra, w stolicy, która oferuje kibicom atrakcje miasta. Na każdą kieszeń bez nudy. Rodzinnie można obejrzeć widowisko w atmosferze pikniku, deszcz nie zakłóci, zimno nie groźne, dach na Stadionie Narodowym chroni klimat. W tym miejscu, w takich warunkach warto zobaczyć każde wydarzenie sportowe, speedway ma lokum o jakim marzyć mogą inni. Więc co proponuję od dawna? Aby tu zaczynał się ten serial i także kończył. Jestem przekonany o akceptacji kibiców polskich i zagranicznych. Do Warszawy można dojechać, dolecieć i spędzić czas wygodnie. W tej opinii nie jestem osamotniony, potrzeba tylko śmiałej decyzji polskiej władzy żużlowej oraz notabli FIM i namawiam prezydenta Międzynarodowej Federacji Motocyklowej /FIM/ Jorge Viegasa z Portugalii, który obserwował zabawę na Narodowym i finał w Toruniu, gdzie Bartosz Zmarzlik został mistrzem świata. Uczta Mr. Viegas, prawda? Więc kokietujmy tego sympatycznego działacza by przekonał Armando Castagnę, który funkcjonuje na fotelu światowego wodza żużlowego, ma fajną rodzinę, ścigał się na GM z włoską fantazją oraz nie do końca panował nad jazdami, do korekty kalendarza serialu GP i przystosował go do słusznego lokowania produktu na antenach TV. Torunianie pewnie na mnie sarkają, lecz niech martwią się raczej ligowym upadkiem a nie szczytem żużlowych rozgrywek światowych. Stolica ich bije w każdym calu i nie ważne koneksje rangi nieziemskiej. Świat się kręci, ziemia też… Warszawa jest nr 1.

Frekwencja w stolicy buduje szacunek do kibiców żużlowego autoramentu. Zawody uświetni nowy mistrz świata Bartosz Zmarzlik, który nie żałuje ani godziny by zadowolić kibiców; uśmiechnięty, radosny jak skowronek pod niebem. Udany młodzieniec, nowa generacja zawodników zdesperowanych na sukces. Gdzieś wyczytałem, że jest zaprogramowany na wygrywanie…  Mocne stwierdzenie. Bardzo. Jak miło mieć takiego zawodnika, który jest sztandarem polskiego żużla, ba! jak mówił mi szkocki przyjaciel żużlowego towarzystwa Bert Harkins, gorzowianin jest prognostykiem na lepsze czasy tej dyscypliny. Nagle wyłoniła nam się ikona, polskiego chowu, która leci w stronę światowej galerii gwiazd: Fundina, Briggsa, Maugera, Olsena, Penhalla… Legend, które są treścią historii tej dyscypliny. Idol Zmarzlik powinien pojawić się w Anglii na jakimś extra turnieju, gdzie będzie ambasadorem polskiej szkoły speedway’a ale i atrakcyjnym asem na brytyjskim rynku. O taki występ, prestiżowy w szczegółach powinien zadbać szef polskiego żużla Piotr Szymański, choć nie wiem, czy właśnie on, bo wodzirejów u nas za pryncypialnym stołem jest kilku. Warto Bartoszem pochwalić się wszędzie, gdzie trzeba. PR jest łatwy, przyjemny, dający satysfakcję w stylu Adama Małysza, Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego, Roberta Kubicy.

Jest świetnie, rzecz w tym żeby sukces zdyskontować skutecznie rangą renomowanej agencji reklamowej. Co mogą zrobić media? Dużo, ale z rozwagą. Sukces Bartosza tkwi w nim samym. Charakterze sportowej duszy i życiowej postawie. Po prostu: self – made man! Za jego plecami stoi w pierwszym rzędzie tata Paweł i koniec, kropka.

SPEEDWAY zaczyna zimową drzemkę, Europa zamyka tory. Antypody otwierają wrota do ścigania. Dawno temu słynny nowozelandzki as Ivan Mauger organizował wyjazdy czołowych zawodników ze Starego Kontynentu, byłytam turnieje, klasyczne przedłużenie sezonu europejskiego nad oceanem, treningi w słońcu, punktowanie. Walorem inne tory, niż europejskie. Kangurowe ściganie na luzie na australijskich obiektach.

Nie ma obecnie skondensowanych wyjazdów, można na własną rękę zorganizować sobie eskapadę w odmienny świat.

W Europie niegdyś planowano imprezy pod dachem; w Anglii, Niemczech. Zostały tylko wspomnienia. Każde przedłużenie sezonu letniego o wydarzenia żużlowe zimą na naszym kontynencie mają rangę promocji, szansą do spotkań w relaksowej atmosferze. Jest potrzeba takich spotkań. Zamiennikiem są organizowane pod dachem wyścigi na lodzie, więcej jednak w tym zabawy. Polski speedway kilka lat temu dorobił się w Sanoku poważnych imprez na naturalnym torze w ramach mistrzostw świata. Miejscowe władze popierały, był przekaz telewizyjny. Zanim w Sanoku rozpędzono takie wyścigi, na warszawskich Stegnach urządzano ścigania lodowe GP, które są bardzo ekspresyjne, szalenie widowiskowe. Jednak nie ma ma tradycji, toteż promocja turniejów nie wytrzymała obciążenia. Szkoda. Polski speedway pozostaje od lat monotematyczny, rajcuje klasyk i na niego skazani są kibice. Brakuje wytrwałości sponsorów, więc jest tylko tradycyjny żużel, nie ma wyścigów na lodzie rangi mistrzostw świata czy gonitw na trawie albo na długich torach. Czesi, którym daleko do poziomu polskiej ligi, chętnie uprawiają inne kategorie, Skandynawowie, Niemcy mają podobne upodobania, Rosjanie uwielbiają ściganie na naturalnych torach lodowych, pozwala im na to surowy klimat. Tam “grasują” arcymistrzowie cyrkowych, dramatycznych występów na motocyklach z kolcami.

Polakom pozostaje więc zimową porą sport – turystyka na zawody tego typu, no i cierpliwe odliczanie dni do nowego sezonu. Czas jednym szybko leci, innym dłuży się niemiłosiernie. Trudno, zwykle wyposzczenie wzmaga apetyt.

Pukam do drzwi Ekstraligi oraz FIM

You ‘ll Never Walk Alone

I nie tylko tam. Zagrzał się meczowy kocioł, Ekstraliga wyciska wszystko, co tylko się da, ale po kolei, bo zaczynam felieton od propozycji pod adresem władz Ekstraligi oraz Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, sekcji żużlowej. Sugestia jest empatyczna.

I w przededniu extra święta na warszawskim Stadionie Narodowym, gdzie premiera serialu Grand Prix. “Żużlowy koncert” pod dachem jest w centrum zainteresowania; zaczynają się jazdy o mistrzostwo świata 2019. Przy okazji zbiera się także elita międzynarodowych władz z nowym portugalskim prezydentem FIM Jorge Viegasem. Z muzyką fado? Bogaty w wydarzenia weekend. Majowo, kolorowo, dynamicznie, pracowicie, atrakcyjnie. Kiedy w Portugalii na stałe zagości speedway Mr. Jorge?

UWAGA! Skok w bok. Nie da się inaczej i nie ucieknę od piłki, extra gry, finezji, goli.

Piłkarska Liga Mistrzów oferuje mecze najwyższej rangi, lecz także funduje scenariusze imprez zawierające akcenty wielce sympatyczne. Oto zawodnicy wychodzą na boiska trzymając za ręce małe dzieci, więc przeżycie dla najmłodszych jest niezapomniane, co widać po ich zachowaniach. Dziewczynki, chłopcy, może to dzieci ze sportowego podwórka a może i nie, najważniejsze, że latorośle są na scenie stadionów z asami i kompletami widzów. Aplauz, prezentacja, hymny, radość i wzruszenie. Mała dziewczynka zerka z dumą na Messiego, światową gwiazdę, sławę Barcelony, oto chłopczyk ściska mocno za rękę Salaha z Liverpoolu. Ilu takich malców marzy o chwili, żeby trzymać rękę Roberta Lewandowskiego?! Piękne sceny, zdjęcia, kilkadziesiąt tysięcy fanów na stadionie, także opowieści w szkole, rodzinie, jak było. Często tak zaczyna się sportowa kariera. Liga Mistrzów, jako formuła piłkarska ukształtowała styl, który jest wzorcem do kopiowania. Elegancko, skromnie, zwyczajnie.

EKSTRALIGA, spółka SA w polskim wydaniu na żużlowym rynku dyktuje warunki klubom. Opinie bywają różne w środowisku, wiadomo, lecz nie jest moją intencją grzebanie w komentarzach, jako długoletni recenzent tego sportu mam swoje zdanie na ten temat. Tylko w spajaniu różnych wersji zdarzeń możemy produkować “towar” coraz lepszy. Akceptowany przez wykonawców i widzów. Z sukcesami medalowymi.

W  tym kontekście kontekście proponuję pomysł żywcem wzięty z Ligi Mistrzów. Jestem spóźniony w czasie, trudno, mogłem pomyśleć w zimie, nie jestem prorokiem w swoim życiu. Wierzę, że się uda; wybrzmiewa hymn piłkarskiego Liverpoolu  You ‘ll never walk alone, nigdy nie będziesz szedł sam… Liverpool ograł legendarną Barcelonę, wyspiarze mieli na koncie minus 3 a wygrali plus 4. -Idź z nadzieją w sercu, walk on, walk on with hope in Your heart. Więc mam nadzieję i  ZWRACAM się z propozycją do prezesa zarządu polskiej Ekstraligi  Wojciecha STĘPNIEWSKIEGO oraz szefa Rady Nadzorczej tejże spółki Andrzeja WITKOWSKIEGO, by rozważyli od terminów play – offów, wyjścia drużyn do prezentacji z dziećmi. I niech wspólnie zrobią rundy honorowe! Pierwsze wybory będą na pewno preferować bliskich z rodzin zawodników, no i dobrze, potem wszystko ułoży się i będzie dużo radości. Empatia jest w cenie zawsze i wszędzie, Wierzę, że taka decyzja ożywi nastroje stadionowe, zrobi się rodzinnie z sercami bijącymi mocno. Wyobraźnia już pracuje, sport powinien dawać satysfakcję każdemu.

Zawodnikom też będzie przyjemnie. Kto może być przeciw? Wątpię aby tacy byli.

Analogicznie taki pomysł prosi się, aby również w serialu Grand Prix zawodnicy wyprowadzali dzieci do prezentacji. Decyzje premierowe są zwykle trudne, malkontenci niech się uspokoją. Szkoda, że warszawski turniej Grand Prix już nie zdąży z takim scenariuszem / a może stanie się cud nad Wisłą?/, bo bardzo mi zależy na akcencie, że inicjatywa jest polska, biało – czerwona. Powtarzam, nie ważne, że Liga Mistrzów lansuje taki zwyczaj; UEFA powinna się cieszyć, że speedway ewentualnie skopiuje taki oto fragment show. Wszystko, co dobre, powinno być naszym wspólnym dobrem. Tak?

“Złodziej goni złodzieja”

A teraz o “kotle” polskiego żużla, który gotuje się w ekstraligowym wydaniu jak nigdy. Wrzątek. Wyścigi na żyletki. Sędziowskie pomyłki a “kradzieże startów” bzdurą totalną. Co bulwersuje najbardziej? Błędy sędziowskie. Grzegorz Walasek został wykluczony w Gdańsku z wyścigu niesłusznie. Nie chciał komentować incydentu po męsku. Boli niesprawiedliwość bardzo. Mam mnożyć przykłady? Dziwne, że wprowadzenie tzw. VAR w futbolu nie wyeliminowało całkowicie błędów i wypaczeń. Zdarzenia dalej bulwersują, facet dotyka piłki ręką ewidentnie i sędzia / obraz VAR/ podejmuje złą decyzję. Tak było w meczu Ekstraklasy Lechii z Legią. Szok. Wszystko widać na ekranie jak na obrazie Matejki. Co powodują błędne decyzje? Wypaczenie wyniku, stres zawodników, frustrację, pochodne bywają różne. Mam wrażenie, że pomyłki arbitrów są wpisane w scenariusze zawodów, bezkarność sędziów obniża ich autorytety.  Kolejny problem: drobiazgowość, brak obiektywizmu kierowników startu. Ustawianie pod taśmą ma czasem charakter tendencyjny wobec gości. Irytacja zawodników drogo ich kosztuje. Przekaz telewizyjny wyłapuje dziwną nadgorliwość kierowników startów. Osoby funkcyjne są szkolone, księga regulaminów, opisów sytuacji plus kalendarz liczą już ponad 400 stron, jeszcze trochę a będzie rekord na miarę chińskich wydawnictw. Sport, kibice, zawodnicy lubią proste rozwiązania, bez gmatwania. Co to znaczy, że żużlowiec ukradł start? Taśma w górę, zawodnik, który ćwiczy starty, idealnie wyjeżdża, jest lepszy od innych, imponuje refleksem i jedzie pierwszy. Brawo. A SĘDZIA wstrzymuje wyścig. Paranoja. Błyskawiczny start jest ukarany, nadto używa się określenia “ukradł start”. Dużo tego “złodziejstwa” na torach żużlowych, mamy błędne wyroki a odsiadki nie ma. Widowisko traci płynność oraz atrakcyjność i rzadko się zdarza, że ten “ złodziej” drugi raz jest najszybszy, gdyż energia uciekła za pierwszym razem. Psucie meczów, turniejów przez niezrozumiałe powtórki wyścigów zniekształcają obraz a temperatura akcji jest wysoka, więc nie dajmy się zwariować bezsensownym “kradzieżom”. Speedway musi być klarowny, sprawiedliwy i mieć naturalne tempo!

Gdzie jest Wojaczek?

marek wojaczek

Ale wpierw o bardzo smutnych wieściach. Sport żużlowy traci ikony, życie wygasa, teraźniejszość przechodzi na drugą stronę, do wspomnień. Oto w Gdańsku zmarł wielokrotny reprezentant Polski HENRYK ŻYTO/1936/, medalista mistrzostw świata. Nestor, sympatyczny zawodnik, który życie poświęcił żużlowi. Wielkopolanin, urodził się w miejscowości Poniec. Startował w Unii Leszno, jakżeby inaczej, potem w Gdańsku, jeździł w Anglii, w Coventry. Mistrz Polski, złoty medalista MŚ, uczestnik finałów. Bogate dossier tego zawodnika, który prezentował skuteczny styl jazdy, zwinny, efektowny. Heniek zmarł. Wielki żal. Legenda odeszła ale historia została na zawsze. Był, trudno tak pisać, BYŁ człowiekiem, który dla żużla oddał wszystko do końca.

Pogrzeby są smutnym ceremoniałem, chcę i muszę napisać, że nie wiem dlaczego władze żużlowe niby uczestniczą w tych wydarzeniach ale bezszmerowo, bez należnego szacunku nie wspominając słowami dokonań ludzi zasłużonych. Smutne, prawdziwe. Już kilka lat temu na pogrzebie cenionego, byłego zawodnka, trenera klubowego oraz reprezentacji Polski, Mariana Spychały w Opolu władze milcząco potraktowały uroczystość. Zgroza, nie tylko koleżeńskość nakazuje mimo wszystko obowiązki. Nie można tego potem naprawić, pogrzeb jest tylko raz. Memento.

A w Czechach zmarł na raka Vaclav Verner/1949/, reprezentant Czech, uczestnik finałów światowych, mistrz tego kraju, znany i ceniony nie tylko jako zawodnik ale i jako twórczy człowiek dający temu sportowi doświadczenie i wiedzę. Startował także w angielskiej lidze, w Exeter i Poole. Na koniec swojej działalności pomagał nowozelandzkiemu internacjonałowi Ivanowi Maugerowi w Australii, przy organizacji imprez. Rozmawialiśmy rok temu podczas Grand Prix w Pradze, wyglądał bardzo źle i mówił, że odchodzi na „drugą stronę rzeki“ i wyrokował, że wkrótce, bo miał pełną świadomość choroby. Pocieszałem, dziękował, ale wiedział, co go czeka. Nie spotkamy się już na tegorocznym turnieju GP w Pradze w maju. Cześć Jego Pamięci.

Miroslav Verner/ 1938/ jest najstarszym z tej trójcy braci; Milo długoletni, bardzo ceniony działacz międzynarodowy/ już na emeryturze/, też zawodnik, mieszkający w Mlada Boleslav. Znamy się przyjacielsko, bywał wielokrotnie w Polsce. Był działaczem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej rzeczowo oceniającym sytuacje, bez bicia piany. Fachowiec. Odbierany wszędzie z sympatią i szacunkiem. Był rok temu na GP w Pradze, centralnej imprezie żużlowej w Czechach. Zapraszał na wino do siebie.

Najmłodszy z braci Jan/ 1951/, podobnie jak starszy Vaclav, ma trochę więcej sukcesów sportowych. jednak bez kontynuacji działania po zakończeniu ścigania. Ciekawa rodzina VERNERÓW, która w żużlu napisała małą trylogię, w ramkach światowych, bogato z czeskimi.

Personalia mam dziś na klawiaturze. Poruszam permanentnie temat, że Polak mając fundamenty popularności żużla nad Wisłą, powinien zmienić w fotelu zarządzającego światowo Włocha Armando Castagnę. Tylko kto?! Trwa i na tych łamach „ranking“. Piotr Szymański, szef polskiego żużla albo Stępniewski, prezes Ekstraligi. Pierwszy w pewnym okresie pojawił się na scenie niespodziewanie, mało znany, człowiek znikąd. Przepraszam, z Ostrowa Wlkp. Drugi z obszaru Romana Karkosika, byłego wodzireja toruńskiego klubu. I Szymański, i Stępniewski uczestniczą w pracach międzynarodowej komisji światowej. Ich opcja oraz inwencja pozostaje tajemnicą. Środowisko nie przepytuje, więc cisza trwa. Piotr Szymański kieruje nadto żużlem w ramach europejskiej Unii, od niedawna. A ma tam prawą rękę w osobie byłego, międzynarodowego sędziego Marka Wojaczka, działacza Głównej Komisji Sportu Żużlowego. Klocki ktoś ułożył sprawnie. Wojaczek był nadto szefem alternatywnej grupy sędziowskiej, która zrodziła się w opozycji do innej grupy arbitrów pod dyrekcją wspomnianego Szymańskiego. Stowarzyszenie Sędziów Żużlowych, działa teraz pod okiem Jacka Ziółkowskiego. Grupy się ścierały. Wojaczka już tam nie ma, zajął się sprawami międzynarodowymi w granicach europejskich, choć jego ambicje sięgają większego obszaru działania. Szymańskiego chwalą a Wojaczek robi co może. Do GKSŻ warto wrócić innymi drzwiami.

Speedway jest małym sportem w kryzysie. Nie oszukujmy się i nie podniecajmy polską frekwencją. Działacz o długiej karierze i znawca tematów zagranicznych Andrzej Grodzki z Opola, ojciec sędziego międzynarodowegoWojciecha /z pokolenia Wojaczka/ indagowany o sytuację żużla na świecie oświadcza na łamach TŻ, że jest sercem i chyba wszystkim innym za serialem Grand Prix. Otóż mam, i nie tylko ja, odmienne zdanie, bo ten sport Andrzeju potrzebuje mocnego kopa i jednego mega wydarzenia! Aktualne decyzje rugujące drużynowe MŚ jest idiotyzmem w skali światowej. Nie robi się nic, żeby uratować te rozgrywki, tylko zamienia na ściganie par; białe rękawiczki na czarne. Na szczęście jazdy parami hołubi One Sport z Torunia. FIM obcina bezceremonialnie tradycję i jakość. Destrukcja poszczególnych nitek MŚ wykańcza całość. Mam nadzieję, że nie doczekam, kiedy na arenie międzynarodowej zostanie tylko zrutynizowany serial GP. Odnoszę wrażenie, że po okresie złotej ery polskich działaczy międzynarodowych /p.p. Matuszak, Pietrzak, Flasiński, Jabłkowski/ obecni uczestniczą w gremiach, ekscytując wybrańców polską ligą, właściwie tylko jedną/ Ekstraliga/ oraz barwną organizacją imprez. W historii polskiego żużla, nawet, kiedy nic nie było na półkach, polska sprawność i gościnność zawsze robiła pozytywne wrażenie od Wrocławia przez Leszno do Katowic.

Fotel światowego guru żużla jest pokryty włoskim aksamitem; nowe wybory jesienią, Armando Castagna nie zrezyguje, bo ma ciekawe zajęcie. Nie dokłada, rodzinny biznes ma się dobrze. Z kim będzie się ścigał na wyborczych kartkach pokaże czas. Po dawnych szefach światowej centrali Władysławem Pietrzakiem, Słoweńcem Franci Novakiem, Niemcem Guenterem Sorberem, Włochem Renzo Giannim, trwa włoskie dolce vita.

I chyba tak pozostanie. Ciao!

Niemoc z “narcyzami” w tle

maxresdefault

Pjongczang, Korea Południowa i zimowe igrzyska. Olimpiady zarówno te zimowe, jak i letnie to najważniejsze wydarzenia w sportowym świecie; jeszcze dochodzą mistrzostwa świata i Europy. Z mistrzostw świata, te piłkarskie są równie prestiżowym wydarzeniem, zresztą futbolowe ME wyrobiły sobie również taką markę, że ekscytują kibiców na poziomie MŚ. Rangę imprez wypracowuje się latami, popularność dyscypliny, zderzenie na arenie różnych stylów sportu, różnorodność w kibicowaniu wzmagają zainteresowanie a przekaz telewizyjny dopełnia reżysersko i scenariuszowo obrazów, które oglądają miliony widzów na całym świecie. Felieton o stanie światowego żużla, w tym polskiej popularności, która jest notowana jako nadzwyczajna spowodował reakcję, która mimo kiepskiej zimy ożywiła mojego laptopa i telefon. Więc raz jeszcze powracam do tych wątków a zerkając w kalendarz, to za miesiąc będziemy już mieli pierwsze emocje turniejami zaproszeniowymi. Ostatni tydzień marca, przed Wielkanocnymi Świętami mam nadzieję, że niebiosa nie popsują premier.

Światowy speedway od lat 60 –tych mozolnie budował swoje zony zainteresowań, odleciał po dłuższym czasie z londyńskiego Wembley w stronę Szwecji i Polski. Oba te kraje dogadywały się nieźle, wypracowano drużynowe mistrzostwa świata, wymyślono ściganie par. Monokultura indywidualnych wyścigów dostała tła, które zostało szybko zaakceptowane przez kibiców. Finały jednodniowe były świętem całej żużlowej społeczności, wydarzeniem nr 1. Nie chcę powtarzać, że od chwili pojawienia się nowej wersji wydarzeń, pomysłu serialu Grand Prix, gdzie wpierw zawodnicy z ostatnich miejsc szybko uciekali pod prysznic i mieli turniej z głowy. Ten pomysł jakoś trwał cudacznie aż wreszcie padł.

Serial GP miał być ratunkiem dla schematu IMŚ. I poszerzeniem horyzontów żużlowego świata. Blichtr trwa do dziś i marnie wygląda, bo nie przybyło nowych federacji zachęconych do organizacji imprez, szkolenia zawodników. Sytuacja jest zła, bo liga angielska straciła swoje walory i kiedy czytam, że 30 – letni Craig Cook będzie nową twarzą w GP jako inspiracja, po znudzonym Harrisie, to rzeczywiście upadek angielskiego żużla jest mierzony tylko turniejem GP w Cardiff. A i tam coraz mniej ludzi.

Ostatnie podniecenie zamianą, a to już było w historii, drużynowych mistrzostw świata na pary, bo niektóre federacje nie są w stanie skompletować nawet 4 zawodników dowodzi o kompoletnym upadku promocji żużla w świecie, głębokim kryzysie tam, gdzie jeszcze funkcjonował nie tak dawno. Jakoś ta sytuacja zadowolonych narcystycznie z siebie prominentów żużlowych ich nie przeraża.

Powstanie toruńskiej firmy One Sport spotkało się z niezbyt wielką przychylnością Międzynarodowej Federacji Motocyklowej i zakotwiczonych tam ludzi, którzy nie mają pomysłu jak reanimować speedway. Zostawiają spaloną ziemię, “zdemilitaryzowany” obszar, który będzie ruiną po tym, co zbudowali Szwedzi, Polacy, urwalali Anglicy a inne nacje przyłączały się chętnie do “zabawy”. Dobrze, że One Sport siedzi na plecach FIM. Cierpliwość bywa czasem wynagradzana, lecz światowy speedway już nie ma czasu. W Polsce kokietujemy się na lewo i prawo, jakby nie widząc, że za kilka lat, to Polsce przypadnie organizacja większości imprez. Wyobraźnia jest zaletą a często jej brakuje, co też można dostrzec na wspomnianej zimowej olimpiadzie, gdzie ikona polskich biegów tyra i nie może zdecydować się na zakończenie pięknej kariery. Zachłanność na sukces jest cnotą ale jeszcze większą realna ocena sytuacji, brakuje jej nie tylko naszej biegaczce.

No więc co dalej z tym speedway’em na świecie, bo w Polsce on wcale nie zwalnia tempa. Szczytową imprezą robi się Grand Prix w Warszawie, idealna lokalizacja na zakończenie serialu. Nie początek – tylko finał, choć polska stolica mogłaby zaczynać ten cykl i go kończyć. Może i do tego dojdzie, dla dobra wizerunku żużla, który schodzi na manowce. Nie ma silnego przywódcy z mocną głową, który potrzebowałby także lobby do konkretnego pomysłu. I nie ma co szukać czegoś nowego, warto wrócić czasem do tradycji, która była akceptowana I co ważne powiększała grono zainteresowanych. Pomysł kastracji drużynowych mistrzostw świata i dryfowanie w stronę par jest idiotyzmem, który ma karzełkowate nogi. Polska strona, która utrzymuje jeszcze parę po kotłem, widzi tylko koniec swojego nosa. Frekwencja też już nie taka, aczkolwiek w skali międzynarodowej nadal nr 1. No i mamy jeszcze na szczęście ligowe mecze, które podtrzymują tlen, wzbudzają emocje, przyciągają nowe twarze, umacniają kolosa na glinianych nogach. Podsycają charaktery narcystyczne, czyli uwielbianie samego siebie.

Ubolewam i dziwię, że skandynawscy ludzie żużla nie wykazują zainteresowania reanimacją, angielscy jakoś wegetują, ciągle brakuje animatorów, którzy by mogli zaproponować nowe pomysły. Serial GP stępił się okrutnie, wpadł w rutynę, wykańcza swoją przewlekłością. Szuka się chętnych do organizacji imprez. Rosną koszty, słabnie zainteresowanie ze strony federacji, firm.

Postuluję, aby przy okazji warszawskiej GP w gronie fachowców w skali międzynarodowej/ FIM – PZM/ zacząć wreszcie dyskusję, co zrobić z upadającym speedway’em, zainicjować odnowę. Potrzebny pilnie idol/ kto?/ z autorytetem, który zaproponuje z zespołem nową wersję rozgrywek, bez zamiany banana na banana, program uzdrawiający sytuację bez różowych okularów, bo jeszcze trochę a będziemy paradoksalnie wyścigi indywidualne nazywać… drużynowymi.

Warszawski speedszczyt

 

z21571368IER,Reprezentanci-Polski--uczestnicy-cyklu-Grand-Prix-

Stadion jak bombonierka, wielki, ładny. W Warszawie, na Stadionie Narodowym odbędzie sie drugi z tegorocznego cyklu turniej Grand Prix z marką, która kusi ludzi milionami złotych czyli grą LOTTO. W cieniu tej imprezy jest dramat Tomasza Golloba, który nie na torze żużlowym a motocrossowym upadł i doznał bardzo poważnych obrażeń. Jest w rękach dobrych lekarzy, którzy ufają w silny organizm ikony światowego sportu żużlowego. To nie kontuzja z toru, to obrażenia ciała, które w innej dyscyplinie, którą zaczął uprawiać Tomasz Gollob, doprowadziła do tragedii. Walka lekarzy trwa, wpierw to był wyścig o uratowanie życia a potem skomplikowana operacja i kolejne okrążenie, może ich być dużo więcej, niż w karierze zawodnika, by dojść do sprawności. Wypadek podobny sprzed kilku lat do australijskiego żużlowca Leigha Adamsa, który po zakońceniu kariery również na crossie upadl, uderzył w skałę i mimo żmudnej rehabilitacji korzysta z pomocy wózka inwalidzkiego. Nie można wykluczyć nigdy nadziei, każdy organizm jest inny, podbnie jak i uraz kręgosłupa. Żużlowy świat błaga los o ratunek dla zawodnika, który wywindował polski speedway na szczyty, swoimi brawurowymi akcjami na torze ściągał tysiące kibiców na stadiony i przed ekrany TV. TOMASZ GOLLOB, marka sportowego idola, jazd, wzruszeń, podczas wysłuchiwania hymnu nardowego. Dziękuję wam, to dla was wygrywam, ścigam się i walczę o podium, powtarzał wielokrotnie na wielu stadionach a fani dopingowali go entuzjastycznie, głośno, było kolorowo. Polscy kibice byli ozdobami na trybunach i świadectwem uwielbienia swojego idola, jazd karkołomnych, karamboli i mijanek zapierających dech w piersiach.

 

Grand Prix Lotto, Warszawa, na tym stadionie, który zapewnia oglądanie żużla w warunkach komfortowych pod dachem, Tomasz Gollob żegnał się z karierą, która ozdobiona jest medalami różnego koloru, zwycięstwami, które działały na wyobraźnię młodych, budziły szacunek starszych, zaś adeptów ściągały do szkółek klubowych.

 

Polska stolica, która kiedyś miała klubowy żużel, dziś oferuje tylko w wymiarze MŚ, incydentalnie ale okazale, poza pierwszym turniejem, premierową Grand Prix, gdy taśma była nieposłuszna a tor kiepski do jazd, uporała się z kłopotami technicznymi i mam nadzieję, że tym razem “materac” nie będzie sprawiał kłopotów. Stadion Narodowy ma dach, który chroni przed ulewami ale też trzyma temperaturę nie zawsze dogodną dla sztucznej nawierzchni. Doświadczenia zbiera się w kłopotach, limit już na mecie.

 

A Lotto znaczy loterię! Tak jest w każdym sporcie.

 

Startuje 16 zawodników, w tym pięciu Polaków: Bartosz Zmarzlik, w gronie faworytów, latający gorzowianin, brązowy medalista z ubiegłorocznych MŚ z finałem w Melbourne. Obok niego Piotr Pawlicki, ognisty chłopak, który porządkuje jazdy i ma ambicje być pierwszym. Jest przebojowy Patryk Dudek, debiutant, bez kompleksów dla starszych, utytułowanych rywali, już wie jak ścigać się i wygrywać. Udany tercet, a jeszcze będzie jeden Pawlicki, starszy z braci Przemysław, z “dziką kartą”, stawia na niego w budowie teamu na drużynowe MŚ w Lesznie w połowie tego roku trener reprezentacji, nie od parady, Marek Cieślak. Dwóch Pawlickich, Zmarzlik, Dudek oraz Maciej Janowski, najbardziej doświadczony, a więc do boju! Nie zapominajmy, że to są indywidualne mistrzostwa świata, nie ma zbiorczej taktyki, choć pamiętamy z finału w Melbourne, jak”taktycznie” pojechał czterokrotny już wtedy mistrz świata Amerykanin Greg Hancock, dając fory Australijczykowi Chrisowi Holderowi. Zebrał krytyczne i słuszne głosy. Stary wyga, 46 – letni, pilnuje swojej dyscypliny, kalifornijczyk, który osiadł w Szwecji i tam ma rodzinę. Fantastyczny gość. Mistrzostwa świata mają swoją rangę, obserwujemy etap pokoleniowej zmiany i młodzież naciera na pozycje rutyniarzy. Czy wypadek Tomasza Golloba oraz wcześniejsze mają psychiczny wpływ na poziom ścigania? Nie. Kiedy Darcy Ward na polskim torze miał tragiczny wypadek, /22 lata/, dziś ma dwa lata więcej i speedway jest poza nim, walczy o sprawność, zdarzenie było zgubne w skutkach, jego kolega z reprezentacji Jason Doyle ścigał się bez opamiętania. Jakby na przekór wszystkim. To jest sport, błyska iskra, która nie gaśnie, kiedy zawodnik wyjeżdża na tor. Inny Australijczyk, były mistrz świata wspomniany Holder nie może dojść do siebie po wypadku Warda, W Darcym upatrywałem kolejną ikonę, magicznego Harry Pottera światowego żużla. Los chciał jednak inaczej, on kusi wycięstwami ale zdradliwie nie ma litości dla nikogo, autorytetów, zasług, zwala z nóg, kiedy chce i kogo chce.

 

WARSZAWA i urodziwy Stadion Narodowy, miasto atrakcyjne dla kibiców, zawody drugie w serialu GP po słoweńskim Krsku. Tam naturalny tor, w Warszawie sztuczny, jak będzie “odddychał” pod dachem? Zawsze są niepokoje z takim materiałem.

 

Na warszawskie ściganie wybierają się kibice z całej Polski, dla których stolica jest kusząca atrakcjami nie tylko nocnymi. Nie zabraknie celebrytów, ludzi sportu, estrady, polityki, którzy mają blisko na Powiśle, spodziewam się, że będą nośnikami żużlowej zabawy, która potrzebuje reklamy, mimo, że speedway staje się polską specjalnością, co wcale nie oznacza, że mamy patent na rezerwację miejsc na podium. Jest 16 gladiatorów a wśród nich pięciu zgrabnych, głodnych sukcesów młodzieńców, którzy otrzaskani z rywalami nie tylko w polskiej lidze potrafią dać z siebie wszystko. Pojadą i dla Tomasza Golloba, który na tym stadionie dziękował kibicom za gorące dopingowanie w karierze. A więc zaczynamy polską premierę Grand Prix; światła na tor, taśma w górę, kierunek ostateczny podium. W jakiej kolejności? Jest 13 maja, pech niech utonie w Wiśle, zaś nadzieja na zwycięstwo bywa czasem spełnieniem marzeń.

 

„Czarny sport“ nie musi być czarny

 

rempala_rip-660x330

Nie musi. A jest! Tragiczny wypadek Krystiana Rempały i po kilku dniach pobytu w szpitalu śmierć 18 – letniego zawodnika tarnowskiej Unii jest tematem nie tylko w środowisku sportowym. Dramat. Tomasz Gollob, który jest postacią w żużlu, która wie na czym ten sport polega upatruje w rosnącej liczbie wypadków winę m.in. w nowych tłumikach, które mają 96 decybeli. Obniżenie hałasu wprowadziło wiele zamieszania w mocy silników i zachowania w trakcie jazdy. Ostro kiedyś krytykował wprowadzenie nowych tłumików, awantura była głośna, w końcu uznano decyzje międzynarodowych władz. I cisza. Inna postać Krzysztof Cegielski gromi władze międzynarodowe jak ksiądz z ambony. Temat jest gorący. Szkoda, że nie wcześniej konsekwentnie. Cegielski szefuje Metanolowi, organizacji skupiającej zawodników, to taki mini syndykat mający na celu obronę żużlowców. Co robi Metanol wiemy mało albo wcale, w każdym razie nie może być tak, że kiedy jest dramat wtedy celebryci wygłaszają swoje kwestie na lewo i prawo. Speedway potrzebuje pokory. W ubiegłym roku Australijczyk, talent wielki jak Antypody, ulega wypadkowi w Zielonej Górze, operowany w miejscowym szpitalu zostaje przewieziony do Anglii. Jest sparaliżowany, rok temu w drugiej połowie sezonu świat żużlowy doznał szoku. Speedway poniósł ogromną stratę zawodnika jutra.

Sport nie może być krwawą przygodą. Tomasz Gollob oświadcza słusznie, że zamiast sportu mamy pogrzeby. Przeciwnicy żużla mają powody do krytykowania. Pobłażliwe władze nie wprowadzają rygorów. „Instytucja“ komisarzy d/s torów mało zmieniła i nawierzchnie nadal bywają zdradliwe. Może więc wprowadzić nadkomisarzy ?! I jeszcze zwiększyć koszty? Nonsens. Mamy złą zmianę. Czekamy na dobrą.

Jestem na meczu w Zielonej Górze, gdzie doświadczony zawodnik Piotr Protasiewicz zaciekle atakuje Vaclava Milika, wreszcie uderza w niego i na szczęście w tak groźnym wypadku Milik doznaje „tylko“ złamania ręki. Protasiewicz wystraszony czuwał przy rywalu na torze. Powstaje pytanie, czy tak musiał atakować przeciwnika. Rutynowe tłumaczenie żużlowe brzmi: „zawodnik złapał przyczepność i go powiozło“. Jeśli na drodze autem jadę jak wariat i wpadnę w poślizg raczej nie ma tłumaczenia. Sport jest pozbawiony skrupułów.

W Rybniku jadą młodzi zawodnicy, ponosi Kacpra Worynę /świeżo po kontuzji ręki/ i wali w Krystiana Rempałę, temu spada kask, uderza głową w tor, masakra. Wypadek tragiczny w skutkach. Ratunkowy helikopter nie przyleciał na stadion, ambulans w ciężkim stanie dowiózł chłopaka do szpitala w Jastrzębiu.

Wracam do nowych tłumików, które o ile wiem FIM czyli Międzynardowa Federacja Motocyklowa zatwierdziła przy akceptacji CCP, czyli Komisji Wyścigów Torowych. Były mocno krytykowane przez polskich zawodników. Padło w końcu hasło: Panowie nie dyskutujcie, jazda, bo Europejska Unia troszczy się by na żużlu nie było tak głośno. Gdzie byli ludzie z grupy Metanola? Pamiętam głośność 112 decybeli, potem jechano w dół aż do 96. Były sędzia żużlowy Jerzy Kaczmarek kosi w ogrodzie trawę maszyną Wolf Garten, która ma 96 db. Moi sąsiedzi koszą takimi maszynami, że ptaki uciekają. Polskie władze żużlowe nie potrafiły w sprawie tłumików zabrać stanowczego głosu w innych też. Autorytetu nie zyskuje się tylko przez obecność w gremiach. Odwaga potaniała ale nie speedway, który jest kosztowną i niebezpieczną zabawą.

Żużlowcy startują w kilku ligach. Zmęczony futbolista będzie co najwyżej gorzej grał. Przemęczony zawodnik na torze może wpaść na kolegę, spowodować wypadek. Żużlowcy mają ciała zmaltretowane, startują z niezaleczonymi kontuzjami, obojczykami pośpiesznie „pospawanymi“, rękami niesprawnymi po urazach. Przed wieloma latami w w FIM zaczął aktywnie działać lekarz z Wrocławia doc. dr Lech Baran, szybko po mozolnej pracy zyskał autorytet w sprawie bezpieczeństwa i zdrowia zawodników. Kiedy Giekażetem zaczął kierować Andrzej Grodzki w ekipach na zagraniczne turnieje był lokowany dr Tadeusz Jędrzejczyk. Lekarz dla żużlowców jest lekarstwem w rozmaitych sytuacjach ale nie powinien wypuszczać mało sprawnych do ścigania…

Obserwuję nie od dziś brak dbałości o zdrowie żużlowców, które mają przecież tylko jedno. W codzienności ligowej, startowej liczy się za wszelką cenę WYNIK, który w ostatecznym rozrachunku nie przywraca życia nikomu! Panowie prezesi idiotyczna pogoń za zwycięstwem przynosi czasami tragedię, która oblekana jest w słowa, które nic nie znaczą. Dramat Rodziny Rempałów powinien wstrząsnąć skutecznie środowiskiem i mam nadzieję, że wreszcie KTOŚ się obudzi. Kadencje władz motorowych są słodkim nektarem usypiającym ambicje. Nie mogę doczekać się kreatywnego programu rozwoju światowego/?!/ speedway’a za sprawą włoskiego bossa Armando Castagny, który już od dawna szefuje żużlowi i mamy beznamiętny cyrk. Dygnitarz tyle razy jest w Polsce, kiedyś tu startował i nie można na nim oraz innych niczego wyegzekwować?

No tak, zapominam, że sztuczny twór w postaci Ekstraligowej Spółki z Torunia zajęty jest właściwie finansami wokół sponsoringu. I co z tego, że goście z tej spółeczki zarabiają na siebie… a może na zlecenie firma XYZ załatwi reklamowy problem jeszcze korzystniej a za budżet lukratywnych etatów utrzymają się dwa kluby? Sytuacja jest szemranym tematem w kulisach imprez, bo to co robi spółka mógłby wykonywać Giekażet. Podobno w obecnej demokracji nie ma hipokryzji/ sic!/.

Moc silników. Temat dobrze znany Piotrowi Szymańskiemu, prezesowi Giekażetu. Łodzianin Sławomir Walczak, który speedeway lubi tak, jak lotnictwo oraz rybnicki majster Mirosław Dudek mają gotowy motor dwuzaworowy. Dotykali tego tematu np. Rafał Dobrucki i Adam Skórnicki, sprawdzano, jednak temat słabszych motocykli i tańszych został odroczony. Przez Castagnę, Szymańskiego? Dlaczego? Bo unijne zalecenia? Panowie nie chowajcie głowy i reszty narządów pod kołdrę! W żużlu chodzi chyba o mijanki na torze, bezpieczną walkę a nie wyśrubowaną szybkość z którą potem na wirażach nie wszyscy mogą sobie poradzić, obojętnie czy rutynowani czy nieopierzeni. Kiedy tylko pojawi się jakiś talent od razu jest kreowany na wirtuoza a przecież to nie oblepione reklamami auto jeździ na torze. Jak mawia wspomniany Jerzy Kaczmarek żużlowcem może być każdy a zawodnikiem nie każdy… Taka Tischnerowska filozofia. Podzielam. Kreowanie na siłę jeszcze mało obytych adeptów na wielkich mistrzów kończy się źle. Podczas warszawskiej Grand Prix młodzi, nasi reprezentanci wpadali na siebie idiotycznie. Ostatnio junior Maksym Drabik fatalnie złamał udo w szwedzkiej lidze. Młodzież jeszcze musi się uczyć, bo żużlowy uniwersytet skończyć to sztuka w stylu Duńczyka Hansa Nielsena, kiedyś „profesora“ z Oxfordu. Przykładem może być także wiedza dżentelmeńskiego Grega Hancocka. Szanujcie autorytety i życie.

 

Speedway stał się brutalny i potrzebuje mądrych głów do rządzenia a przede wszystkim pokory aby nie było łez i smutku. Dość tego. Sport musi być bezpieczną zabawą i radością dla startujących oraz ich rodzin, najzwyczajniej przyjemnymi igrzyskami, po których powrót do domów nie ma żadnych barier.

Bitwy sezonu

Photo: BarretBonden

Photo: BarretBonden

“Talent to tylko wielka cierpliwość” napisał Anatol France. Czego trzeba mieć więcej? Armando Castagna, były zawodnik a teraz szef światowego żużla oświadcza bez ceregieli, że zawodnicy jeżdżący w SEC, czyli w europejskich rozgrywkach toruńskiej firmy ONE SPORT, powinni ścigać się o mistrzostwo świata. Święta racja. Z puli ścigantów walczy tu i tam niezmordowany Duńczyk Nicki Pedersen, który wygrał solowy, pierwszy turniej w Toruniu. Castagna był na tamtejszej arenie, dużo podróżuje, więcej niż jako zawodnik, często kariery obracają się, jak ziemia wokół słońca, myślami Mikołaja Kopernika. Gra pomiędzy SEC a FIM toczy się w białych rękawiczkach; One Sport będzie miała przestrzeń do zagospodarowania na torach Starego Kontynentu na następne pięć lat. Czy speedway może pozwolić sobie, przy niszowym zainteresowaniu, na taki podział ról? Jestem sceptykiem. Wyrywanie sobie zawodników, którzy mają do wyboru opcje: albo prestiżu MŚ z wydatkami lub małego prestiżu mistrzostw Europy i znacznie większej kasy, przy mniejszych kosztach. Takie wątpliwości dla niektórych zawodników są retoryczne. Wybierają co “łatwe i przyjemne”, nadto telewizyjnie atrakcyjne dzięki przekazowi Eurosportu na cały świat. Może ten ostatni atut nie jest tak brany pod uwagę, co raczej finanse.

PRESTIŻ w dzisiejszych czasach potaniał, podobnie jak poziom edukacji i nie ważne, co w głowie tylko: “fura i komóra”. Brutalizacja obyczajowa w systemie globalizacji jest modna jak internet. Uważam, że torunianie z One Sportu umiejętnie promują europejskie rozgrywki i czas melonikowego BSI kończy się powoli, brakuje gościom od parady koncepcji. Skostnieli. Skandal w Warszawie w premierze GP dziwnie nie odbija się na kondycji angielskich dzierżawców, brną ślepo od 1995 roku i dobrze, że ktoś pokazuje im, że speedway może mieć inne oblicze. Castagna tańczy jakby na dwóch salonach jednocześnie, raz tango a raz kujawiaka. Starczy mu kondycji?

W obszarze serialu Grand Prix nic się nie zmienia, “kotlet raz” bez deseru… Na polu SEC dostrzegam jednak pewne trudności w pozyskiwaniu nowych rynków do objechania. Pukają do drzwi, nie zawsze im otwierają. Misja tego projektu powinna zawierać promocję nowych miejsc i pozyskiwać absolutnie świeżych zwolenników. Czego nie robi w ogóle Castagna, robią ludzie z One Sport, czyli duet Kończykowski/ Lejman, choć nie zawsze trafiają, co pokazuje, że speedway nie jest towarem poza Polską do kupienia od razu.

Wspomniany Nicki Pedersen jest w tym sezonie rozrzutny i jeździ jak zakręcony, choć finał drużynowy MŚ w Vojens przed własną publicznością musi zaliczyć do wpadki. Nicki wyczuwa pieniądz, wie gdzie go szukać. Przy jego charakterze wojownika często z zamkniętymi oczami na torze wjeżdża w konflikty z rywalami, vide Jankes Greg Hancock. Na razie robi swoje w stylu bez pardonu. Dopisuje fart.

Po dłuższej przerwie mamy powrót do GP na torze pod dachem w Cardiff i ściganie w brytyjskiej uwerturze z liderem serialu, angielskim idolem Tai’em Woffindenem. Szczęśliwie został mistrzem Wielkiej Brytanii a jak będzie na sztucznym torze? Walka! W gronie spragnionych jazd w GP są Maciej Janowski i Krzysztof Kasprzak, ten drugi, mocno sfrustrowany musi spaść wreszcie na ziemię. Nie zawsze jest słońce i trzeba umieć przegrywać, i z pokorą wyciągać wnioski.

Czas pokaże. Czas cierpliwości jednak kiedyś wygasa. “Talent to tylko wielka cierpliwość”, wracam do początku felietonu. Rehabilituje się po ciężkim wypadku Jarosław Hampel. Mam nadzieję, że wyczerpał się u niego limit pecha z bólem. Turniej w Cardiff jest sztandarowym dla Brytyjczyków, którzy zdradzili Wembley na rzecz Walijczyków, rozkręci się na nowo karuzela mistrzostw świata, które mają finał jesienią aż w Melbourne. Paranoja.

Podobną opinię odnoszę do polskich KOMISARZY torów, którzy depczą po piętach sędziom. Na siłę chcą się wykazać. Co to za komisarz, którzy pobiera ”dietę” i nie wtrąci się w nic, bo wszystko jest w porządku? Trzeba zatem szukać dziury w całym, a że nie zawsze wystarcza kompetencji, no a jest pyszna władza, zaczyna się irytujące przewracanie do góry nogami tego, co żmudnie przygotowują gospodarze. Sędzia jest tłem. Czy w sytuacji od kiedy mamy komisarzy nastąpiła zmiana jakości torów? Otóż nie, bardziej nerwowo. Nawet podczas tego sławetnej draki w Warszawie, jakoś nikt z polskich notabli nie zauważył tego, co przeciętny kibic widzi. Karawana zatem jedzie dalej, rośnie zbiór zagmatwanych przepisów. Sport musi być prosty, czytelny w odbiorze. Puchnie władza, rozmywa się odpowiedzialność. Dedukuję ten akapit nowym/starym władzom polskich władz motorowych, żużlowych. Czas pomyśleć racjonalnie o wyczyszczeniu brudów. Przyjdzie też wkrótce pora na personalia. Mydlenie oczu trwa bezkarnie pod egidą PZM.

Przelatuję na koniec do czegoś weselszego, do sesji zdjęciowej na rzecz angielskiego kalendarza, który poprzez rozebranych niemal do ”rosołu” żużlowców zarabia na charytatywne działania. Niektórzy mieli tylko tatuaże i kask na sobie. Kto taki? Zgadnijcie… Tai Woffinden na szczęście kaskiem zasłonił przyrodzenie, lecz w pełnej krasie pokazał, jak “wymalował” ciało. A co do nagości, to kilkadziesiąt lat temu czterokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Barry Briggs nago wsiadł na motocykl i fru z gołą d… na torze. Wywrotki nie było.

Mamy różne odcienia mody, zwyczaje a nagość, seks nierozłącznie wirują w naszej świadomości, czego dowodził ongiś znakomity psychoanalityk, filozof Sigmund Freud. Dla jednych świat zaczyna i kończy się na żużlu, dla innych natomiast na tym, co pokazał brawurowo “Woffi”. Do wszystkiego trzeba mieć cierpliwość. No i talent.