Prawdy, fałsze, fantazje: Moja ziemia obiecana

 

z15730515ih

Każdy ma swoją wyśnioną ziemię obiecaną. Władysław Reymont napisał jakże piękną panoramiczną powieść, która osadzona w realiach XIX wiecznej Łodzi ciągle jest w swojej treści aktualna z charakterami ludzi, dążeniami, marzeniami. Wiruje mi raz po raz muzyka i walc z filmu Andrzeja Wajdy “Ziemia Obiecana”, której autorem jest Wojciech Kilar, z którym od czasu do czasu wymienialiśmy poglądy jako sąsiedzi. Nie ma na świecie już tamtej Łodzi, nie ma reżysera Andrzeja Wajdy i Wojciecha Kilara. Jest film z walcem i powieść, która oparta na biblijnym przesłaniu powinna być obowiązkową lekturą każdego z nas. Każdy śni o czymś, o kimś i o czasie, który byłby lepszy w życiu. Nie zmienimy charakterów, miewamy kodowane sny bardziej lub mniej realne. Rzeczywistość jednak zawsze budzi, koryguje, inspiruje. I tak sobie żyjemy.

Mamy święta, Boże Narodzenie, wyjątkowe dni, koniec miesięcy i kolejnych otwarcie.

Świąteczne dni bywają magicznym labiryntem dla myśli. Spokojnie, nie uciekam od żużla i już wjeżdżam w swoją ziemię obiecaną i nie bardzo swoją, naszą, bo kiedy sport się kocha, to życie biegnie jakby łatwiej. Przyjemnie od czasu do czasu.

Miniony sezon był obfity w medale, polski speedway wytworzył od kilku lat atmosferę, która lokuje nasze emocje wokół podium mistrzostw każdej kategorii.

Co zostało “wyjeżdżone” i zdobyte a co będzie? Hm…

Serial Grand Prix i zawarte w nim indywidualne mistrzostwa świata stymulują pozostałe kategorie rozgrywek. Ten rozdział jest kontrowersyjnym kawałkiem nie od dziś, już w 1995 roku, od wrocławskiej premiery i zwycięstwa Tomasza Golloba mieliśmy nadzieję na lepsze jutro, zdobycie nowych rynków żużlowych, kibiców i cymes atrakcje. Kiedy skończyły się w tradycyjnej formule indywidualne MŚ, przejście do czegoś nowego było owiane optymizmem i nadzieją. Zwykle początki są trudne. Struktura turniejów była długa, nudna i odsyłała bardzo szybko kilku zawodników pod prysznic i do domów. Głupawe to było, mało fair w stosunku do słabiej startujących w premierze. Skorygowano jednak ten idiotyzm, pomysł angielskiej firmy BSI i głównego wpierw doradcy tego serialu a potem dyrektora, trzykrotnego mistrza świata z Danii Ole Olsena. Dziś jest on na sportowej emeryturze a następcą na tym samym fotelu młodszy syn Torben. Mamy na karku rok 2017 a premiera wrocławska GP odbyła się w 1995. Szmat czasu, nowych rynków nie zdobyto, nie uległa czarowi Hiszpania, Francja, nie garnie się amerykańska federacja, wschodnie rubieże Europy zamykają się na Łotwie. Włosi “kuleją”, choć stamtąd wywodzi się aktualny szef światowego żużla, były zawodnik Armando Castagna. Norwegowie odstają, Finowie próbowali, podobnie Nowozelandczycy, Australijczycy mieli już doświadczenia z GP, zrezygnowali, lecz znów powrócili, wątpię czy na długo. Rynek azjatycki, w tym Chiny, które są agresywne na sportowym rynku, podobnie jak i techniczni Japończycy nie są zainteresowani speedway’em, który właściwie pozostaje europejskim sportem z malutkimi wyjątkami /USA i Australia/. Zafascynowany wyścigami F -1 rynek arabskich szejków nie został pobudzony do jazd na torach dla odmiany innych, bo piaskowych.

Europejski speedway został wykreowany przez zjawisko ”Gollobomani”, jazdy Tomasza Golloba wszędzie, gdzie startował były dopingowane przez biało – czerwone tłumy kibiców, dominujące i radosne na stadionach, głośne jak znane kapele. Festiwal taki trwał kilkanaście lat i był mocnym przeżyciem dla wszystkich fanów. Jarosław Hampel dokańczał, co wcześniej się zaczęło, było bosko.

Tajfuny mijają ale wracają. Księżycowe bajki mają koniec wraz ze wschodami słońca.

W tym sezonie przy ogromnym pechu Australijczyka Jasona Doyla, po raz czwarty tytuł mistrza świata zdobył 46 – letni Amerykanin Greg Hancock, a brązowy medal wywalczył 21 – letni Bartosz Zmarzlik z gorzowskiej Stali. Sukces debiutanta wyceniony na miarę byłych gorzowskich medalistów Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. W żużlu “urodziła” się nowa generacja zawodników z którymi wiążemy nadzieję, bo w kolejnym sezonie wystartują Piotr Pawlicki/ udany debiut/, Patryk Dudek/ debiut/ i ku zaskoczeniu wszystkich Maciej Janowski, który zajął dziesiąte miejsce, lecz otrzymał od organizatora serialu “dziką kartę” na cały sezon. Sztab BSI tak zadecydował, nie wziął pod uwagę Słowaka Martina Vaculika lub czeskiego “Rumcajsa” Vaclava Milika. Poczekają? Janowski spisywał się kiepsko, był wolny, bez werwy, nijaki. Otrzymany prezent od BSI jest zobowiązujący w nowym roku, w którym będzie aż czterech polskich zawodników. Jedna czwarta w gronie startujących świadczy o dominacji, nie można ukrywać radości ale i nadziei na podium, na które w 2016 wskoczył mikrus Bartosz Zmarzlik. Fruwa na świetnie przygotowanym sprzęcie, którego pilnuje ojciec Paweł. Mamy zawodnika o predyspozycjach mistrzowskich a jak będzie rozwijał się talent, pokaże rozwaga w kolejnych startach i latach.

Moja ziemia obiecana “kwitnie”, nie tylko Bartoszowymi jazdami, bo oto i Piotr Pawlicki, i Patryk Dudek mają potencjał na zwycięstwa a podjarani przez gorzowskiego rozbójnika będą ryzykować zapewne bez umiaru. Krew nie woda, chłopcy są odważni i powalczą jak ongiś polska husaria. Piotr nie wypadł z ósemki, a Patryk, dawny mistrz świata juniorów potrafi dużo a może i więcej. Nie wiadomo jak wypadnie szczęśliwy “bankrut” Maciej Janowski, bo chyba ma coś do udowodnienia kibicom, elicie z BSI, która na niego postawiła oraz sobie.

Ziemia obiecana nie jest mała… Drużynowo jesteśmy mistrzami świata a finałowy turniej Pucharu Świata 2017 rozegrany zostanie w Lesznie, gdzie już kiedyś podnosiliśmy się z błota, z kolan wprost na złoty tron. Mamy drużynę młodą, bojową kierowaną przez Marka Cieślaka kolekcjonera medali, magika, który czaruje swoimi wyborami i przechodzi do historii jako szkoleniowiec, który niczego i nikogo się nie boi. Czy można sobie wyobrazić, że w Lesznie nie zabrzmi Mazurek Dąbrowskiego?! Dlatego moja żużlowa ziemia obiecana jest wizją realnej nadziei, że rok 2017 będzie sprawiedliwy i złoty, medalowy a turnieje GP i ligowe mecze dostarczą wrażeń podobnie, jak świąteczne spotkania, bo każde jest przecież inne w atmosferze i przeżyciach. Każde jest taką “ziemią obiecaną”, która nie zawsze bywa snem, muzycznym walcem i filmowym obrazem.

Prawdy, fałsze, fantazje: Przeleciało i wróciło cz. 2

239183-620-362

Kto wymyślił Amsterdam dla żużla? Tam, gdzie w 1928 roku pierwszy polski złoty medal olimpijski za jednym zamachem, bijąc swój rekord świata, wywalczyła Halina Konopacka dyskiem a 20 tysięcy widzów wysłuchało Mazurka Dąbrowskiego. Otóż szefem światowego żużla został mocno popierany przez polskich działaczy międzynarodowych Holender Jos Vaessen. Miał duże aspiracje, które na krótko ziściły się, kiedy został prezydentem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Wygrał z rzymskim prawnikiem Francesco Zerbim, który rok poczekał by znów powrócić na fotel nr 1 w sportach motorowych. Vaessen miał rozmaite pomysły na speedway, który w jego kraju jest mało popularny. W Assen/hala/ rozgrywane są wprawdzie wyścigi na lodzie, ponadto urządza się jazdy na trawie ale klasyczny speedway jest marny. Wysokiego wzrostu i nieco zarozumiały Jos złapał wiatr w żagle, jak holenderskie wiatraki, i zaproponował wyścigi w sześciu a do tego potrzeba szerszych torów. Anglicy mieli takie projekty tam gdzie kończą się plecy, inni też wyrażali dezaprobatę. Holender złapał jednak grunt pod nogami nie u siebie, lecz na polskiej ziemi. Na bankietach, gdzie lubił się napić czegoś mocniejszego chwalił polskich działaczy pod niebiosa i powtarzał idiotycznie, że Polska jest drugim jego krajem. Ludzie czasem tracą rozsądek, zwłaszcza po dobrym winie, bo to samo słyszałem od niego na Węgrzech, gdzie chętnie jeździł na imprezy i atrakcyjny wypoczynek w towarzystwie. Polska strona zaczęła bzdurne inwestycje i powstały “tory “lotniska”, gdzie zagraniczni zawodnicy przy szybkim sprzęcie pędzili jak wojskowe samoloty. Strefa kontynentalna zawodników dostała w plecy, drogie inwestycje pogrążały kluby, które jako rekompensatę otrzymywały organizację światowych turniejów. I tak oto holenderski dygnitarz motorowy zakręcił polskimi działaczami jak chciał; np. na Six Day’s w Jeleniej Górze obiecywał góry a kończyło się na kacu. Nic nie uczy tak zawodnika jak krótkie tory, przecież speedway jest umiejętnością pokonywania łuków, bo na prostej można się rozpędzać ale co zrobić potem na wirażu? Era Vaessena minęła, acz jego “torowe pomniki” zostały, jednak z czasem były burzone znów za duże pieniądze w imię lepszych jazd. Gonitwy w sześciu również padły.

Lecę do Amsterdamu, który jesienią wygląda jak słynne obrazy arcymistrzów malarstwa kraju tulipanów. Nie tylko serów, diamentów, wiatraków i seksu na wystawach.

Sędzią pierwszego i ostatniego finału indywidulanych MŚ w wersji dwudniowej w roku 1987 został po raz pierwszy ROMAN CHEŁADZE z Torunia, arbiter stanowczy, działacz konsekwentny, znający język niemiecki i dobrze śpiewający w towarzystwie. Jego arie były podziwiane, ale przede wszystkim doceniane sędziowanie. Jedynym polskim żużlowcem, który zakwalifikował się do finału na raty był ROMAN JANKOWSKI. Tytułu bronił Duńczyk Hans Nielsen z Chorzowa’86. Gospodarze mieli od jakiegoś czasu niezłego zawodnika Henny Kroeze, który w tzw. strefie kontynentalnej nawiązywał walkę z najlepszymi, którzy ścigali się regularnie w ligach. Kroeze miał żużlowy instynkt, jednak nie zawsze potrafił opanowywać szybki motocykl.

podium-1987

Pierwszego dnia na starym, olimpijskim stadionie, gdzie nie brakowało kibiców z całej Europy, Erik Gundersen żądny rewanżu za przykrą porażkę rok temu z Nielsenem wygrał po barażu z cyrkowym Samem Ermolenką, obaj mieli po 13 pkt. Hans 12, tyle samo Anglik Jeremy Doncaster. Z dwóch Romanów z Polski – ten za pulpitem sędziowskim wypadł dobrze a ten drugi na torze z zerowym dorobkiem. Co będzie w drugim dniu zastanawiano się w polskim obozie? Poszło znacznie lepiej, bo Jankowski uzbierał 8 punktów. Na szczycie walczono o podium zaciekle i Duńczycy rozdawali karty, teraz Hans nie przegrał żadnego wyścigu. Komplet zwycięstw zapewnił mu kolejny złoty medal, Erik był po barażu drugi /11 pkt/, tyle samo uzbierał Kalifornijczyk Ermolenko. W drugim dniu pojechali rewelacyjnie Szwedzi Jimmy Nilsen/ 13 pkt/ i Per Jonsson/11/. Roman Jankowski ostatecznie zajął 14 miejsce, zaważył o tym fatalny występ pierwszego dnia. Dziewiąty był” kontynentalny” Bawarczyk Gerd Riss spadkobierca solidnej szkoły niemieckiej, zwłaszcza na długim torze. Dwunasty agresywny na Jawie Czech Antonin Kasper, którego później niestety zniszczyła ciężka choroba. Był on udanym synem Antonina, też reprezentanta Czech. Kasper jr startował także w polskiej lidze. Przed Jankowskim w Amsterdamie znalazł się Anglik Chris Morton a za Roman Matousek, rozbijający się na torach kaskadersko. Kiedy pędził na torze niektórzy zamykali oczy z przerażenia. Ostatni niestety dla gospodarzy był wspominany Kroeze, który pierwszego dnia zdobył jeden punkt a w drugim zero. Finał oceniono jako zwiastun bardziej sprawiedliwego wyboru mistrza świata i jakby wyprzedzono późniejszy projekt angielskiej firmy BSI i Ole Olsena, którzy w 1995 roku zainicjowali serię kilkunastu turniejów Grand Prix. Co jest bardziej sprawiedliwe? Jeden turniej czy dwa, albo kilkanaście? Nikt nie rzuca w finale igrzysk olimpijskich przez kilka dni młotem w imię większej sprawiedliwości. Anita Włodarczyk rekordzistka świata i złota rawiczanka, która lubi speedway dałaby pewnie radę machać młotem w takim systemie. Ale po co? Nie produkujmy fałszywek, zaciemniając totalnie sens sportu.

AMSTERDAM często wspominają fani, którzy tam byli i choć trochę poznali jego uroki. Po uciechach jakie oferuje miasto Van Gogha i Rembrandta przyznano organizację kolejnego finału Ole Olsenowi w VOJENS. Duńska prowincja ale kultowy stadion i dwóch szefów stadionu, Olsen i Aage Sondergaard, którzy razem zawiązali interes i wybudowali obiekt. Życie płata figle i po1988 musieli się rozstać z hukiem, gdyż finanse i koleżeństwo nie mają litości wobec przekraczenia norm etycznych. Stadion pozostał przy Ole, zaś Aage wylądował w pobliskim muzeum etnograficznym. Byłem, widziałem, ładne miejsce, lecz bez takich wrażeń jakich dostarcza stadion podczas imprezy.

Finał w Vojens a potem kolejny znów na olimpijskim obiekcie, tym razem w Monachium/ 1989/. Atrakcyjne to były czasy, no i ekscytująca rywalizacja pomiędzy Gundersenem i Nielsenem. Kto przerwie hegemonię duńskiego duetu, zastanawiano się głośno? Otóż znalazł się w 1990 roku w Bradford taki Szwed, przy dramatycznej absencji Erika, który cudem ocalał w kraksie, eliminującej go całkowicie z jazd. /cdn./

Prowincja kocha wielki świat

 

teterow3

Codzienne zmęczenie problemami tego świata kieruje nas w stronę innych spraw. Polityka jest brudna jak ścierka po mięsiącu. Przekazy medialne atakują dramatami i strachem jakie będzie jutro. Z jednej strony globalne ocieplenie, z drugiej imigranci, narkotyki na szlakach z Ameryki Płd., terroryzm, który wybucha tam, gdzie nikt się nie spodziewa. Jak uciec od tłoku informacji złych, gnębiących? Rodzą się zatem pytania jak ułożyć sobie życie od Tokio do Paryża. Globalna populacja jest mozaiką zachowań, które umykają spod kontroli. Czy jest aż tak źle? Może nie, życie biegnie, odpędzamy zło, lgniemy do lepszego. Inaczej żyje się w wielkich aglomeracjach, inaczej na tzw. prowincji. Nie każdy jednak może żyć w atmosferze sielankowej włoskiej Toskanii, gdzie przyroda łagodzi obyczaje, skłania do refleksji nad światem i organiczna praca doskonali przyrodę. Każdy z nas ma ochotę raz po raz uciec ze zgiełku, ze skrzyżowania ulic wielkich miast w rejony, gdzie inaczej smakuje szklaneczka wina.

 

Kolejny turniej GRAND PRIX, już dwusetny/ od 1995 roku, premiery GP we Wrocławiu/ odbył się w Niemczech w małej miejscowości TETEROW, na terenach dawnej NRD. Blisko do portowego Rostocka, nie jest też daleko z polskich, żużlowo – dajnych terenów, np. z Gorzowa oraz Danii. Teterow, może inaczej/ z języka połabskiego/ Ciecierow, wywodzi się od bardzo zdobnego ptaka cietrzewa, nie mylić z głuszcem. Proszę mi wybaczyć felietonowe pobocza. Wybaczone? Dzięki.

Otóż w tym Teterowie kochają speedway. Stadion na górce, w lesie, może pomieścić kilka tysięcy fanów a miejscowość liczy niespełna 10 tysięcy mieszkańców. Taka polska, piłkarska Nieciecza. W sporcie występują hobbystyczne anomalie, które fenomenalnie tłumaczą zainteresowania kibiców na granicy obłędu. Z tamtych terenów pochodził nieżyjący dziś Guenter Sorber, który kiedyś jako żużlowiec uciekł spod czapki Ericha Honeckera do ówczesnego RFN, czyli tych lepszych Niemiec. Guenter mówił mi kiedyś, podczas pobytu w roli międzynarodowego prominenta na turnieju w Rybniku, że jego brat służył w Wehrmachcie na terenach Śląska. Rozmowa była niemal konfidencjonalna ale przyjąłem jako normalnie towarzyską człowieka, który zrzuca z siebie jakieś odium. Nieważne. Było, minęło. Guenter Sorber przewodził światowemu żużlowi. 200 turniej GP wygrał szybki jak australijski kangur Jason Doyle, zbliżając się do lidera serialu Amerykanina Grega Hancocka. 5 punktów przewagi ma Jankes a następny turniej w Sztokholmie i walka o tron królewski rozpala emocje. Poobijany Anglik Tai Woffinden stracił w Teterow, zyskał natomiast Bartosz Zmarzlik, który był drugi. Jest w ogólnej punktacji jako beniaminek w takim towarzystwie czwarty. Greg ma 109 pkt a Bartosz 88. Przy okazji poprawia się jego angielszczyzna. Brawo, ucz się roztropnie dalej chłopcze, bo talent /do żużla/ masz wielki. Maciej Janowski znów zaliczył tyły, jest na liście szósty, za nim o punkt Piotr Pawlicki, który nie załapał się do finału. Zmarzlik i Pawlicki w elicie pokazują, że nie mają respektu przed nikim, w przyszłym sezonie jak utrzymają status członków GP, dojedzie jeszcze następny młody, gniewny Patryk Dudek. Niezła koalicja PL. Zawody na 314 metrowym torze, które sędziował Szwed Krister Gardell toczyły się z zaciętymi mijankami, czerwoną nawierzchnię przygotowano na pełny gaz. Tak to panowie trzeba urządzać, bo dość mamy nudnych turniejów.

Zawody GP na terenie Niemiec mają tradycję, także wcześniej finały światowe, gdzie lokowano przeważnie w Bawarii. Niemcy kochają samochody i motocykle, wyścigi, na długim torze, lodzie i tradycyjne klasyczne gonitwy. Mieli kiedyś świetnych mechaników no i charyzmatycznego zawodnika, który wywindował na szczyty niemiecki speedway EGONA MUELLERA. Show potrafił robić od początku do końca, Egon śpiewał w dyskotekach a dziewczyny za nim szalały.W 1983 roku w niemieckim Norden został mistrzem świata. Sport chłonny jest na zawodników, którzy fascynują kibiców swoim zachowaniem na torze i poza, wynikami w skali światowej, takie postacie są magnetyczne, fantastycznie ściągają ludzi na stadiony. Niemcy mają piękne tradycje w wyścigach na długich torach. Byli mistrzami świata, choćby Egon, czy Karl Maier, Klaus Lausch, Alois Wiesboeck, Georg Hack, Gerd Riss. Bawarski mechanik Otto Lantenhammer rasował silniki po mistrzowsku. Czy można liczyć na prolongatę turniejów GP na terenie Niemiec? Wszystko zależy od funduszów; kiedyś zrezygnował urokliwy Abensberg /stamtąd pochodził dawny mistrz mistrz Josef Hofmeister/ małe miasteczko w Bawarii a finał jednodniowy IMŚ odbył się nawet na monachijskim stadionie olimpijskim, w Pocking. Tradycje stadionów w bajecznym Landshut czy Kempten, Olching przeszły do historii. Geografia żużlowych turniejów skurczyła się, bo drenaż organizatorów serialu był ogromny a wszystko zależy od negocjacji i uczciwej gry rynkowej, bez wydzierania sobie zawodów za wszelką cenę a takie były praktyki polskich działaczy. A każdy pieniądz funta wart.

Przykład Teterowa i udanego sportowo mityngu w małej miejscowości pokazuje, że można urządzić show, bez szpanu, na ludowo. Startujący z dziką kartą Niemiec Martin Smoliński wygrał ostatni wyścig, awansował do półfinału i sprawił sobie oraz kibicom wielką satysfakcję. Niektórzy fans swawolili nawet na … torze/sic!/.

TETEROW za nami… Wcale mnie nie rajcuje lot cyrku GP do Australii na koniec sezonu. Sedno tych rozgrywek tkwi w Europie i jak pokazuje historia najlepiej przygotować zawody, gdzie tego chcą kibice i panuje luźna atmosfera radosnego festynu. Teterow mimo mankamentów organizacyjnych jest na pewno ucieczką od wielkomiejskiego zgiełku i jest lokalizacją, gdzie może czasami latają bajeczne cietrzewie. Ha, ha, ha… Auf Wiedersehen.

Carewicz Igor z Ufy

 

baszkiria

Metanol jest paliwem trującym ale nie takie rzeczy ludzie piją i mają sposoby. Opowiadał mi dawno temu, nieżyjący dziś mechanik reprezentacji Polski i klubowy /Częstochowa, Zielona Góra/ Tadeusz Tumiłowicz, że kiedy przyjechali na zawody do rosyjskiej Ufy i nalewali z beczki oznakowanej trupią czaszką metanol do motocykli, to paliwo okrutnie śmierdziało. Gdy zapytali dlaczego, usłyszeli odpowiedź: „ Żeby nasi nie pili, coś dodajemy “… Znam różne opowieści z wypraw do dawnego Kraju Rad i sam trochę tam przeżyłem dziwnych historii. „Egzotyka“ do zapamiętania.

Jesteśmy w Ufie, stolicy Baszkirii, mieście uprzemysłowionym z 7 uczelniami wyższymi, usportowionym ośrodku z którego wywodzi się najlepszy w historii Rosji żużlowiec IGOR PLECHANOW a także sześciokrotny mistrz świata w wyścigach na lodzie Nikołaj Krasnikow. W tempie ostatniej fazy tegorocznego sezonu odjeżdżam w historię, której penetrowanie nie jest czasem straconym. Mamy w drużynie Rosji Emila Sajfutdinowa, który gnębiony kontuzjami nie rozwinął kariery powszechnie spodziewanej. Start jako młodzieniec miał fenomenalny i porównywano go właśnie do legendarnego Igora Plechanowa. W drużynie Rosji są teraz jeszcze utalentowani, brawurowi bracia Łagutowie, Grisza i Artiom. W historii zespół /wówczas ZSRR/ miał zawodników, którzy objeżdżali najlepszych i dobijali się do podium, przede wszystkim w rozgrywkach drużynowych MŚ.

Indywidulanie postacią nr 1 był Plechanow, odważny, z dobrą techniką, talent, który mieszał sporo w MŚ, a przecież wiemy, że wjazd ze strefy tzw. kontynentalnej do światowej był piekielnie trudny. Igor dokonywał przebojem cudów. Jeździł jak szatan, był dla grona sław postrachem, o czym mówią wielcy mistrzowie świata: Szwed Ove Fundin, Nowozelandczycy Barry Briggs, Ivan Mauger. Urodził się w Ufie w 1933 roku /zm. w Ufie w 2007/.

Co różniło strefę kontynentalną od światowej? Ano przede wszystkim rozmaite nowości sprzętowe, nie było do nich dostępu z prozaicznej przyczyny, braku tzw. dewiz, czyli zachodnich pieniędzy. Butelkami wódki poszukiwano rozwiązań. Goniliśmy więc ten świat odwagą, sprytem i talentami, których nie można niczym przykryć ani oszukać.

Magicznym miejscem w historii żużla było londyńskie Wembley, ponadto kultowe ściganie w szwedzkim Goeteborgu. Różnice w układzie sił między Wschodem a Zachodem były ogromne nie tylko w żużlowym sprzęcie. Wyjazdy w strefę zachodnią nobilitowały o czym przekonywali się nie tylko zawodnicy byłego ZSRR. Trofimow, Szajnurow, Kuźniecow, bracia Gordiejewowie, Chłynowski, Starostin… byli następcami ery Plechanowa, który otworzył furtkę na żużlowy świat i wystartował jako pierwszy Rosjanin w indywidualnym finale MŚ na Wembley w 1962 roku. Wydarzenie? O tak! Ale zanim do tego doszło, płowy „carewicz“ Igor wtargnął rok wcześniej do finału IMŚ , który odbył się w szwedzkim Malmoe. Kto mógł tam wygrać, jak nie wysoki, przystojny Szwed Ove Fundin a obok niego na podium stanęli jego rodacy Bjoern Knutsson i Goete Nordin. Za nimi solidny Briggs. Plechanow był trzynasty. Polak Florian Kapała zajął bardzo dobre siódme miejsce. Takie samo, wspomnę, wywalczył na Wembley w 1960 roku Stefan Kwoczała, gdzie też triumfował Fundin. W 1960 na Wembley jeździli jeszcze Henryk Żyto i Marian Kaiser a rezerwowym był Mieczysław Połukard. W 1961 rybniczanin Stanisław Tkocz /zmarł w tym roku w Niemczech/, był piętnasty. Przypominam starty moich rodaków, którzy przecierali tory magiczne, owiane tajemnicami i poznawali drugą stronę żużlowego świata. Plechanowcy.

Wracam zatem do bohatera, czyli Igora. Znów jedzie w długą trasę samochodem do Londynu, a gdzie Ufa a gdzie stolica Wielkiej Brytanii? Szlak wiódł zawsze przez Dover. Rok 1962, finał IMŚ, wygrywa szybki jak błyskawica, rudowłosy/ zginął na torze/ Peter Craven, za nim jak lisy Briggs i Fundin a Plechanow jest dziesiąty, Paweł Waloszek piętnasty, w rezerwie zostawał Żyto. Rosjanin dawał znać o sobie, płacił frycowe, nadrabiał brawurą, to co inni mieli w mocy silnika. W 1963 inny Rosjanin Borys Samorodow zastąpił Igora i o mało co, nie znalazł się na podium, sensacyjnie był czwarty. Świetny zawodnik, o dwa lata starszy od Plechanowa, urodził się w Rybińsku, zmarł w Ufie w lutym 2016. Miał więcej tytułów mistrzowskich w Kraju Rad od Igora, wygrał pierwsze zawody zorganizowane w 1958 roku na moskiewskich Łużnikach, jego uczniami byli tacy mistrzowie jak Tatar Gabdrachman KADYROW, wirtuoz w wyścigach na lodzie/ solo zdobył sześć złotych medali/, który śmigał po taflach torów jak kamikadze czy Genadij Kurylenko, uczestnik finałów i zdobywca w 1969 roku pardubickiej Zlatej Prilby.

1964 rok i finał IMŚ w Goeteborgu, wygrywa z kompletem punktów nowozelandzki, elegancki as Barry Briggs a o srebrny medal barażują Plechanow i Fundin, obaj mają po 13 pkt. Rosjanin wygrywa, czwarte miejsce zajmuje Samorodow, ósmy jest Gienadij Kurylenko, dwunasty rybnicki mikrus Andrzej Wyglenda, czternasty Zbigniew Podlecki. Rok 1965 i WEMBLEY. Złoto dla Szweda Bjoerna Knutssona, którego poznałem w Londynie na gali w 1978 roku. Srebrny medal znów po barażu zgarnia Igor Plechanow, który ograł Fundina, obaj mieli po 13 pkt.; za nimi jak cień Briggs. Dziesiąty jest Andrzej Pogorzelski, za jego plecami Antoni Woryna, XVII Wyglenda, rezerwowy Marian Rose nie wystartował. Pojawiła się nowa, polska eskadra, która stanowiła świetny, zgrany team.

Za rok finał IMŚ w Goeteborgu i sensacja, bo rybniczanin WORYNA zdobywa brązowy medal, mistrzem zostaje Briggs, drugi jest Norweg Sverre Harrfeldt, Plechanow ósmy, za nim Stanisław Tkocz, XI Kaiser a XII Pogorzelski.

W Londynie w 1967 roku Plechanow w finale IMŚ zajmuje czwarte miejsce, zwycięża Fundin, przed swoim rodakiem z Eskilstuny Bengtem Janssonem i Ivanem Maugerem. Polaków było na Wembley kilku; dziesiąty Pogorzelski, za nim Woryna, dalej Jerzy Trzeszkowski i Wyglenda. „Zaczarowany“ tor na Wembley miał pierwszy wiraż wąski jak przesmyk, każdy łuk o innych rozmiarach, fani robili kosmiczną wrzawę, „piekło“ na stadionie.

Plechanow pojechał jeszcze za rok do Goeteborga na finał IMŚ jako rezerwowy, gdzie wygrał Mauger a gorzowianin EDWARD JANCARZ był sensacyjnie trzeci! A za nim Kurylenko, VI Waloszek, XI Woryna, XIV Trzeszkowski, rezerwa Jerzy Padewski.

W drużynowych MŚ Igor Plechanow z zespołem debiutującym w tych rozgrywkach zdobył w bawarskim Abensbergu srebrny medal. Podobnie we Wrocławiu w 1966, gdzie wygrali zgrani kompletnie Polacy. Nasz wielki triumf, sportowy, organizacyjny i nie ostatni w DMŚ. Ale o tym innym razem, dobrze?

A Plechanow? To karta światowego żużla, piękna jak Baszkiria; prócz fantastycznych jazd po medale w mistrzostwach świata, walczył o prymat swojego kraju i był nim, ponadto trenował innych, żył treściwymi wspomnieniami, które pewnie pozwalały mu trochę łatwiej żyć w trudnych przecież czasach. Był zawodnikiem, nie mającym żadnych kompleksów, talentem żonglował, ot, taki sobie ambitny Igor z dalekiej, mało znanej w świecie Ufy, który mocno targał za uszy bogatych żużlowego świata.

Złota Anita i żużlowcy

 

Zrzut ekranu 2016-08-26 o 08.41.23

82 m, 29 cm i samba, samba, samba krzyczał z radości radiowy komentator, kiedy młot Anity Włodarczyk poleciał ostatecznie po rekord świata. Wielki olimpijski wyczyn i złoty medal! Pani Anita jest sympatyczną dziewczyną, obdziela chętnie uśmiechami i autografami kibiców. Kiedyś była na Grand Prix w Toruniu i na trybunie nie dawano jej spokoju, bez przerwy proszono o autografy i robiono selfi. W końcu zmieniła miejsce, bo chciała zobaczyć w akcji żużlowców, których podziwiała od dziecka z mamą Magdaleną i ojcem Andrzejem na stadionie w Rawiczu. Stamtąd pochodzi a sympatia do żużla pozostała. Dziś w Rawiczu speedway jest na dnie, ogromnie żałuję, że do tego doprowadzono i na czarnym torze, jakich mało u nas, nie ma ścigania na poziomie. Dramat i działacze nieudacznicy. Ale jest w Rawiczu złota medalistka olimpijska z Rio de Janeiro ANITA WŁODARCZYK, która sławi przytulne wielkopolskie miasteczko. Sportsmenka jest czystym kryształkiem, pracowita, z ogromnym, lekkoatletycznym talentem i wyobraźnią. Można być dumnym z takiej obywatelki, reprezentantki Polski i w Rawiczu mogą z tego powodu mieć nosy do góry, czego nigdy nie pokazuje skromna Anita. Jest przykładem dla każdego sportowca, że z talentu przy ogromnej pracy można “wydusić” najwyższe cele. Olimpijskie!

Z Rawicza do Leszna nie tak daleko. Blisko. Tak blisko, że problemy rawickiego żużla jakby dotknęły zaraźliwie Unię. Klub z tradycjami, owiany legendą Alfreda Smoczyka, mistrzowskimi tytułami indywidualnymi i drużynowymi. Piękna karty historii, którą opracował z benedyktyńską jak zawsze dokładnością redaktor Wiesław Dobruszek. W ubiegłym roku drużynowego tytułu MP nie obroniła Stal Gorzów; tron objęło Leszno, kuźnia talentów, miasto, które żyje żużlem nie tylko od święta. “Sytuacja teraz jest podobna do tej sprzed roku” wspomina Andrzej Grodzki, działacz formatu międzynarodowego. Unia Leszno już nie obroni tytułu, dołuje i kryzys nie od dziś jest nadto widoczny. Dzwoni do mnie wytrawny działacz, który urodził się w Lesznie a mieszka na Śląsku i los klubu nie jest mu obojętny. Postawić jednak diagnozę trudno, zwykle na kryzys składa się kilka przyczyn.

Co mówi się o Unii na “zapleczu” ligowego placu?

Jest prezes ale jak wróble ćwierkają nie on rządzi, tylko duży wpływ ma nadal poprzedni szef. I nie dziwię się wcale, trudno tak sobie odejść w siną dal, wykładając wcześniej sporą kasę na klubowe doznania. Dualizm rządzenia na pewno nie jest sposobem na sukces. Takie polskie skrzywienie.

Roman Jankowski jest trenerem, byłym zawodnikiem, który w tym klubie dojedzie do emerytury, sportową już ma ale też sukcesy i doświadczenia. Fachman. Dobrano jeszcze do niego menedżera Adama Skórnickiego, który uwielbia ekran a od czasu do czasu łzy sentymentalnie cisną mu się do oczu. Twardy Jankowski i szukający miejsca miękki Skórnicki. Kogo wybrać? Kiedy są sukcesy problemów tradycyjnie nie ma, pojawiają się wówczas, gdy żużlowcy jadą w prawo. Jak twierdzi osoba wtajemniczona w klubowe zakamarki istnieją trzy grupy zawodników w Unii i ścierają się poglądami. Wynikł problem z Duńczykiem Nickim Pedersenem, który w tym sezonie ma tyły niesamowite, lecz zawsze w meczu ligowym będzie lepszy od jakiegoś młodzieńca Unii. To kwestia intuicji i gry kombinacyjnej w zbudowaniu drużyny na mecz. Takim zmysłem zawsze imponował Andrzej Pogorzelski, a tego nie można kupić na targu, ani na Allegro. Koniec, szlus. Nie wierzę jako były szef redakcyjnych gremiów, w drużynowe decyzje, gdyż zawsze Napoleonem musi być jeden, ten nr.1, on ponosi czytelną odpowiedzialność wobec zawodników, kibiców, klubu, środowiska.

Czy Unia targana jest koteriami? Czy zarząd uwierzył w boski cud tradycji zwyciężania, czy mało było powodów by wreszcie przystąpić do wyprania brudów? Piotr Pawlicki rozwija się na arenie międzynarodowej, trzeba się z tego cieszyć. Chłopak, co by nie mówić, jest wart inwestycji a że czasem w lidze mu nie pójdzie darujmy, odrobi. Jest drużyna czy nie? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? Unia Leszno na pewno jest symbolem polskiego żużla, dlatego fani martwią się i gdybają nad przyczynami. Kiedy widać oznaki regresu, gdy pacjent zachoruje potrzebny jest skalpel i szybka ręka, no i precyzyjne cięcie. Przykład “zmęczenia” Unii jest charakterystyczny dla teamów, które wierzą bezgranicznie w sukces i nie widzą żadnych zagrożeń wokół siebie. A życie uczy pokory. Vide sensacyjne upadki sław na brazylijskiej olimpiadzie.

Pokpiła swój los druga Unia, z Tarnowa, której jakby zabrakło czasu na trafne rozstrzygnięcia. Kto szybko daje, dwa razy daje… Słyszę, że gorzowska Stal robi bokami, jednak odrobione zadanie z turnieju Grand Prix musi przynieść zastrzyk gotowki, może nie tak szybko ale faktury spłyną.

Pytanie kto będzie mistrzem Polski w wyniku ekstraligowych play – offów, bo polska LIGA tradycyjnie wywołuje bóle głowy i dla każdego środowiska jest solą w oku. Zielonogórskim Falubazem szkoleniowo kieruje Marek Cieślak, który ma apetyt na medale obojętnie gdzie je rozdają. Przygarnięty do Poznania wrocławski Betard prowadzi Piotr Baron, który jest myślicielem nie gorszym od Cieślaka/ tenże miał w reprezentacji kiedyś dwóch doradców i na szczęście został sam/ i gdy reprezentacyjny Marek powie adieu, może nastanie era baronowa. W Grudziądzu na betonie trudno wygrać każdemu a pobliski Toruń nie żyje tylko piernikami i radiowymi falami. Finał finałów w lidze będzie mocno przyprawiony pieprzem.

Doły tabeli Ekstraligi są zwarte i gotowe na przetrwanie. Bój nie jest pierwszy i nie ostatni. W klubowych gabinetach wykuwają się warianty co i jak. Buszuje jednak ten nieokrzesany przypadek, który wabiony losem jest nieprzewidywalny, co powoduje, że sport bywa tajemniczy do końca, jak każda kobieta, poza może Anitą Włodarczyk, która jak machnie, to mężczyźni nie kryją zazdrości, gdy młot leci i spada daleko. Cudna sportowa etiuda w wykonaniu radosnej, złotej rawiczanki.

 

Vojens? Ole!

 

420618.501

Nie ma żartów, już teraz mamy sprawdziany na miarę medali. Sezon wjeżdża bez pardonu w strefę radości, żalu, spełnionych marzeń, niedosytu. Dla każdego coś tam! Proszę bardzo po kolei. Przelecieliśmy przez walijskie Cardiff, gdzie gorzowski mikrus Bartosz Zmarzlik wystrzelił jak rakieta obok Australijczyka Jasona Doyla, który wcześniej wygrał rewelacyjnie praską Grand Prix. Zmarzlik wykonał manewr, który można wybaczyć młokosowi, on ma szybki motocykl, lecz miał szczęście, bo nie raz takie numery kończą się karambolem. Nie wpadam w euforię przy takich mijankach, bo speedway to szczęście i nieszczęście w jednej kopercie. Darujmy sobie przykłady. Gorzowianin jest mały i lekki a motocykl pędzi z nim jak Pendolino. Warto aby młodzieniec z talentem jeszcze nauczył się angielskiego, lepiej poczuje się w gronie zwycięzców. W Cardiff unosiła się jeszcze atmosfera piłkarskich mistrzostw Europy, gdyż futbol brytyjski ratowała właśnie Walia z Garethem Bale’m na czele, zawodnikiem madryckiego Realu. Ale teraz mieliśmy skok w bok, czyli w Millennium Stadium 5. rundę serialu GP. Wygrał dredowy Antonio Lindbeack, który jest czasami szybki jak brazylijska piłka kopana przez legendarnego Pele. Z początkiem sierpnia mamy igrzyskowy szał letniej olimpiady w Brazylii, no i liczymy na medale głównie lekkoatletów, którzy niedawno w Amsterdamie wygrali klasyfikację medalową ME, a tego jeszcze nie było w historii. Za Lindbaeckiem ze Szwecji, stanął na podium amerykański weteran żużlowych wojen Greg Hancock, który też mieszka w Szwecji. Czy ten kraj lubi emigrantów z różnych stron świata? Trzeci na podium był wspomniany Zmarzlik i szkoda, że w finale zabrakło jeszcze bardzo dobrze jeżdżącego w Cardiff Piotra Pawlickiego. Rozkręca się pociecha familii Pawlickich, jeszcze robi błędy. Nie wjechał też do finału Maciej Janowski, który jeździ mało stabilnie. No zaraz, nie za duże apetyty żeby trzech Polaków znalazło się w finale? A tak się zanosiło, bo wygrywaliśmy na układanym torze rewelacyjnie, jednak przyszła zadyszka. Usłyszałem w TV, że Cardiff to Mekka brytyjskiego żużla… Nie przesadzajmy, historyczną Mekką speedway’a pozostanie na zawsze londyńskie Wembley, a walijska stolica po prostu urządza turnieje GP. Nie kryję zdziwienia, dlaczego dla wzmocnienia prestiżu żużla, właśnie tam nie lokuje się finału sezonu; miejsce jest wymarzone na takie wydarzenie pod dachem. A tu bęc trzeba w październiku po toruńskiej GP lecieć z bagażami do Melbourne. Antypody lepsze byłyby na otwarcie sezonu! Czy władza FIM ma coś do powiedzenia, czy tylko przyklaskuje, podobnie jak polska elita żużlowa, która modli się aby w takim towarzystwie być i bez wychylania przez okno, żeby nie wypaść. Mało odważnych w gierkach pod wodzą Włocha Armando Castagny, niemal sycylijska atmosfera pachnie niczym pizza prosto z pieca.

Jedźmy jednak do Vojens, gdzie na torze Ole Olsena w półfinale drużynowych mistrzostw świata startuje polska reprezentacja obok Duńczyków, Rosjan i Czechów. Ci ostatni będą pewnie ostatnimi. A reszta? W 2010 roku, kiedy solowym mistrzem świata został Tomasz Gollob, w duńskim Vojens Polacy zdobyli złoty medal, przed Duńczykami i Szwedami. Tego polskiego złota w DMŚ trochę było i może przyda się jeszcze na… 500 plus. Baraże i finał anno 2016 są lokowane na nowym stadionie w Manchestrze, gdzie sędziował nie tak dawno Marek Wojaczek młodzieżowe zawody. Stadion robi wrażenie. Manchester futbolowy to drużyny ze światowej elity United i City a żużlowy, to Belle Vue z legendą Petera Colinsa, mistrza świata a wcześniej rudego Petera Cravena, który tak jak Zmarzlik śmigał po torze niczym Szkot z dowcipu po darmową szklaneczkę whisky. Coach Duńczyków, multimedalista Hans Nielsen słusznie pominął w kadrze “rozklekotanych” – Nickiego Pedersena i Petera Kildemanda. Gospodarze będą jednak na pewno groźni i bez odstawionej pary. Rosjanie pojadą “wpieriod” z Emilem Sajfutdinowem i braćmi Łagutami; oni mają ambicje być w finale i nie można ich lekceważyć.

Zwycięzcy półfinałów automatycznie wjeżdżają do angielskiego finału, drudzy i trzeci trafią do barażu. Nie ma co kombinować, warto więc wygrać i mieć czas a odnowę. Finał imprezy 30 lipca, wcześniej baraż a jeszcze przed tym półfinały: wpierw w Vojens / 23 lipca/ a trzy dni później w szwedzkim Vastervik.

Rok temu na torze w Vojens Polacy wywalczyli brązowy medal a wygrali dobrze zgrani Szwedzi przed Duńczykami. Zabrakło Anglików, którzy teraz mają udział zapewniony jako gospodarze i pod wodzą Tai’a Woffindena będą groźni jak… piłkarze Manchesteru United albo City. Manchester jest miastem, gdzie od futbolu i speedway’a trudno uciec.

Drużynowe MŚ sygnowane jako Puchar Ove Fundina mają swoją historię bardzo polską i znaczoną medalami, co jednak w sporcie niczego nie gwarantuje. Ceni się wczoraj ale liczy dziś! Mamy nową ekipę już bez Tomasza Golloba i Jarosława Hampela, jednak zmiennicy mogą wszystko, co pokazali w ostatniej GP w Cardiff, choć zabrakło hymnu narodowego, co jest zawsze patriotycznym momentem wzruszenia. Sport bywa piękny w uczuciach, lecz nieprzewidywalny w skutkach. Speedway szczególnie, bo znaczony wypadkami, które kaleczą wizerunek a smak łez bywa jakże różny.

Ledwie zakończy się drużnowa przygoda MŚ, już 13 sierpnia w szwedzkiej Malilli mamy kolejne zawody Grand Prix. Nie ma więc oddechu, trzeba “orać” tory ku zadowoleniu dyrygentów serialu, który stanowczo jest za długi i wyciska z wszystkich nie tylko pot ale czasem coś gorszego, gdyż zmęczenie jest przykrym towarzyszem kontuzji i wypadków.

A zatem nie ma żartów a to dopiero środek sezonu i wszystko przed nami, jak na plażach Bałtyku; ścisk, drogo, pogoda różna a do domu daleko. Ole!

Plech

 

Zenon_Plech_310376

Po prostu Plech. Zenon. Jest rok 1973. Zawodnik gorzowskiej Stali ma 20 lat i jest obok klubowego kolegi Edwarda Jancarza nadzieją w finale indywidualnych mistrzostw świata, w premierze żużlowej Stadionu Śląskiego, wypełnionego ponad 100 tysięczną widownią. Atmosfera wspaniała. Sport jest obdarzony bogactwem niespodzianek, które fascynują, radują albo pogłębiają w rozpaczy faworytów i kibiców. Władze śląskie „wypucowane“ na głównej trybunie, podobnie cały stadion i urozmaicony park, w którym usytuowany jest obiekt o którym zagraniczne media będą trąbiły, że oto: „narodził się gigant dla speedway‘a z wulkanem publiczności“. Wszystko układa się dobrze, kibice z całej Polski zadowoleni; do dziś wspominają pobyt na tej imprezie osoby, które wtedy były razem z dziadkiem albo ojcem. Czas szybko leci. W katowickiej telewizji po turnieju szok, bo jest nowy mistrz świata Jerzy Szczakiel, który doczeka się następcy dopiero w 2010 roku /Tomasz Gollob/. Niewiarygodnie długa „ciąża“… Opolanin jest rewelacją finału i wygrywa z legendarnym Ivanem Maugerem po barażowym wyścigu, w którym Nowozelandczyk przewraca się bezradnie na wirażu. „Wstawaj chłopie, już po imprezie“ mówi do niego po polsku jeden z wirażowych, Mauger rozumie tylko jedno, że nie będzie mistrzem świata. Nie odgrywa znaczącej roli Edward Jancarz ale zawadiacko walczy w tym turnieju ZENON PLECH, chłopak jak lebioda, chuchro panuje nad motocyklem. Zdobywa brązowy medal! Sukces w cieniu złota Szczakiela. Ten finał zapamiętałem jak „Pana Tadeusza“. Tak oto zaczyna się kariera gorzowskiego chłopaka w świecie żużla, który stał się niepowtarzalnym serialem, podziwianym i pamiętanym od Gorzowa, przez Gdańsk, od Wielkiej Brytanii po Antypody.

Za rok na stadionie w Chorzowie Polacy przegrywają wszystko w finale drużynowych MŚ. Prezes Polskiego Związku Motorowego Roman Pijanowski, zacna postać w naszej motoryzacji i na arenie międzynarodowej, nie ukrywa zażenowania. Organizatorzy ze Śląska i PZM walczą o następne imprezy na Stadionie Śląskim. W 1976 roku znów finał indywidualny MŚ. Nowozelandzki mistrz bez barier Barry Briggs jest zafascynowany obiektem, goście zagraniczni zadowoleni ze śląskiej gościnności. Imprezy towarzyszące finałowi przechodzą do historii jako barwne, huczne i zabawne. Mistrzostwo zdobywa w brawurowym stylu Anglik Peter Collins, Mauger jest czwarty a Plech piąty. Wcześniej na londyńskim Wembley w finale IMŚ Zenon Plech zdobywa tylko cztery punkty a wygrywa Duńczyk Ole Olsen. Byłem na Wembley w 1975, 1978 i 1981, pierwszy wiraż był wąski, taki przesmyk. Kto wygrał start pędził jak szalony do mety. W 1977 w Goeteborgu na Ullevi Mauger zdobywa kolejny tytuł mistrza świata, piąty, zrównuje się z legendarnym Szwedem Ove Fundinem, który gratuluje Ivanowi. Plecha w tym turnieju nie ma. Za rok na Wembley także, gdzie Jerzy Rembas był o krok od podium. Zabrakło gorzowianinowi rutyny, szczęścia. Nikt nie miał takiej szansy.

Mamy rok 1979. Chorzów. Plech przyjeżdża z Anglii, gdzie startuje w londyńskim Hackney u Lena Silvera. Nie poznaję go, bo jest przygotowany jak nigdy. Rozdaje naklejki, uśmiechnięty i mówi w parkingu z pewnością w głosie: „Będę mistrzem świata“. Wierzyć, nie wierzyć? Z żużlowcami miałem migotania przedsionków serca nie raz i nie dwa. Motocykle Super Zenona lśnią, rywale nie od parady i znów ten nieobliczalny, czujny Mauger. Plech z nim przegrywa, spóźnia start. Ivan ucieka. Srebrny medal jest sukcesem Polaka, który wędruje na pierwsze strony gazet. Plech nigdy nie stronił od wywiadów, choć nie był łatwym rozmówcą, ma charakter, filozofię daleką od mizdrzenia się i udawania. Opuszcza rodzinne strony Gorzowa Wlkp. Afera wielka, bo dawniej nie tak łatwo zmieniało się kluby. Wybiera Gdańsk, lepsze powietrze; tam malaryczne nad Wartą a teraz Bałtyk atrakcyjnie pachnący nie tylko jodem. Po tym „sztormie“ transferowym szybko robi się spokojnie. Zenon jest etatowym reprezentantem Polski, razem od dawna w parze medalowej mistrzostw świata z Edwardem Jancarzem. W duńskim Vojens brąz, w słoweńskim Krsku srebro. I tak leci. Kocha Anglię i przygody. A one jego. Potrafi jechać do końca a potem wylewa z buta krew z poranionej nogi, jak było w Leningradzie w finale kontynentalnym DMŚ. I gdzie indziej podobnie. Męska gra, bez litości dla zdrowia. Bywałem i opisywałem w „Sporcie“ kawaleryjskie szarże i jego, i Jancarza. Było groźnie ale i czasami szalenie przyjemnie. Bez hipokryzji.

Cofam czas. We wspomnianym 1979 roku przed finałem w hotelu „Katowice“ w kawiarni klezmer grał na fortepianie pod palmą powojenne, sentymentalne szlagiery; kawa pachniała, herbata bez cytryny, leniwie ale owocnie: cinkciarze wypatrywali cudzoziemców a prostytutki swoje “ofiary“. Fani pilnie zbierali autografy uczestników turnieju. Samo południe. Oto naprzeciw mnie siedzi szwedzki mistrz, dystyngowany Anders Michanek a ja „robię“ wywiad dla macierzystego wówczas „Sportu“ i na koniec pytam o Plecha. –„ Będzie mistrzem świata, jeśli wcześniej się nie zabije“, mówi chłodno skandynawski mistrz jazdy technicznej i wyrachowanej. Zadumałem się a za kilkanaście godzin gratulowałem Zenkowi srebrnego medalu, który nie mógł przeżałować złota. Ivan okazał się raz jeszcze chytrym lisem. W Chorzowie zdobywa szósty tytuł mistrza świata! Niesamowity facet z Christchurch. Sprytny na startach, instytucja poza torem. Marka światowej promocji żużla owiana legendą niczym motocykle Harley‘a. „Ajwen“ nie do zdarcia; firmuje książki Petera Oakesa, robi interesy z alkoholowym koncernem Ricard.

W 1980 roku w niemieckiej, hanzeatyckiej, bogatej Bremie jest finał kontynentalny DMŚ. Polski team pod wodzą Plecha wygrywa. Zenek przyjeżdża srebrnym Fordem z Anglii razem z Romanem Jankowskim, który zalicza rewelacyjny debiut w Hackney. Plech z papierosem w ustach zasypia w aucie, koledzy budzą go a pet wypala dziurę w siedzeniu. Brema jak z obrazka jest fajnym epizodem drużynowym. Nie jedynym.

W tym samym roku w Krsku razem z „Eddym“ w finale par MŚ przegrywa tylko z Anglikami. Przyjechali razem autem z Anglii w ostatniej chwili a „wypruli“ z siebie wszystko. Na medal. I jak nie wybaczyć swobody życia, skoro za tym stoi podium?

1983 Rybnik, udany pod każdym względem finał „kont“ i premia do niemieckiego Norden. Plech zwycięża a potem przegrywa sromotnie w finale IMŚ; sprzęt ma źle przygotowany a złoto zgarnia Egon Mueller, niemiecki gwiazdor torów i dyskotek. Huśtawka Plecha. „Wolę z mądrym przegrać, niż z głupim wygrać“ i wiem co piszę. Kiedyś z ligi angielskiej do polskiej zawodnicy, a było ich mało, jeździli samochodami i promem via skalisty Dover, śliczną jachtami Ostendę i nie było na trasie czasu na odpoczynek. Wariacka jazda i tuż przed Gdańskiem nad ranem Plech Mercedesem wylatuje z drogi. Kierowca jest niezniszczalny, ma szczęście i charakter. Fruwa na torach i poza nimi. Kontuzje go nie omijają, nie szanuje zdrowia, które nie lubi lekceważenia. Szarpie punkty, wygrywa, przegrywa, „firma“ godna reklamy wszędzie. Plech nie pech.

Czas nie jest przyjacielem człowieka, przypomina błędy i bywa w korektach bezlitosny. Zenon Plech w Trójmieście jest od dawna. Nigdy, powtarzam, nie dbał o zdrowie, liczył się zawsze sport, stadion, treningi, warsztat, wyścigi, objechał świat, nazbierał medali i laurów worek, nie podaję i pomijam obszerną statystykę, tylko Tomasz Gollob pobił go w zdobyczach mistrzostw Polski. Był jednak inny czas dla Plecha a inny dla Golloba. Inne mentalności, spryt, intuicja, inne charaktery sportowe, towarzyskie, biznesowe. Plech jest /byłym/ zawodnikiem fantazyjnie traktującym karierę sportową, pieścił go talent, rewanżował się walecznością na granicy ryzyka. Prezentuje fachową, gorzowską szkołę mocno podjaraną morskim klimatem. Teraz odzywają się rany, wspomnienia.

Były prezes gdańskiego Wybrzeża i były minister zarazem, HENRYK MAJEWSKI, postać barwna i finezyjna, powiada, że takich sportowców jak Zenon Plech trzeba chronić, dbać i szlifować jak bałtycki bursztyn. No i co mam powiedzieć na takie dictum? Minister Majewski ze sportową, mentorską duszą i życiowym doświadczeniem ma „niestety“ rację, niczym filmowy James Bond. No tak, Plech dla Wybrzeża i Polski jest marką nie do podrobienia. Koledzy z londyńskiej “Speedway Star“ uwielbiali naszego „diabełka“. Towarzyski, filozoficzny i dowcipny. Miał armię kibiców na świecie. Mówili Zeno albo Plek, włóczyli się za nim angielscy i polscy fani, doceniali klasę i brawurę. Sport jest też i swoistym „aktorstwem“ nie do podrobienia. „Zatańczyć“ na torze nie każdy umie i przenieść adrenalinę poza stadion. Kibice kochają takie balety.

Przypomniałem wyrywkowo, może trochę zbyt emocjonalnie i chaotycznie, zdarzenia z udziałem ikony światowego i polskiego żużla, choć mógłbym jeszcze przywoływać „ku pamięci“ wiele innych zdarzeń i przygód, które były zwykle pożytecznym fermentem /radością a czasem i kłopotem/ dla mojego, skromnego dziennikarskiego żywota. Bywałem w tym „kotle“ nie od parady. No cóż kochani, jak mówią Czesi, to „se ne vrati“. Kończę więc i idę napić się czegoś mocniejszego, już po historycznej godzinie 13.00. A kto zresztą tę magiczną, „Wyborową“ godzinę z PRL – u pamięta? Dziś godziny nie grają już żadnej roli i panuje luz blues. Cześć.

Spowiedź bez rozgrzeszenia

 

Marlena_Dietrich_Kino_6091332

Kiedy słynna aktorka i piosenkarka niemieckiego pochodzenia, obywatelka amerykańska Marlena Dietrich “Błękitny Anioł“, która sprzeciwiła się Hitlerowi, przyjechała do Wrocławia i chciała spotkać się z polskim, modnym, buńczucznym aktorem młodego pokolenia Zbigniewem Cybulskim, który zasłynął rolą w filmie Andrzeja Wajdy „Popiół i Diament“. Zobaczcie inne z udziałem Zbigniewa Cybulskiego, który odznaczał się ciemnymi okularami w grubej oprawie. Marlena, powabna i mająca swoje lata czekała w hotelu “Monopol“. Bardzo spóźniony gwiazdor wpadł wreszcie do hotelu, był rozochocony a w kieszeni miał butelkę wódki. Przywitali się a polski aktor zapytał niemiecką divę, czy napije się z gwinta. Napiła i była zauroczona tak niecodziennym, fantazyjnym spotkaniem. Dietrich zachwyciła się również siermiężną i mroźną wówczas Warszawą, przechadzała po mieście, rozmawiała z ludźmi w kufajkach także. Niezwyczajna dama. Marlena miała seksowny głos i karierę kolorową, bogatą w zdarzenia. Niemka z amerykańskim paszportem, która nie przestraszyła się nazizmu.

Zbigniew Cybulski zginął tragicznie w 1967 roku na dworcu PKP we Wrocławiu. Był wcześniej w klubie twórców przy rynku, czekał na ekspress „Odra“/godz. 4, 20/ do Warszawy. Wyskoczył z taksówki po bagaż do hotelu „Monopol“, spóźniony wpadł na peronie między wagony, było ślisko, śnieżnie, styczniowy mróz, a pociąg już jechał…Skok ostatni. Tragedia na cały świat, 12 stycznia odbył się tłumny pogrzeb w Katowicach. I tam jest jego cmentarny pomnik. Czasem przechodzę, zatrzymuję się i przypominam sobie role niepokornego, grającego z pewną manierą polskiego Jamesa Deana. Cybulski jest legendą polskiego filmu, aktorem, idolem tamtego pokolenia. który zginął tak jak żył, pośpiesznie. Dramat rozegrał się za wcześnie, marnie. Żal spadających gwiazd bez sensu, bo mogą świecić na cały świat. Przypadek przerywa brutalnie karierę.

WROCŁAW. Zasłużony hotel „Monopol“ i nieistniejący już, bo wyburzony w centrum hotel „Panorama“. I wielkie imprezy żużlowe w stolicy Dolnego Śląska. Polscy działacze zapracowali solidnie na pochwały za organizację imprez światowych. Grono międzynarodowych polskich prominentów było znane z fachowości, swobodnie posługiwali się obcymi językami. Prym wiódł wszędobylski Władysław Pietrzak, który mieszkał w Bytomiu, walczył w Powstaniu Warszawskim, wrócił na stołeczny Czerniaków pod koniec życia. Inżynierowie – Zbigniew Flasiński, czy wspomniany Pietrzak byli erudytami z przedwojennej szkoły gimnazjalnych nauczycieli. We Wrocławiu było na żużlu organizacyjnie wybornie a we wspomnianym „Monopolu“ obfite bankiety po których niektórzy zagraniczni zawodnicy zasypiali a sprytne dziewczyny, nie wszystkie, mocno ich kochały aż po finał małżeński. O kulisach wrocławskich finałów wie dużo znakomity działacz Lucjan Korszek, który niejedno przeżył jako członek organizacyjnych i sportowych komitetów na olimpijskim stadionie. Kiedyś po jednym z finałów/ MŚ par, 1975/ bankiet odbywał się na stadionie w tamtejszym hoteliku. Burza rozszalała się wielka, stół zastawiony, światło zgasło nie na długo, pamiętam jak dziś, w mig zginęła wielka micha “tatara“. Burza pochłonęła wszystko? Podejrzewano sprawcę.

Przed innym turniejem zbierało się ostro na burzę i zrobiło potwornie duszno. Nie było czym oddychać i jeden z koni podczas ceremonii otwarcia padł jak rażony. Od tego czasu zamiast oryginałów, były konie mechaniczne w czasie prezentacji uczestników imprez.

O ile dużo skrywał hotel “Monopol“ we Wrocławiu, to przebijał inne miejsca hotel “Katowice“, centralna baza finałów światowych na Stadionie Śląskim. Brytyjczycy wybierali nie wiem dlaczego ówczesny Novotel w Sosnowcu, z czego korzystali taksówkarze, bo taryfa ze stadionu była większa. Tzw. „Piekiełko“ w hotelu KATOWICE gromadziło wszystkich, zawodników, osoby towarszyszące oraz extra fanów. Jeden z nich grał na trąbce o godzinie trzeciej nad ranem, co było komentowane przed śniadaniem jako extra wyczyn kogoś z Ostrowa Wlkp. Zagraniczni goście wiedzieli, że są kłopoty z alkoholem, więc znali już miejsca wokół dworca PKP i tam zaopatrywali się w trunki. Nikt na szczęście nie zatruł się a mówiono, że wszystko było pod kontrolą i władza miała oko na każdego. Ostatni finał /IMŚ/ w 1986 roku i w hotelu zamknięto/ remont?/ Pewex, gdzie za dewizy były różne rzeczy, w tym oczywiście „Żytnia“ i „Wyborowa“, także guma do żucia oraz inne gumy. Jedna z panienek nie ciężkich obyczajów niemal płakała, bo zarezerwowała pokój w pobliskim hotelu „Silesia“ a jej klienci ulokowali się poza Katowicami. Konkurencja była ostra, jednak bezkrwawa. Szaleli cinkciarze, taksówkarze a w hotelach tłok.

Światowe imprezy w Lesznie miały hotelowe zaplecze w pałacu w Rydzynie, 10 kilometrów od stadionu Unii. Miejsce było świetne, w końcu pałac i park. Amerykanie kiedy świętowali sukces pruli poduszki a pierze leciało jak śnieg z nieba. Inni uczesnicy nie wyobrażali sobie życia od śniadania do północy bez szampana. Obrotny gospodarz pałacu wszystko załatwiał i do jajecznicy było jak u pani Gesslerowej. Tylko podłoga mokra, bo szampan wsiąkał w wykładziny jak w gąbkę. Tam piło się z filiżanek, jeden z żurnalistów miał słabą głowę, a nadto psiknięto go z gaśnicy dla hecy i żeby nie stracił oddechu wydłubywano mu zapałkami pianę z nosa i uszu. Autorem zdarzenia był jeden ze znanych zawodników, kawalarz, który powiedział mi, kiedy zapytałem dlaczego przywozi tyle stringów z Zachodu, odpowiedział krótko: „dla chętnie rewanżujących się dziewczyn“. Obyczajowość kroczy obok każdych imprez i stanowi tło, barwne albo skandaliczne. Nie ma życia bez tęczy, mgły i czarnych chmur. Hotel „Pod Orłem“ w Bydgoszczy to piękna zabytkowa architektura, gdzie mieszkał m.inn. słynny pianista Artur Rubinstein. Nie tylko on, znani artyści, politycy. W sali „Malinowej“ prezydenckiemu /za czasów Lecha Wałęsy/ ministrowi kelner przez nieuwagę tegoż urzędnika wylał czerwony barszczyk na garnitur i białą koszulę. Wymieniono szybko ubranie, hm, tak, kelner… został i historia. Lubię ten hotel z duszą, kunsztownie odremontowany. Pachnie tam historią i rautami, które miały malinowe zabarwienie.

Bywałem w różnych miejscach Polski i Europy i jeździłem z zawodnikami. Pamiętam jak jeden z żużlowców na granicy z Niemcami został zatrzymany z powodu łysych, przednich opon. Medytował i kombinował, wreszcie mówi do mnie, a może zmienimy te opony na tył?!/ sic/. Dobry humor na NRD – owskich pograniczników.

Oj działo się wszędzie, bo fantazja nie zna granic, choć jak wspomina były sędzia Jerzy Kaczmarek z Poznania bywało groźnie. Otóż wracał z turnieju ze Lwowa z córką Anną, w towarzystwie holenderskiego działacza FIM i „Mercedes“ przed granicą został nagle zatrzymany przez uzbrojonych w karabiny ludzi w gumiakach. Chcieli przeprowadzić kontrolę w pobliskiej stodole. Strach. Przepychanka trwała, Kaczmarek impulsywnie po niemiecku krzyczał w determinacji, wreszcie gości na szczęście puszczono, kiedy przebierańcy usłyszeli słowo „prezydent“ a chodziło o Jana de Vriesa, który w towarzystwie żony był delegatem FIM we Lwowie. Szczęśliwie strzały nie padły, powiało jednak strachem, bo „kontrolerzy“ byli agresywni, tym razem nie zarobili nic.

Jest karnawał, bale, plebiscyty, plotki i wspominki. Jeszcze do tego wrócę. Przyznaję uczciwie, że na imprezach sportowych, nie tylko żużlowych, nie jadałem papieskich kremówek, tak jak i wspominany aktor Zbigniew Cybulski, który pochowany został w Katowicach, choć nigdy w nich nie mieszkał. Do poczytania za tydzień.