Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

Wyprzedaż dusz?

 

 

No to rym cym cym. Nie ma co owijać w bawełnę, ostatnie tygodnie środowisko, które wie czym jest metanol i jak po nim ściga, zajmowało się i nadal to robi, zawodnikiem wrocławskiego klubu, który wlewał do żyły za dużo, czego nie powinien robić. Noblista, pisarz, poeta, paryżanin Anatol France kiedyś zeznał: “W naturze człowieka leży rozsądne myślenie i nielogiczne działanie”. Sport jest ważną dziedziną życia, nie zawsze ludzie zachowują umiar, nie wszyscy rozumieją, że wynik nie jest ceną, za którą trzeba zapłacić rozumem, stracić go, przy tym przysłowiową twarz. Działania w sporcie bywają różne, pieniądze są niezbędne aby funkcjonować, coraz większe sumy gubią płynność rozumowania. Nie wszystko za wszelką cenę. Speedway jest sportem trudnym, to nie jest skok wzwyż ani rzut oszczepem. Jest sprzęt, silnik wymaga odpowiednich parametrów. Problemy. Aby uzyskać wynik drużynowy potrzebny budżet, który pozwoli skompletować skład gwarantujący osiągnięcia na jakie czeka odbiorca, czyli kibic, także w ostateczności sponsor, który wykłada na stół pieniądze. Dobry gospodarz musi zabiegać o finanse i być racjonalnym płatnikiem, mającym zaufanie wykonawców, mocodawców. W “komponowaniu” budżetów bierze udział sztab ludzi, są odpowiedzialni i są tacy, którzy bujają w przestrzeni, tracą poczucie rzeczywistości i zapominają skąd przyszli.

To nie jest łatwy tekst; bez tanich frazesów, prosto pod powieki.

Czy jeśli ktoś wyłoży na stół potężną kasę i namówi mnie na zmianę nazwiska/ choćby vel taki czy ów/, przyjmę ofertę i skalam przeszłość moich przodków? Tradycja jest świętą rzeczą, są narody, które tradycję stawiają na pierwszym miejscu. Nie może być inaczej, tradycja buduje także przyszłość, jest historią i lekcją obowiązkową dla następców, którzy zawdzięczają markę protoplastom. Znakomita aktorka, piosenkarka o krystalicznym głosie, scenarzystka, producentka filmowa, zdobywczyni Oscara Barbra Streisand z Nowego Jorku, której przodkowie pochodzą z dawnych polskich ziem za naszą wschodnią granicą, o tradycji mówi z estymą jak o religii. Zrobiła wszystko aby uhonorować swojego ojca i urządziła muzeum jego pamięci na Brooklynie. Cześć szczerze oddana i pielęgnowana. Pamiątki historii rodziny, dokonań, zwykłe rzeczy, które zebrane w całość czynią miejsce niezwykłym. Nowy Jork kocha pamięć a Polska wypełniona walecznymi tradycjami, jednak czasem głupotami niszczona, w ostateczności bywa rozsądkiem na szczęście ratowana. Balans nerwów, bo kapryśny los błądzi: karze i nagradza. Płynie rzeka z rwącym nurtem.

Mamy kluby sportowe, których tradycja, sukcesy budzą szczery podziw. Nie wyobrażam sobie Cracovii bez tej nazwy, Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, żużlowe marki wzbogacone o sponsorów nie tracą korzeni, więc broni się Włókniarz Częstochowa, Sparta Wrocław, czy Unia Leszno. Dodatki do nazw klubowych wypełniają skarbce bankomatów. W żużlu pusty sejf grozi upadkiem, czasem końcem sportowego świata.

Edward Jancarz zrobił dla Stali Gorzów tak dużo, że stadion nosi jego imię, zasłużenie. W klubie zaszła zmiana, nie tylko faktem, że mistrzem świata został Bartosz Zmarzlik. Jest nowy, aktywny, komunikatywny prezes Marek Grzyb, wszedł do gabinetu/ otworzył drzwi/ w dobrym momencie, bo złoto mistrza świata promieniuje i przyciąga sponsorów o pokaźnej wartości na rynku reklamowym. Bardzo dobrze, tak się dzieje wszędzie, gdzie sportowiec, drużyna zostają mistrzami, jest głośno i sławnie. Liverpool jest jeden! Popularność ma swoją cenę. Inny był czas, kiedy zwyciężał Jerzy Szczakiel, już inny zupełnie, gdy wygrywał Tomasz Gollob, bo ranga reklamy windowała interes w górę. Syndrom koniunktury non – stop zgarnia walory. Zmarzlik podbił cenę w stylu olimpijskim. Bardzo potrzebny zastrzyk racjonalnej euforii. Kesz nie spada z nieba, wiedzą o tym co sieją i orzą, a pogoda, polityka nie mają wpływu na niebiosa. Słońce raduje serce, deszcz rosi pragnienia.

Doszły mnie wieści, że nowy prezes Stali Gorzów i właściciel Cash Broker nie kryje faktu uzupełnienia vel zmiany nazwy stadionu za cenę wynegocjowaną ze sponsorem, który wrzuci konkretny pieniądz. Już jeden mecenas w tym klubie zaistniał, potężna marka, zapewniająca egzystencję na jaką zasługuje drużyna mistrza świata.

Jednak hola, hola… nie wszystko złote, co świeci.

Gorzów jest miastem usportowionym, speedway dyscypliną, która dzięki talentom, które kiełkują na Ziemi Lubuskiej wywindował się w górę potężnie a Edward Jancarz był postacią wybitną. Jego tragiczna śmierć była szokiem, kariera obfitowała w sukcesy sławiące imię Polski. Startował w lidze angielskiej na Wimbledonie i wyspiarze nie zapomną nigdy jego profesjonalizmu. “Eddy” był w narodowej reprezentacji Polski silnym punktem, indywidualne osiągnięcia i medal brązowy MŚ/ 1968, Goeteborg/ ma znaczenie kolosalne. Następne medale zdobywane razem z innym ziomalem Zenonem Plechem umocowały centrum żużlowe nad Wartą na mapie świata. Z końcem marca odbędzie się XVII/ od 1992 r. z przerwami/ Memoriał Edwarda Jancarza na stadionie jego imienia z udziałem elity polskiej i światowej. Tam nie ma odmowy startu, bo tradycja jest pamiętaniem bogatej, soczystej kariery Edwarda. Stadion Stali Gorzów czeka… Wyobraźmy sobie, że uczestnicy turnieju, kibice już nie idą na stadion Jancarza a na obiekt np. Wrzeciono czy Odlew, albo, albo… Moja wyobraźnia nie sięga konta bankowego klubu. Jancarz pozostanie Jancarzem i kropka. Szukanie i “deptanie” za pieniądze tradycji nie ma racjonalnego tłumaczenia i powoływanie się na inne stadiony, które mają sponsorskie nazwy, nie ma sensu. Każda droga prowadzi do celu? Bez objazdów? Forum kibiców jest zawsze pomocnym narzędziem, bo rekonstrukcja /wzbogacona/ dotyczy nazwy obiektu o imieniu, które rozsławia miasto nie tylko w sportowym środowisku. Refleksja i decyzja o nawet kuszącej ofercie powinna być dla potomności rozumna. Kompromis koczuje w naszej codzienności.

Ostatni Puchar Świata w skokach narciarskich odbył się w Zakopanem na Wielkiej Krokwi, która nosi imię wspaniałego narciarza, skoczka, patrioty Stanisława Marusarza, jego siostra Helena, narciarka, kurierka tatrzańska została rozstrzelana w 1941 roku przez hitlerowców w Pogórskiej Woli/ jest okazały obelisk/, pod Tarnowem. Zamyśliłem się znów głęboko… Kończę, nadciąga halny. Gdzie Giewont, gdzie Warta.

Gorzowskie w lubuskiej krainie ma treściwą tradycję, swoistą obyczajowość speedway’a. Fani Stali zagorzali w fascynacji i gloryfikowaniu ścigania. Tyle lat obserwuję i zawsze chętnie przyjeżdżam na prestiżowe turnieje. Mistrz tam kłania się mistrzowi. A jakie były początki tego zauroczenia, które owocuje niczym rajska jabłoń? Od Jancarza do Zmarzlika czas szybko przeleciał, na bogato; nazwa stadionu jest symbolem i wg. mnie nietykalna, jak biblijna rzeka Jordan. Pozdrawiam prezesa Stali and company spod Wielkiej Krokwi, gdzie górale z ciupagami czczą pamięć… No właśnie!

Moje fado

1 - Singer of Fado-1W portugalskich, portowych knajpkach w XIX wieku powstał ten rodzaj muzyki, fado, sentymentalny, tęskny. Lizbona, Porto… bajkowe miasta, gdzie nie sposób posłuchać tej muzyki; wokal wykonywany przy akompaniamencie dwóch gitar, wino podsyca nastrój, muzyka i pieśni jak świąteczne ballady. Znam, uwielbiam, szwendam się tam, słucham i rozmyślam, takie mam życiowe pobocza. Lubię także dworce kolejowe świata, lokalne, które przygarniają w koniecznych chwilach nie patrząc na godziny. Miejsca na odjazdy, przyjazdy, zawsze lepiej witać się, niż żegnać.

Koniec roku, sezonu, już rachunki strat i zysków dokonane. A przed oczami wyobraźni nowe wyzwania. Ledwie się zakończyła karuzela a już chcemy wsiadać na nową. Powoli, cierpliwości panie i panowie. Tego człowiek uczy się latami, szlifuje i zawsze jeszcze wpada w jakieś dziury. Nie ukrywam, że w duszy grają mi sentymenty, które pielęgnuję, odgrzebuję, co nie oznacza, że tu i teraz oraz jutro są bardzo ważne, zwłaszcza, kiedy pesel coś człowiekowi udowadnia.

Już wjeżdża nowy rok 2018 a co było w 1978, 1988 ? 40, 30 lat temu na arenie światowej? Lata spadają jak kartki z kalendarza, zrywamy, nie robimy zaległości. Nikt nam nie jest w stanie wydrzeć wspomnień, są wkręcone w świadomość i odgrywają na nowo taśmy z tamtych lat.

  1. Epoka późnego Edwarda Gierka a w Argentynie piłkarski Mundial. Wygrali gospodarze po dogrywce z Holandią 3:1. Finał odbył się w Buenos Aires, polskiego czasu o godzinie 15.00. Polacy pod wodzą trenera Jacka Gmocha zajęli 5/6 miejsce. Oczekiwania były większe, wygraliśmy np.mecz z Meksykiem 3:1. Zbigniew Boniek był liderem drużyny a królem strzelców został Mario Kempes ulubieniec gospodarzy. Argentyną rządziła junta wojskowa, Swiat się oburzał, odmówił wyjazdu na Mundial wspominany przeze mnie w poprzednim felietonie Holender Johan Cruyff.

Kiedy rozgrywano argentyński finał, na Stadionie Śląskim mieliśmy finał mistrzostw świata par. Niefortunna zbitka, nic nowego, bo tradycyjnie Międzynarodowa Federacja Motocyklowa lekceważy największe imprezy świata, nie uwzględnia terminów i faktu, że kibice inetresują się nie tylko motorami. Igrzyska Olimpijskie, MŚ, ME mają rangę ponad wszystkoostro rywalizującą z wydarzeniami na torach. Stadion Śląski był wypełniony zaledwie w połowie, co robiło wrażenie pustego obiektu, ponadto były rozbieżności w ilości widzów a sprzedanymi biletami. Wygrali Brytyjczycy, przed nową Zelandią; Malcolm Simmons, zwany “Simmo”, ścigał się w dodatkowym wyścigu z Ivanem Maugerem. Brytyjską parę dopełniał Gordon Kennett, a nowozelandzką Larry Ross. Trzecie miejsce zajęła Dania z Ole Olsenem i Finnem Thomsenem. Nie liczono, że Czesi Jirzi Stancl i Jan Verner staną na podium! A gdzie gospodarze w zestawieniu Edward Jancarz – Bolesław Proch/obaj już nie żyją/. Polacy przegrali trzema punktami z Czechami, Eddy zdobył 13 pkt, tylko dwa Proch. Klapa. Za nami Niemcy i… Szwedzi! “Trzy Korony” na siódmym miejscu – Jan Andersson, który jeździł w Kaparnie Goeteborg i Boerje Klinberg. Andersson zajmuje się obecnie rasowaniem silników i ma zmienne powodzenie. Finał przeszedł do historii, wynik był w polskich mediach komentowany krytycznie, ponadto na Mundialu nie było podium a w Chorzowie przy dziurawych bramach medale wisiały za wysoko. Jeden zawodnik nie wygra rywalizacji par, musi być zgrany tandem. Polski duet dał “ciała”, porażka u siebie bolesna.

INDYWIDUALNE mistrzostwa świata. Finał extra, w Londynie, więc lecę na Wembley, wielka gala, zaproszeni byli mistrzowie świata. Mamy dwóch reprezentantów, Jerzy Rembas, który ma wsparcie w gorzowianinie Edwardzie Jancarzu, który jeździ na Wimbledonie. Marek Cieślak jak zwykle niespokojny, co to będzie, co to będzie. Wembley pełne, ściganie w potwornym wrzasku kibiców, emocje sięgające zenitu. Wieczór ze speedway’em na tym starym Wembley był wydarzeniem niecodziennym, trudno opisać, brakuje czasem słów na obrazy z łomotem. Dramatyczny finał dla Polaków, oto debiutant Rembas, który wskoczył do finału z listy rezerwowej, po złamaniu nogi przez Niemca Hansa Wassermanna ma szanse na MEDAL na Wembley jako pierwszy Polak. Edward Jancarz daje mu swój sprzęt, gorzowski, reprezentacyjny mechanik Edward Pilarczyk przeciera okulary, zapomina, gdzie jest, “kocioł” na trybunach, Jurek stoi przed życiową szansą, no i niestety nie udaje mu się sztuka. Rembas za bardzo “odkręca”, gubi go trema, traci szansę a jako nałogowy palacz mógł dać popalić światowej elicie. Złoty medal zdobywa Duńczyk Ole Olsen, który na żużlu nie dokonywał szaleństw, fajerwerków, speedway w jego wykonaniu był oparty na niezawodnym sprzęcie/ Jawa/ i skandynawskim chłodzie. Dopiero po zawodach można było poluzować i wyściskać żonę Ullę. Na tej imprezie była przy podium obok Olsenowej miss świata, seksowna, niebieskooka Mary Stavin.

Za Olsenem znalazł się Gordon Kennett, spokojny, konsekwentny. O trzecie miejsce barażowali Amerykanin Scott Autrey, Dave Jessup i Jerzy Rembas, taka też była kolejność na mecie. Miałem wówczas ściśnięte gardło i wysokie tętno, bo szansa medalowa była prawie w kieszeni. Jerzy Rembas piąty, zapalił z Pilarczykiem papierosa, na piwo potem przyszedł czas. Marek Cieślak, który w finale kontynentalnym w Pradze był trzeci, za zwycięzcą Wassermannem i Czechem Jirzim Stanclem/ widziałem go ostatnio na GP w Pradze/, częstochowianin był dwunasty z 5 pkt. Słynny Mauger ósmy, Stancl przedostatni a ostatni jego rodak Petr Ondrasik. Za plecami Rembasa ulokował się angielski as Simmons, zawsze z perłowym uśmiechem, za “SIMMO” szalały polskie dziewczyny. Czy dawał im szanse tego nie wiem…

DRUŻYNOWE MŚ z finałem w bawarskim Landshut. Byłem tam z redaktorem Janem Ciszewskim, który tym razem nie do TV a nadawał do Polskiego Radia. Nowy tor kilkanaście kilometrów za ślicznym, zabytkowym miastem. Po raz pierwszy zajaśniała gwiazda Duńczyków niczym Wielki Wóz na niebie. 37 punktów zdobyli złoci Hans Nielsen, Olsen, Mike Lohmann i Thomsen. 27 pkt Anglia, a na podium z 16 pkt POLSKA, Jancarz, Cieślak, Rembas, Zenon Plech i Andrzej Huszcza. W pewnym momencie zgasło na małym, zgrabnym stadionie na wsi światło, jednak niemiecka sprawność prąd uruchomiła w porę. Za Polakami ulokowali się Czesi, co niejako było rewanżem za wpadkę na Stadionie Śląskim. Landshut nad Izarą wygląda jak landszaftowe widokówki bawarskie; starówka i zamek, polonica i życie na wysokiej stopie. Tak tam było i nadal jest! Region czysty jak łza, cisza, dbają o ekologię wszędzie, dlatego stadion zlokalizowano za miastem. Przykład myślenia o ludziach i ptakach.

1978, rok dla Polaków już z obywatelskimi niepokojami, protestami, prawo łamane.

Biorę oddech. Nastawiam płytę z fado i odgrzebuję w pamięci, jak to było w żużlu 10 lat później/1988/. Ofensywa duńska od Landshut ciągle miała moc i była fascynującym objawieniem, teamem gwiazd pod wodzą Olsena, które wydawało się, że będą świecić fantastycznie długo. Jednak życie dotkliwie udowadnia, że gwiazdy nagle spadają, dlatego mamy ciągłe dramaty zapisujące kolejne kartki historii. /CDN/

Na karuzeli

 

Wonder-Wheel-8-1600x900-c-default

Woody Allen zrobił taki filmowy dramat “Wonder Wheel”, z polskim tłumaczeniem tytułu “Na karuzeli życia”, obsada z gwiazdami/ Kate Winslet, Justin Timberlake, Jim Belushi/ i 137 nagrodami, 4 Oscarami! Akcja toczy się na plaży, Luna Parku Coney Island na Brooklynie a mistrz kina pokazuje, że życie jest karuzelą, wielkim, diabelskim młynem. Wszystko przelatuje, choć nie przemija w historii losów każdego z nas. Właśnie, nie przemija a wspomnienia są okruchami, wracamy zatem do nich, zwłaszcza w takie nastrojowe święta.

More Than a Speedway, więcej niż speedway? Niż sport? Posypały się dni, tygodnie, miesiące odchodzącego roku, jak płatki śniegu z wiatrem na Kasprowym Wierchu. Siadamy do stołu wigilijnego, odświętnie i jakby z tremą, która ogarnia wszystkich, nawet tych najdalszych gości, bardzo gospodarzy z obawą czy będzie smakowało. Kiedy już atmosfera emocjonalnego wzruszenia minie rozmowy przebiegają w różnych kierunkach, jednak najwięcej niepokoju wzbudzają tematy polityczne, które są jak granaty z podpalonymi lontami. A sport zwykle znajduje swoje miejsce, neutralne i choć nie każdego interesuje lokuje się w repertuarze. Życie rodzinne jest jednak tematem nr 1. No dobrze, wszystko już skosztowane, smakuje świetnie, oprawa świąteczna z choinką bogaci samopoczucie, jest kolorowo i uroczyście. Rok 2017 w polskim sporcie zaznaczył się awansem futbolistów do rosyjskiego Mundialu, co jest wydarzeniem przynoszącym ogromne nadzieje, jak gwiazdy na niebie z blaskiem na granatowym niebie. Piłkarze z Robertem Lewandowskim w połowie roku przyszłego zagrają z atrakcyjnymi rywalami wpierw o wyjście z grupy a potem zobaczymy… Ufam, że reprezentacja zrobi wszystko, żeby powalczyć na miarę kwatery w Soczi o wszystko. Diabelna karuzela.

***

A na żużlu drużynowe złoto mistrzostw świata dało nam kolejną satysfakcję, że mamy medalową reprezentację. “Kapela” Marka Cieślaka, który przyzwyczaił się do podium, nie dała szans nikomu na torze w Lesznie, które znów było areną takiego finału. Stadion Unii ma szczęście do reprezentacyjnego złota. Polska dominuje, jest najlepszym teamem. Nagle rozpadli się Duńczycy, ich as Nicki Pedersen leczył kontuzję, ma swoje lata i ma receptę na życie pozasportowe, bo książęce Monte Carlo jest przyjemne o każdej porze roku, więc kochają to miejsce sportowcy i celebryci, świat artystyczny i bogate towarzystwa wzajemnej adoracji w kasynie, które słynie z gości, mających fortuny, królewskie jachty. Tam się gra w ruletkę, która daje z bólem a odbiera z radością. Czego jest więcej? Wonder Wheel…

Danią kierował Hans Nielsen, zawodnik z zaszczytami, medalami, lecz bez charyzmy jak jego starszy rodak Ole Olsen. Hans przy swojej ujmującej osobowości i wielkiej klasie zawodniczej, jako menedżer niestety traci grunt pod nogami. Jako zawodnik potrafił pojechać bez pardonu po “wapnie”, wepchnąć się w tłoku na pierwsze miejsce ale w roli trenera brakuje mu jak mówią Francuzi “bel esprit”. W Lesznie Duńczyków brakowało, inni skandynawowie, Szwedzi byli za nami, potem sensacyjnie Rosjanie, no i na końcu rozkojarzeni Anglicy.

Indywidualnie debiutant w mistrzostwach świata konsekwentny i myślący Patryk Dudek w Melbourne wywalczył srebro, co jakby przyjęto z pewną dozą normalności, gdyż przyzwyczajono się, że Polacy mają taką ekipę, że ktoś musi zdobyć medal. Wcale nie musi, lecz powinien… Marek Cieślak charakterny coach reprezentacji był w Australii, komentował ze swadą ostatni turniej Grand Prix dla stacji TV Canal +.

W MŚ juniorów częstochowianin vel wrocławianin Maks Drabik został mistrzem świata, tata Sławomir jest dumny z takiego rodzinnego “ziarna”.

Wspominam o dokonaniach polskiego żużla, który jest w Europie na samej górze, brakuje jednak ciągle ostatecznej mocy indywidualnie, gdyż nadal mamy tylko dwa tytuły: Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba.

Sport jest ekscytującym, uzależniającym zjawiskiem a speedway dodaje moc adrenaliny wywołując często skraje emocje: z błota do złota, z kolan na podium, tragedie przeplatają się ze łzami nieszczęścia i szczerej radości. Bosko i niebezpiecznie. Wonder Wheel…

***

Na speedway warto, trzeba patrzeć przez witryny innych sportów.

Znakomity piłkarz holenderski, nieżyjący już Johan Cruyff, świetny zawodnik rodowodem z Ajaxu a potem grający znakomicie w Barcelonie i następnie trenujący ten zespół, był niezwykle skromnym człowiekiem z charakterem Dla niego rodzina była wszystkim, tak jak i klub. Pomnikowa postać futbolu, sportu. W jego świetnej autobiografii emitowanej przez Wydawnictwo Literackie a mało tak szczerych w sporcie, zaś w żużlu to rzadkość szczególna, pisze:

” Nie skończyłem żadnych studiów. Wszystkiego nauczyłem się dzięki doświadczeniu. Po tym jak w wieku dwunastu lat straciłem ojca, moim życiem stał się Ajax – najpierw towarzyszył mi drugi ojciec, gospodarz klubu, a później trenerzy”…

“ Dzięki klubowi uczyłem się nie tylko tego, jak być lepszym piłkarzem, ale też jak się mam zachowywać”…

” Chcę podkreślić, jak ważna jest rodzina, nie tylko rodzice, teściowie, żona, dzieci i wnuki , ale ludzie związani z Ajaksem, którzy podali mi pomocną dłoń w bardzo trudnym okresie mojego życia. Dlatego mogę powiedzieć, że klub także jest moją rodziną. Wiem też, że jeśli chodzi o sprawy piłki nożnej, mam jedną wadę – myślę tylko o byciu na szczycie. Jako zawodnik czy trener nie potrafię robić niczego na niskim poziomie, staram się być najlepszy w swoim zawodzie”.

Rodzina, klub – integralnie powiązane “instytucje”, do tego trener. Cruyff pisze, że życie nauczyło go najbardziej. I dosłownie: “Ostatecznie wiedza to doświadczenie”.

Koło się zamyka. Każda gra to wyczyn jeśli jest na poziomie, który gwarantuje sportowy artyzm. Holenderski internacjonał zeznaje, że nie wszystkiemu co robił mu przyklaskiwano i rozumiano, również dokuczano. Nie ma życia bez pochwał i krzywd.

”Ale cóż Rembrandta i van Gogha też nie rozumiano”, pisze. Książka jest świadectwem

niezwykłego talentu Holendra, człowieka z charakterem, sportowca z krwi i kości.

SPORT w globalnym wydaniu frapował mnie zawsze i to jest moje zeznanie w tym felietonie, dlatego patrzę na speedway z różnych stron, recenzuję, analizuję, kocham.

Adrenalinowy do bólu speedway jest otwartą grą, zawsze potrzebuje atmosfery rodzinnego wsparcia, uczenia bez owijania w kocyk prostych spraw. Więcej niż sport?

Mamy święta, wolne dni a już za progiem czai się Nowy Rok 2018. Ludzie związani uczuciowo obojętnie z jakim zawodem, pasjami nigdy nie tracą wątków dyskusji ani na chwilę.

Hiszpański trener, który wzbił się na wyżyny szkoleniowe jako zawodnik i trener w Barcelonie, prowadzący teraz Manchester City, Pep Guardiola powiedział: “Przed poznaniem Cruyffa nie wiedziałem nic o futbolu”. Szczera jak sumienie prawda kolegi.

Czasem nam się wydaje, że wiemy już wszystko a szara rzeczywistość obnaża boleśnie ignorancję, do której tylko krok do trudno akceptowanej arogancji.

Sport jest pięknym zjawiskiem a SPEEDWAY więcej niż grą, której uczymy się za każdym razem, z sezonu na sezon, od świąt do świąt. I tak już zostanie, jak na karuzeli życia, Wonder Wheel.

Zadyszany czas

 

8999931e-3100-47e8-b15a-5514e9020be9

Serial Grand Prix nakręca się jak szwajcarski zegarek. Jeszcze mamy obraz w pamięci warszawskiej GP a już skok wykonany do Łotwy, potem jazda do Czech. Tempo bez tempomatu. Stajnie żużlowej elity w pogotowiu. Długa jest droga do mistrzostwa świata, drogie kombinacje przy silnikach. To się opłaca? Nie ma innej drogi do podium w indywidualnych MŚ. Kto chce być mistrzem świata, stanąć na podium, musi przedzierać się cały sezon przez turnieje, kilkanaście imprez i modlić się, by nie mieć pecha, kontuzji, które prawie pewne miejsce na pudle zniweczą w ostatniej chwili. Gdzie jest sprawiedliwość? Można tak bez końca, nawet zimą ścigać się pod dachami i wierzyć, że teraz to będzie najsprawiedliwszy ze sprawiedliwych wyroków na wokandzie serialu Grand Prix. Raz po raz czepiam się długości serialu, który wcina się głęboko w kalendarz turniejowy. Nie wszyscy zawodnicy widzą w tym sens, omijają eliminacje a kiedy już nawet zawieruszą się przypadkiem do strefy promującej do udziału w GP nie sprawiają zbyt szczęśliwych. Ambicje pokrywają wygoda i większy zysk. Ligi forever.Tak?!

Hipokryzją jest udawanie, że taki system rozgrywek zapewnia tytuł najlepszemu. W ubiegłym roku tytuł mistrza świata należał się Jasonowi Doyle’owi, niestety wypadek, pech i groźny w konsekwencji uraz eliminuje Australijczyka ze startu w finale sezonu i złoty medal zabiera Amerykanin Greg Hancock. Sport jest dziedziną życia, która płata figle, jednych sprawiedliwie nagradza, drugich jakby karze za systematyczność.

Filozofia organizacji kilkunastu turniejów Grand Prix nie jest nowością na rynku sportowym. W małym/ Polska i okolice/ sporcie, jakim jest speedway, serial wcale nie ekscytuje wybrańców losu i gdy wyselekcjonuje się grupa kandydatów do podium i zacieśni grono pretendentów do medali, reszta jeździ, bo musi dokończyć grę i czeka z utęsknieniem na finał ”pochodu”. Patrzmy realnie na skostniałą strukturę serialu GP, schemat przylepił się do kalendarza i nie ma nikogo, kto podjąłby dyskusję nad sensem tak rozwlekłego cyklu, który wcale nie zapewnia, patrząc choćby na ubiegły sezon, mistrza świata bez kolców w koronie. Organizatorzy znad Tamizy wiedzą w co grają, sport jest drugoplanowy, pierwszoplanowy zysk. Poszczególni organizatorzy turniejów podpisują umowy z angielską firmą BSI. Pertraktują, kombinują. Polska rozdaje karty, bo bez nas byłby ten speedway okaleczonym zdobywaniem pieniędzy. Polacy ratują statystyki frekwencji. Poziom organizacji. Wniosek jest jeden; jeśli Polski Związek Motorowy skumuluje zgodnie wysiłki polskich organizatorów, można surowo dyktować warunki BSI. Bez nas, światowego speedway’a nie uratuje turniej w Cardiff, który jest brytyjską bazą w miejsce londyńskiego Wembley. Zaskakuje mnie polerowanie przez duże grono ludzi “robiących” w speedway’u zesztywniałego schematu. Mydlenie oczu. Tak być musi? Nie pomoże już nic, by zmodyfikować, skrócić serial z korzyścią dla świeżości sportowej walki o mistrzostwo świata. Nie katujmy elity, która przy długim cyklu wyłania jeszcze super elitę, ”magluje” się do utraty sił i zasobów konta. Nie patrzmy na tasiemcowe rozgrywanie IMŚ przez pryzmat polskiej frekwencji, warszawskiej Grand Prix, która udowodniła, że to nasza stolica powinna wieńczyć serial finałem, nad finałami. Wystarczy osiem turniejów panowie z Wysp Brytyjskich, z korzyścią dla rywalizacji w pełni kondycji, empatii dla sportu, z radością i entuzjazmem bez oznak zmęczenia zdrowia oraz technicznego zaplecza.

Sugeruję, że motorem napędowym do korekt, po dyskusji i uwzględnieniu wszystkich za i przeciw, jest centrala Polskiego Związku Motorowego z warszawskiej Kazimierzowskiej. Jak na razie od 1995 roku Anglicy wspomagani przez różnej barwy adoratorów hasają sobie po klubach, wybierają tych, którzy łamią reguły finansowe, psują rynek dla partykularnych ambicji urządzania imprez za wszelką cenę i “grają” na korzyść konta wyspiarzy. Co z tego ma speedway globalny czy prowincjonalny, co zawodnicy, działacze? Pseudoświatowy speedway polskim rynkiem stoi, mówienie, że mamy najlepszą ligę na świecie obanża ignorantów. To jakby żebrak z tysiącem złotych, chełpił się, że jest milionerem wśród innych żebraków. Trochę rozwagi i pokory.

Serial GP wymaga generalnego “remontu”, jeśi tak będzie dalej, to zniechęci adeptów walki o MŚ, wydrenuje organizatorów, którzy ze splendoru nie utrzymają swoich klubowych zobowiązań. Będziemy mieli elitę a potem długo, długo nic…

Temat nie jest błahy, bo liftingu IMŚ w najbardziej prestiżowej grupie, nie da się zrobić szybko, nie można go też modyfikować co roku. Projekt musi być trafiony na kolejne lata, wyobraźnia jest zawsze w cenie. Nie ma idealnych rozwiązań, ułomności wkalkulowane w życie, lecz rzecz w tym, by “kalectwa” było jak najmniej.

Speedway na świecie skurczył się niebezpiecznie, tragiczne wypadki stworzyły wizerunek groźnego sportu. Eliminacje IMŚ juniorów w Pardubicach/ponad 600/, Eskilstunie/400/ i Terenzano/1400/ obejrzało poniżej 2500 widzów/!/, o czym to świadczy? Szwedzka Esklistuna ma przecież ligę i stamtąd pochodzi kultowy Tommy Jansson, który zginął tragicznie na torze. A co zrobił w swoim kraju dla promocji żużla Armando Castagna, włoski szef światowego speedway’a? Równie dobrze mógłby być na jego miejscu Grek.

Czasu jest coraz mniej, zawodnicy “obskakują” ligi, wjeżdżają w serial GP z rozpędu, a reszta pilnuje tylko chleba bez igrzysk. Powinno być inaczej, z perspektywami. Martwi mnie głęboki regres angielskiej federacji, skandynawskie grubo nie przędą. Na tym tle świeci polska jutrzenka, nie popadajmy jednak w zadufanie, w potęgę. Nic nie trwa wiecznie. Nie ma mocarstw bez skazy i dobrze dostrzegać tych na ozłoconych motorach i tych, którzy z jednym silnikiem muszą przeorać cały sezon. BB – bogaci i biedacy.

Ostatnio mamy sporo smutnych wieści. Zmarł świetny artysta estrady, piosenkarz, trębacz, skrzypek, światowej klasy głos Zbigniew Wodecki; krakowskie grono mistrzów maleje, a tym samym moje. “Zadyszany czas”, tytuł felietonu wyjąłem z utworu ”Lubię wracać tam gdzie byłem” Zbigniewa Wodeckiego /tekst Wojciecha Młynarskiego/ “Co dzień nas gna, w nowe strony zadyszany czas, w sto dat, w sto spraw, wciąga nas, gna czas…”

Sto dat, sto spraw…

Prawdy, fałsze, fantazje: Sir Barry!

Barry_Briggs

Angielski rynek czytelniczy jest wypełniony książkami sportowymi. W 1974 wydawnictwo Hamlyn/ Londyn, Nowy Jork, Sydney, Toronto/ wydaje album pt.”SPEEDWAY and short track racing”/140 zdjęć/ autorstwa popularnego komentatora telewizyjnego/ Sky Sports/ Dave Lanninga. Poznałem go w Chorzowie rok wcześniej, kiedy przyleciał na finał indywidualny mistrzostw świata, który wygrał niespodziewanie Jerzy Szczakiel, przed Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem i Zenonem Plechem. Lannnig, przystojny Anglik, wysoki, uśmiechnięty i bez reszty ulegający urokowi speedway’a. Pochodził z Poole, gdzie żużel miał zawsze markę i startowali tam Polacy /m. inn. Antoni Woryna/. W 1975 roku jest finał IMŚ w Londynie na Wembley, no bo gdzie jak nie w świątyni tego sportu, futbolu i gonitw psów. Kultowy stadion, byłem tam trzy razy. Kupuję album Dave Lanninga, proszę o wpis, jeden z rozdziałów poświęcony jest Zenonowi Plechowi. Lannning lubił moich rodaków, zaprzyjaźniliśmy się i widywaliśmy na mistrzostwach świata. Dave rocznik 1938, zmarł pod koniec roku 2016. Jeden z pierwszych rozdziałów efektownego wydawnictwa poświęcony jest Nowozelandczykowi Barry Briggsowi, czterokrotnemu mistrzowi świata, którego też poznałem osobiście w Katowicach w 1973 roku. Brytyjczycy, kochający tradycję, zamawiali zwykle sosnowiecki Novotel.

Miał 18 lat i wystartował w klubie Dons na Wimbledonie, udanie kilkanaście lat potem jeździł w tym londyńskim zespole Edward Jancarz. Barry urodził się w Christchurch, tam gdzie Ivan Mauger i obaj zapisali fantastyczne karty w historii żużla. W 1971 roku w Rybniku przegrali z polską parą w MŚ Andrzejem Wyglendą/ Rybnik/ i Jerzym Szczakielem/ Opole/, nota bene dla każdego zagranicznego radiowego czy telewizyjnego reportera nazwisko opolanina w komentowaniu było wprost męczarnią.

Barry/ Briggo/, to dzisiejszy bohater mojego felietonu. Rocznik 1934, cztery razy zdobywał złoto w indywidualnych MŚ, pierwszy raz w Londynie w 1957 roku, potem za rok znów na Wembley, w 1964 w Goeteborgu, i dwa lata potem też na torze Goeteborga. 18 razy był w finałach indywidualnych MŚ, 6 razy zdobywał mistrzostwo Wielkiej Brytanii, 2 razy był mistrzem swojej ojczyzny. Objechał cały świat, jako zawodnik i jako człowiek po zakończeniu kariery szukający szczęścia w interesach. To on jest właśnie pomysłodawcą deflektorów w motocyklach / wyłapywacze kamieni spod tylnego koła/. Barry był pierwszym, który lansował na świecie, czeską markę Jawa na żużlu. W Japonii przepytał producentów motocykli i próbował ich zainteresować żużlem, bezskutecznie, gdyż Japończyków nie skusiła tak mała produkcja silników. Szkoda. Pamiętam jak Briggo był oczarowany widownią Stadionu Śląskiego w 1973 roku, szczelnie wypełnionymi trybunami. Razem z amerykańskim zapaleńcem żużlowym Harry Oxley’em zorganizował w Los Angeles/ na olimpiadzie w 1932 roku Janusz Kusociński zdobył złoty medal na 10 km/ po raz pierwszy na sztucznym torze stadionu olimpijskiego Memorial Coliseum finał indywidualny MŚ. Turniej/ rok 1982/ miał oprawę w stylu westernu, bo jakże inaczej, z dramaturgią a wygrał Amerykanin Bruce Penhall. Gwiazda na miarę Hollywood. Edward Jancarz/ 10 m./ poleciał na zawody z gorzowskim mechanikiem Edwardem Pilarczykiem a delegatem Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był niezapomniany Władysław Pietrzak, najbardziej znany działacz z Polski na forum FIM. Tak to było.

Barry był wszędobylski, Polskę poznał bardzo dobrze, chętnie przyjeżdżał, nie słyszałem, aby kiedykolwiek miał jakieś pretensje; elegancki gość, podobnie jego żona June, która zmarła już dawno. Stanowili szczęśliwą parę z udanymi synami.

W 1976 roku w królewskim pałacu Buckingham Barry otrzymał order MBE, ustanowiony przez króla Jerzego V w 1917 roku; prestiżowe odznaczenie czyli Najwspanialszy Order Imperium Brytyjskiego/ otrzymał także m. inn. słynny polski pianista Ignacy Paderewski/. Motto orderu MBE jest takie: “Za Boga i Imperium”/ For God and the Empire/. W albumie Lanninga jest zdjęcie rodziny Briggsów sprzed pałacu królewskiego, obok June, Barry’ego stoją synowie starszy Gary i Tony. Chłopcy jak malowani, udali się rodzicom. Za Garym dziewczyny szalały, był zgrabnym modelem, ujmującym, reklamował różne produkty, był sympatyczny i uwodzicielski. Młodszy Tony, urodzony/ 1962 w Southampton, “pojechał” śladem słynnego ojca, w finale MŚ juniorów w niemieckim Pocking wywalczył brązowy medal. Zapowiadał się dobrze, niestety podczas zawodów na Antypodach w żużlowej kraksie odniósł/ 1982/ kontuzję kręgów szyjnych, rehabilitował się intensywnie, rodzice na leczenie wydali majątek /o tym kiedy indziej/, wrócił na tor ale już bez iskry, jeździł w drugoligowym Wybrzeżu Gdańsk. Często bywa w Polsce, na Wybrzeżu. Barry jest dumny, bo Tony wprawdzie nie zrobił kariery sportowej wskutek przykrej kontuzji, lecz wymyślił dmuchane bandy, które skutecznie chronią zawodników przed ciężkimi kontuzjami. Tony ma głowę do interesów po ojcu, komunikatywny, lubiany, speedway przyniósł mu splendor i pieniądze.

BRIGGO… dziś już sędziwy multimedalista, obok rodaka Ivana Maugera/ też z orderem MBE/, Szweda Ove Fundina pokolenie mistrzów, którzy mają diamentowe karty/ w sumie 15 złotych medali/ w historii speedway’a. Nowozelandczycy mocni ongiś, dziś mają kadrowy kryzys, tory Wellington, Rotorua, Palmerston North, Christchurch zapomniane, nie ożywiły zainteresowania turnieje incydentalne Grand Prix/ Auckland/. SPORT i jego sukcesy tworzą ludzie, osobowości, charaktery. Brakuje następców Briggsa, Maugera, w pobliskiej Australii jest inna sytuacja, która mimo sukcesów nie pobudza wyobraźni działaczy i kibiców Nowej Zelandii, teraz popularność tego sportu jest tam miłą historią do wspominania.

W okresie polskiej transformacji, wielkiego cudu w polskich klubach, kiedy płacono za punkt 2000 marek niemieckich, był finał na Ullevi w Goeteborgu i boss Zielonej Góry zapowiedział rewanż za ten finał u siebie z główną nagrodą 100 tysięcy dolarów! Briggs senior podszedł do mnie i zapytał, kim jest ten gość i obiecuje taką gigantyczną nagrodę. To był wtedy kompletny szok, bo speedway poza Polską nie miał pieniędzy. – Barry, powiedziałem, dolary można znaleźć w lesie, “nie żartuj ze mną”. Do rewanżu za finał IMŚ nie doszło, ale myślę, że nie z powodu braku kasy a organizacyjnych. Speedway, każdy sport potrzebuje ludzi z tzw. otwartą głową, najlepiej charyzmatycznych, którzy realnie oceniają wydarzenia, analizują, prognozują, bo przeszłość jest historią, ale należy tworzyć nową z perspektywami na rozwój. Światowy speedway potrzebuje ciekawych mistrzów oraz wizjonerów, którzy dadzą aktywny impuls temu sportowi. Takim myślącym człowiekiem był bez wątpienia Barry Briggs, człowiek legenda, niespokojny duch, który zawsze chciał, żeby ten sport był atrakcyjny i lepszy. Briggo królewski.

Adam Jaźwiecki

Psychiczny podmuch i dama w czerwieni

 

zrzut-ekranu-2017-01-17-o-17-12-43Królową polskiej sceny sportowej za rok 2016 została Anita Włodarczyk, która rzuca młotem jak młoteczkiem, złota olimpijka, mistrzyni świata i rekordzistka. Wygrała plebiscyt “Przeglądu Sportowego” i wystąpiła w efektownej czerwonej sukni. “Lady in red”/ z piosenki Irlandczyka Chrisa de Burgha/ bawiła się świetnie w Warszawie do białego rana. Dobra forma nie tylko na stadionie. Ósme miejsce zajął brązowy mistrz świata gorzowianin Bartosz Zmarzlik, który w debiucie na scenie przed zacnym audytorium był mocno speszony. “ Wyobraź sobie Bartek, że jesteś na stadionie przed tłumem kibiców” próbował go podnieść na duchu Robert Korzeniowski, który odczytał werdykt kibiców dla Zmarzlika. “Chyba dziś nie będę spał” powiedział Bartosz, co sala skwitowała śmiechem. Zawodnik Stali Gorzów odniósł duży sukces w tym sezonie a ósme miejsce w prestiżowym plebiscycie “PS” jest potwierdzeniem uznania jego osiągnięć w wieku 21 lat. Wszystko przed nim, sława, pieniądze, szczęście. I praca. Zwyciężczyni plebiscytu Anita Włodarczyk, pochodząca z Rawicza, ma speedway we krwi, jak każdy kto stamtąd pochodzi a do kultowego Leszna na stadion Unii blisko. Mistrzyni zna się na żużlu, lubi od dziecka.

Mamy indywidualności, bo przecież na boiskach króluje Robert Lewandowski/ Bayern Monachium/, strzelec goli wyborowy. Elegancki skoczek narciarski Kamil Stoch wygrał w stylu mistrzowskim Turniej Czterech Skoczni. Fenomenalny wyczyn zakopiańczyka, drugi był Piotr Żyła, czwarty Maciej Kot. I jak tu nie być dumnym i cieszyć z tak wielkich sukcesów?! Trzeba! A propos zawodników, którzy zawładnęli skoczniami pod wodzą nowego trenera Austriaka Stefana Horngachera. Otóż odmienił ich diametralnie i zaszczepił moc, wiarę w zwycięstwa, dłuuugie loty. Adam Małysz popłakał się ze wzruszenia ”skoki piszą nową historię” oświadczył. Trener Horngacher napomknął o “psychicznym podmuchu pod narty”. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż uważam nie od dziś, że każdy sport musi być otwarty na inne sporty, wyciągać wnioski, snuć refleksje, nie zamykać się w schematach.

Na łamach “ Gazety Wyborczej” ukazał się wywiad z dr Konradem Majem, psychologiem społecznym, który komentuje sukces austriackiego szkoleniowca. “Widać, że opiera się na swoim autorytecie, nie mówi” bo ja wiem lepiej”, ale rozmawia i stara się swoich zawodników zrozumieć. Każdy dobry lider najpierw rozpoznaje potencjał swoich ludzi.Przygląda im się. Ustala nie tylko to, jak działają – w tym przypadku skaczą – ale też to, co mają w głowach, jakie emocje, zahamowania, możliwości. Zna też podstawowy psychologiczny mechanizm, że każda zmiana, jeśli ma być skuteczna, musi wypływać z wewnętrznej, a nie z zewnętrznej motywacji. To sam zawodnik musi czuć wewnętrzne przekonanie do zmiany”. I dalej “Nie wymaga od nich doskonałości, wymaga pracy”. Przekładam te słowa na inne sporty, bo nie tylko skoki narciarskie są na orbicie. Wiemy, co może zdziałać dobry trener, czasem podnieść z podłogi upadłego i wynieść na wyżyny. Nie zawsze, bo od samego zawodnika zależy tyle, i aż tyle. Bartosz Zmarzlik, tak mówią – jest urodzony do żużla a były, charyzmatyczny sędzia żużlowy Jerzy Kaczmarek z Poznania opowiadał mi kiedyś, jak to gorzowianin nastoletni zdawał licencję i przewrócił się, rozpłakał, oceniający docenili talent, popuścili i nie odebrali nadziei chłopakowi, zdał w powtórce tego samego dnia i co teraz mamy? Kariera przed nim otwiera się na dobre, acz laury nie spadają same z nieba. Mistrz świata juniorów, drużynowy czempion, mistrz Polski ze Stalą Gorzów. Oj, bogato w tak młodym wieku. Najważniejszy jest fakt skutecznego ścigania się Bartosza; nie ma tremy, wprawdzie dopadła go na imprezie “PS”, a czeka go jeszcze udział w plebiscycie “Tygodnika Żużlowego”. Nabierze rutyny estradowej, spoko. Kamil Stoch, tak jak Zmarzlik od dziecka marzył aby odlecieć daleko na skoczni. Z Gubałowki nie jest daleko na Wielką Krokiew. Mały brzdąc miał w sobie iskrę bożą do skakania i nie jest wyjątkiem w Zakopanem, na Podhalu, bo tam chłopcy rodzą się z nartami w łóżeczku. A chłopcy w Gorzowie i okolicy, na Pomorzu, w Wielkopolsce, w Zielonogórskim? Marzą, żeby wsiąść na motocykl żużlowy i równać do Edwarda Jancarza, Tomasza Golloba. Uparci, jak Anita Włodarczyk, dochodzą do perfekcji, podobnie imponuje techniką w grze Robert Lewandowski jeden z najlepszych piłkarzy świata czy empatyczny dyskobol Piotr Małachowski, który pomaga charytatywnie z uśmiechem na twarzy. IKONY. Mają w sobie sympatyczny imperatyw wygrywania, nie znają lęku przed wyzwaniami w walce z idolami na świecie. Wspominany trener skoczków nie stawia na jedno “złote dziecko” tylko na zespołowość, szalenie ważna sparawa. Mówi się już, że dokonał cudu, a co w takim razie powiedzieć o drużynie Adama Nawałki, który futbolistów postawił na nogi. Wyczynowo profesjonalnie. Sport współczesny to nie jeden człowiek, lecz sztab fachowców, którzy wiedzą co robić w teamach. Opieranie się na jednej postaci nie ma sensu. Piłkarski trener Legii Warszawa Jacek Magiera drużynę bez wiary, rozklekotaną jak stare auto, potrafił wydostać z zapaści. Partaczyli a teraz wyczniają niemal cuda.

Szkoleniowo sport musi być dziś otwarty na współpracę w różnych kierunkach, iskrzyć empatią. Dlatego wspominałem, że różne dyscypliny powinny spotykać się na wymianę opinii, dzielić doświadczeniem, bo wiedzy nigdy za dużo. Trzeba umiejętnie trafiać w psychikę, nie doprowadzać do stresu, budować luz, nie blokować a pomagać. Wracam do psychologa Konrada Maja, który mówi tak: “W zachodnich systemach edukacyjnych stawia się na naukę w grupach, współdziałanie, uczenie od siebie. Tam to jest naturalne – chcesz zwyciężać, robić coś dobrze, rób to z innymi ludźmi”. Speedway jest w okresie przygotowań do nowego sezonu, który powinien, jak wynika z analiz, być udanym na arenie międzynarodowej. Nie ma maszynek do wygrywania, ludzie mają swoje dobre i złe dni, potencjał drzemiący w takich sportowcach jak Włodarczyk, Stoch, Lewandowski, Zmarzlik jest zaraźliwy i powoduje “psychiczny podmuch”, który kończy się podium, medalami, unikalnym romantyzmem wywołującym radość serdeczną, wzruszenia niezapomniane. I humor. Wspomniany wesołek Piotr Żyła zapytany co kupi za pieniądze zarobione za wyczyn w Turnieju Czterech Skoczni, odparł: “ Chyba sznurówki, bo jedna mi się urwała”. I co na to dama w czerwieni?

Prawdy, fałsze, fantazje: Moja ziemia obiecana

 

z15730515ih

Każdy ma swoją wyśnioną ziemię obiecaną. Władysław Reymont napisał jakże piękną panoramiczną powieść, która osadzona w realiach XIX wiecznej Łodzi ciągle jest w swojej treści aktualna z charakterami ludzi, dążeniami, marzeniami. Wiruje mi raz po raz muzyka i walc z filmu Andrzeja Wajdy “Ziemia Obiecana”, której autorem jest Wojciech Kilar, z którym od czasu do czasu wymienialiśmy poglądy jako sąsiedzi. Nie ma na świecie już tamtej Łodzi, nie ma reżysera Andrzeja Wajdy i Wojciecha Kilara. Jest film z walcem i powieść, która oparta na biblijnym przesłaniu powinna być obowiązkową lekturą każdego z nas. Każdy śni o czymś, o kimś i o czasie, który byłby lepszy w życiu. Nie zmienimy charakterów, miewamy kodowane sny bardziej lub mniej realne. Rzeczywistość jednak zawsze budzi, koryguje, inspiruje. I tak sobie żyjemy.

Mamy święta, Boże Narodzenie, wyjątkowe dni, koniec miesięcy i kolejnych otwarcie.

Świąteczne dni bywają magicznym labiryntem dla myśli. Spokojnie, nie uciekam od żużla i już wjeżdżam w swoją ziemię obiecaną i nie bardzo swoją, naszą, bo kiedy sport się kocha, to życie biegnie jakby łatwiej. Przyjemnie od czasu do czasu.

Miniony sezon był obfity w medale, polski speedway wytworzył od kilku lat atmosferę, która lokuje nasze emocje wokół podium mistrzostw każdej kategorii.

Co zostało “wyjeżdżone” i zdobyte a co będzie? Hm…

Serial Grand Prix i zawarte w nim indywidualne mistrzostwa świata stymulują pozostałe kategorie rozgrywek. Ten rozdział jest kontrowersyjnym kawałkiem nie od dziś, już w 1995 roku, od wrocławskiej premiery i zwycięstwa Tomasza Golloba mieliśmy nadzieję na lepsze jutro, zdobycie nowych rynków żużlowych, kibiców i cymes atrakcje. Kiedy skończyły się w tradycyjnej formule indywidualne MŚ, przejście do czegoś nowego było owiane optymizmem i nadzieją. Zwykle początki są trudne. Struktura turniejów była długa, nudna i odsyłała bardzo szybko kilku zawodników pod prysznic i do domów. Głupawe to było, mało fair w stosunku do słabiej startujących w premierze. Skorygowano jednak ten idiotyzm, pomysł angielskiej firmy BSI i głównego wpierw doradcy tego serialu a potem dyrektora, trzykrotnego mistrza świata z Danii Ole Olsena. Dziś jest on na sportowej emeryturze a następcą na tym samym fotelu młodszy syn Torben. Mamy na karku rok 2017 a premiera wrocławska GP odbyła się w 1995. Szmat czasu, nowych rynków nie zdobyto, nie uległa czarowi Hiszpania, Francja, nie garnie się amerykańska federacja, wschodnie rubieże Europy zamykają się na Łotwie. Włosi “kuleją”, choć stamtąd wywodzi się aktualny szef światowego żużla, były zawodnik Armando Castagna. Norwegowie odstają, Finowie próbowali, podobnie Nowozelandczycy, Australijczycy mieli już doświadczenia z GP, zrezygnowali, lecz znów powrócili, wątpię czy na długo. Rynek azjatycki, w tym Chiny, które są agresywne na sportowym rynku, podobnie jak i techniczni Japończycy nie są zainteresowani speedway’em, który właściwie pozostaje europejskim sportem z malutkimi wyjątkami /USA i Australia/. Zafascynowany wyścigami F -1 rynek arabskich szejków nie został pobudzony do jazd na torach dla odmiany innych, bo piaskowych.

Europejski speedway został wykreowany przez zjawisko ”Gollobomani”, jazdy Tomasza Golloba wszędzie, gdzie startował były dopingowane przez biało – czerwone tłumy kibiców, dominujące i radosne na stadionach, głośne jak znane kapele. Festiwal taki trwał kilkanaście lat i był mocnym przeżyciem dla wszystkich fanów. Jarosław Hampel dokańczał, co wcześniej się zaczęło, było bosko.

Tajfuny mijają ale wracają. Księżycowe bajki mają koniec wraz ze wschodami słońca.

W tym sezonie przy ogromnym pechu Australijczyka Jasona Doyla, po raz czwarty tytuł mistrza świata zdobył 46 – letni Amerykanin Greg Hancock, a brązowy medal wywalczył 21 – letni Bartosz Zmarzlik z gorzowskiej Stali. Sukces debiutanta wyceniony na miarę byłych gorzowskich medalistów Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. W żużlu “urodziła” się nowa generacja zawodników z którymi wiążemy nadzieję, bo w kolejnym sezonie wystartują Piotr Pawlicki/ udany debiut/, Patryk Dudek/ debiut/ i ku zaskoczeniu wszystkich Maciej Janowski, który zajął dziesiąte miejsce, lecz otrzymał od organizatora serialu “dziką kartę” na cały sezon. Sztab BSI tak zadecydował, nie wziął pod uwagę Słowaka Martina Vaculika lub czeskiego “Rumcajsa” Vaclava Milika. Poczekają? Janowski spisywał się kiepsko, był wolny, bez werwy, nijaki. Otrzymany prezent od BSI jest zobowiązujący w nowym roku, w którym będzie aż czterech polskich zawodników. Jedna czwarta w gronie startujących świadczy o dominacji, nie można ukrywać radości ale i nadziei na podium, na które w 2016 wskoczył mikrus Bartosz Zmarzlik. Fruwa na świetnie przygotowanym sprzęcie, którego pilnuje ojciec Paweł. Mamy zawodnika o predyspozycjach mistrzowskich a jak będzie rozwijał się talent, pokaże rozwaga w kolejnych startach i latach.

Moja ziemia obiecana “kwitnie”, nie tylko Bartoszowymi jazdami, bo oto i Piotr Pawlicki, i Patryk Dudek mają potencjał na zwycięstwa a podjarani przez gorzowskiego rozbójnika będą ryzykować zapewne bez umiaru. Krew nie woda, chłopcy są odważni i powalczą jak ongiś polska husaria. Piotr nie wypadł z ósemki, a Patryk, dawny mistrz świata juniorów potrafi dużo a może i więcej. Nie wiadomo jak wypadnie szczęśliwy “bankrut” Maciej Janowski, bo chyba ma coś do udowodnienia kibicom, elicie z BSI, która na niego postawiła oraz sobie.

Ziemia obiecana nie jest mała… Drużynowo jesteśmy mistrzami świata a finałowy turniej Pucharu Świata 2017 rozegrany zostanie w Lesznie, gdzie już kiedyś podnosiliśmy się z błota, z kolan wprost na złoty tron. Mamy drużynę młodą, bojową kierowaną przez Marka Cieślaka kolekcjonera medali, magika, który czaruje swoimi wyborami i przechodzi do historii jako szkoleniowiec, który niczego i nikogo się nie boi. Czy można sobie wyobrazić, że w Lesznie nie zabrzmi Mazurek Dąbrowskiego?! Dlatego moja żużlowa ziemia obiecana jest wizją realnej nadziei, że rok 2017 będzie sprawiedliwy i złoty, medalowy a turnieje GP i ligowe mecze dostarczą wrażeń podobnie, jak świąteczne spotkania, bo każde jest przecież inne w atmosferze i przeżyciach. Każde jest taką “ziemią obiecaną”, która nie zawsze bywa snem, muzycznym walcem i filmowym obrazem.