Gdyby jutra nie było…

No tak, bardzo smutno, zmarł współtwórca kultowej Budki Suflera, niebanalny kompozytor ROMUALD LIPKO/ ur. 1950, Lublin/. Świetny muzyk tej ikonowej kapeli, która wrosła mocno kulturowo w świat piosenki. Utwory Romualda Lipki wykonują wybitni artyści polskiej estrady, fragmenty tekstów stały się obiegowe/ bo do tanga trzeba dwojga/, solista Krzysztof Cugowski, razem z Romualdem byli fanami żużlowego Motoru. Bodaj dwa lata temu spotkałem się z Romkiem na rynku w Kazimierzu Dolnym, gdzie miał swoją przystań i rozmawialiśmy o tekstach. Zmarł, choroba była silniejsza. Kompozytor miniatur nieśmiertelnych, Jolka, Jolka pamiętasz, Bal wszystkich świętych, Takie tango, Za ostatni grosz, Malinowy król, Dmuchawce, latawce wiatr, To nie tak miało być… Bagaż utworów jakże piękny we wzruszeniach, kiedy się słucha… LIPKO. Lublin. Gdyby jutra nie było… jeden z ostatnich utworów, jeszcze nie tak sławny jak Jolka/ emigrowałem z objęć twych nad ranem, dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem/, czy Takie tango albo Nic nie może wiecznie trwać…

Ale wracam do “ bo gdyby jutra nie było”…  Znany autor tekstu Marek Dutkiewicz, no i kompozycja rockowa, jakby przesłanie, Romuald Lipko. Hymn, symbolika? Premiera rok temu… Oto treść, “słychać” w niej emocje, muzykę dusz.

 

Wyobraź sobie, że to ostatni nasz dzień,

Ślepa ulica nas tu prowadzi

Naprawdę szkoda łez

Nie ma planety B

Na święto ognia nic nie poradzisz

Ostatni pociąg w ostatni rusza lot

Słońce zachodzi, idzie noc

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez

Niech nie rdzewieje nadzieja, ocalić trzeba wspomnienia

I wierzyć trzeba, że znów obudzimy się.

Jeśli to tylko sen

Nie może spełnić się

Niechaj nie porwie nas wir cyklonu

Czy jesteś gotów by pakować brudne sny?

Nie bać się błysku ani gromu.

Niech czarna cisza nie dopadnie nas.

Serce zabrania nam się bać.

Bo gdyby jutra nie było, ocalić trzeba nam miłość

To tylko liczy się na tej planecie łez…

 

XXX

 

Muszę dać odpoczynek mojemu sercu, które wzruszeniem zaczęło bić nadmiernie. No chwila, już, spokojnie. CDN…

Ile razy jestem na stadionie warszawskiej Legii hymn kibiców tej drużyny “Sen o Warszawie”, kompozycji Czesława Niemena ze słowami Marka Gaszyńskiego śpiewany na stojąco przez kilkadziesiąt tysięcy kibiców wywołuje arytmię, leci tam pieśń jak burza z trybun nad Wisłę, w stronę nobliwych Łazienek. Pięknie, to element uwertury obojętnie jakiego poziomu piłkarskiego show. Ale Niemen wybrzmiewa silnie.

LIVERPOOL. Piłkarze The Reds mają swój kultowy na całym globie hymn “Nigdy nie będziesz szedł sam”… You’ll Never Walk Alone, kilkadziesiąt tysięcy fanów ze łzami w oczach śpiewa słynny na świecie utwór. Ciekawa jego historia, stworzony na nowojorskim Broadway’u w 1945 był poświecony więzom rodzinnym, po zakończeniu II Wojny Światowej o synach, którzy nie wrócili z Europy do USA. Autorami byli kompozytorzy klasycznych musicali Rogers i Hammerstein II. Piosenka zyskała błyskawicznie popularność, wykonywali ją takie oto sławy: Presley, Sinatra, Streisand, Jones, Franklin, Charles, Garland, Humperdinck. Od 1963 roku upowszechnił w Europie Gerry Mardsen nad company. Niesamowite zjawisko, ten utwór jest kultowy, uwielbiany przez świat w każdym zakątku. Legenda. Pieśń nad pieśniami, spleciona także tragiczną historią kibiców. Słynne kluby piłkarskie/ nie tylko/ mają swoje hymny, Manchester City z Blue Moon, Barcelona wyciska z oczu do sucha łzy, Włosi mają melodyjne emocje… każdy swoje marzenia zanim zacznie się sportowa walka. “Krocz, krocz dalej z nadzieją w sercu a nigdy  nie będziesz sam,, nigdy nie będziesz szedł sam”…Kultowy diabelnie klub The Reds, prowadzony przez niemieckiego, charyzmatycznego trenera Juergena Kloppa. Piłkarskie i muzyczne zaułki Liverpoolu, The Beatles story.

Speedway jest ubogi w takie wydarzenia, nie dość, że nie ma ustabilizowanej empatii w stosunku do kibiców, choćby tych najmłodszych, przedziwna sprawa, jakaś antypatia wobec serdeczności? A co buduje więzi? Już chyba mamy dość nienawiści po kątach.

TEN felieton dedykuję prezesowi Motoru Lublin – KUBIE KĘPIE oraz wiernym KIBICOM, którzy potrafią stworzyć niesamowitą atmosferę na stadionie, mają w sercach empatię, nagradzają wygranych, przegranych, w stosunku do gości zachowują się bardzo fair. Naśladujcie więc lublinian, schowajcie nienawiść. Skąd bierze się właśnie tam serdeczna bitwa, w Lublinie? Często zastanawiam i jednocześnie cieszę z takiej postawy fanów.

To ich zachęcam, by na premierę extraligowego sezonu 2020 przygotowali hymn GDYBY JUTRA NIE BYŁO, kompozycji Romualda Lipki. Uwierzcie, będzie dobrze, przejdziecie do historii, Krzysztof Cugowski pomoże, utrwali, będziecie mocno zbudowani taką uwerturą przed każdym meczem, jeszcze na starym stadionie, gdzie tyle już spłynęło łez szczęścia. Nie bójcie się nowych wyzwań, Kuba daj szansę dzieciom i niech zawodnicy wyprowadzą ich do prezentacji , wszyscy razem, będzie rodzinnie jak nigdy, bez patosu, normalnie, zwyczajnie.

Pierwotnie, zaraz po śmierci Romualda Lipki pomyślałem o piosence “Jolka, Jolka pamiętasz”, lecz nieśmiała sugestia zmieniła radykalnie front i jestem przekonany, że wersja z utworem “ Gdyby jutra nie było”, będzie bardziej zwartym w zbiorowym wykonaniu przebojem stadionowym Motoru. BUDKA SUFLERA jest wasza, lubelska, stadion zamieni się jeszcze bardziej w serdeczny dom.

Hm, życzę powodzenia; Motor wjeżdża na obroty, konkurenci także, zapowiada się ostra gra o podium DMP a LUBLIN, nie tylko żużlowo jest miejscem wyjątkowym. Tam toczy się sportowy spektakl, brawurowy show, “aktorzy” naturalni, spontaniczni. Luz.

 

XXX

 

Starania za każdą cenę mocodawców o wybielenie nieokrzesanego życiowo młodzieńca Maksyma Drabika przypominają mi sytuacje, kiedy rodzice bronią na siłę syna, choć ten rozpuszczony na maxa bryka i gra niewiniątko. Sumienie jest tylko w bankomacie? Wychowanie nie polega na darowaniu, SPORT musi uczyć pokory; jeśli jest wina powinna być i sprawiedliwa kara. Bez ulgi, bo jak uczy historia nie tędy droga do kariery. Nie chodzi o bicie a sztuka w kształtowaniu charakteru, jeśli ktoś zbłądził. Brak mi słów, sygnuję zero tolerancji, bo “promocyjne” ułaskawienia dają zaraźliwy przykład innym. Disce puer. Krętactwa zwykle mają krótkie nogi i mszczą się okrutnie, obojętnie kto i jakim sposobem “kręci” lepkie, ciepłe lody.

Patagońskie flaki

Lekarz chwali lekarza, adwokat popiera adwokata, dziennikarz dziennikarza, celebryta uznaje za genialnego innego celebrytę. Świat się kręci, koniunktura narcyzów zżółconych bezkrytycznie, wazelina nie spływa i plami jak atrament. A lekarza oceniają pacjenci, adwokata klienci, dziennikarza czytający, celebrytów zwyczajność charakterów. Świat się nie kręci, świat plącze mentalnie między rozsądkiem a głupotą i zachwytami nad sobą ludzi  bezczelnych i sprytnych, którzy uważają się za inteligentnych. Sami o sobie. Sami swoi. Czy chleb jest dobry ocenia ten, który przyjdzie po zjedzeniu bochenka po następne… Nie prawię morałów ale uwielbienia panoszą się wokół niczym wirusy. A speedway jest? Amokiem? Pigułką, która uzależnia od pierwszego wejrzenia obojętnie jaka sytuacja? Adrenalina. Gold wirus.

Speedway ma swoje uroki i cienie, jest niszowym sportem, lecz fantastycznie popularnym w Polsce. Taki polski smakołyk sportowy, podniecający, wciągający jak gąbka wodę. Niszowy, mocno podkreślam! Raz po raz ktoś próbuje epatować innym nazewnictwem,  gdyż przy dużej oglądalności żużel made in Poland zajmuje swoje miejsce w szeregu wysokie ale nie jest takim sportem powszechnym, znów podkreślam.  Rozległym w obszarze społecznym. O tym decyduje wiele szczegółów, choćby i fakt, że  np. pokopać piłkę można na plaży, podwórku, leśnej polanie. Pojeździć na rowerze, zagrać w kosza, siatkę. Eko i nie tak drogo. Czy młodzi chłopcy garną się do żużla? Mimo talentów rangi zdrowego Australijczyka Darcy Warda, który uległ tragicznemu wypadkowi, nie ma takiego pędu jak dawniej, nawet w Polsce. W państwach dawnej struktury politycznej i gospodarczej /środkowej, wschodniej Europy/, uprawianie jakiegokolwiek sportu było także awansem życiowym, ustawiało finansowo przy sukcesach sportowca, dawało splendor, popularność i możliwość zwiedzania świata. Czasy tamte zostały skasowane, trzeba być wybitnym by zaimponować, nawet średniak w żużlu mimo kochania tej dyscypliny ciężko haruje i ma alternatywę, innego wygodniejszego życia. Przyjemności bez ryzyka utraty zdrowia a nawet życia. Wypadek Darcy Warda, zawodnika o kapitalnej charyźmie podciął skrzydła żużlowi, bo można być mistrzem, aktorem ale nie przyciągać do siebie, wskutek nie akceptowanych ułomności charakteru. Zawodnik porywający tłumy otwiera szansę dla dyscypliny, podnosi ją wyżej i wyżej, tak jest w każdym sporcie. Dotyczy ta kwestia zarówno okresu uprawiania sportu i po zakończeniu kariery. Bezcenne wartości. Trzeba ciężko zapracować na miłość kibiców. Oni są wiernymi i surowymi recenzentami. Speedway ma takich fanów, których wiedza o dyscyplinie o zawodnikach siedzi głęboko w głowach, oni imponują mi od młodości, korygowali w mojej skromnej działalności obiektywnie. Cenię uwagi, bo czym człowiek starszy tym mniej wie… Robiłem błedy i nadal popełniam. Mówię o sobie, no tak… uczyłem się kiedyś od starszych teraz od młodszych i szanuję mądrzejszych, dają moc kreatywności. Przepraszam za wątek osobisty, w sezonie nie ma czasu na wynurzenia, każdy je ma, robi rachunki sumienia bezwiednie,; w czasie długiej jazdy autem, w zamyśleniu nad losem, byle gdzie. Myślenie prowokuje, inspiruje. Przypomina.

Speedway światowy, polski jest barwną kroniką. Historia fascynacji, wzruszeń, szalonych jazd.

Zasłyszałem nie tak dawno o jakimś pomyśle turnieju Grand Prix w Argentynie, podobno czeka Patagonia. Czy taki pomysł Armando Castagny, średniej klasy przywódcy światowego żużla podnieci ludzi zakochanych w tangu? Wątpię, to będzie trudny, międzykontentalny incydent dla miejscowych, którzy uwielbiają futbol jak religię a mają obecnego papieża Franciszka w Watykanie. Tango, czerwone wino i steki, taniec  erotycznie przytulających się ciał, wyprawa żużlowa w rejon świata, gdzie Buenos Aires jest perłą a junta dawno przestała gnębić ludzi. Buenos… Nice. Będziemy może mieli Patagonię na żużlowej mapie, a … nie mamy odnowy bałkańskich turniejów. Oceany ale nie bliskość Morza Czarnego, bułgarskiej przygody, rumuńskiego ścigania. Nie szukajmy aż tak daleko, bo Półwysep Iberyjski jest także blisko i panuje cisza. Mamy oto wspaniałe otwarcia sezonu międzynarodowego w Warszawie, gdzie Stadion Narodowy zgarnia ponad 50 tysięcy ludzi! A powrót do żużla zwykłego w stolicy, który był na Skrze, Gwardii przypomina walenie młotem w skały. Mamy swoją, inną “Patagonię” przecie… Flaki po warszawsku. I seta. Wiem, gdzie tak podają… w naszej stolicy. Luksus dla niezmanierowanych. Zresetowanie żużla w stolicy trwa bezradnie bez wsparcia.

Polska Ekstraliga, jeszcze pierwsza Nice wywołują emocje szalone, silne przeżycia, dramatyczne mecze w końcówkach, tylko u nas, przy okazji uczy się międzynarodowa młodzież, chce jeździć za małe pieniądze, bo tam, skąd pochodzą nie ma takiej możliwości rywalizowania. Ekstraliga wysublimowała się na poziom elity, lansu szpanowania. Chciałbym, ba marzę, aby speedway wrócił do atmosfery brytyjskiej ligi sprzed lat… Charm. Przyjeżdżali wszyscy, którzy chcieli ścigać się w spektaklach żużlowego Brodwayu.  Teatr. Magia. Nisza, ale wyłączność na doznania. Bez miłosnych gier, na żywca do upadłego. Nie było szalonych funtów, tam była sportowa “orgia”, która wciągała jak obrazki szkockich jezior. I ja tam wtedy byłem, widziałem, opisywałem, lecz nie miałem dystansu, myślalem, że to normalność, która nigdy nie zniknie; jak piłkarskie, angielskie, klubowe, słynne marki; uwierzcie ani mi do głowy nie przyszło, żeby myśleć o regresie. Naiwność upojna widowiskami wzruszeń niesamowitych.

Przeminęło z wiatrem… Snuje się mgła. Atmosfera pozostaje przeszłością.

Jest nowa wizja. Argentyna niemal na końcu świata. O, przypominam sobie, mam kasetę z Los Angeles, z finału światowego indywidualnego, gdzie Bruce Penhall/ USA/ wygrał kontrowersyjny wyścig z Anglikiem Kenny Carterem/ wyspiarz potem zastrzelił siebie i żonę/, scenariusz – hollywoodzki. Horror. Organizatorzy urządzili turniej w 1982 roku bardzo obrazowo, w westernowym stylu, bo to Kalifornia i olimpijski stadion Coliseum, dwa razy letnie igrzyska z polskim złotem. Było w roku 1982 filmowo, brakowało tylko Johna Wayne’a, jeździły dyliżanse, sexi girls, sceny naturalne, typowe dla Kalifornii. Zamknąć oczy i otworzyć? Teraz, obojętnie, gdzie jest lokowany turniej Grand Prix mamy prawie to samo menu a wciąż marzę o wyjątkowości, oryginalności. Bez niszy, przenika  swoiste, uparte “disco polo”, lecz kibice są już zahartowani, ich wciąga ściganie. Zabawa gwiazd. A niech tam Castagna chwali Castagnę, Iks Igreka i omijam chwilowo polski grunt. Wiecie… grunt to zdrowie.

Prawdy, fałsze, fantazje: Nie tylko Boniek!

 

platini-boniek-juventus

Mamy wielkanocne święta, wiosenne, radosne. Burze na niebie i w głowach, rusza sezon żużlowy, który ligowymi rozgrywkami rozpala serca na kilka miesięcy. Po kolei.

Bywają sportowcy posłuszni i pokorni, bywają również tacy, którzy nie są posłuszni wobec życia i niepokorni zdobywają medale. Różne charaktery i zachowania. Prezes polskiego futbolu Zbigniew BONIEK został wybrany członkiem Komitetu Wykonawczego UEFA, europejskiej centrali piłkarskiej. Funkcja odpowiedzialna i wysoka. Gratulacje! Boniek był wybitnym piłkarzem, bramkostrzelnym, reprezentantem Polski. Kopał piłkę po mistrzowsku w łódzkim Widzewie i Juventusie Turyn. Gość. Nie da sobie w kaszę dmuchać. Pamiętam, kiedy bronił bramkarza Józefa Młynarczyka, reprezentanta Polski w aferze towarzyskiej. Piłkarze “szczekali” hau, hau, hau na dziennikarzy. Ktoś to wymyślił. Prezes PZPN pochodzi z Bydgoszczy a każdy stamtąd ma gen żużlowy. I Boniek też. Kibicował aktywnie Tomaszowi Gollobowi i można go było spotkać nie tylko na stadionie Polonii ale na innych polskich torach. Kiedy Gollob miał makabryczny/ nie jedyny, np. w Sztokholmie w 2013 z Tai Woffindenem/ wypadek we Wrocławiu w 1999 roku, który praktycznie odebrał mu mistrzostwo świata, Boniek prędko przyjechał do kliniki we Wrocławiu. “Zibi” figura w sporcie nie byle jaka.

Speedway ma duże lobby rozmaitych, ciekawych ludzi.

Fenomenalna młociarka Anita Włodarczyk pochodzi z Rawicza, gdzie nie sposób wykręcić się od meczu żużlowego na torze Kolejarza. Z Kalisza pochodzi aktor kabaretowy Jerzy Kryszak, który lubi speedway, a słowo “lubi” jest delikatnym określeniem tej pasji. Na czym polega fenomen interesowania się żużlem? Ta dyscyplina sportu fascynuje mnie od dziecka. I tak jest z innymi. Speedway miał zawsze dużą frekwencję a początek sezonu wzbudzał zazdrość fanów innych dyscyplin, w tym futbolowych. Około 10 tysięcy widzów, średnio na meczach najwyższej rangą ligi było szeroko komentowane z kończącym słowem, dlaczego? Przez długi czas zapach spalanej mieszanki oleju Castrol z metanolem było przyjemnym odczuciem czegoś niebanalnego i podniecało niemal jak afrodyzjak. Zapach z żużlowych stadionów stał się legendarny jak western “W samo południe”albo filmowa “ Casablanca”. Stadiony odwiedzali i chętnie przychodzą nie tylko artyści ale i politycy, vide turnieje Grand Prix. Bydgoszcz była zwykle miejscem spotkań znanych ludzi. Nieżyjący światowej klasy przedsiębiorca Jan Kulczyk nie pożałował na modernizację stadionu Polonii, do szkoły chodził w mieście nad Brdą, podobnie jak sekretarz stanu w gabinecie prezydenta Lecha Wałęsy, Mieczysław Wachowski. Ten drugi był bodaj najczęściej widywanym na stadionach nie tylko, gdy startował Tomasz Gollob, z urodzenia też bydgoszczanin, mieszkający tam nadal. Żużlowy świat jest mały; prezydent Aleksander Kwaśniewski, który zna się na sporcie jak mało kto z prominentów, speedway oglądał nie tylko z racji patronowania światowym imprezom. “Bo do tanga trzeba dwojga”… kto tak śpiewa? Krzysztof Cugowski z “Budki Suflera” nie uratował żużla w Lublinie, ale współorganizował atrakcyjne imprezy. Ogląda podobnie, jak i Wachowski speedway w światowym wydaniu na ekranie TV. Przyjemnie mieć takich lobbystów, że nie wspomnę byłego prezesa wrocławskiej Sparty, dziś wiceprzewodniczącego Europejskiego Parlamentu Ryszarda Czarneckiego, którego często widywałem z rodziną, również na zagranicznych stadionach. Senator Robert Dowhan, który jako zielonogórzanin rozdawał karty jako prezes Falubazu, miał zwyczaj zapraszania na mecze i turnieje ludzi znanych z gazet, pism i ekranu. Aktor Tomasz Karolak miał ze stolicy “blisko” na zielonogórski obiekt, wprawdzie urodził się w nie żużlowym Radomiu, lecz korzystał z zaproszeń senatora Dowhana. Bywali tam również inni celebryci ze świata mody, ekranu, estrady. Speedway ma lobby, które wzbudza zazdrość innych sportów. Trudno… taka jest szalona miłość do sportu, który przy obecnych sukcesach polskich zawodników na międzynarodowej arenie jeszcze bardziej koloruje image dyscypliny niszowej w skali światowej, lecz w polskiej przestrzeni czołowe miejsce.

Nowa gwiazda polskiego żużla Bartosz ZMARZLIK, fruwający na torach medalowy koliber z Gorzowa, jest po Tomaszu Gollobie, postacią mocno przyciągającą uwagę. Drużynowe sukcesy reprezentacji Polski, zbieranie złota, medali indywidualnie budują wizerunek niemal doskonały. I wokół celebryci. Jest przyjemnie.

Każdy sport potrzebuje fanów zróżnicowanych zawodowo, mentalnie, oryginalnych ale przede wszystkim wiernych. Speedway nie jest ekscentryczny, ma urodę i jego ekstremalność bynajmniej nie odrzuca, fascynuje i przyciąga. Zapach z motocykli już może tak nie rajcuje, ale nadal jest mitycznym “dezodorantem”, który utrzymuje się od meczu do meczu, od turnieju do turnieju. Przykleja i jest! O, fajnie, wzdychają liczne fanki, które tłumnie i namiętnie dopingują swoich idoli.

W połowie maja mamy w stolicy na “Narodowym” drugi z cyklu Grand Prix’17 turniej, który wzbudza zainteresowanie jakby grała piłkarska kadra Adama Nawałki. Robert Lewandowski i reszta reprezentacji wystąpią tam kilkanaście dni później przeciw Rumunom. Ale wpierw mamy Grand Prix Lotto, stadion pełny, będzie święto. Nie ominą tego wydarzenia celebryci, którzy na speedway w Warszawie mają przecież blisko. I jest lider polskiej ekipy, wspomniany Zmarzlik, który powoli tworzy trudną do wymawiania “zmarzlikomanię”. Można połamać sobie język. Zanim jednak podniesie się kurtyna na warszawskiej scenie żużlowej, mamy premierę ligową, która zawsze jest bliska sercu wszystkim kibicom. A prezydent USA Abraham Lincoln powiedział kiedyś tak:” Ludzie są na tyle szczęśliwi, na ile sobie pozwolą”. Koniec, życzę dobrej pogody na święta.

Kumpel Wenta

magdeburgentlssttrainerwenta_a2839609b7

Trenerski chleb nie jest łatwy, nerwowo gryzione kromki i presja opinii publicznej, mediów. W sumie jednak nie jest tak źle, ponieważ wyboistą karierę łagodzą wysokości kontraktów i odpowiedzialność, która bywa uzależniona wprawdzie od szefów, acz bywają oni różni.
Kontredans w polskim futbolu i podskórny konflikt pomiędzy nie przegranym prezesem Grzegorzem Latą  a holenderskim Leo Beenhakkerem  trwa i pewnie lobby antyholenderskie zwycięży na pierwszym zakręcie ku uciesze senatora koniecznie panującego wszerz i wzdłuż Antoniego Piechniczka. Trwa podskórna walka wiatrakami. Rosyjski multimiliarder Roman Abramowicz nie cackał się wiele ze słynnym trenerem brazylijskim, charyzmatycznym Luize Felipe Scolarim, Chelsea nie wygrywa, no to siup i Scolari odesłany został do domu z ciężarówką  funtów odszkodowania. W futbolu nie ma miłości na trenerskich ławkach, które są często podgrzewane do czerwoności i kiedy tylko zacznie wrzeć, mamy zmiany. Toteż ciągle nie mogę zrozumieć wykopania z krakowskiej Wisły Henryka Kasperczaka i płacenia mu kosmicznego honorarium za siedzenie w domu. Ambicje prezesa Cupiała wprawiały w osłupienie nie tylko centusiów ale i marnotrawnych synów. Pstra łaska prezesów i kontrakty niezrozumiałe dla normalnych ludzi. Abramowicz zatem nie jest sam.

Nie tak dawno w Chorwacji na mistrzostwach świata w piłce ręcznej polska drużyna w pięknie dramatycznych okolicznościach zdobyła brązowy medal i obserwatorzy znów byli pod wrażeniem trenera Bogdana Wenty. Człowiek na ekranach odżywa w odstępach mistrzostw świata i Europy. Jest  szalenie aktywnym trenerem, który sprawia wrażenie jakby boisko było powiększone o działkę dla niego gdzie wyczynia sobie niesamowite i jak się okazuje potrzebne harce. Dla niego słynne 15 sekund z Norwegami było na tyle długim czasem, że wystarczyło na wygranie meczu. Wenta niczym jasnowidz przewidział te ostatnie sekundy.
Kiedy brązowa drużyna z MŚ wróciła do kraju i odwiedziła gabinet premiera Wenta nie pchał się do przodu, stał skromnie z boku. Wenta ma instynkt trenera, był dobrym zawodnikiem, zna świat i potrafi czytać grę, czyli przekazać zawodnikom czytelnie co mają robić, czego nie.
Takim podobnym był Andrzej Niemczyk ale nasze siatkarki znużone już nim dały mu bolesnego kosza. Chyba tego żałują nasze siatkarskie miss. Nie lubiany przez centralę PZPN Franciszek Smuda robi swoje i podobnie jak Wenta gania przy boiskowej linii poznańskiego Lecha tworząc swoisty teatr skutecznej pantomimy.
Co mamy w żużlu, bo starzy wyjadacze mnie zjedzą za taki długi wstęp. Jak mnie lubią, to poczekają mówił niegdyś spóźnialski piosenkarz. Lubili. No dobrze jak tam w żużlu na trenerskich stołkach, które jedne są wysokie, drugie niskie, trzecie obrotowe a jeszcze inne wyścielone pluszem miękkim jak dla kota.
Rynek trenerski, instruktorski jest nijaki. W żużlu. I trudno panowie możecie się obrażać ale na bezrybiu i rak rybą. Panują dwie opcje, pierwsza to taka, że trener musi mieć za sobą jeżdżenie na żużlu, druga, iż nie i tyle… Tym pierwszym dawno temu podstawił nogi dr Ryszard Nieścieruk. Zrobił doktorat z żużla na AWF, a  potem znalazł sobie receptę na budowanie vel kupowanie drużyny. I koniec, kropka. Miał sukcesy, oko wyczulone na talenty i dobrych mecenasów, bo sam przecież nie kupował.
Mamy niegdysiejszych reprezentantów Polski, którzy prowadza zespoły. Jedni mają dar ku temu, pozostali nie. Gdzieś tam pośrodku są jeszcze tacy szczęściarze, którym czasem się udaje. Są trenerzy ojcowie, którzy wiedzeni ojcowskim syndromem albo doprowadzają do sukcesów albo zniewalają swoje pociechy i tarmoszą się w rodzinnym gronie co robić żeby było lepiej. Czasami lepiej usamodzielnić syna i rzucić go na wielką wodę.
Bywają jeszcze tacy wodzirejowie, którzy potrafią opętać prezesów niby swoją mocą, acz nie mają w zespole autorytetu, jednak ich nijakość  jest wygodna dla szefów, bo jeśli jest dobrze biorą sukces na siebie, a jeśli klapa wskazują na szkoleniowca, a ten bierze pomyje na siebie i cieszy się, że kasa jest zagwarantowana.
Intuicja budowania składu drużyny i jego ustawianie w czasie sezonu jest kluczem do sukcesu. Nie zawsze w takim sporcie jak żużel można wszystko przewidzieć, gdyż nieprzewidziane kontuzje mniejsze czy większe wywracają plany.
Jaki jest kunszt trenerski w żużlu? Potrzebny autorytet, wcześniejsze sukcesy na pewno  go budują, trafne decyzje, znajomość sprzętu, zrobienie toru też i aktualna wiedza co się dzieje  na świecie w tej branży.
Trener reprezentacji Marek Cieślak jest samorodkiem, który nie od razu ale z czasem potrafił wytworzyć potrzebną atmosferę, klimat. Nie od razu powtarzam. Zna się na rzeczy. Trafił także we Wrocławiu, gdzie rotacja  była na takiej pozycji duża dogadać się z osobami decydującymi o istnieniu klubu. Zagrali na jednych falach.
Dowiaduję się, że będziemy mieli nowych szkoleniowców w niektórych klubach. Ryzykowne decyzje. No cóż, tak to się podoba niektórym prominentom lecz życie szybko weryfikuje stan.
W żużlu mamy najważniejszy proces szkoleniowy na najniższym szczeblu, gdzie adepta trzeba nauczyć jeździć, nauczyć dobrych nawyków, manier i wydobyć z niego talent na podium. Mamy na drugim biegunie prowadzenie zespołu, intuicję zmian i to jak wspomniałem właściwe czytanie gry. Czasami decydują sekundy o powodzeniu. Piszę o tym po wielu latach obserwacji ludzi podczas meczów, turniejów, w parkingu, poza nim, w czasie podróży i w czasie zwycięstw i porażek. Życie sportowe ma różne odmiany, inne są ranki a inne noce.
W technicznym sporcie jakim jest speedway o sukcesie trenerskim decyduje jego złożona wiedza podstawowa, znajomość psychiki nabiera w pewnych momentach dużego znaczenia. Ten element niestety jest lekceważony, jakby niedostrzegany, a bywa tak bo delikwenci nie mają w sobie tego daru.
No i tu odzywa się kumpel Wenta. Ostatni gracz drużyny. Bogdan znawca handbalowego parkietu. Ile ja razy w tym żużlu prowokowałem szkoleniowców o charakterystykę pomeczową, indywidualną. Ocenę dla zawodników. Nic z tego nie wychodziło, komunały, pustosłowia, w stylu trzeba jechać po małej, albo po dużej, motory szykować, no bo znowu mamy mecz.
Ano mamy. Szkoleniowo speedway jest stabilny, tam się nic nie  zmienia, bo nie ma w czym wybierać. Rynek ciasny od lat, a kiedy już się  z konieczności wybiera, to delikwent wprawdzie jeździł ale ma szkołę podstawową zaledwie. A życie zmienia strukturę tego sportu; zawodnicy nieco inni, wymagający i wręcz potrzebujący większej wiedzy niż tylko podstawowej. Kumpel Wenta nam nie pomoże, chyba że… inny kumpel Leszek Blanik w upadaniu.