Liga jak dobra matka

zuzel

Do takiej opinii mój znajomy dopowiada: ”i karmi piersią”.W każdym sporcie, w którym funkcjonują rozgrywki ligowe zajmują one miejsce na czele. Oczywiście międzynarodowe sukcesy są prestiżowe, rozsławiają regiony i państwa, przynoszą rozgłos w świecie ale LIGA rządzi się prawami wyjątkowymi, wzbudza emocje, które trwają w duszach nieprzemakalnie przez cały sezon. I można sobie odpuścić jakiś turniej ze szczytu elity, zobaczyć go na ekranie telewizyjnym, ale na meczu w swoim mieście, okolicy wypada być. Jest w tym pewna celebra przygotowywana dyskusjami przed sezonem a potem między meczami w gronie fanów. Kto kogo i za ile. Wykluwa się specyficzny “klubowy nacjonalizm”, ba! patriotyzm, który w ramach fanklubów przybiera formy zorganizowanego dopingu. Nie chcę używać słowa szowinizm, lecz w pewnych przypadkach tak jest i często można zaobserwować pianę na ustach kibiców, zacietrzewienie, obłęd u ludzi, którzy na codzień są przecież spokojnymi. Na stadionach mają jednak inne twarze, słownictwo, gesty, interpretują fakty po swojemu, odbiegając od sprawiedliwych ocen wydarzeń na torze.

Ligowe rozgrywki unoszą kibiców jak morskie fale tratwę. Często dryfują. Żużlowe stadiony oblepione kibicami, choć już nie tak jak dawniej, gdzie okoliczne drzewa przytulały fanów jak gniazda ptaki, mają specyficzną atmosferę. Nie można porównać ich do futbolowych obiektów ani hal, gdzie grają piłkarze ręczni albo są mecze siatkówki. Ubolewam, że tzw. klatki dla kibiców gości niestety mają miejsce. Gospodarze… “muszą” być niegościnni ze względów bezpieczeństwa. Tego przed iluś tam laty nie było. Była kibicowska harmonia, dziś buszuje szowinizm transplantowany z futbolowych stadionów. Czy to się zmieni? Raczej nie, bo na speedway chodzi się rodzinnie, taka tradycja i trudno by organizatorzy wzięli na siebie ryzyko folgowania niebezpiecznym burdom. W euforii wszystko może się zdarzyć, więc “klatkowe sektory” muszą istnieć. Jak długo? Już na zawsze?

Na ligowe mecze czeka się z miłością, toteż premiery jeśli tylko pogoda dopisze, są wyjątkowym darem dla klubowych bossów. Brakuje miejsc i nie brakuje wyjątkowej atmosfery, gdyż liga jest jak dobra matka, przytula, karmi… “piersiami”!

Premierę Ekstraligi mamy w Zielonej Górze, gdzie mistrz Polski FALUBAZ zafaluje kibicami w meczu z Unią Tarnów. Ale będzie się działo! Falubaz już gotowy, kibice  tarnowscy jeżdżą wszędzie, więc będzie ostry doping. To będzie również mecz trenerów, Rafała Dobruckiego z Markiem Cieślakiem, a ten drugi, także trener reprezentacji Polski, nie raz i nie dwa ozłoconej, był przecież królewskim szkoleniowcem Falubazu.

Premiery mają  odświętne oprawy i przebieg nieobliczalny. “Ciąża” oczekiwania  na wydarzenie po zimowej przerwie podnosi adrenalinę aż pod sufit. Opanowuje głowy z namiętnością kochanków, jest cudownie, bosko. STOP.

W przeddzień ekstraligowej premiery na torze, w Teatrze Lubuskim im. Leona Kruczkowskiego odbędzie się uroczystość pt. Moje cudowne lata, która będzie świetną przystawką do tego, co zobaczymy na stadionie. Otóż były prezes klubu, który rozbujał zielonogórskie nastroje, doprowadził klub do mistrzowskich laurów senator RP Robert DOWHAN zamierza zakończyć po kilkunastu latach bujną karierę działacza. Pełni zaszczytną funkcję senatora, nie ma czasu, choć serce ciągnie w stronę żużlowych bram, ofensywnie działać na miarę mistrzowskiego klubu. Koniec i kropka. Szkoda. Albo Warszawa oraz inne lokacje albo Falubaz. Impreza w zielonogórskim teatrze zapowiada się nader ciekawie, gdyż Robert Dowhan ma duże rzesze sympatyków i przyjaciół. Był w stolicy ambasadorem sportu nie tylko spod znaku Myszki Miki, lecz w ogóle żużla. Brawo. Niektórzy celebryci zobaczyli speedway po raz pierwszy za sprawą właśnie senatora i przyjeżdżali do Zielonej Góry. I podobało się i polubili jazdy tylko w lewo.

Na rozważania Roberta Dowhana nad mijającym czasem w roli działacza przyjdzie  czas; senator ma prawo wybierać życiowe drogi. To był dobry, dowhanowski okres dla Falubazu. Budowanie stabilnej drużyny, ze światowymi gwiazdami a trener Marek Cieślak świetnie dopasował atmosferę sukcesu, ma ten gen w sobie, który trudno kupić, bo trzeba się z tym urodzić. Falubaz nie jest zespołem bez tradycji, wręcz przeciwnie z ogromnymi zasługami i zawsze był kuźnią talentów. Markową sukcesję trenerską sprawuje były zawodnik Falubazu Rafał Dobrucki, przed którym medalowa przestrzeń znów do zdobycia. Już bez Roberta Dowhana, z następcami senatora, który nigdy nie bał się przekazywać pałeczki młodym, utalentowanym ludziom z inicjatywami. Cool.

A więc: PREMIERA. Sobota 12 kwietnia 2014. EKSTRALIGA podnosi kurtynę! Taśma w górę. Falubaz kontra Unia Tarnów! Pełny stadion i barwna oprawa z dwóch stron. Sceneria filmowa, serial DMP zaczyna pierwszy odcinek. Szczęścia nie kupisz, pecha nie ominiesz. Taki los. Podobno pogodę zamówiono gdzieś na górze.

Ostatni mecz w Zielonej Górze za sprawą toruńskiego Unibaxu, który uciekł ze stadionu, przyniósł duży wstyd polskiemu żużlowi. Jak będzie tym razem jesienią w finale?

Unibax ma kilka punktów karnych w plecy, jak się pozbiera z Tomaszem Gollobem i australijskimi fighterami? Będą “koperniki” na pewno walczyć. Wróżenie przed startem ligowym jest trudne i trzeba poczekać na kilka meczów, wtedy dadzą obraz czego możemy spodziewać się w następnych kolejkach. Walka będzie zapewne wyrównana, spłaszczenie poziomu drużyn gwarantuje szczytowe emocje, może nie wszędzie, lecz prawie. Nie ma/?/ team dreamów, jest tylko nierównomiernie położona kasa/!/.

A zatem orły do boju! Kibice szykują gardła i serca. A reszta należy do artwykonawców tego cyrku, który jako SPEEDWAY nie daje nam żyć bez stresu. Za co więc kochamy ten sport czasami tak anielsko a czasami tak diabelnie? No cóż, jest w tym po prostu Wielkie Coś!

Kij, marchewka i lubelski hit

Speedway_start_1

Pokutuje taka opinia od dłuższego już czasu, że polska liga, ta extra jest najlepsza na świecie. Ze speedway’em na świecie przesadzają okrutnie, raczej ten sport domyka się w obrębie Europy i incydentalnie rejestrujemy go poza Starym Kontynentem, na Antypodach, śladowo w USA, w Kalifornii. Każdy zawodnik, który chce w żużlu czegoś dokonać startuje w Europie. Speedway, który z Antypodów przywędrował  do Anglii kilkadziesiąt lat temu od dłuższego czasu na Wyspach Brytyjskich przeżywa regres z którego może go podnieść utalentowany Tai Woffinden. Zawsze wcześniej czy poźniej w sporcie pojawia się jakiś orzeł, który dopinguje swoim talentem oraz umiejętnościami i winduje dyscyplinę sportu w górę. Nie zrobił tego Scott Nicholls ani Chris Harris.  “Przeleciał” przez tory Mark Loram, który został mistrzem świata. Teraz mamy Woffindena. Czy liga angielska jest lepsza od polskiej? Jest na pewno inna, nie tak tłumnie odwiedzana, chociaż frekwencja u nas systematycznie z roku na rok się obniża. Wyspiarze mają inne tory, trudniejsze do jazdy, promotorzy nie rozpieszczają zawodników, którzy na polskim gruncie mają wikt i opierunek niespotykany gdzie indziej. Gdyby odcedzić polskie ligi z zagranicznych żużlowców ten sport zdziadziałby od razu. Polscy prezesi narzekają i płacą bez ograniczeń. Mają gest i rozpuszczają, choć nie wszystkich z taką samą estymą. Mają swoje widzimisie a polskie kluby nazywane są bankomatami, które nigdy nie zamykają swoich sejfów przed gwiazdami. Nie raz już prezesi zżymali się na pustostany zimą, nie płacili , lecz wobec groźby utraty licencji regulowali zaległości, które zwykle mają wobec polskich zawodników, zaś przed zagranicznymi czapkują w podskokach. Dziwna sytuacja, polska transformacja gospodarcza uruchomiła na początku lat 90 – tych ogromne zasoby pieniężne. Ale to już było i trochę jest. W takim tyglu działalność ligowa musi być mocno skoordynowana, Logistycznie wyrachowana z żelaznymi regułami gry by towarzystwo nie fikało. A fika od początku. A kto w Polsce tak nie robi, pytanie rzeka.

Ostatnie wydarzenia i walkower w finale Ekstraligi w Zielonej Górze, odmowa startu przez kaprysy torunian miały już prapremierę w Lesznie, kiedy goście z Rzeszowa odmówili startu. Wówczas ukarani zostali dotkliwie i kontrowersyjnie uniści. Marma z Rzeszowa poniosła mniejsze straty, w końcu spadła z najwyższej półki.

Polską ligą zawiaduje spółka dobrze opłacana, nad nią czuwa bogaty Polski Związek Motorowy, który w swoim łonie ma jeszcze statutowo biedną Główną Komisję Sportu Żużlowego. Trzy ciała a jakby jedno z gniazdem  w stolicy pod szyldem PZM. Władzę trzyma krzepko Pezetmot z Andrzejem Witkowskim, żelaznym prezesem od wielu lat. Reszta jest obok niego tylko tłem. Niby trzy struktury a jedna faktycznie władza, bo szefem Rady Nadzorczej w ekstrakligowej spółce/ zarządzanej przez torunianina/ jest prezes PZM. Koniec, kropka, mysz się nie preślizgnie pod tak czujnym okiem. W tym doborowym towarzystwie zasiada również Władysław Komarnicki były prezes gorzowskiej stajni żużlowej. Czyją stronę teraz trzyma demokratycznie gorzowski przedsiębiorca? Krążą domysły…

Klubowi władcy ostro/ słusznie/ negują spółkę ligową z toruńskim prezesem. Chodzi o kasę. PZM  lubi też kasę. I prezes Witkowski także oraz inni jego podwładni, to wszystko ma bardzo ładnie wyglądające oblicze, powiedziałbym procedury, modne ostatnio słowo w polskiej przestrzeni, obok jeszcze takiego “kolokwialnie” mówiąc. Proste słowa są owijane… kolokwialnie. No i mamy jeszcze nieruchawe zawodnicze związki pn. Metanol z Krzysztofem Cegielskim. Towarzystwo nieliczne ale śliczne.

Co do skandalu w Zielonej Górze, ekstraligowa spółka wszczęła po incydencje… procedury, czyli dała sobie czas na rozstrzygnięcie sprawy. Kto szybko daje, dwa razy daje mowi przysłowie. A co w takim przypadku było deliberować, gdy skandal jest ogromny jak księżyc w pełni. Czas jest potrzebny… czasami. Dzwoni do mnie pewien gość po tej drace z Unibaxem i powiada, że on wie, kto za tym stoi… otóż znany ojciec w sutannie z Torunia. A to heca… ludzie dorabiają od razu wygodną ideologię. Nie żartujmy. Menago toruńskiego klubu  Sławomir Kryjom tłumaczył incydent, bo torunianie zwołali konferencję medialną. Społeczność żużlowa oczekiwała szybkiej reakcji, no ale skoro wdraża się procedury, trzeba poczekać cierpliwie.

W Polsce są winy ale niestety nie ma kar i dlatego mamy takie syuacje, recydywy i zastanawiam się co jeszcze muszą zrobić np. futbolowi kibole żeby wreszcie ponieść dotkliwe kary. Cackanie się ze z jednym czy drugim” Staruchem” daje upust do następnych ekscesów.

Mamy skandal nad skandale i walkower /!/ w finale Ekstraligi. Zostają głębokie refleksje na zimę, rozbieranie tematu na drobne części. Polski żużel dryfuje niebezpiecznie, choć sportowo jest medalowy, taki paradoks.

Zwykle nic tak nie boli jak finansowe grzywny. Zawodnik może otrzymać żółtą albo czerwoną kartkę i co dalej? Co zrobić, jeśli zawodnik pojedzie celowo na faul i “zdemoluje” rywala? Czerwoną kartką nie uzdrowi się poszkodowanego, dlatego sugeruję żeby nie mieć litości dla wywożących w  “płot” zawodników, którzy kaleczą nie tylko siebie, lecz przede wszystkim niszczą zdrowie przeciwnika i jego karierę. Kary w takich przypadkach powinny być surowe by ustrzec przed celowymi najazdami na rywala. Życie jest tylko jedno! Postuluję jeszcze aby stosować punkty karne za faule, tak jak jest w  “drogówce”. W tym sezonie mamy sporo przykrych kontuzji, więc szkoda zdrowia zawodników, cierpią również na tym widzowie, bo mają ograniczone emocje z powodu absencji gwiazd.

XXX

To tyle w tym felietonie i aby nie było ponuro, tak toruńsko cierpko, jakże przyjemną imprezę szykują w Lublinie Krzysztof Cugowski z Markiem Kępą. Będzie mecz Polska /mistrzowie świata/ kontra mistrzowie świata i przyjedzie m. inn wielki, duński as Hans Nielsen, który poprowadzi zespół gwiazd. A z drugiej strony wyjadą wybrańcy, polscy mistrzowie świata pod kierunkiem Marka Cieślaka. Hit, parada, sportowy koncert. Tego Lublin jeszcze nie widział i żywię nadzieję, że taka “Budka Żużlowa” raz do roku na lubelskim torze pobudzi tamtejszy speedway do sukcesów jak bywało dawniej. Lublin jest pięknym miastem, ma tradycje żużlowe i animatorzy turnieju 12 października chcą wskrzesić to, co było kiedyś porywająco dobre. Super! Dochód z widowiska będzie wzmocnieniem dla tych wszystkich, którzy ucierpieli na żużlu. Piękna idea do kontynuacji. Do Lublina wybiera się ciekawe grono gości, które wzmocni szlachetny cel, jakiego podjęli się znany artysta i były, prężny żużlowiec. Organizatorzy… suflerów nie potrzebują, wiedzą jak zagrać, żeby było przyjemnie i cel spełniony. Lubelski arcymecz może być finałem finałów tego sezonu i zostać w pamięci, tak jak każdy przebój “Budki Suflera”. Będzie tango! Speedway to nie tylko draka ale i zabawa.

Wrzątek ligowy z/z

Image

Ach, te mecze na szczycie… Dobrze, że nie ma tych na dole. Kiedy sięgnę pamięcią zawsze adrenalina gotowała się na na maksa i mecze były na krawędzi sercowych zawałów. Pojechałem na półfinał do Częstochowy, gdzie stadion był napakowany jak hinduski autobus. Dominował zielony kolor, który przebijał biel a czerń wiła się między sektorami jak jadowita kobra. Mecz wysokiego ryzyka, przeciwnik nie byle jaki, bo z Torunia, skąd rozchodzą się w eterze fale radiowe znanej rozgłośni ojca Rydzyka. No a miejsce potyczki pod Jasną Górą. Wszyscy prawie święci. Spotykam w parkingu Krzysztofa Cugowskiego, fana żużla, dawno nie widzieliśmy się a lider rockowej „Budki Suflera“ przygotowuje razem z Markiem Kępą, który tradycyjnie jest naładowany żużlową energią, w połowie października w Lublinie hit na torze z udziałem samych mistrzów świata. Bomba. Polska kontra mistrzowie i wspomnienia z tamtych lat, kiedy na torze lubelskiego Motoru ścigał się udanie nie tylko wspomniany Kępa ale wielokrotny mistrz świata Duńczyk Hans Nielsen. Lublinianie działają, bo do tanga trzeba dwojga… Tak? Wyłącznie. 

No dobrze, jestem na stadionie częstochowskiego Włókniarza, gdzie trybuny tętnią a korona obiektu wypełniona po brzegi. Pogoda wymarzona. W parkingu były szef gabinetu, prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysław Wachowski rozmawia z Tomaszem Gollobem, dla którego zrobił w swoim czasie bardzo dużo dobrego i pomagał familii Gollobów rozwijać sztandary na świecie. Pogawędka mistrzów różnych specjalności.

Image

Temperatura na stadionie rośnie z minuty na minutę. Głośno, w boksach mobilizacja, zawodnicy obeszli tor, kopią, dyskutują. Wielki mecz o finał. Prezes gospodarzy Paweł Mizgalski na posterunku, jest także prezes toruńskiego Unibaxu Mateusz Kurzawski. Trenerzy z Torunia Jan Ząbik i Mirosław Kowalik spokojni, choć ten pierwszy jak zwykle podekscytowany, pilnuje toru. Grzegorz Dzikowski szkoleniowiec włókniarzy udziela ostatnich wywiadów reporterom, jego ludzie są przygotowani do jazdy.

Kto wygra? W Toruniu częstochowianie przegrali ośmioma punktami, trzeba więc odrobić straty. Publiczność w to wierzy kompletnie. Robert Kościecha zawodnik pogodny jak słońce mówi, że wszystko rozstrzygnie się w pierwszych trzech wyścigach. Tony Briggs mentor Ryana Sullivana obserwuje pole walki z brytyjskim spokojem. Ale w tym wszystkim nie ma spokoju, jest jakiś wewnętrzny dynamit, który drzemie na trybunach, we wszystkich zakamarkach stadionu, na który przyszło ponad 20 tysięcy widzów. Kasa niezła, nie spotykana frekwencja poza Polską na stadionach świata. Prezentacja mija jak mgnienie oka, jest wrzenie „kotła“ trybun, gwizdy i wyzwiska. W zespole gospodarzy brakuje kontuzjowanego lidera Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który „poległ“ na pierwszym meczu w Toruniu po kolizji z udziałem Adriana Miedzińskiego, więc kibice w Częstochowie uprawiają jazgot maksymalny, kiedy tylko w polu widzenia pojawia się toruński zawodnik. Gwizdy tak, jak dawniej w przypadku radzieckich żużlowców. Goście nie mają Australijczyka Chrisa Holdera, już dawno temu mocno poturbowanego na Wyspach. Obie drużyny mają zatem w składach z/z, czyli zastępstwo zawodnika i mogą kombinować z jazdami. Gdyby jeździli Emil i Chris widowisko miałoby smak ligowej gali. Jest jednak okaleczone. I jak się okaże dojdzie jeszcze do dramatów, jakie pod Jasną Górą historycznie miały również miejsce. Były minister stanu Mieczysław Wachowski, po długiej przerwie/ mówiono kiedyś o nim, że jest ministrem od… żużla/ znów zasiada na żużlowej trybunie i jak mi mówi, boleje nad tym jak roztrwoniono dorobek w jego rodzinnej Bydgoszczy w Polonii. Drużyna spadła z Ekstraligi, niekompetentni działacze ostro zdołowali drużynę, która zawsze miała duże aspiracje i należała do najlepszych w Polsce. A tyle dla dobra Polonii zrobiono wcześniej. Szkoda tego wszystkiego – stwierdza M. Wachowski. Dał serce i załatwił sporo dla dawnej Polonii, która legła w gruzach.

Wreszcie renomowany sędzia Marek Wojaczek daje sygnał do walki, stadion szaleje, akcesoria klubowe są jaskrawo widoczne i kłują w oczy, atmosfera na trybunach od początku sięga zenitu. Sektor gości jest kroplą w oceanie. Zespoły walczą i jadą „łeb w łeb“. Rafał Szombierski pada pod bandą na drugim łuku i nie podnosi się, za późno sygnalizuje sędzia przerwanie wyścigu, obsypany żużlem rybniczanin wstaje i dostaje czerwoną kartkę. Szok, fani wpadają w furię, lecą „fucki“ na lewo i prawo, słońce zachodzi, lecz na stadionie robi się gorąco jak w piekle. Raz na wozie, raz pod wozem. Sędzia obrywa najgorsze kalumnie. Ch… kur…złodzieje… Dzieci słuchają, niebiosa nie grzmią, kibole wpadają w trans.

Gospodarze nie żałują wody na tor, „Anioły“ protestują. Mamy przerwy, mamy jazdy. Mamy gwizdy i harmider straszny, czym to się zakończy? Szanse włókniarzy maleją na odrobienie straty. Nadzieja umiera ostatnia, „Lew“ Holta odzyskuje swój wigor, jednak czerwona kartka „Szuminy“ odbija się czkawką na trybunach i u sędziego chyba także. Żółć byłaby może bez zgagi. Kartka ustawiła trochę mecz i robi się duszno.

I nagle staje się cud w ostatnim wyścigu, oto Rune Holta z Tomaszem Gollobem mają groźną kolizję i leżą na torze długo, wyjeżdżają ambulanse, wyciągają nosze. Gollob zostaje wykluczony i na starcie pojawiają się: młody „kangur“ Darcy Ward, szalejący Australijczyk oraz nieobliczalny Holta z Duńczykiem Michaelem Jepsenem Jensenem. Gospodarze jadą na 5:1 a wynik jest 44:40 dla częstochowian. Kibice padają sobie w objęcia, euforia niesamowita i nagle motocykl Norwega cichnie, i już nie jedzie dalej… Straszliwy pech. A ta niepokorna, szatańska, żużlowa dusza Ward wygrywa!!! Cisza bywa czasem zbawieniem ale też potrafi być pogrzebem.

Epilog. Cichnie stadion, kocioł gaśnie. Jest badanie motocykli, pada podejrzenie czy aby Ward był trzeźwy. Nie sprawdzono. Poszalał następnego dnia w lidze angielskiej na piekielnie trudnym torze. Darcy jest talentem brylantem. Włókniarz oprotestował wynik meczu. W drugim półfinale Ekstraligi Falubaz Zielona Góra ograł Unię Tarnów i o złoto powalczy z Unibaxem, natomiast o brązowy medal jadą Częstochowa z Tarnowem pod egidą częstochowianina Marka Cieślaka. Włókniarze polubią chyba brąz.

Wyjeżdżam gęsiego spod dramatycznej Jasnej Góry, gdzie cuda zdarzają się czasami, a stojący w tasiemcowym korku taksówkarz mówi do mnie: „redaktorze takich „jaj“ to dawno nie widziałem“. I ja też. Hm, bo do tanga trzeba dwojga. Jak mówi łacińska sentencja „Kropla szczęścia znaczy więcej od beczki mądrości“. Mecz zawierał w sobie: radość, żal, gniew, chamstwo, jazdy na krawędzi i… wspomnienie o pojedynkach, gdzie fair play było niemal religią. Gdzie nam ten czas uciekł, gdzie?! Uciekł jak ten szalony Ward.

Szaleństwa szyte na miarę

Eleganckich asów… Szał ciał. Glamour. Kolejny plebiscyt i bal „Przeglądu Sportowego“ i TVP w Teatrze Polskim z bankietem w stołecznym „ Hiltonie“ miał żużlowe akcenty. To kultowa impreza, która dzięki kilkudziesięcioletniej tradycji wyrobiła sobie rangę niebagatelną. Te pierwsze w hotelu „ Europejskim“ miały inny przebieg, zmieniały się epoki, ludzie, estradowe popisy. Została tradycja i poranna jajecznica dla wytrwałych, którzy o brzasku chcą dopiero powrócić do domów. Pamiętam takie czasy włącznie w zabraniem butelki mleka sprzed mieszkania, które leczyło kaca. Bywało, minęło. Mleka pod mieszkaniami nikt nie rozstawia a szkoda, kace nadal są groźne, bo wszystko zależy co się pije i jak przekąsza. I tańczy. Maleńczuka w rytmie Wysockiego? Ciałowo.

77 lat tych imprez nadało im prestiżowy wymiar godny zadzdroszczenia. Znakomity, złoty medalista olimpijski skoczek wzwyż Jacek Wszoła powiedział, że kiedyś te bale gromadziły więcej polityków, prominentów a dziś proporcje się zmieniły i uczestniczy więcej sportowców. Jeden z byłych czempionów wyraził opinię, że przyjemnie popatrzeć na dzisiejszą młodzież, która zjawia się na tych imprezach, dorodna i elegancka. Jak minister sportu Joanna Mucha. Zresztą żużlowe nazwisko. Prawda? Mucha nie siada.

Trenerem roku został wybrany w plebiscycie Marek Cieślak, żużlowy czarodziej polskiej reprezentacji, także świeżo upieczony szkoleniowiec tarnowskiej drużyny. Duży sukces speedway’a, wszak reprezentacja Polski zdobyła trzy razy z rzędu złoty medal. Dlatego mówi się, że intuicyjny trener rodem spod Częstochowy jest najlepszym w swoim fachu na świecie. Czy może nie wygrać w kolejnej próbie plebiscytowej „ Tygodnika Żużlowego“ w lutym? Pytanie retoryczne. Zdobył z zielonogórskim Falubazem mistrzostwo Polski. Był na gali w Warszawie Tomasz Gollob, również szef polskiego żużla Piotr Szymański a przede wszystkim był laureat na ósmym miejscu wicemistrz świata Jarosław Hampel. Żużla zatem nie zabrakło w pierwszej dziesiątce najlepszych polskich sportowców 2011, jak i na parkiecie „ Hiltona“. Bywały chude lata, bywały i takie, że wśród najlepszych wybierano Tomasza Golloba. Ale to już było.

Plebiscyt Przeglądu Sportowego 2011

Impreza jest prestiżowa i liczy się bardzo w rankingu karnawałowych bali warszawskiego establishmentu. Full glamour. Tak, teraz więcej sportowców, lepsze programy artystyczne, splendor telewizyjnych kamer i kreacje kobiet. Od La Manii?

Kreacje, garnitury, krawaty, muszki, zegarki, precjoza, modne buty i atrybuty zabaw. Włosy na żelu. Moda na Palikota? Przyznam, że jeśli kogoś buty gniotą, bezceremonialnie są ściągane i tańczy się boso. Moda na Cejrowskiego?  „Szpile“ nie dla wszystkich. Frywolnie. Odkryć skrawek siebie i wzmocnić pożądanie. Ach te kobiety.

Co się pije? Co kto lubi i na ile kogo stać. W portfelu i do gardła. Kuchnia pierwszorzędna, obsługuje mistrzów po mistrzowsku. Zresztą w siermiężnych czasach, w tych pierwszych w hotelu „Europejskim“ nie było źle. Oprawa? Baloniki nie zmieniają się nawet w kolorach, szlagiery mijają i powracają a nowe zawsze w modzie. Żwawa harmonia, jeszcze w rękach Marcina Wyrostka zrobi atmosferę, do jakiej dołoży się śpie z erotycznym śpiewem Kayah. Stroje wieczorowe black tie oraz business dress. Ach, nie tylko garnitury od Armaniego, zapach seksownych perfum i suknie z gołymi plecami. „Niech żyje bal“ śpiewa Maryla Rodowicz. Szaleństwo szyte na miarę. Jak zegarki Barta „ Timex“ Szlązkiewicza. I marynary Rodrigo De La Garza. Powiśle po meksykańsku.

Powiedziano, że teraz młodzież jest ładna, modna, szykowna. Jak na zdjęciach „I like Photo Group“. Szyk z Manhattanu i niebanalne foty Marcina Kempskiego. Łał!!!

Zostawiam salony, patrzę na stadiony, warsztaty i bankiety w żużlowym środowisku. Takie mnie oto naszły reminiscencje. Kto z kim jadł kolację ze śniadaniem.

Przed laty królowały w żużlu nieśmiertelne dresy, które lansowane były nawet przez wschodnich zawodników na przedimprezowych kolacjach. Zachodni zawodnicy wygalantowani, w garniturach a część w dresach, swetrach i klapkach na nogach. Zmieniły się czasy. Rewia mody kevlarova, wszędzie szpan, nie ma już paskudnych dresów, które królowały na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Już nie ma tego największego targowiska bodaj w Europie, nie ma też badziewia noszonego w sportowym świecie. Miło popatrzeć teraz na asów, kiedy zjawiają się na żużlowych imprezach, nie tylko asów na Boga, tylko zwykły regiment żużlowego światka.

Zmieniła się mentalność, kultura i możliwość kupienia markowych rzeczy. Jeśli ktoś ma gust i smak może poszaleć i ubrać się na miarę salonowych wybiegów. Dostęp do sklepów z modnymi rzeczami, zasobność i szeroki wybór stwarzają możliwości pokazania na co stać mistrzów i nie tylko mistrzów. Bez obciachu. Paryż i Odessa.

Wojażowanie po świecie stwarzało kiedyś możliwości kupienia oryginalnych towarów a dziś są one w zasięgu ręki, trzeba tylko mieć kasę i gust. Potrzebny Londyn, Paryż, NYC? Yes, no? Jak mawiają kumple kumpli ZARA muszę się napić.

Zatarły się różnice pomiędzy strefami Europy i świata w modzie, noszeniu się i pokazywaniu na sobie co jest szykowne. Dodam, że teraz obserwuję, że niektórzy zachodni zawodnicy mogą podpatrywać modowo naszych sportowców. Mają kogo. I co.

Karnawałowy czas jest stworzony na zabawy, na plebiscyty lokalne. Speedway odgrywa znaczącą rolę w tych wyborach, jest obecny, bo też zawodnicy tego sportu mają dużo do powiedzenia, pokazania. Jest więc miło wszystkim, którzy mają żużel w sercu.

Plebiscyt centralny „PS“ i TVP mamy za sobą, przed nami na koniec karnawałowych szaleństw rodzima impreza o laury  „Tygodnika Żużlowego“ i szef Adam Zając z dobraną ekipą spina się już od dawna, aby wszystko zagrało na 102! Czytelnicy nie próżnują i wybierają najlepszych. Kurtyna czeka na odsłonę. Jeszcze nie było tak, by w Lesznie nie zagrało i żeby jajecznicy o poranku zabrakło. A ku przestrodze… słynny felietonista Kisiel mawiał tak: „Pić można, trzeba tylko od czasu do czasu robić przerwę“.

Tygodnik Żużlowy Gala 2011

Kurtyzany też chodzą na żużel

Do sedna tytułu dojadę może później. Na razie muszę publicznie pogratulować Robertowi Dowhanowi senatorskiej ławy i będę z niekłamaną ciekawością czekał na sportowe i żużlowe wsparcia prezesa mistrzów Polski spod znaku Falubaza z Zielonej Góry. Czas pokaże. Jak mówią ludzie zalatani w interesach, czas trzeba kupować. Kto  tego nie rozumie, niech siądzie wygodnie w fotelu i pomyśli. Prezes/senator jest człowiekiem z ambicjami i doprowadził do sukcesów zielonogórski klub, podniósł poprzeczkę wysoko pod każdym względem, utkwił mi w pamięci fakt spektakularny, kiedy kibice Falubazu polecieli do Rzeszowa na mecz samolotem. To było coś! Wiele spraw by się nazbierało, ale nie jestem skory do wychwalania gościa, który ma jeszcze tyle jeszcze do zrobienia, zwłaszcza, że teraz będzie patrzył z pozycji senatora i kontaktował się z postaciami, które mogą dla żużla zrobić jeszcze więcej. Czy Falubaz obroni tytuł mistrza Polski? Pytanie jest trudne. Trudna odpowiedź, jak to mówią Czesi  „nie wierz we wszystko, co myślisz“.

Robert Dowhan bardzo realnie patrzy na speedway, na jego pobocza. Nie jest w tym osamotniony, bo i Józef Dworakowski czy Władysław Komarnicki/ nie wymieniam jeszcze 2 – 3 prezesów…/ również na zimno oceniają stan polskiego żużla.W tym kontekście nie mogę zrozumieć jak wymsknęła się sprawa startów zagranicznych zawodników z serialu Grand Prix i ograniczenie udziału w klubie tylko jednego żużlowca z elity. Na brytyjskim rynku to by się nie udało. Przeciąganie liny na klubowym rynku  towarzystwa wzajemniej adoracji trwa już od dłuższego czasu. Jeśli jest kilku decydentów, wymyka się spod kontroli odpowiedzialność. Ludzie spotykają się z uśmiechami i pozorami aprobaty przy okazji wręczania pucharów na imprezach prestiżowej rangi. Dla otoczenia wtedy wszystko wygląda cacy, choć przecież tak nie jest i problemy nie gasną. Na chwilę jedynie w świetle jupiterów dużego wydarzenia a potem jest ciemno, choć wcale nie cicho.

Grupa sportowa reprezentowana w sejmie i senacie powinna spojrzeć na różne aspekty.  Tym którym speedway leży głęboko na sercu może poruszą odpowiednie sprężyny by zmontować silne lobby na rzecz tej dyscypliny. Jak napisałem powyżej wybór na wysokie funkcje państwowe bardzo zobowiązuje i trzeba liczyć się z rozliczeniami. Czy zielonogórski senator będzie również prezesem klubu? Istnieją sprzeczności co do łączenia funkcji i jest problem, który rozstrzygnie się niebawem.

A teraz coś innego. Rafał Stec z „Gazety Wyborczej“ jak zwykle wnikliwie i z publicystyczną swadą podjął temat rozmywania się polskich rodowodów w sporcie i gremialnym wjazdem różnych nacji. Temat, który i mnie porusza i nie ma to nic wspólnego z europejskim poglądami. Nie żartujmy sobie i szermujmy Unią  Europejską jak wytrychem. Oczywiście, że wolałem w polskim tenisie stołowym, kiedy wygrywała dla Polski Jolanta Szatko albo Andrzej Grubba i Leszek Kucharski wymiatali rywali wokół stołów na poziomie światowym. Teraz świat patrzy na medale skośnookimi oczyma. Pamiętam reakcje częstochowskich działaczy, kiedy Rune Holta zdobył w Bydgoszczy tytuł mistrza Polski. Reakcje wówczas, gdy napisałem, że przyjemniej by mi było, gdyby mistrzem Polski został nie Norweg z polskim paszportem a rdzenny mój rodak. Zrobiła się mała burza. Nadal mam takie przekonania, bardziej patriotyczne niż może europejskie. Chyba jest demokracja i każdy może mieć swoje poglądy?! Tak Rune  and company? O.K.

Wspomniany Rafał Stec pisze w „ GW“ tak: „ Geografia sportu zmienia się coraz gwałtowniej. Lokalne kultury otwierają się na świat i wzajemnie przenikają, ludzie coraz intensywniej migrują i upychają do walizek swoje upodobania, wszyscy chcą uprawiać wszystko“. Tu muszę podkreślić, że autor nie wspomina o żużlu, bo on jakby w Polsce mimo wszystko jest… polski, choć zagraniczni zawodnicy pchają się do naszych klubów na wszystkie możliwe sposoby. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że zwycięży rozsądek i większe szanse otworzą się przed polskimi talentami a nie podstarzałymi asami z elity poklepywanymi przez prezesów bez wyobraźni. Może…

Polski speedway jest mocny w swojej frekwencji, w uwielbieniu kibiców do jazd i choć już na trybunach stadionów nie ma aż tylu fanów, co przed laty, istnieje godny podziwu magnetyzm żużla. Jak jeszcze długo?! W strukturze społecznej zasiadają na trybunach kibice różnych profesji, wykształcenia i upodobań. Imponująca gama, nawet traktując frywolnie temat, patrz w jaki tytuł zaopatrzyłem niniejszy felieton. Speedway na polskim gruncie potrzebuje jednoznacznych decyzji strategicznych. Ciągle brnie się w nurcie serialu Grand Prix. Duńczycy proponują Ligę Mistrzów i ten projekt jest czymś nowym, takim Klubowym Pucharem Europy, lecz bez wyraźnie opracowanego planu medialnego i sponsorskich pokaźnych finansów utonie w powodzi kalendarzowych imprez i pośpiechu. Muszą być wyznaczone startowe priorytety, co jest najważniejsze. To samo dotyczy polskiego podwórka. Kalendarz imprez jest przeciążony, zaś „aktorzy“ sfrustrowani i zmęczeni przed finałami.

Raz jeszcze więc przytoczę akapit tekstu R. Steca: „Tak, my Polacy też pewnego dnia możemy stanąć przed dylematem, czy chwycić się ostatniej szansy i wziąć udział w ogólnoplanetarnych targach z mottem „Wygra ten, kto kupi najlepszego Chińczyka“.

 

Piękno nie jest zbiorowe

Speedway uzależniony jest od pogody i nie ma na ten fakt żadnej rady. Kiedy leje przed zawodami, kiedy leje w czasie, tory zamieniają się w bajora. Czasami pomaga nawiezienie nawierzchni, czasem dar niebios gdy słońce nie wiadomo dlaczego przerwie męczarnie deszczowe.Te pogody są koszmarami dla organizatorów turniejów wszelkiej rangi, meczów ligowych. I o ile można zabezpieczyć widownię dachem, to pole walki zawodników narażone jest na kaprysy atmosferyczne. Nie ma rady, pogoda dyscyplinuje mechaników, którzy muszą przestrajać motocykle dla żużlowców i decyduje doświadczenie, rozumienie się z zawodnikiem oraz intuicja  na zasadzie: będzie pogoda albo będzie lało.

Ligowcy mieli zaległości, odrabiają, pogoda majowa nie pieści nikogo.Trudno. Na szczycie Ekstraligi team Tomasza Golloba i Nickiego Pedersena. Tabelę zamyka zielonogórski Falubaz, broniący tytułu mistrzowskiego. Oczywiście to jeszcze o niczym nie świadczy, aczkolwiek jest sygnał dla prezesa Falubazu. Wkrada się niepokój, ale jak pomyśli dobrze, dojdzie do wniosku, że pogoda nie ma z tym nic wspólnego. Poziom ligowy od bodaj trzech lat spłaszcza się okrutnie, wyniki na styk, rozstrzygnięcia w dwóch ostatnich wyścigach, choć są wyjątki jak klęska teamu z Częstochowy w Lesznie. Roman Jankowski ma niezły zespół i Byki są groźne, mają rogi wyostrzone. Wariactwem byłoby teraz prorokowanie kto spadnie, walka o pierwszą czwórkę będzie tak samo ostra jak i na dnie tabeli. A w pierwszej lidze jakby normalka, pokiereszowali się niesłychanie rybniczanie i leczą rany, w tamtym roku zaskoczyli na początku, teraz to już chwila wspomnień, które się chyba nie wrócą. Stawka w pierwszej i drugiej lidze jest też znormalizowana. Obstawiając hipotetycznie lotto żużlowe właściciel zbankrutowałby z kretesem.

Pojechałem do Tarnowa na mecz Jaskółek z gorzowskimi asami. W Katowicach jako tako, za Krakowem ciemne chmury, leje, niebo koloru brudnego w dalekiej perspektywie. Będzie mecz? Dzwonię do prezesa Bogdana Gurgula. Odpowiada z nadzieją, że raczej tak. Jadę zważając na radary. Jestem. Ludzi mało ale schodzą się, niedziela, komunie, wolny czas, topowy niemal mecz, lecz nie ma euforii.Wszak startują takie asy jak Tomasz Gollob i piekielnie prędki Nicki Pedersen. Polak wyluzowany, dawno nie widziałem takiego „Gollo“, natomiast Duńczyk wykonuje przysiady, medytacje, gimnastykuje się, to samo Krzysztof Kasprzak, inni, taka jest teraz moda na rekreację przed wyścigami. Napięcie rośnie, ludzie się schodzą jak na komunijną wieczerzę. Sędzia meczu Jerzy Najwer spokojny, będzie dreptał po mokrym torze. Lepiej późno niż wcale. Długonogie, długowłose/ co jeszcze?/ dziewczyny na starcie mają ładne parasole. Ktoś przynosi bordowe róże dla uczestników nad którymi wisi syndrom deszczu. I on nadchodzi jak grypa. Kibice rozkładają parasole. Unia vel Tauron liczy na punkty, gorzowski team uzbrojony przez prezesa Władysława Komarnickiego w Golloba młodszego i Pedersena Nickiego, tudzież ze szkoleniowcem Czesławem Czernickim i resztą Cealum Stal czekają spokojnie na finał. I są jazdy! Mokry tor sprzyja gospodarzom, acz Sebastian Ułamek jako kapitan nie znaczy wiele do końca. Nicki jest diabelnie szybki, a Gollob? Tu miał piękne chwile, Unia z nim i Szwedem Tony Rickardssonem oraz resztą tarnowskich Jaskółek zdobywała  bezproblemowo mistrzostwo Polski a sponsorem była Rafineria Trzebinia. Dziś inny prezes, inny sponsor, „paliwo“ zastąpił „prąd“. Prezes Bogdan Gurgul jest sympatyczny tak jak i jego żona, która przeżywa mecz dogłębnie. Radzę luz, bo życie ligowe bywa przewrotne jak karuzela. Zaczyna lać deszcz. Przerwa trwa ponad godzinę, przekonuję się, że sędzia wie co robi, choć kołacze mi się niestety myśl dlaczego nie zrobił tego przed zawodami. Wpierw ludzie szczotkami ściągają wodę z toru, potem jest decyzja by dorzucić na tor suchą nawierzchnię.

No i zaczynamy. Inny mecz. Piękna walka, choć start decyduje, wspomniana para polsko – duńska kontroluje przebieg, Martin Vaculik Słowak z fantazją i animuszem po pechu wykonuje numer godny taśmy filmowej, jego szarża po zwycięstwo z końca stawki jest piękna jak Dunajec. Nie pomaga. Ułamek bez ikry. Gorzowianie łapią oddech, jest świeży, zwycięski. Kibice zawiedzeni, prominenci Taurona też, trener Marian Wardzała wytrawny jak mało kto życiowo czuje presję miejscowego środowiska. Przegrywa. Duet prezesa Komarnickiego Gollob/Pedersen Nicki wygrywa nad Dunajcem.Gospodarze smutni. Pozostaje im w pamięci wspaniała szarza Martina Vaculika, który niczym Gollob mijał rywali „ po dużej“. Jak on zrobił taki numer, czy „to se vrati?“

A nam zostaje mała. Czarna. Dla przykładu kawa, którą wypijam z prezesem i nie tylko. Nad Tarnowem wisi syndrom deszczu od początku sezonu. I znów powtarzam trudno! Żona prezesa Gurgula jest niepocieszona, a on sam z gruntu człowiek autentyczny i nie zmanierowany sportowym musem zwycięstw za wszelką cenę, mimo wszystko optymistystyczny i wesoły na miarę bohaterów opowiadań Singera.

Nie lubię wyjeżdżać z Tarnowa, nie mówiąc o Krakowie, bo jest sympatycznie, ludnie i zwyczajnie, naturalnie. Parkuję w Krakowie, zrobiło się późno, bo sędzia Najwer na tarnowskim stadionie wydłużył zawody przez atmosferyczny grymas/ czy tylko?/.

Kraków jest dobry o każdej porze. Zbieram wyniki ligowe, ciasne jak wejścia do samolotów. I generalnie widać wyrównanie poziomu, i nic nie wiadomo. Wiadomo jedno: Gorzów ma team i Leszno ma, i Toruń aspiracje, intuicję Betard Wrocław i gdzieś tam drzemie potencjał Polonii Bydgoszcz. A Tarnów, a Zielona Góra?

Sytuacja ligowa we wszystkich mutacjach jest w fazie rozpędzania i będzie się działo, asy opatrzyły się dobitnie; obserwując rozgrywki oświadczam, iż nie ma już takiej euforii, ekscytacji jak dawniej. Zrutynizowały nam się emocje, fani wiedzą wszystko o wszystkich, brak ognia w oczach jaki towarzyszył wyścigom jeszcze kilka lat temu. Taka zmiana pokoleniowa w ludziach, wrażeniach, odbiorze, przeżywaniu zwycięstw i goryczy porażek.

Dlatego utkwił mi w pamięci luzacki dystans prezesa Gurgula, choć serce jego jest na pewno gorące acz głowa nie rozpalona bezdurnie. Gość nie przypadkowy.

Wszystkiego więc dobrego, ligowego na następne miesiące. No i zapewniam: piękno nie jest zbiorowe, duety i single czynią czasem cuda.

Kibic płaci i wymaga

3

Czego? Normalnej toalety? Czystego fotelika na stadionie? Dachu nad głową? Miejsca parkingowego bez stresu? Można jeszcze coś tam dodać do tych życzeń, choć podstawowym roszczeniem jest postawa drużyny, zawodników, którym kibice adorują. Wiernie przychodzą oglądać swoich idoli  i cieszą się z jazd, walki na torze, z dorobku punktowego. Ostatnio mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju lekceważeniem tych, którzy wypełniają trybuny w ciągu sezonu a dopływ gotówki do kas klubowych z tego tytułu nie jest skromny, wręcz zasila budżet znacząco. I nie tylko w żużlu odezwali się kibice zmartwieni wynikami swojej drużyny. Oto na piłkarskim boisku zasłużony dla sportu nawet europejskiego Górnik Zabrze wywołał do „ tablicy” swoich fanów. Kto kogo wywołał pozostawiam sumieniu jednych i drugich, także prezesa i trenera. Nawet duży autorytet może się zużyć i nie mieć argumentów przekonywujących dla swoich podopiecznych. Trener Henryk Kasperczak ma ogromne zasługi dla futbolu, w tym dla afrykańskiego ale i po ostatnich mistrzostwach tego kontynentu salwował się szybkim wyjazdem do Europy. W Górniku zastał nie najlepszą sytuację. Kiedy drużyna pod koniec sezonu przegrywała mecz za meczem kibice ruszyli do natarcia i ostrzegli zawodników w stylu budzącym mimo wszystko zaskoczenie, bo powiedziano im dosłownie, że na boisku trzeba zapier… Pytam, a na żużlu nie?!

Podobno trener i prezes „kokietowani” przez grupę Alianz wiedzieli o tym ruchu kibiców a ponieważ sami nie mieli już chyba nic do powiedzenia swoich pupilom, posiłkowali się zdeterminowanymi kibicami. Inne sytuacje. Oto piłkarze Jastrzębia, Ruchu Chorzów dramatycznie domagali się uregulowania zarobków. Wstyd. Działaczom! Poirytowani kibice żużlowej Polonii Bydgoszcz ruszyli do natarcia gdy porażki zespołu stały się normą. Ostro przedstawili swoje uwagi i pogonili prezesa oraz trenera. Zjawiska nie nowe. Zawodników i kibiców nie można traktować instrumentalnie. Nie da się lekceważyć i jednych, i drugich przez zarządy klubowe. Dynamiczni kibice z Częstochowy zjednoczeni na dobre i złe nie dadzą sobie dmuchać w kaszę. I prezes Marian Maślanka dobrze o tym wie. Demokracja wozi taczki z sobą. Zawodnicy mają określone obowiązki ale i słabości. Kibice płacący za bilety, kupujący programy imprez chcą widzieć walkę nawet kiedy ich idole przegrają. Żal mi było gorzowskich kibiców po derbowym pojedynku z Zieloną Górą, bo Falubaz dokonał ruiny w ich sercach. Klub o dużym budżecie dostał lanie w prestiżowym pojedynku. Bezradny był w motywacjach trener, ekipa dostała po uszach. Takiego wyniku nie spodziewał się chyba nikt, bo to nie Falubaz był genialny, lecz przeciwnik oddał im pole już od startu najczęściej. Co czuje w takich chwilach kibic, rzesza fanów jadąca na widowisko, oczekująca jazd od których nie powinno się odchodzić nigdy. Chyba, że kataklizm… Ale takowego nie było. Czy można dziwić się kibicom ich gwałtownych reakcji i wyłożenia racji w stylu zabrzańskim, bydgoskim, że nie tylko za duże pieniądze trzeba zapierd… Lekceważenie licznej widowni budzi refleksje i czasami… niechby zawodnicy oddali część swoich apanaży na biedny dom dziecka w sytuacji, kiedy spadają z motocykli.

Nie unikniemy już demokratycznych ruchów. I sterowania ręcznego, bo jak pokazał zabrzański protest przygotowano go w zmowie z trenerem i prezesem. W tym ruchu kibicowskim zmartwiło mnie, że taki mag jakim jest Henryk Kasperczak musiał się posiłkować stadionowym ludem. Pamiętajmy, że kij ma zawsze dwa końce. Kibice w różnych sportach zachowują się w chwilach zwycięstw i porażek podobnie. Jedna jest bowiem ich dusza, a eliminuję ekstremę fans, która zawsze trafi tam, gdzie kraty w oknach. I tak oto z jednej strony mamy postawy kibiców wobec fatalnych postaw drużyn, wobec idoli uwielbianych bezgranicznie, choć nie do końca; z drugiej strony mamy weryfikację postaw przez kibiców prezesów za ich ruchy kadrowe oraz szkoleniowe wybory; z trzeciej strony mamy jeszcze tłum widzów i przy słabym sędziowaniu nie tylko okrzyki po których więdną uszy kandydatom i kandydatkom na klasztorne cele. Bo dobry sędzia dziś, za kilka dni może być okrzyczany jako ch…

Mnie interesuje jednak relacja: zawodnicy, kibice, zarządcy klubowi. Zgadzam się z tzw. warunkami obiektywnymi na które czasami składają się okoliczności dołujące wyniki. Ale z każdej sytuacji jest wyjście. I jak zwykle powtarzam, ze wyobraźnia jest potrzebna jak metanol silnikowi. Zadufanie, często ślepe, brak kompetencji i wiara w cuda kosztuje prestiż.
Jesteśmy w trakcie ciekawego sezonu i jak widać niektórzy mają kryzys i są kłopoty. Poziom ligowy się spłaszcza, nie winduje w górę, nie każdy as jest tynfa wart. Zaraz po sezonie rzucono się hurmem na podpisywanie kontraktów nie wytrzymując ciśnienia a przecież speedway jest biznesem i nie można łapać much na mrozie.

Mamy więc „dywaniki”, wertowanie umów a papiery są podpisane. Co robić? Bydgoscy kibice pogrozili palcem, pogrożą inni pewnie też jeśli będzie chora sytuacja. Zjawisko w skali mikro tego typu nie jest groźne, lecz w skali makro może być kłopotliwe dla organizatorów żużlowej zabawy w Polsce. Wszystko zwykle sprowadza się do kompetencji, fachowości i urządzania atrakcyjnego życia na torach tak, aby to były widowiska godne kibiców. Bez nich ani rusz i wcale się nie pomylę, kiedy napiszę, iż trzeba prezesie czasem wytrzeć fotel dla kibica, bo on został zaproszony za swoje pieniądze. Nie można być niegościnnym, chyba, że? A zawodnicy niestety muszą ostro zapier… tak orzekli sympatycy słynnego Górnika, a jak trzeba gonić pokazuje cudownie futbolowa Liga Mistrzów. Zawodowy sport nie ma czasu na lekceważenie gości.

Co w żużlu? Poziom i styl mistrzowski prezentują niezmiennie takie asy jak Australijczycy Jason Crump, Leigh Adams, weteran z USA Greg Hancock czy obrońca tytułu Duńczyk Nicki Pedersen. Jeszcze można dodać kilku do tego towarzystwa nie zepsutego przez polskie kluby. Oni jadą nie tylko po kasę, oni mają nazwisko, którego nie można rozmieniać obojętnie czy to deszcz czy kanikuła albo dziury. Ich sprzęt świadczy o nich. Także profesjonalne morale. 

To tyle i aż tyle o prozaicznych sprawach, acz istotnych, na które zwracają zawsze wierni kibice i jak już nie mogą wytrzymać nerwowo, ruszają z hukiem na klubowe kanapowe życie. Nie można takich ruchów lekceważyć, trzeba po prostu raz jeszcze cytuję: „ zapierd…” zawsze i wszędzie.