Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.

Madsen, lew

Lubię Danię, kieszonkowy kraj, ładny, zadbany, wciśnięty w morza, w małym, kolorowym Esbjergu, gdzie urodził się Erik Gundersen jedna z ikon żużlowych świata,  jest możliwy wyjazd autem przez plażę kilometr do wody, zimnej, piasek wciska się w szpary samochodu, ziarenka wypadają jak śruby na autostradzie. Plaża, auta, wydmy i słomiane dachy, nastrój filmowy i brakuje tylko Jane Fondy i pięknych narowistych koni. Poniosło mnie znów? O nie, moje poznanie Danii zaczęło się dawno temu od Haderslev, Vojens i Ole Olsena. Końcówka lat siedemdziesiątych, to erupcja talentów duńskich pod wodzą Olsena, trzykrotnego mistrza świata, urodzonego w cichym Haderselv, gdzie kaczki na stawie przed hotelem Norden pływają majestatycznie. A dalej port i marina, żaglówki wpływające, wypływające. Pachnie świeżością, piwo Tuborg w przystani smakuje wybornie. I jest w Danii takie miasto Vejle, kiedyś byłem i może jeszcze odwiedzę. Żużlowe królestwo duńskich władców obejmuje Jutlandię i było w latach osiemdziesiątych na ustach koneserów. Olsen prowadził swoich następców, jak kiedyś Mojżesz przez Morze Czerwone. Złote medale zbierali do worka, indywidualnie, drużynowo, parami też. Mali chłopcy ścigali się na mini torach i mieli frajdę, pyszną zabawę ze skutkami, gdy zaczęli uprawiać sport dojrzały. Każda hossa ma potknięcia, bessy wkalkulowane są w giełdy, w życie. Wypadki na żużlu wytrącają z rytmu, wstrzymują sukcesy, nie dają poszaleć wodzie sodowej. Danię nie ominęły dramaty, lecz pozostał smak żużlowej przygody. Jak nie Erik Gundersen, Hans Nielsen, Jan Ove Pedersen, Tommy Knudsen to Nicki Pedersen, który nie jest lirycznym spadkobiercą chwały duńskiego speedway’a. On wie jak tyrknąć tylnym kołem, ile zostawić miejsca przy bandzie albo nie zostawić wcale. Sport jest walką, obojętnie czy pchasz kulę, czy pędzisz na motocyklu. Albo kopiesz piłkę. Dania mały kraj ale usportowiony. No i ten speedway podsycany z końcem lat siedemdziesiątych w Vojens przez Olsena, który razem z Aage Sondergardem wybudował stadion i organizował światowe turnieje. Miasto nijakie ale stadion stricte żużlowy, wymyślony na potrzeby tego sportu. Made in Denmark. Speedway i goście odmienili miasto, zaczęło ono inaczej  pulsować życiem gospodarczym, nie tak za wiele a jednak. Nazwisko Olsen jest popularne w Danii, ale dodając imię i lokując je w sporcie znaczy legendę, która wyniosła speedway na podium rangi światowej bardzo znacząco. Ole!

W polskim żużlu startowało i jeździ wielu Duńczyków. Z rozmaitym skutkiem, w wieku różnym, lecz trudno sobie wyobrazić gdyby ich zabrakło na naszym rynku. Chyba Hans

Nielsen odcisnął swoje jazdy w pamięci naszych kibiców najbardziej…  Pierwszy, od Lublina po Piłę…  A jak jest dziś? Nie będę penetrował, jeden gość od jakiegoś czasu intryguje środowisko i jest nazywany przez pewien portal najlepszym złodziejem startów. Z tymi startami moim zdaniem jest afera, bo karze się zawodników za refleks. Paradoks.

LEON MADSEN urodził się w ponad 100 tysięcznym Vejle, “bombonierkowym” mieście duńskim. Pół godziny stamtąd do szaleństw w królestwie klocków LEGO w Billund. Lego jest magicznym towarzyszem zabaw dzieci na całym świecie. Madsen jest samodzielnym liderem w indywidualnych mistrzostwach świata, ma kilka punktów przewagi nad rywalami, Bartoszem Zmarzlikiem a następna edycja Grand Prix w niemieckim Teterowie. Duńczyk, nie za wysoki, jeździł w kilku polskich klubach/ od 2006/, teraz zakotwiczył się w częstochowskim Włókniarzu pod nadzorem trenerskim Marka Cieślaka. Obaj mają podobne hobby – jazdy na rowerach. Idolem LM jest Erik Gundersen. Nie dziwię się wcale.

Przy pechowej kontuzji trzykrotnego mistrza świata Anglika Tai’a Woffindena, rywale uzyskali szansę na podium. Leon może nie jeździ aż tak efektownie ale efektywnie. Ma extra refleks, niestety, co jest atutem w żużlu bywa obecnie skrupulatnie śledzone i karane. Leon potrafi walczyć, gdy przegra start. Szybki i uśmiechnięty.

Rodzinne Vejle jest nad morzem, ma śliczną marinę i uliczki do spacerów romantycznych, ciekawą architekturę i przykłady, że warto dbać o ekologię na tym świecie. Madsen pokochał Polskę, która zawodowo go zatrudnia w Ekstralidze, miłość ma różne oblicza, jazdy na torach to jedna bajka a druga jest taka, że osiadł w kaszubskim Wejcherowie, o połowę mniejszym od Vejle. Tam założył rodzinę z Magdaleną i cieszą się kilkumiesięczną córeczką Mariką. Wszystko wskazuje, że Madsen nauczy się polskiego a córka nadto duńskiego. Duńczyk ma szansę w wieku 31 lat być mistrzem świata, choć walka będzie zacięta aż do październikowego/ 5/ finału serialu GP w Toruniu, zatem jeszcze cztery turnieje i podium tegorocznych mistrzostw świata rozświetlą fajerwerki. Gdyby tak się stało, Duńczycy nawiążą do przebogatej tradycji medalowej. Rok temu na Stadionie Śląskim Madsen został mistrzem Europy, może powtórzyć z końcem września ten sukces. No a w Ekstralidze Włókniarz walczy o najwyższą pulę, trudna przeprawa, w sporcie wszystko możliwe, jeśli się uda, Duńczyk będzie miał wkład wielki a Magdalena okazję do negocjacji z prezesem Michałem Świącikiem na nowych warunkach. Jeszcze kilka tygodni emocji i zrobi się jasno. Cieszy, że narodziła się kolejna para z szyldem Polska – Dania.

A propos zawodników z Półwyspu Jutlandzkiego w lubelskim Motorze świetnie poczyna sobie Mikkel Michelsen, także jako dzika karta w serialu GP. Ojciec chrzestny duńskiej armady Olsen może być ukontentowany. Na jego torze w Vojens z początkiem września rozegrana zostanie kolejna runda GP, gospodarze mogą zrobić duży apetyt kibicom na piwo Faxe, jeśli wygrają. Będzie się działo! Vojens jest markowe.  W szwedzkiej Malilli wygrał ostatnio GP Szwed Fredrik Lindgren; ścigał się cudownie, zna ten tor, wybierał ścieżki jak lis, nadto popisał się refleksem niebywałym i śmiałym atakiem, i przeleciał nad leżącym Patrykiem Dudkiem. Co zrobił? Otóż podniósł motocykl i pofrunął jak ptak, ratując przed ciężką kontuzją Polaka. Niestety sam cierpi na uraz nogi. Ten wypadek jest kaskaderskim popisem doświadczonego Lindgrena, który startuje razem z Madsenem w Częstochowie. Fenomenalny skok nad leżącym zawodnikiem Dudkiem przejdzie do historii i zasługuje na top nagrodę nie tylko Międzynarodowej Federacji Motocyklowej w kategorii fair – play!!! Wielki kunszt, serce, skromność, profesjonalizm.

Pochylam głowę nisko.

Kawałek nieba dla Erika

erik gundersen

Dla jednych to duże niebo, dla drugich tylko kawałek. Strzępy dla innych. Wspomnienia, przeżycia. Richard Clark, szef londyńskiej Speedway Star, przyjaciel od lat mojej rodziny przypomina na łamach tygodnika o tragedii Erika Gundersena. Zdarzyła się ona 17 września 20 lat temu, a 8 października tego roku mały Duńczyk, trzykrotny mistrz świata w indywidualnych wyścigach i wielokrotny mistrz globu w drużynowych oraz parowych jazdach skończy 50 lat. Jak ten czas zleciał! Niemal tak, jak pokonywał wiraże niezapomniany Gunder albo Gundo…

Erika poznawałem od pierwszych startów na różnych stadionach Europy, w tym oczywiście na polskich torach. Wtedy jeszcze nie był otwarty nasz rynek ligowy dla zagranicznych zawodników. Kiedy ojciec chrzestny duńskich żużlowców wywindował ich na szczyty i gdy rozstawał się z torem, też z trzema złotymi medalami MŚ, na horyzoncie już było widać armadę jego rodaków, którzy jechali po mistrzostwa świata. Kiedy na londyńskim Wembley w 1978 roku Mary Stavin, niebieskooka miss świata w tiulowej sukience pocałowała na podium za mistrzostwo świata Olsena jego następcy zostali już namaszczeni, nie tylko Erik ale i Hans Nielsen, Tommy  Knudsen, Jan O. Pedersen oraz pozostali, którzy stworzyli grupę wygrywającą różne zawody. Olsen był spokojny, budował w Vojens swój stadionowy pomnik. Tam za dziesięć lat, w 1988 roku Erik zdobył trzeci tytuł mistrza świata i wydawało się, że końca nie będzie. Vojens i Ole, i „złoty ptaszek” Erik. Było cudnie jak w kinie.

erik gundersen

Jesteśmy w Goeteborgu, 1984 rok. To na Ullevi jak beton, Olsen faworyzuje, zawsze tak było Erika, wydaje się, że kocha go jak syna. Hans  Nielsen nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. Tor jak beton, szybki start decyduje o zwycięstwie, robi się nudno, krytyka po zawodach takiego finału jest ogromna, Erik jest oczywiście najszybszy. Powtarza ten sukces w angielskim Bradford, na Odsal gdzie tor jest koloru wiśniowego a łuki jak w cyrkowej beczce. I znów za plecami Erika plasuje się jak cień Nielsen. Stoją na podium i nie patrzą na siebie. Dziwna sytuacja  duńskich rodaków, rywalizacja rośnie w siłę, która przeistacza się w niechęć. 1986 rok i Stadion Śląski, Chorzów. Kilkanaście tygodni wcześniej wpadają tam na trening z Olsenem Erik i Jan O. Pedersen, kompani Hansa nie zabierają. No i co się dzieje potem… Nielsen ze stoickim spokojem kontrowersyjnie wywozi w bandę Tommy Knudsena, jest szybki jak rakieta, natomiast bezradny robi się w turnieju Erik. Daleko w tyle, jest dopiero dziesiąty i nie wie co się stało, więc kiedy go pytam w parkingu o przyczynę porażki, dotkliwej, bolesnej dla takiego faworyta, odpowiada mocno zszokowany: „ A kto to jest Nielsen?”.

Autentycznie. Nieco wcześniejsze zawody, mistrzostwa świata par w Rybniku, rok 1985, wygrywają razem Erik z Tommym Knudsenem są świetni a na trybunie podekscytowana na maksa Helle, narzeczona Erika piszczy z radości w szale uniesienia. Żywiołowa dziewczyna, miła.

Filigranowy Erik Gundersen urodził się w Esbjergu w 1959 roku na zachodnim wybrzeżu Danii, w miejscowości ładnej i turystycznej. Nieco niedbałego chodu, z wąsikiem małym, przypominał posturą… Charlie Chaplina, toteż czasami go na imprezach naśladował. Miał wyczucie motocykla, był przyczepiony do niego jak koliber i fruwał na torze w efektownej pozie, zmienianej ile trzeba było. Nieraz zastanawiałem się jak taki człowieczek może panować nad motorem i panować nad nim, bo zwykle Erik prowadził motocykl do celu a nie motocykl jego. I jak się zwijał na tym siodełku, nieprawdopodobnie cyrkowo. Widowiskowo.

I nikt chyba nie przeczuwał, że kiedyś jego kariera skończy się w koszmarnym incydencie na tym samym Odsal, gdzie został pierwszy raz mistrzem świata. Co za ironia życia na wirażu.

Mamy niedzielę 17 września 1989 roku i finał drużynowych mistrzostw świata. Wcześniej w  mistrzostwach świata par w Lesznie Erik wygrywa z Hansem Nielsenem mistrzostwo świata. Finał wielki dla Duńczyków, ze świetną organizacją miejscowych i atmosferą niepowtarzalnego pikniku, choć nasza para niestety zajęła dopiero ostatnie miejsce. Roman Jankowski i Piotr Świst zajęli dziewiąte miejsce, bo „motory nie jechały”. A motory Duńczyków były niedoścignione. W pałacu  w Rydzynie z szampana mokre były wykładziny.

Potem mieliśmy debiut w MŚ olimpijskiego stadionu w Monachium i wielki triumf Hansa, Erik był dopiero czwarty. Tam Hans pilnował startów, wjeżdżał w swoją erę.
No i trzeci finał w Bradford, drużynowa potyczka, jest niedziela i nikt nie przeczuwa tragedii jaka wydarzy się już w pierwszym wyścigu. Prasa pisze potem o czarnej niedzieli, krwawej nawet… USA, Szwecja, Anglia i Dania. Potęgi. Nie ma Ole Olsena, który zostaje w domu w Haderslev z żoną Ullą ze względu na urodziny swojego jedynego syna Jakoba.
Na starcie Erik z czwartego pola, Amerykanin Lance King, Szwed Jimmy Nilsen i Anglik Simon Cross. Erik odjeżdża ale na wirażu reszta wali się jak domino i kraksa jest koszmarna. Erik wyleciał w górę jak jaskółka, wszyscy upadki, rozrzuceni na torze jak po samolotowym wypadku, powiało grozą na stadionie. Dr Roger Brown, przypominający niemieckiego zawodnika Egona Muellera, w jednej chwili znalazł się przy Gundersenie i to on szybką reakcją ratował jego szyjny kręgosłup. To właśnie dr Brown jak twierdzą wtajemniczeni uratował życie małemu Duńczykowi. Od razu była na torze Helle, natychmiast brat Erika Preben, mechanik Michael Hansen. W świat poleciały błyskawicznie depesze z tragiczną wiadomością o wypadku. Zrobiło się smutno, bo życie zostało zagrożone. Przerażenie i szok.

Erik Gundersen 88 B

Erik znalazł się w pod czułą opieką w szpitalu Pinderfields. Żużlowy świat zamarł w milczeniu, choć słowa otuchy zostały od razu uruchomione zewsząd i znalazł się tysiące kartek. Helle czuwała jak najwierniejsza istota w szpitalu, byłem też wtedy w kontakcie na łamach katowickiego Sportu z Pinderfields i Speedway Star.

Przeglądam skromnie wydaną książkę „Moje dwa życia” autorstwa trzykrotnego mistrza świata z toru solowego, Erik Gundersen w pełni chwały i po wypadku, po którym już w dwa tygodnie było lepiej, choć nie tak jakby oczekiwał Erik. Musiał zrozumieć, że jego miłość z aktywnym żużlem będzie miała kres. Wcześnie, zanim jeszcze rozbujała się ta miłość, musiała przejść rozstanie. Druga miłość z… Helle jeszcze bardziej się  zacieśniła, urodziła się córka Nana. Erik wstał na własne nogi, co było niemal cudem, został na jakiś czas coachem duńskiej reprezentacji, teraz komentuje speedway w TV. Szkoli młodzież, wie, że bez angielskiej ligi, która jest słaba nie będzie rozwoju tego sportu. Od żużla nie uciekł.

Erika Gundersena pokiereszowało życie okrutnie. Miał wielką przyjemność startować w super angielskim klubie Cradley Heat, tam gdzie sławę zdobył Amerykanin Bruce Penhall, tam gdzie inni Jankesi uczyli się jazd z Billym Hamillem i Gregiem Hancockiem.
Ole Olsen uważa Erika za talent, którego kariera trwała by długo w owocnym dla tego sportu znaczeniu. No cóż lecz przykry los wybrał inaczej, 20 lat temu zdarzyło się w niedzielę coś fatalnego w skutkach dla duńskiego sportowca.

danish speedway team

Erik był nieziemskim zawodnikiem, wspomniany mechanik Hansen i brat Preben byli zawsze czujni obok, ale „majstrem” był słynny tunner Eddie Bull, który przygotowywał mu motocykle jak szwajcarskie zegarki. Nie zawsze wprawdzie były dokładne, ale przecież żużel ma też swoje widzimisię. Silnik jest atutem, człowiek potrzebnym dodatkiem.
Wspomniany Richard Clark z Londynu pobudził moje wspomnienia o filigranowym chłopcu z Esbjergu, którego pamiętam z tamtych lat jako skromnego, a potem poszkodowanego przez los acz zawsze blisko drepczącego w parkingu i spoglądającego na tor, na zawodników ujeżdżających w euforii jakby z pewnym w oczach żalem dlaczego go spotkała taka boska kara. Za co?! „My two lives”… Nie dla każdego żużlowe wypadki kończą się happy endem.

Nie mamy więc wpływu żadnego na los i kiedy czytam niektóre teksty depesz do Gundersena, kiedy życie Erika wisiało na cienkim włosku w Pinderfields Hospital, to mam przekonanie, że ten los przychylił mu jednak kawałek szczęśliwego nieba na resztę życia razem z Helle i Naną, no i żużlem, który czasami diabelsko zdradliwie sypie po oczach.

ps. Teraz czasami gra w minigolfa, no prosze!