Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.

Mistrz na zamówienie

Zdarzyło się 30 lat temu. Bohater ma dziś 65 lat. Okrągłe, piękne rocznice. Do historii łatwo się wjeżdża, gorzej wyjeżdża. Mamy kontrowersyjne wydarzenia, mamy idoli o których mówi się gorzej czy lepiej ale jeśli są uwiecznieni na kartach historii trudno wymazać fakty. Szum informacyjny trwa różnie czasowo, przy okazjach incydenty sprzed lat odżywają jak upiory, by po sporach wyciszyć atmosferę i wygładzić historię, dla której czas jest lekiem na awantury.

Wracam do tego co wydarzyło się w świecie żużla niespełna 30 lat temu, jakby to działo się niedawno.

Środek lata 1983 roku, rybniccy, ambitni działacze z Mieczysławem Korbasiewiczem i Brunonem Soblem na czele organizują finał kontynentalny indywidualnych mistrzostw świata. Jak zawsze w oparciu o mecenat górnictwa, który już powoli chwiał się w fundamentach przygotowują starannie szczegóły. Zmartwieniem zwykle jest pogoda, lecz sprzyja ona bogatym, jak mówią złośliwi. Finał indywidualny światowy organizują we wrześniu Niemcy na nowym stadionie Halbemond w Norden, w szczerym polu, obiekt wybudowany poza małym miasteczkiem na północy Niemiec z widownią aż na 30 tysięcy publiczności. Kolos na ściernisku. Dosłownie.

Organizatorzy z Norden przyjeżdżają do Rybnika, żeby podpatrzyć organizację. Nie zawiedli się absolutnie. Mieli co podglądnąć, wypić i zjeść do syta. Szefem komitetu organizacyjnego z Niemiec był tęgi, rubaszny Franz Arens. Było z nim trochę kłopotu; bardzo mu się spodobało w Rybniku i jako piwosz zasmakował w rybnickim fullu. Małe buteleczki piwa made in Rybnik mnożyły mu się w rękach i podczas prezentacji zawodników na torze przed główną trybuną nagle pojawił się z piwem w ręce. Konsternacja zupełna i dużo śmiechu, i wstydu dla niemieckiej ekipy, której idolem był nie kto inny tylko Egon Mueller, niezwykle eskpansywny zawodnik mocno marzący o tytule mistrza świata.

Rybnickim działaczom wszystko dopisało znakomicie, pogoda była dopieszczona i zawody przebiegły bez pecha szybko jak ekspress. Szef niemieckiego miesięcznika  „Bahnsport Aktuell“ Christian Kalabis miał kamerę w ręce i opadł z sił po turnieju, bo nie miał czasu nawet napić się czegokolwiek. „Adam, katastrofa“ powiedział mi zaraz po finale. Tak to się potoczyło, błyskwicznie i ze zwycięstwem Zenona Plecha/ komplet punktów/ i drugim miejscem Egona Muellera, trzeci był Czech Jirzi Stancl. Andrzej Huszcza zajął ósme miejsce. Ostatni był Włoch Armando Dal Chiele, przedostatni Rosjanin „ tatarska strzała“ Rif Saitgariejew, który zginął potem tragicznie na torze w Ostrowie Wlkp.

Organizatorzy zbierali zewsząd gratulacje a zwykle oszczędny w pochwałach szef Giekażetu, Zbigniew Flasiński nie krył radości z przebiegu turnieju pod względem organizacyjnym i sportowym. Przy podium nie zabrakło górniczych akcentów regionalnych a orkiestra górnicza zagrała hymn narodowy z barbórkową werwą.

Emocje opadły, czas szybko leci, sezon nie daje odpoczynku i finał światowy zbliżał się nieuchronnie z udziałem naszego solisty Plecha. Niemiecka federacja incydent swojego działacza w Rybniku Arensa odnotowała karą dyscyplinarną.

Na pierwszy turniej w Norden, a 38. w historii poleciałem do Frankurtu a potem snułem się pociągiem wzdłuż Renu, czego nie zapomnę nigdy ze względów turystycznych. Norden mała niemiecka dziura, we wschodniej Fryzji. Stamtąd blisko do Holandii i nad Morze Północne, wieje tam ostro i sypie po oczach czerwoną ziemią. Zamieszkałem w hoteliku „Deutsches Haus“, gdzie Czesi nie dali pospać.

Trening. Nawierzhnia jak skała, nazajutrz kopna jak kartoflisko i uczestnicy zawodów mocno protestowali z Duńczykiem Ole Olsenem i Anglikami na czele. Szwedzki sędzia Rolf Randborg nie dał się złamać. Jedziemy! Zawodnicy szpikulcami mierzyli głębokość toru. Wszystko było jednak przygotowane pod niemiecką ikonę Egona Muellera, już owiany legendą, mający parcie na media, celebryta pełną gębą. Na nic zdały się protesty, Randobrg puścił taśmę i turniej rozpoczął się w atmosferze skandalu. Na Egona nie było siły, wygrywał każdy wyścig jak chciał i fani niemieccy szaleli na trybunach. Był bezkonkurencyjny. W Norden Zenon Plech, który przygotowywał silniki w Hamburgu nie nawiązał do rybnickiej glorii. Był piętnasty z jednym punktem. Fatalnie. Tyle samo zdobył ostatni Jirzi Stancl z Czech.

Niemiecki hymn zagrano 4 września Muellerowi, drugi był szybki jak błyskawica Australijczyk Billy Sanders, który dramatycznie potem zakończył swój żywot trując się w aucie spalinami. Trzeci był uzdolniony Anglik Mike Lee, który z czasem wsławił się zażywaniem narkotyków i … wyjazdem na torze pod prąd. Czwarty był wielki talent Anglik Kenny Carter, który przeszedł do historii jako zabójca żony i samobójca, kiedy użył swojej dubeltowki na angielskiej farmie. Piąte miejsce dla Duńczyka Erika Gundersena, następne dla Olsena, kolejne dla duńskiej rakiety Hansa Nielsena.

Nikt z nich nie poszalał „śpiewająco“ na tak kopnym torze poza Gold Egonem, który z kompletem punktów zdobył tytuł mistrza świata mając 35 lat.

Historia łapie bohaterów szybko i skrzętnie ich przechowuje. Egon Mueller dzięki zmanipulowanemu torowi jest mistrzem klasyka, ponadto kilka razy czempionem na długim torze. To nie jest zawodnik, który był „ jednorazówką“, wielokrotny mistrz Niemiec, ciężko harował ze swoją rodziną na sukcesy. Łatwiej przychodziły mu one wprawdzie na długich torach, ale raz w życiu sięgnął po złoty medal na wymarzonym dystansie i dziś już mało kto pamięta w jakich okolicznościach to się wydarzyło i w jakim „stylu“ gospodarze niemieccy urządzili festiwal arcymistrzowi Egonowi i sobie na Motodromie Halbemond w Norden.

PS. Nie mogłem sobie przypomnieć sędziego z Norden, choć przekazywałem raport do „Sportu“. Ale odnalazł tę relację nieoceniony red. Wiechu Dobruszek z „ Tygodnika Żużlowego“, który ma imponujące archiwum i wróciła mi pamięć. Dzięki.

Różna waga medali

SPORT jest loterią, jego urok polega właśnie na tym, że jest nieprzewidywalny i do końca nigdy nic nie wiadomo. Oczywiście można czasem przewidzieć wynik, zdarzają się jednak i nieziemskie cuda. Narciarski skoczek leci i leci, dostał wiatr pod narty i szybuje jak ptak. Nagle defektuje faworytowi motocykl albo co gorsze pakuje się w bandę i nie zdobywa pewnych punktów. Coś się nie klei drużynie piłkarskiej, natrafia na mur, na lepszych przeciwników i przegrywa. Zdarza się zawodnikowi strzał w bramkę, którą eksponują telewizyjne agencje bez opamiętania, bo to gol cudo. Bywa i tak, że pewniak pudłuje i nie wykorzystuje karnego. Bokserskie wpadki, układy i wypaczone werdykty. Dramaty. Kontuzje, bóle, szał radości i ekstaza, grymasy porażki, łzy szczęścia ronione na podium. Sport ma wymiar nie do ogarnięcia w uczuciach, doznaniach. Przeżywamy i mamy satysfakcję z oglądanych widowisk. Glamour do powielania. Serce rozrywane na kawałki. Magia. Czar. Kochamy spięcia, wielbimy ryzyko i niespodzianki. Gryziemy wargi. Szaleństwo. Jest cudownie.

Cena zwycięstw jest okupiona różnie. Porażki bywają bolesne. Olimpijskie przygotowania trwają kilka lat, decyduje czasem sekunda o triumfe i ułamki tej sekundy o goryczy przepracowanych lat.

MEDALE. Mają różną wagę; zdobyte w rozmaitych warunkach, przy sprzyjającym szczęściu i czyhającym pechu. Jaka jest ich wartość? Medal zdobyty szczęśliwie wywołuje duże kontrowersje, jest krytykowany, trwają długo dyskusje. Wreszcie wrzawa milknie, sytuacja przechodzi do historii. Po latach mało kto pamięta jakie były okoliczności zdobycia “złota”. Liczy się efekt, statystyka pokazuje dobitnie kto wygrał i liczy się ten właśnie akcent. Już nie pamięta się loterii, fartu, pecha, historia uwieczniona w kronikach nabiera cech trwałego przetrwania i udokumentowania tego, co jest zapisane.

Mówi się o loterii. Wciąż za mało wybija się na czoło rolę sędziów, którzy jakże często pomagają losowi. Mówi się, szczęściu trzeba pomóc a jaką rolę odgrywa pech!

Onegdaj wspominałem złoty medal zdobyty w 1983 roku na torze Norden przez Niemca Egona Muellera. Fuks ewidentny, bo gospodarze przygotowali przyczepny tor, rzadko spotykany na tej rangi zawodach. Na takim kopnym torze Egon zwijał się jak kret i zdobył upragnione złoto. Jest uwieczniony w annałach.

1973 rok, Jerzy Szczakiel na Stadionie Śląskim sięga niespodziewanie po złoty medal i wywołuje szok. Sędzia zawodów przez Międzynarodową Federację Motocyklową/ FIM/ został zawieszony i już nigdy nie stanął za pulpitem maszyny startowej w finale światowym. Zarzutem pod adresem niemieckiego arbitra na Stadionie Śląskim było puszczanie Polaka z lotnych startów. Georg Transpurger z Pocking mocno przeżył porażkę, chciał zrehabilitować się, jednak nie dostał szansy sędziowania turnieju najwyższej rangi. A szkoda, ambicjonalnie bardzo chciał rewanżu.

TORY przygotowane jak skała pod konkretnych zawodników gdzie liczy się szybki start i dojazd do mety. W 1984 roku na Ullevi w Goeteborgu Duńczyk Erik Gundersen nie dał szans rywalom na betonie. Beznadziejny to był w emocjach turniej, rywalizacja dwóch duńskich potentatów Gundersena i Hansa Nielsena została rozstrzygnięta wyborem nawierzchni pod egidą mentora Ole Olsena.

Co liczy się bardziej jednodniowy turniej o indywidualne mistrzostwo świata czy kilkanaście imprez w ramach serialu Grand Prix? Jaka jest waga tych zdobyczy na podium? Co jest sprawiedliwsze? Czy to jedno wielkie wydarzenie owiane tajemnicą czy harowanie w serialu przez cały sezon. Jaka jest wartość złota Jerzego Szczakiela i Tomasza Golloba?! Czy nie zastanawiamy się nad ceną takich sukcesów, które podziwiane, dyskutowane  w chwilach ich osiągania szybko przechodzą do historii, gdy zanikają emocje a czas pokrywa wszystko patyną. Odkurzamy, już nic nie zmienimy.

CZY najlepszy w historii żużla arbiter norweski Tore Kittilsen nie popełnił błędu podczas finału w 1982 roku w Los Angeles, kiedy w Kalifornii nikt nie dopuszczał myśli, że przegrać może gwiazdor Bruce Penhall, wykluczając w przedostatnim starcie angielską perłę Kenny Cartera? Zrobiło się spore zamieszanie, oczywiście wygrał Penhall, późniejszy aktor hollywoodzkich sitcomów, przegrał z sędzią i presją Carter. Anglik nie dojechał na podium, był szósty. Potem zastrzelił się w swoim domu, wcześniej pakując kulę w serce swojej żony. Dramaty, których się nie zapomina. Kittilsen przeszedł na zasłużoną sędziowską emeryturę, został prominentnym działaczem FIM, był niewątpliwie w dotychczasowej historii najlepszym arbitrem, któremu jednak można zarzucić kontrowersyjną decyzję w Los Angeles na Coliseum. Był pod wyraźną presją organizatorów, zrobili pierwszy finał światowy na żużlu, mieli na starcie mistrza świata z 1981 roku z londyńskiego Wembley i nie wyobrażali sobie, by charyzmatycznemu Penhallowi nie zagrano amerykańskiego hymnu. Zagrano efektownie z fajerwerkami w scenerii westernowej i w otoczeniu roznegliżowanych girls. Było więc “Hollywood” na zaliczkę dla aktorskiego Bruce’a. Stewardem FIM /wtedy ta funkcja tak się nazywała/ był szef światowego żużla Polak Władysław Pietrzak. Startował  w LA Edward Jancarz, mieliśmy widoczne polonica. Turniej był wyjątkowy, zwycięzca zaprogramowany.

Ile takich mieliśmy w historii, jaka jest waga medali, jaka jest cena złotego medalu zdobytego jednego dnia, a jaka w ciągu kilkumiesięcznej walki w różnych warunkach?! CO jest bardziej sprawiedliwe i co ma większy prestiż, jednorazówka czy serial? Tor betonowy czy przyczepny i jaka jest rola pogody jako reżysera, czy wręcz arbitralna władza sędziów, którzy mają panowanie nad startującymi i często doprowadzają do białej gorączki zawodników i kibiców. Wypaczają sens sportu. Rozterek nie brakuje a życie ich nie eliminuje do końca.

Szczęściu trzeba pomóc, pecha przegonić, tylko jak to zrobić? Ba! Recepty jeszcze nikt nie znalazł, dlatego sport jest wielce uzależniającą loterią bez granic.

Nie ma takich drugich, jak pierwszych

Ten był taki, a tamten taki; ten będzie następcą pierwszego, a tamten następcą drugiego. Nie ma takich drugich, jak ci pierwsi. I po tym niejako filozoficznym wątku może powiem o co chodzi. Otóż dyskutowałem niedawno w małym gronie o sportowych gwiazdach z przeszłości i padło stwierdzenie bardzo powszechne, że Iks jest następcą Igreka. Wyświechtane stwierdzenia, które często są upowszechniane i łapią się na nie doświadczeni.

Popatrzmy wstecz, zacznę od Ivana Maugera, nowozelandzkiego mistrza, sześciokrotnego mistrza świata, wyjątkowo dobrze przygotowanego do każdego turnieju obojętnie jakiej marki. Ivan był moim skromnym zdaniem pierwszym zawodowcem na rynku żużlowym , kiedy jeszcze ten rynek nie był tak profesjonalnie zamocowany. Dbał o swój wizerunek, startował zabiegał o reklamy na swojej „ skórze”, dobrych firm, był wydawcą publikacji, w czym pomagał mu angielski dziennikarz Peter Oakes. Miał obok siebie czarującą Ray, która wizerunek męża utrwalała w dobrych ramach. Mauger był mistrzem w swoim boksie, warsztacie, sprzęt musiał być przygotowany na sto dwa! I mistrz startu. Wtedy nie było wykluczeń za zerwane taśmy, Ivan czarował pod taśmą, kombinował to fakt, nie raz był posądzany o układy z sędziami, zawsze jednak był tak perfekcyjny, że nikt nie był w stanie mu przedstawić słusznej racji. Mauger magik startu, mistrz swojego parku maszyn i jako pierwszy w tym środowisku promował się według zasad dzisiejszego PR. Kto jest jego następcą, kto został takim jak Ivan Mauger, nowozelandzki mistrz urodzony w Christchurch, mieszkający dziś z rodziną na skrawku urodziwej plaży australijskiej. Nie ma takiego. Nie żałował nigdy czasu dla dziennikarzy, poza oficjalnymi konferencjami, można go było „dopaść” w windzie, w restauracji, byle gdzie, a gdy nie był osiągalny dopowiadała reszty żona. Mauger wygrywał jak robot, wpierw zrównał się z Ove Fundinem, Szwedem, który zdobył pięć tytułów mistrza świata, potem w Chorzowie na Stadionie Śląskim wywalczył szósty tytuł rekordzisty.

Kto był taki jak Ivan Mauger? Ano nikt.

Mały Duńczyk Erik Gundersen, trochę miniatura zawodnika i człowieka, nisko przyczajony na torze, jakby zespolony z motocyklem, szybki na starcie i wyginający się na motocyklu jak sprężyna. Erik zanim dopadło go nieszczęście w Bradford i uraz kręgosłupa wyeliminował z życia sportowego, był kandydatem na wielokrotnego mistrza świata, kariery starczyło jednak tylko na trzy tytuły. Był mikrusem wśród wielkich, był arcymistrzem okrażeń.

Kto został jego następcą, w stylu, w sylwetce i wygrywaniu?

Był taki jakby obok Jan O. Pedersen lecz i jego przykra kontuzja pozbawił kontynuacji kariery na pewno bogatej w zwycięstwa. A czy następcą tych „duńskich sprężynek” jest Nicki Pedersen? W pewnym sensie tak, tylko tak. A skoro jesteśmy przy duńskich żużlowcach, trzeba wspomnieć o Ole Olsenie, choć to nie było tak piękne wykonanie, tylko niezwykle skuteczne pokonywanie wiraży w stylu Rambo. W tym towarzystwie pokazał się Hans Nielsen.

No właśnie. Wielki Hans, Nielsen z Brovst. To on był taki niemal jak Olsen, oszczędny w wyrazie lecz niezwykle charakterny i mający obok siebie takich mikrusów jak Gundersen i Pedersen, czy Tommy Knudsen walczył z wieloma hybrydami. Małomówny, skromny, warsztatowo prawie perfekcyjny i niezwykle skuteczny na torze, szybki po starcie, mistrz pierwszego wirażu, jazdy po krawężniku na styku wapna i trawy. Strateg wyjątkowy, w polskim wydaniu ligowym rekordzista, na którego w ciemno można było stawiać. Jak on to robił? Ano robił. Maszynka punktowa, jak trzeba było, to pojechał ostro, fair, acz zawsze celem było pierwszemu minąć linię mety! Hans solidny jak duński farmer. Zachował po zakończeniu kariery dystans do sportu, który zapewnił mu szczyty popularności, złote medale, innego koloru też i pieniądze niebagatelne dla każdego banku.

Taki jest Nicki Pedersen? Inny, bo nie ma nikogo takiego jak Hans, Erik, Jan Osvald, Tommy czy protoplasta duńskiej ery Ole Olsen.

Z Danii blisko do Szwecji. Ove Fundin był niepowtarzalny, dowodziły jego fanki wszędzie, w Polsce uwielbiały wysokiego Szweda, który nie tylko wygrywał na torze. Boski Ove. Uosobienie szwedzkiej kultury i mistrz toru, pięciokrotny mistrz świata. Potem był taki jemu podobny Anders Michanek. „ Miszanek” był kochany przez kobiety, był oszczędny w sportowym wizerunku, elegancki jak model i nietypowy dla tego sportu. Podobno, jak twierdzi moja znajoma, kobiety zakochują się uszami, czy miał w tym udział przystojny Anders? Jesteśmy dalej w Szwecji.

Tony Rickardsson, zrównał się tytułami z Maugerem, kto w to wcześniej wierzył? Na polskim rynku ksywa Tosiek. Skopiował dla żużla warsztaty busy i live – busy z cyrku Formuły – 1. Miał solidnie przygotowany w dużych ilościach sprzęt. Fascynował wielokrotnie bardzo szybkimi motocyklami, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie wszystko w życiu mu się udawało, za często opuszczał dom. Miłością Toniego  są rajdy samochodowe, dobrze tańczy i czyta jazdy w przekazie dla innych, młodszych od siebie, ot choćby w wydaniu Rosjanina Emila Sajfutdinowa. Rickardsson pierwszy w żużlowym świcie pokazał zawodowy team skonstruowany modelowo. Ten fakt mało jest doceniany, Toniego ta inwestycja kosztowała sporo pieniędzy, lubi logistykę na poziomie i kto jest mało poukładany niech się przyjrzy dokładnie na co nie żałował kasy Szwed.

Styl jazdy przechodzi do historii, nie tylko styl. Życie poza torem, walka na torze. Zachowania w każdej sytuacji, nie tylko zwycięstw, podium ale także w alkowie porażki, goryczy. Kariera nie zawsze toczy się jak po maśle, bywają w tym sporcie eliminacje nie tylko ze sportu, trzeba z tym potem żyć, nie każdy potrafi.

Na mistrzów patrzymy jak na wzorce, jacy są przed zawodami i po, w hotelu, na bankiecie i jak budują karierę, która przetrwa nie tylko z powodu pasma zwycięstw. Liczy się także charakter i sposób bycia. Żużlowy świat nie jest wielkim światem, wszyscy o wszystkim wiedzą; zawodnicy, kibice. Kiedy fani patrzą na podium widzą w tle i zachowania. Ważne problemy. Nie jesteśmy wolni od nich jako pracujący w tym maglu, w tym cyrku i w tym środowisku, które samo czasem kreuje wizerunki na własne potrzeby. Kochają fani herosów, nie lubią przegranych, to wprawdzie nic nowego, warto jednak czasem pomyśleć jacy byli dawni mistrzowie a mówienie, że są na świecie ich następcy…  zaprzeczam. Nie ma takich drugich jakimi byli pierwsi. Niepowtarzalni. Nic nie zdarza się dwa razy. Nawet uszy.

Kawałek nieba dla Erika

erik gundersen

Dla jednych to duże niebo, dla drugich tylko kawałek. Strzępy dla innych. Wspomnienia, przeżycia. Richard Clark, szef londyńskiej Speedway Star, przyjaciel od lat mojej rodziny przypomina na łamach tygodnika o tragedii Erika Gundersena. Zdarzyła się ona 17 września 20 lat temu, a 8 października tego roku mały Duńczyk, trzykrotny mistrz świata w indywidualnych wyścigach i wielokrotny mistrz globu w drużynowych oraz parowych jazdach skończy 50 lat. Jak ten czas zleciał! Niemal tak, jak pokonywał wiraże niezapomniany Gunder albo Gundo…

Erika poznawałem od pierwszych startów na różnych stadionach Europy, w tym oczywiście na polskich torach. Wtedy jeszcze nie był otwarty nasz rynek ligowy dla zagranicznych zawodników. Kiedy ojciec chrzestny duńskich żużlowców wywindował ich na szczyty i gdy rozstawał się z torem, też z trzema złotymi medalami MŚ, na horyzoncie już było widać armadę jego rodaków, którzy jechali po mistrzostwa świata. Kiedy na londyńskim Wembley w 1978 roku Mary Stavin, niebieskooka miss świata w tiulowej sukience pocałowała na podium za mistrzostwo świata Olsena jego następcy zostali już namaszczeni, nie tylko Erik ale i Hans Nielsen, Tommy  Knudsen, Jan O. Pedersen oraz pozostali, którzy stworzyli grupę wygrywającą różne zawody. Olsen był spokojny, budował w Vojens swój stadionowy pomnik. Tam za dziesięć lat, w 1988 roku Erik zdobył trzeci tytuł mistrza świata i wydawało się, że końca nie będzie. Vojens i Ole, i „złoty ptaszek” Erik. Było cudnie jak w kinie.

erik gundersen

Jesteśmy w Goeteborgu, 1984 rok. To na Ullevi jak beton, Olsen faworyzuje, zawsze tak było Erika, wydaje się, że kocha go jak syna. Hans  Nielsen nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. Tor jak beton, szybki start decyduje o zwycięstwie, robi się nudno, krytyka po zawodach takiego finału jest ogromna, Erik jest oczywiście najszybszy. Powtarza ten sukces w angielskim Bradford, na Odsal gdzie tor jest koloru wiśniowego a łuki jak w cyrkowej beczce. I znów za plecami Erika plasuje się jak cień Nielsen. Stoją na podium i nie patrzą na siebie. Dziwna sytuacja  duńskich rodaków, rywalizacja rośnie w siłę, która przeistacza się w niechęć. 1986 rok i Stadion Śląski, Chorzów. Kilkanaście tygodni wcześniej wpadają tam na trening z Olsenem Erik i Jan O. Pedersen, kompani Hansa nie zabierają. No i co się dzieje potem… Nielsen ze stoickim spokojem kontrowersyjnie wywozi w bandę Tommy Knudsena, jest szybki jak rakieta, natomiast bezradny robi się w turnieju Erik. Daleko w tyle, jest dopiero dziesiąty i nie wie co się stało, więc kiedy go pytam w parkingu o przyczynę porażki, dotkliwej, bolesnej dla takiego faworyta, odpowiada mocno zszokowany: „ A kto to jest Nielsen?”.

Autentycznie. Nieco wcześniejsze zawody, mistrzostwa świata par w Rybniku, rok 1985, wygrywają razem Erik z Tommym Knudsenem są świetni a na trybunie podekscytowana na maksa Helle, narzeczona Erika piszczy z radości w szale uniesienia. Żywiołowa dziewczyna, miła.

Filigranowy Erik Gundersen urodził się w Esbjergu w 1959 roku na zachodnim wybrzeżu Danii, w miejscowości ładnej i turystycznej. Nieco niedbałego chodu, z wąsikiem małym, przypominał posturą… Charlie Chaplina, toteż czasami go na imprezach naśladował. Miał wyczucie motocykla, był przyczepiony do niego jak koliber i fruwał na torze w efektownej pozie, zmienianej ile trzeba było. Nieraz zastanawiałem się jak taki człowieczek może panować nad motorem i panować nad nim, bo zwykle Erik prowadził motocykl do celu a nie motocykl jego. I jak się zwijał na tym siodełku, nieprawdopodobnie cyrkowo. Widowiskowo.

I nikt chyba nie przeczuwał, że kiedyś jego kariera skończy się w koszmarnym incydencie na tym samym Odsal, gdzie został pierwszy raz mistrzem świata. Co za ironia życia na wirażu.

Mamy niedzielę 17 września 1989 roku i finał drużynowych mistrzostw świata. Wcześniej w  mistrzostwach świata par w Lesznie Erik wygrywa z Hansem Nielsenem mistrzostwo świata. Finał wielki dla Duńczyków, ze świetną organizacją miejscowych i atmosferą niepowtarzalnego pikniku, choć nasza para niestety zajęła dopiero ostatnie miejsce. Roman Jankowski i Piotr Świst zajęli dziewiąte miejsce, bo „motory nie jechały”. A motory Duńczyków były niedoścignione. W pałacu  w Rydzynie z szampana mokre były wykładziny.

Potem mieliśmy debiut w MŚ olimpijskiego stadionu w Monachium i wielki triumf Hansa, Erik był dopiero czwarty. Tam Hans pilnował startów, wjeżdżał w swoją erę.
No i trzeci finał w Bradford, drużynowa potyczka, jest niedziela i nikt nie przeczuwa tragedii jaka wydarzy się już w pierwszym wyścigu. Prasa pisze potem o czarnej niedzieli, krwawej nawet… USA, Szwecja, Anglia i Dania. Potęgi. Nie ma Ole Olsena, który zostaje w domu w Haderslev z żoną Ullą ze względu na urodziny swojego jedynego syna Jakoba.
Na starcie Erik z czwartego pola, Amerykanin Lance King, Szwed Jimmy Nilsen i Anglik Simon Cross. Erik odjeżdża ale na wirażu reszta wali się jak domino i kraksa jest koszmarna. Erik wyleciał w górę jak jaskółka, wszyscy upadki, rozrzuceni na torze jak po samolotowym wypadku, powiało grozą na stadionie. Dr Roger Brown, przypominający niemieckiego zawodnika Egona Muellera, w jednej chwili znalazł się przy Gundersenie i to on szybką reakcją ratował jego szyjny kręgosłup. To właśnie dr Brown jak twierdzą wtajemniczeni uratował życie małemu Duńczykowi. Od razu była na torze Helle, natychmiast brat Erika Preben, mechanik Michael Hansen. W świat poleciały błyskawicznie depesze z tragiczną wiadomością o wypadku. Zrobiło się smutno, bo życie zostało zagrożone. Przerażenie i szok.

Erik Gundersen 88 B

Erik znalazł się w pod czułą opieką w szpitalu Pinderfields. Żużlowy świat zamarł w milczeniu, choć słowa otuchy zostały od razu uruchomione zewsząd i znalazł się tysiące kartek. Helle czuwała jak najwierniejsza istota w szpitalu, byłem też wtedy w kontakcie na łamach katowickiego Sportu z Pinderfields i Speedway Star.

Przeglądam skromnie wydaną książkę „Moje dwa życia” autorstwa trzykrotnego mistrza świata z toru solowego, Erik Gundersen w pełni chwały i po wypadku, po którym już w dwa tygodnie było lepiej, choć nie tak jakby oczekiwał Erik. Musiał zrozumieć, że jego miłość z aktywnym żużlem będzie miała kres. Wcześnie, zanim jeszcze rozbujała się ta miłość, musiała przejść rozstanie. Druga miłość z… Helle jeszcze bardziej się  zacieśniła, urodziła się córka Nana. Erik wstał na własne nogi, co było niemal cudem, został na jakiś czas coachem duńskiej reprezentacji, teraz komentuje speedway w TV. Szkoli młodzież, wie, że bez angielskiej ligi, która jest słaba nie będzie rozwoju tego sportu. Od żużla nie uciekł.

Erika Gundersena pokiereszowało życie okrutnie. Miał wielką przyjemność startować w super angielskim klubie Cradley Heat, tam gdzie sławę zdobył Amerykanin Bruce Penhall, tam gdzie inni Jankesi uczyli się jazd z Billym Hamillem i Gregiem Hancockiem.
Ole Olsen uważa Erika za talent, którego kariera trwała by długo w owocnym dla tego sportu znaczeniu. No cóż lecz przykry los wybrał inaczej, 20 lat temu zdarzyło się w niedzielę coś fatalnego w skutkach dla duńskiego sportowca.

danish speedway team

Erik był nieziemskim zawodnikiem, wspomniany mechanik Hansen i brat Preben byli zawsze czujni obok, ale „majstrem” był słynny tunner Eddie Bull, który przygotowywał mu motocykle jak szwajcarskie zegarki. Nie zawsze wprawdzie były dokładne, ale przecież żużel ma też swoje widzimisię. Silnik jest atutem, człowiek potrzebnym dodatkiem.
Wspomniany Richard Clark z Londynu pobudził moje wspomnienia o filigranowym chłopcu z Esbjergu, którego pamiętam z tamtych lat jako skromnego, a potem poszkodowanego przez los acz zawsze blisko drepczącego w parkingu i spoglądającego na tor, na zawodników ujeżdżających w euforii jakby z pewnym w oczach żalem dlaczego go spotkała taka boska kara. Za co?! „My two lives”… Nie dla każdego żużlowe wypadki kończą się happy endem.

Nie mamy więc wpływu żadnego na los i kiedy czytam niektóre teksty depesz do Gundersena, kiedy życie Erika wisiało na cienkim włosku w Pinderfields Hospital, to mam przekonanie, że ten los przychylił mu jednak kawałek szczęśliwego nieba na resztę życia razem z Helle i Naną, no i żużlem, który czasami diabelsko zdradliwie sypie po oczach.

ps. Teraz czasami gra w minigolfa, no prosze!

Balsamowanie Karier

ole_olsen_4701

Życie sportowych prominentów jest balsamowane za żywota w sposób ewidentny. Działacz w wieku 30 lat jest smarkaczem, dziesięć lat później rozwojowym ale jeszcze nie gotowym w mniemaniu starszych konkurentów panujących nad sytuacją by piastować funkcje. Kiedy już minie następnych dziesięć lat nagle jest już stary i tak bronią się wygi przed opuszczeniem swoich stanowisk, które zapewniają im wygodne życie na państwowym wikcie. To nie żart ani żaden wymysł, proza polskiego życia w związkach sportowych, klubach, choć żywot klubowy jest jednak niepewny i wywrotka grozi szybciej. Przypominam o tym, gdyż przygotowywana jest ustawa ministerialna zmieniająca/ zapewniająca/ statutowy dobrobyt  w polskim wydaniu sportowym. Na swoim blogu napisałem: „Jego Magnificencja Statut”. Tak.  Niedemokratyczne statuty bronią do upadłego archaicznych ordynacji wyborczych, które przemycają od lat do zarządów tych samych członków. Vide polski futbolowy mur. Wybory do Giekażetu panie ministrze sportu przebiegają tak, że wpierw lud wybiera kilkanaście aktywistów a z nich dopiero dokonuje/?!/ wyboru grupa z Pezetmotu; wśród wybrańców może być nie ten, kto ma najwięcej głosów ale wedle grupy trzymającej władzę jest wyłącznie ślepo lojalny. Nieważne, że ma racje i jest sygnatariuszem wyborczych dołów. Odsiew jest pewny i bardzo przemyślany. – Nikt z ulicy nie przejdzie, mówi prominentny działacz, który nie tylko jest lojalny od lat bodaj kilkudziesięciu, ale jego poglądy nijak się mają do rzeczywistości. Kalka się zużyła.
W światku żużlowym pojawiła się wieść, że dyrektor serialu Grand Prix Ole Olsen, Duńczyk wielce zasłużony, rocznik 1946 będzie miał swojego zastępcę 43 –  letniego Szweda Tony Olssona, który ma objąć funkcję asystenta 1 kwietnia. To nie prima aprilisowy dowcip, lecz prawda potwierdzona przez prezydenta światowego żużla Norwega  Roya Otto. Olsenowi będzie lżej, prowadzi niezmordowanie turnieje GP od początku czyli od 1995 roku, a poza tym ma tyle lat ile ma, jest trzykrotnym mistrzem świata w jeździe solowej i ojcem sukcesów duńskiej reprezentacji. „Gang Olsena” m.in. z Erikiem Gundersenem, Janem O. Pedersenem, Tommy Knudsenem, Hansem Nielsenem dysponował miejscami na podium w różnych kategoriach mistrzostw świata. Przewiduje się, iż nowy, młodszy Skandynaw obok weterana Skandynawa będzie jego następcą. Naturalna kolej rzeczy w normalnym świecie, w każdej renomowanej firmie, gdzie dochodzi do zmian zrozumiałych i akceptowanych przez środowisko. Tony Olsson był udanym menedżerem szwedzkiej reprezentacji, ma doświadczenie i chyba nie spudłuje.
Polacy są potrzebni awaryjnie serialowi GP kiedy np. Niemcy nawalą, my wtedy w „ try miga” za nich zrobimy imprezę. Kiedy nikt nie chce podjąć się ryzyka organizacji turnieju, moi rodacy wydzierają sobie z ręki kwity i na kolanach podpisują deklaracje psując rynek ewidentnie.
Takie ich zbójeckie prawo…
Zostawiam skandynawskie podziały ról, otóż Norweg, który rządzi tym światkiem wespół z Duńczykiem dają szansę Szwedowi. Brakuje mi jeszcze do tego towarzystwa Fina. Może znajdzie się jakiś Juha?
A co u nas szepcze się na ucho?
Zdzisław Dobrucki, były mistrz Polski/1976 Gorzów/, zawodnik Unii Leszno, fachowiec od jazd i mechanik, nadto ojciec Rafała, bardzo inteligentnego żużlowca, jest w reprezentacyjnej ekipie Marka Cieślaka obok torunianina Jacka Krzyżaniaka, który ma pieczę nad juniorami. Tak wybrał Cieślak i jego nie zbójeckie prawo. Krzyżaniak przeżył w żużlu swoje przygody, ma na sumieniu mistrzostwo Polski, również i kontuzje, których nigdy nie zapomni. Cudem ocalony? Generalnie ekipa składa się z fachowych rzemieślników, nie partaczy, nie bawidamków mizdrzących się ekranowo zalotnie. Lobby antycieślakowe przygląda się zazdrośnie i czyha na potknięcia. No a gdyby, to: „Teraz my złotouści”.
Chcę jednak zasygnalizować coś innego. Senior Dobrucki jest w Cieślakowej kadrze, natomiast Dobrucki zawodnik Zielonej Góry ma ambicje sięgające mistrzostwa Polski i startów w serialu Grand Prix. Trudna sztuka. Rafał jest inteligentnym aspirantem, którego  sportowe życie nie pieściło za bardzo, wręcz odwrotnie ćwiczyło okrutnie na szpitalnych łóżkach. Może limit gipsu już wyczerpany.
Obojętnie, jak się ułoży dalsza kariera Rafała Dobruckiego, jego zaangażowanie w związku zawodowym żużlowców, który zamierza bronić praw zawodniczych prognozuję jego karierę w przyszłości w roli działacza. Ma wszelkie papiery na taką pracę, jeśli się zaangażuje może kiedyś zostać i szefem żużlowej centrali, międzynarodowym przedstawicielem Polski. Jest jednak ale…
Otóż, aby tak się stało musi być akceptowany przez swoje motorowe władze. Włoch Armando Castagna, zawodnik ze stażem niebagatelnym jest w Komisji Wyścigów Torowych FIM i nie ważne czy jest malowany czy nie, ale tam jest. Zna ludzi, języki i jego znają. Armando daje radę. Dobrucki jr. jest jeszcze za młody, ma pecha wiekowego.
Wcześniej zakusy międzynarodowej działalności będzie miała/ ma, co oczywiste/ familia Grodzkich. Senior, nestor Andrzej działa w strukturach FIM i Europejskiej Unii Motocyklowej, która jest tak potrzebna w takiej formule, jak żagle szachistom. No i jest jeszcze sukcesor tej działalności sędzia międzynarodowy Wojciech Grodzki, którego tata na pewno widziałby na swoim kiedyś stolcu. Szlaban dla innych? Balsamowanie karier na długo! Cdn nastąpi, bo ambicje, kompleksy i nadzieje w jednym kotle się mieszają.
Nad tym wszystkim czuwa prezes Pezetmotu Andrzej Witkowski, bez kadrowych pomyłek dla siebie i swojej kariery. I lojalnych wybrańców.
Minister sportu Mirosław Drzewiecki opracowuje ustawę, w której znajdą się nowe zapisy, jak choćby problem kadencyjności czyli ukrócenia czasu przyspawania do foteli działaczy sportowych. I nie tylko, acz o ustawie szerzej wtedy, gdy jej wersety staną się ciałem.
Tak lecą lata, bliżej do emerytury. A potem od nowa. I od nowa.
Na żużlowym polu nie brakuje coraz to nowych ciekawych ludzi, którzy powinni być wyławiani i przygotowywani do pracy na następne lata. Kluby same jakoś kastrują nieudaczników, choć nie zawsze to idzie w parze z odczuciami tych, którzy przychodzą na mecze i turnieje, interesują się na tyle swoimi drużynami, że tracą nerwy i pieniądze. Gorzej jest z tymi działaczami na szczeblu wyższym, centralnym gdzie demokracja jest tylko na wargach złotoustych.
Czy nowa ustawa i nowe wybory dadzą szansę nowym ludziom? Wątpię, wytrawne kadry zabezpieczą się jeszcze na jakiś czas. Wygrają wszyscy lojalni ludzie prezesa, króliki, króliczki i papużki nierozłączki. Lata lecą i lata jednych oddalają, a drugich również oddalają od tego, co mogłoby być wspólnym celem w myśl hasła „gens una sumus, czyli „jesteśmy jedną rodziną”.
Jednak nie jesteśmy ani rodzinni, ani skandynawscy, ani… już dodajcie sobie sami.