1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.

KOGUCIKI I BALONY

Rozbujały się rozgrywki ligowe, inne turnieje, zbliża się serial Grand Prix, wersji polskiej z dodatkiem Pragi. Takie niby nic a jednak. Jak musimy, to musimy. Zawieszamy sobie makaron na uszy, jest dobrze? Worek pytań ma dziury, wylatują kwestie dręczące, jedne nowe, drugie stare, kiedy wszystko skończy się, będzie czas na oceny, na razie dystans powoduje umysłową rezerwę na wnioski. Obok nas koronawirus szaleje, ludzie lekceważą obostrzenia, we Włoszech za brak maski u klienta w sklepie zamykają na 30 dni interes. Strach musi mieć duże oczy, zwłaszcza w Polsce, gdzie “demokratyczna” bezczelność wyzwala moce piekielne. Bywam tradycyjnie w filmowym zakątku Polski nad Wisłą, gdzie dobrze rozmyśla się o sprawach rozmaitych. Miasteczko jest kolorowym, malowniczym zabytkiem, czas płynie jak Wisła wolno, acz twórczo, zwłaszcza dla artystów różnej zawodowej konfiguracji. Jestem tam co roku bez nudy żadnej, dostaję karmę do pisania nie tylko o żużlu, zresztą mam blisko do stadionu, gdzie mecze są atrakcyjne nie tylko z powodu oglądania z wysokości 20 metrów. Rozpuszczam myśli na wszystkie strony mojej głowy, speedway jest w krwiobiegu. Także piłkarska wyposzczona Liga Mistrzów w cudownej Lizbonie, bo jak grać, to na całego, codziennie, w południe, w nocy, lecz nie byle gdzie. I w dodatku Robert Lewandowski! 

WRACAM do tematów starych, nowe docierają także. Hejty lecą jak zgniłe jabłka z drzew. Liczę naiwnie, że władze Ekstraligi przepisami ochronią strefy sportowej intymności, bo każdy zawodnik musi czuć się najzwyczajniej swobodnie w stresie. Bez podsłuchu i podglądania, tylko męskie “granie”.

W jednym z poprzednich felietonów wspomniałem o bydgoskim juniorze, który poobijany okrutnie wyjechał na tor, żeby zdobyć punkt. ”Ojcowie” drużyny puścili go nie wiem po co, gdyż i tak ten punkt nie był wart funta kłaków. Zdrowie zawodnika zostało przecenione, bohater sam wycofał się z jazd, bo organizm odmówił posłuszeństwa. Żużlowcy są poobijani fest. Obojczyki “spawane” przez angielskiego speca dr Briana Simpsona w Ipswich od ponad 20 lat. Złamany obojczyk ale za tydzień jest mecz, więc koszty nie ważne, nie istotny gwałt na organiźmie, więc etyka lekarska Mr. Simpsona jest skrótowa. Kości połączone i gość gotowy do walki. Speedway nie jest brydżem, tu się ściga, pędzi, przewraca. Widowiskowe karambole ze skutkiem często tragicznym pogłębiają wcześniejsze niezaleczone kontuzje. Po co ja to piszę po raz setny… Ano mam nadzieję, że szare komórki wniosą wreszcie coś zdrowego.

OSTATNIO w żużlu mamy interesującego dawcę sensacji. Milimetr NITRO robi karierę, wzmacnia metanol i paliwo jest extra napędem. Sprawa nie jest taka nowa, obostrzenia w parkingach ułatwiły dystansem pewne zachowania w sztabach technicznych. Motocykl zasilony nitro pędzi – jak oświadczają mędrcy świata, monarchowie żużlowi – po pewne zwycięstwa. Fair play jest podobne temu, jakie doświadcza bezkarny Maks Drabik jr, któremu za stosowanie niedozwolonego środka wisi kara i spaść nie może. ”Zjawisko” jest zgubne i wyrabia opinię, że jedni mogą a drudzy cierpią. Jest wina, powinna być kara. Nie chcę być mentorem, synów swoich wychowałem, lecz przewlekanie wyroków osłabia moc winy, sprawia, że winowajcy czują się bezczelnie bezkarni. Co może w tej sprawie powiedzieć Patryk Dudek, którego dotknęło szybkie rozstrzygnięcie POLADY?!

METANOL jest towarem podatnym na wzmocnienie, jak każde paliwo… Tajemnicą poliszynela był fakt, który raz zamierał, raz odradzał, że coś nie gra z szybkościami niektórych zawodników. Były przecież kontrole, lecz pandemia i dystans do testów spowodowały rozluźnienie. Polak na to jak na lato… Potrafi? “Metanowirus” jest milimetrowy a jak skuteczny/ ile kosztuje?/ działa czasowo. A więc do dzieła komisarze techniczni, badajcie, wyciągajcie wnioski. Kary? Drabikowe casusy? Wokół speedway’a aura jest barwna, często dramatyczna, nie kończące się sekwencje, jak w filmach Scorsese, Llosy, Scotta. Brakuje tylko muzyki, jest tło i zdarzenia, złamania kończyn, kręgów. PSYCHICZNIE jako tako, lecz nie do końca, bo łez szczęścia i żalu są hektolitry. Nieżyjący mechanik, kiedyś Częstochowa, potem Zielona Góra – Tadeusz Tumiłowicz opowiadał mi różne historyjki z wypraw do dawnego Związku Radzieckiego. Oto kiedyś przyjechała polska reprezentacja do Czerwonogrodu i zwyczajowo na stadionie stała beczka metanolu. Podjeżdżają z motocyklami do tankowania a paliwo czarne niczym smoła i paskudnie śmierdzi… więc pytają, co to jest? A gospodarze z rozbrajającym uśmiechem: “ Żeby nasi nie pili”. No tak a na beczce trupia czaszka. “Na zdarowie!” Można? Życie na wschodzie ucieka a chce się pić. Speedway nie jest kaszą gryczaną, kefiru na popijanie nie potrzebuje.

Dobrze, żarty za bandę, tajemnice poliszynela wirują i mamy /podobno/ strzykawkowe przenikanie kropli NITRO, które dają szybki power, trzeba od razu zrobić wjazd pod taśmę i uciekać. Interesujące, czym się skończy ta wychodząca z mgły nitro future afera.

LIGA nabiera rozpędu. Krążą różne wersje jej zakończenia. Doleciała do mnie taka wieść, że być może koranawirus może mieć wpływ na ostateczny układ tabeli. Dywagacje trwają głównie jeśli chodzi o dolny rejon tabeli. Kibice penetrują, są świetnymi komisarzami ocen,  trafnych opinii, niektórzy biją na łeb i szyję romaitych ekspertów, którzy mijają się z prawdą. Żużlowy poker w głowach robi mętlik.

O czym się jeszcze mówi i co śmieszy? Jeden z prezesów Ekstraligi ma duże parcie na “szkło”, toteż jego przebywanie w parkingu i latanie wokół, jest jak powiedział mi jeden z psychologów zwykłym leczeniem kompleksów. Zdarza się raz po raz, demonstracja klubowej władzy; jednych deprymuje, klakierzy popierają, choć w duszy nie mogą ścierpieć, jeszcze inni czekają, kiedy skończy się taniec pryncypała. Najczęściej sytuacja wyjaśnia się wraz z degradacją drużyny. Nie ma co owijać w papier toaletowy, rybnicki stan nie jest dawnym górniczym stanem, gdzie tak znaczyło TAK, a nie po prostu NIE. Z kręgów wtajemniczonych płynie info, że prezes zraża sobie ludzi.Nie od dziś, sprawa charakteru. Sport jest dziedziną, która powinna, mimo rywalizacji, łączyć, zawierać kompromisy i słyszę, że drzwi zatrzaskuje się z hukiem a nie otwiera życzliwie. Mur. Jak nazywa się uwielbienie samego siebie? NARCYZ. Nie jedyny przykład w żużlu, niestety. Rybnik żużlowy jest tradycją oplecioną znaczącymi sukcesami, nazwiskami reprezentantów Polski, medalistami mistrzostw świata. Czas najwyższy na powrót do dumnej przeszłości, bez zabawy w piaskownicy i udawania, że nic się nie stało. Speedway przy ul. Gliwickiej/ po jednej stronie jest stadion a po drugiej szpital psychiatryczny i można się pomylić/ potrzebuje konkretnego prezesa, bez latania między motocyklami i robienia show rym cym, cym. Broni go szef RN PGG ROW, powołując się na jeden/?!/ wygrany mecz i mówi o hejtowaniu. Modne słowo wytrych na każdą okazję. Obrona ma wersję : “wielkiego pasjonata”. Otóż podkreślam –  żużlowych pasjonatów w Polsce jest kilka milionów i nie każdy ma chłopski rozum. Rybnicka historia żużlowa zasługuje na normalność, ratowanie prezesa przez prezesa z jednego gniazda, to dopiero pandemia wspólnego uwielbiania. Nie tylko kibice mają dość dziecinady w ciemnych okularkach i jak się jeszcze okazuje w różowych. Broni ojciec, broni matka i uciekają latka… Rym, cym, cym…Rybnik musi odzyskać autorytet marki sportowej, jak było od zarania.

LIGOWE mecze zaskakują, jest nieobliczalnie, pycha dostaje po plecach, same nazwiska nie jadą, liczy się forma i spryt zawodników, doświadczenie coachów. Ekstraliga funduje wyścigi na zawał serca, ale, ale… Pora najwyższa na polskie, młode talenty, bo wystarczy zagranicznych wyświechtanych “pracowników” klubów, którzy jeżdżą w kratkę. Co polskie – lepsze i zdrowsze, tylko, że ONI jr. muszą mieć szanse startów sprawiedliwych. Konkurencja powinna być męska, bezlitosna w wyborach składów, wtedy poziom wzrośnie. Nie może być świętych krów, bo inne już mamy pastwiska. Zero pobłażania dla bylejakości. No to co? Zakładamy maski i jedziemy. Play –  offy pod specjalnym nadzorem? A na jakich torach? –  Do walki, mijanek, czy na nudnym klepisku? Za tydzień o serialu Grand Prix, który spadł jak meteor. Kompresja “kolorowych jarmarków”: fajne koguciki na drucikach, balony dmuchane i ostre jazdy.

20 metrów szczęścia

 

1280px-Motorspeedway

Nad ziemią! 20 metrów, z takich wysięgników w Lublinie kibice oglądają mecze Motoru. Obraz tej nowości kosmicznie piękny, Artur Bieniaszewski, który powiększa liczbę tych urządzeń rozbi światową karierę. Grand pomysł. Widowiskowa sprawa, z koszy wysięgników trudno wypaść, jest bezpiecznie, obraz bitwy żużlowej jak na stole. Wspaniały pomysł godny upowszechnienia. Ma być coraz więcej tych urządzeń, które  tylko nie zabezpieczają przed deszczem. Burza nagła jest zagrożeniem i wichura diabelska. W porę jednak można przewidzieć takie pogodowe niespodzianki. Dawno temu np. w Rybniku/nie tylko tam/ kibice oglądali mecze wspinając się na topole. Można było zlecieć w dół, acz nie słyszałem o takich przypadkach, bo kibice mają moc. W każdym razie lublinianie raz po raz zaskakują żużlowy świat: jak nie kontraktem przed laty mistrza świata Duńczyka Hansa Nielsena, to brawurowym awansem/ po dłuższej nieobecności/ do elity ligowej i atrakcyjnymi meczami z prądem emocji 300 v! Miasto żyje żużlem na ziemi i na wysokościach. Chwała im wielka: na stadionie i nad nim, jak w niebie. Atmosfera czegoś wyjątkowego, bez reżysera z Hollywood.

Ale spadnijmy bezpiecznie na ziemię, oto pojawił się projekt mini serialu Grand Prix anno 2020. Polska, Dania, Czechy i Polska mają być gospodarzami. Armando Castagna i BSI kombinują jak wozacy do Morskiego Oka. Osiem turniejów, czyli 4 razy po dwie imprezy: Wrocław, Vojens, Praga i Toruń. Good luck. Tak być musi? Co na to koronawirus, który nie daje za wygraną, on czyha, niezależnie od reklam.

Przełożono Grand Challenge do GP z Żarnovicy do Gorican, Słowacja Martina Vaculika odstawiona a szkoda, wybrano już otrzaskany imprezami Gorican. Niech tak będzie, polska strona desygnuje Krzysztofa Kasprzaka jako swojego kandydata, bo wygrał rok temu Złoty Kask. To było dawno, jak jeździ teraz były wicemistrz świata widzimy. Pokazuje speedway, który nie porywa, schematyczny na torze odstaje, więc ironizuję z przesłaniem czy postawiono na… młodzież? A mamy tak wielce utalentowaną. Czy trzeba kogoś ośmieszać dotrzymując słowa za wygranie ZK, albo ratując prestiż polskiego żużla.  Nie zawsze cel uświęca środki. Życzę zatem powodzenia specom od przewidywania. Oczywiście może tak się stać, że KK awansuje do GP i drżę co będzie potem. Z Chorwacji awansuje trzech pierwszych zawodników; turnieje challenge nie są łatwe, ale też nie zawsze kandydaci mają potem co robić w serialu GP. Przypominają mi się dawne czasy, kiedy z tzw. strefy kontynentalnej IMŚ awansowali żużlowcy do finału światowego i oblewali egzamin w konfrontacji z Zachodem. Ale to już było, bo wymieszał się Wschód z Zachodem. Serial GP jest wymagający, “wożenie się” nie ma sensu. Mam myślowe skakanki, oddalam się więc od mistrzostw świata, od włoskiego makaronu, który lubię, lecz nie bardzo znoszę, kiedy mi ktoś nawija go na uszy. Sport jest dyscypliną odważnych decyzji, wręcz pokerowych zagrań i kompromisy bywają kosztowne.

Mamy kolejne covidowe poluzowanie i 50 % widzów może wchodzić na stadiony. Zastrzyk ulgi dla klubów, które z frekwencją są na bakier w kasie. Dobrze, gdyby fani nie siadali gromadnie, bo licho nie śpi a co dopiero wirus wszędobylski. Ostrożność w cenie.

Monopolowy talent czyli Rafał Sz. z Rybnika posiedzi dłużej w areszcie, jest on klasycznym przykładem talentu zmarnowanego przez nałóg. Talent czystej krwi, która od razu była zasilana alkoholem. Rafał zdawał sobie sprawę ze swojego talentu, startował incydentalnie w turnieju Grand Prix, był w Rybniku objawieniem, charakter miał nie tyle górniczy co góralski. Niestety meandry życiowe zaprowadziły go tam, skąd mało widać normalnego świata. Ale jest spóźniony czas na refleksje, tylko żałowanie nie jest pocieszeniem dla bliskich. Rafał Szombierski potrzebował mentora silnego, mocnego autorytetu, który by opanował jego rogaty charakter od początku kariery. Nie było takich dla niego, on łatwo przełamywał bariery a ostatnia jazda samochodem w pijanym widzie była tragiczna w skutkach. Ubolewam, że młodzi ludzie mając wielkie perspektywy rozwoju tracą wszystko. Za krótkie i za szybkie jest życie, żeby w głupi sposób marnotrawić co ono ofiarowało. Oj, Rafał… co się  z twoim życiem porobiło.

Szalejący mały, spolszczony Duńczyk Leon Madsen wygrywa turnieje na obszarze SEC, czyli indywidualnych mistrzostw Europy. Jest szybki, zwinny, potrafi zostać na pierwszym wirażu w tyle i gonić, kombinować, chce być zawsze pierwszy, natura podobna Bartoszowi Zmarzlikowi, który też gna przed siebie finezyjnie. Pierwszy mistrz świata, drugi wice. Przyjemnie patrzeć jak ścigają się obaj, dbają na każdym metrze o fair play, nie ma jazdy na oślep, jest speedway łokieć w łokieć,  porywający serca.

Kiedy trzeci turniej SEC rozgrywano w Rybniku publiczność przypominała Griszy Łagucie exodus z ROW po odbytej karencji. Były gwizdy; tacy są fani: jak kochają, tak nie lubią; rosyjski wojownik zajął drugie miejsce w turnieju. Można sobie czasem przecież pogwizdać, choć lepiej gromko pośpiewać. Mało tego na polskich stadionach, w odróżnieniu od widowisk sportowych poza Polską, dreszcze przebiegają, kiedy kibice Liverpoolu, Barcelony czy Milanu dają głos… Nie będziesz nigdy szedł sam… słynny hymn Liverpoolu. Gwizdy także tam się zdarzają. Daje czadu gwizdami “żyleta” na warszawskiej Legii, lecz jak oni drą się cudownie, gdy leci “Sen o Warszawie”, przejmujący song Niemena. Hymny sportowych klubów mają historię, która utrwala pamięć o drużynach, tworzą oryginalne scenariusze niezapomnianych widowisk.

Jeszcze o SEC, który zawstydza niemrawą FIM. W Gnieźnie odbył się zaległy turniej.

Przypominał chwilami Rajd Paryż/ Dakar. Kurzyło się strasznie a wody brakowało. Susza na torze, Wygrał tym razem rozpędzony jak Pershing Robert Lambert, Anglik wycofał na fotelu lidera SEC Madsena. I dobrze. Coś się dzieje, finał w Toruniu 29 lipca. W VII wyścigu w karambolu z Rosjaninem Andriejem Kudriaszewem ucierpiał Nicki Pedersen /Duńczyk go przeprosił/, pojechał do szpitala z silnym bólem ręki, szkoda, bo liga na karku. Dawno nie widziałem takiego oszczędzania wody. Tumany pyłu były widowiskowe niczym burza piaskowa, lecz to przecież speedway!

Kończę, dzwoni limiter. Patrzę na trybuny stadionów, siedzą ludzie w różnym wieku, jedna wielka rodzina, maski schowane, strach pomyśleć jaka lekkomyślność i jaką może mieć cenę. Żywioł unicestwia nawet betony, dlatego szczęściem jest panoramiczne oglądanie żużla 20 metrów nad ziemią. Po lubelsku.

Jadą i niosą “pola”, hej!

ducati-speedway-motorcycle-625x417

I zaczęło się; lepiej, gorzej, wspaniale i średnio. Premiera polskiej Ekstraligi, jedynej na tej planecie, bo gdzie indziej nie ma. Maski kryły mimikę. Był rechot z byle czego i wrzaski, po których dzieci uciekały sprzed telewizora, jakby któryś z polityków dał głosu do wiwatu. Krzyk jest dobry, ale w piwnicy. Dobrze, że m.in. redaktor Jan Ciszewski tego nie słyszał. Jak premiera, to premiera. Było “ślizgo” oraz inne dziwolągi, a na torze lało, wysychało, zawieszeni, nie zawieszeni ścigali się, bo hulaj dusza, gdy pozwalają dawać czadu. Fajnie. Deliberacje, czy można jechać na takim torze czy nie – zostawmy wreszcie arbitralnie sędziom, bez presji jakiejkolwiek, tak było przez długie lata, dziś mędrcy świata, monarchowie grzebią tam, gdzie nie powinni. Brakuje kibiców, bo oni organizują atmosferę, zawodnicy ciągle powtarzają, że jeżdżą dla nich, nie do końca, bo najważniejsze co innego. “Wyklęty fighter żużla” Piotr Pawlicki jr. dał popis w Gorzowie z Bartoszem Zmarzlikiem, w którym ostatnia solówka należała jednak do mistrza świata. Koncert jazdy na krawędzi zawału, lecz speedway nie jest dla tych, którzy liczą tylko na start albo demoniczne gonitwy pod bandą. Rosjanin Artiom Łaguta sześć razy szybko wygrywał w Częstochowie, w przemoczonym meczu. Artysta, mołodiec.

Żużel jest wielowarstwowy, mieszanka techniki, dojrzałości, fantazji, odwagi piekielnej. Takie ściganie jak tych dwóch pokazało w Gorzowie Wlkp. przechodzi do historii pojedynków. Jazda na cool torze, bez faulu, do wstrzymywania oddechu i szalonej radości na mecie. Można być happy.

“Manewry” na starcie znowu niestety były, obawiam się, że będą podpatrywane przez nudziarzy po aptekarsku: kto wcześniej mrugnie powieką?! Panowie opanujcie paranoiczne podejście do tego męskiego sportu. Niech powtórki nie psują widowiska i niech traktory nie robią na torach atrakcji na siłę.”Maglowanie” rozciąga mecze, turnieje. Tempo musi być cenne, cierpliwość ma granice.

 

Nowy układ tabeli wyścigów trafiony, jak udany prezent. Niektórym wydawało się, że mogą a niestety mecze pokazały, że przenoszona ciąża wymaga “technicznego” leczenia. OPERACJA polska Ekstraliga jest na obrotach i będzie dokazywać – gdzie tylko się da, lecz nie ma zgody na pomyłki, każdy punkt na wagę cito faktury. Młyn zaczyna mielić.

Wspomniałem o startach, proponuję nagradzać tych… co dłużej zostaną pod taśmą, za chwilę zapomnienia, bo ci, którzy imponują refleksem albo jak się uparcie powtarza “wstrzeliwują w start” są karani. Obłęd. Rozumiem ewidentny ruch zawodnika pod taśmą ale trzeba kaprawego oka/ jest taki jeden teleextra obserwator/ by zgnoić refleks, uznać jako “kradzież startu”! Jacy złodzieje, gdzie policja? TRWA upiorne polowanie na startowych złodziejaszków. Jak długo? Szukanie winnych pod taśmą jest chorobliwe /dżuma?/.

 

Ale… sędzia Remigiusz SUBSTYK w Lesznie dał postartować zawodnikom, pewnie znowu mu się oberwie od malkontentów procedur, nie szkodzi… Niech puszcza tych, co mają refleks! Tego uczą w szkółkach, a potem jest idiotyczna kołomyja pod taśmami.

WSZYSCY uczestnicy żużlowych meczów byli nienaganni w przestrzeganiu rygorów, obostrzeń regulaminowych nad którymi krąży groźny wirus w koronie. Nie ma zbliżeń, nie ma zdejmowania masek, brakuje tylko zbroi. Podobno zakazane nawet… myśli sexy. A piłkarze grają bark w bark, spływa pot, mamy wywrotki jeden na drugiego. SPEEDWAY PL wzorowy, nie wiem jak jest w szatniach ale sądzę, że sanitarni, klubowi komisarze wiedzą co robią. Mycie jest luksusem. A kibice przed ekranami TV, nie mogą się przewietrzyć w nadmiarze na stadionach, choć w galeriach handlowych ścisk, podobnie w świątyniach, na ścieżkach rowerowych, byle gdzie. Czegoś nie rozumiem: łażenie po sklepach dozwolone a siedzenie na stadionach w odległościach nakazanych, z obostrzeniami sanitarnymi, zagrożeniem?! Co lepsze: powietrze i wiatr czy brudy klimatyzacyjne w handlowych centrach? Głupota nie jest samotna. Pączkuje jak wesela. Teatr bez widzów jest tylko próbą dla aktorów. Brakuje adrenaliny, oddechu widza, kichnięcia, oklasków i wybuchów entuzjazmu. Oh, Rolling Stones grają, wyobraźcie sobie na pustym stadionie, w hali bez ludzi? Nie dajmy się ogłupieć w szaleństwie pandemicznym; zresztą epidemie mają różne oblicza: objawowe, bezobjawowe, dramatyczne, tragiczne, schizofreniczne, z oznakami grubych oszustw i cudownie ocalonych pacjentów.

Towarzystwo żużlowe PL zademonstrowało zdyscyplinowanie i… wygłodzenie po długiej przerwie. Ryba bez wody zbliża się do ości. Polski speedway pokazał organizację meczów z ładnymi, firmowymi maskami bez mimiki. Był dryl.

I jeszcze jedno, dlaczego tylko w żużlu przepytuje się w miejscu, jakby nie było intymności sportowej rywalizacji, czyli w parkingu osoby w emocjach a w innych sportach nie ma rozmów w szatniach, tylko przed zejściem z boiska, z parkietu tam, gdzie człowiek powinien czuć się swobodnie. Bez podsłuchu, bez oka kamery. Męska gra mało męska. Refleksja retoryczna, lecz ten “cyrk” wylansowany przed laty jako atrakcja reporterska mało wnosi w takim wydaniu do obrazu wydarzenia. Bywają nagłe głupie pytania i podobne w stylu odzywki. Człowiek/ zawodnik/ potrzebuje chwili wyciszenia, kilku minut oddechu, poskrobania się za uchem i nie ma ochoty na odpowiedzi.

KIBICE oczekują w domu naturalnego wytchnienia a tu ryk reportera ogłusza, TV czy radio? Przecież widzimy co się dzieje, bywa, że fani wyłączają krzyki i śmichy. Wystarczy obraz. Jak krzyczeć, to przy sztormie a nie do czułego mikrofonu… Modulacja głosem jest talentem, można nakręcić emocje nie tylko ryczeniem na pełny głos. Cichooooosza… Jaka ulga.

No i te pola… niosą, jadą, jakaś obsesja. W końcu kto jedzie zawodnik czy “pole startowe”? Slang – małej, dużej, pola, etc. jest trudny dla normalnego widza. Tłumaczenie tego wszystkiego komuś, kto pierwszy raz zasiada przed tv, rozprasza uwagę transmisji i zabiera czas. Proponuję zatem wydać słowniczek żużlowego obciachu. Autorzy są, zawodowcy etatowi oraz naturszczyki forever, słowa wstępne może od profesorów Jana Miodka i Jerzego Bralczyka. Będzie hit i jasna sprawa w obszarze tajemnic czarnego sportu. Czarne może okazać się białe. Znamy przecież takie szachy.

No właśnie, mój przyjaciel fan zagorzały żużla po felietonie, w którym proponuję dymisję szefa światowego speedway’a Włocha Armando Castagny, za brak pomysłu na rozwój tego sportu, podpowiada, że przecież jest wieloletni działacz struktur Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/, szef Rady Nadzorczej Ekstraligi, honorowy prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski, który może objąć ster światowego żużla. Nasz człowiek, szef ligi, która rządzi elitami, animator m.in. Grand Prix. Da radę, jak zawsze do tej pory, zatem do dzieła! Kto za, kto przeciw?  

3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

Pukam do drzwi Ekstraligi oraz FIM

You ‘ll Never Walk Alone

I nie tylko tam. Zagrzał się meczowy kocioł, Ekstraliga wyciska wszystko, co tylko się da, ale po kolei, bo zaczynam felieton od propozycji pod adresem władz Ekstraligi oraz Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, sekcji żużlowej. Sugestia jest empatyczna.

I w przededniu extra święta na warszawskim Stadionie Narodowym, gdzie premiera serialu Grand Prix. “Żużlowy koncert” pod dachem jest w centrum zainteresowania; zaczynają się jazdy o mistrzostwo świata 2019. Przy okazji zbiera się także elita międzynarodowych władz z nowym portugalskim prezydentem FIM Jorge Viegasem. Z muzyką fado? Bogaty w wydarzenia weekend. Majowo, kolorowo, dynamicznie, pracowicie, atrakcyjnie. Kiedy w Portugalii na stałe zagości speedway Mr. Jorge?

UWAGA! Skok w bok. Nie da się inaczej i nie ucieknę od piłki, extra gry, finezji, goli.

Piłkarska Liga Mistrzów oferuje mecze najwyższej rangi, lecz także funduje scenariusze imprez zawierające akcenty wielce sympatyczne. Oto zawodnicy wychodzą na boiska trzymając za ręce małe dzieci, więc przeżycie dla najmłodszych jest niezapomniane, co widać po ich zachowaniach. Dziewczynki, chłopcy, może to dzieci ze sportowego podwórka a może i nie, najważniejsze, że latorośle są na scenie stadionów z asami i kompletami widzów. Aplauz, prezentacja, hymny, radość i wzruszenie. Mała dziewczynka zerka z dumą na Messiego, światową gwiazdę, sławę Barcelony, oto chłopczyk ściska mocno za rękę Salaha z Liverpoolu. Ilu takich malców marzy o chwili, żeby trzymać rękę Roberta Lewandowskiego?! Piękne sceny, zdjęcia, kilkadziesiąt tysięcy fanów na stadionie, także opowieści w szkole, rodzinie, jak było. Często tak zaczyna się sportowa kariera. Liga Mistrzów, jako formuła piłkarska ukształtowała styl, który jest wzorcem do kopiowania. Elegancko, skromnie, zwyczajnie.

EKSTRALIGA, spółka SA w polskim wydaniu na żużlowym rynku dyktuje warunki klubom. Opinie bywają różne w środowisku, wiadomo, lecz nie jest moją intencją grzebanie w komentarzach, jako długoletni recenzent tego sportu mam swoje zdanie na ten temat. Tylko w spajaniu różnych wersji zdarzeń możemy produkować “towar” coraz lepszy. Akceptowany przez wykonawców i widzów. Z sukcesami medalowymi.

W  tym kontekście kontekście proponuję pomysł żywcem wzięty z Ligi Mistrzów. Jestem spóźniony w czasie, trudno, mogłem pomyśleć w zimie, nie jestem prorokiem w swoim życiu. Wierzę, że się uda; wybrzmiewa hymn piłkarskiego Liverpoolu  You ‘ll never walk alone, nigdy nie będziesz szedł sam… Liverpool ograł legendarną Barcelonę, wyspiarze mieli na koncie minus 3 a wygrali plus 4. -Idź z nadzieją w sercu, walk on, walk on with hope in Your heart. Więc mam nadzieję i  ZWRACAM się z propozycją do prezesa zarządu polskiej Ekstraligi  Wojciecha STĘPNIEWSKIEGO oraz szefa Rady Nadzorczej tejże spółki Andrzeja WITKOWSKIEGO, by rozważyli od terminów play – offów, wyjścia drużyn do prezentacji z dziećmi. I niech wspólnie zrobią rundy honorowe! Pierwsze wybory będą na pewno preferować bliskich z rodzin zawodników, no i dobrze, potem wszystko ułoży się i będzie dużo radości. Empatia jest w cenie zawsze i wszędzie, Wierzę, że taka decyzja ożywi nastroje stadionowe, zrobi się rodzinnie z sercami bijącymi mocno. Wyobraźnia już pracuje, sport powinien dawać satysfakcję każdemu.

Zawodnikom też będzie przyjemnie. Kto może być przeciw? Wątpię aby tacy byli.

Analogicznie taki pomysł prosi się, aby również w serialu Grand Prix zawodnicy wyprowadzali dzieci do prezentacji. Decyzje premierowe są zwykle trudne, malkontenci niech się uspokoją. Szkoda, że warszawski turniej Grand Prix już nie zdąży z takim scenariuszem / a może stanie się cud nad Wisłą?/, bo bardzo mi zależy na akcencie, że inicjatywa jest polska, biało – czerwona. Powtarzam, nie ważne, że Liga Mistrzów lansuje taki zwyczaj; UEFA powinna się cieszyć, że speedway ewentualnie skopiuje taki oto fragment show. Wszystko, co dobre, powinno być naszym wspólnym dobrem. Tak?

“Złodziej goni złodzieja”

A teraz o “kotle” polskiego żużla, który gotuje się w ekstraligowym wydaniu jak nigdy. Wrzątek. Wyścigi na żyletki. Sędziowskie pomyłki a “kradzieże startów” bzdurą totalną. Co bulwersuje najbardziej? Błędy sędziowskie. Grzegorz Walasek został wykluczony w Gdańsku z wyścigu niesłusznie. Nie chciał komentować incydentu po męsku. Boli niesprawiedliwość bardzo. Mam mnożyć przykłady? Dziwne, że wprowadzenie tzw. VAR w futbolu nie wyeliminowało całkowicie błędów i wypaczeń. Zdarzenia dalej bulwersują, facet dotyka piłki ręką ewidentnie i sędzia / obraz VAR/ podejmuje złą decyzję. Tak było w meczu Ekstraklasy Lechii z Legią. Szok. Wszystko widać na ekranie jak na obrazie Matejki. Co powodują błędne decyzje? Wypaczenie wyniku, stres zawodników, frustrację, pochodne bywają różne. Mam wrażenie, że pomyłki arbitrów są wpisane w scenariusze zawodów, bezkarność sędziów obniża ich autorytety.  Kolejny problem: drobiazgowość, brak obiektywizmu kierowników startu. Ustawianie pod taśmą ma czasem charakter tendencyjny wobec gości. Irytacja zawodników drogo ich kosztuje. Przekaz telewizyjny wyłapuje dziwną nadgorliwość kierowników startów. Osoby funkcyjne są szkolone, księga regulaminów, opisów sytuacji plus kalendarz liczą już ponad 400 stron, jeszcze trochę a będzie rekord na miarę chińskich wydawnictw. Sport, kibice, zawodnicy lubią proste rozwiązania, bez gmatwania. Co to znaczy, że żużlowiec ukradł start? Taśma w górę, zawodnik, który ćwiczy starty, idealnie wyjeżdża, jest lepszy od innych, imponuje refleksem i jedzie pierwszy. Brawo. A SĘDZIA wstrzymuje wyścig. Paranoja. Błyskawiczny start jest ukarany, nadto używa się określenia “ukradł start”. Dużo tego “złodziejstwa” na torach żużlowych, mamy błędne wyroki a odsiadki nie ma. Widowisko traci płynność oraz atrakcyjność i rzadko się zdarza, że ten “ złodziej” drugi raz jest najszybszy, gdyż energia uciekła za pierwszym razem. Psucie meczów, turniejów przez niezrozumiałe powtórki wyścigów zniekształcają obraz a temperatura akcji jest wysoka, więc nie dajmy się zwariować bezsensownym “kradzieżom”. Speedway musi być klarowny, sprawiedliwy i mieć naturalne tempo!

Grisza wyklęty

2017_03_15_1_trening_ROWu___foto_Arkadiusz_Siwek__1_

Ale polka. Nagle nie ma bardziej uczciwej dyscypliny sportowej, niż żużel. Ale jazdy! Ten sport od zarania charakteryzował się faktem ogromnego przywiązania zawodników do klubu, do miasta. Nie zmieniano barw klubowych; rybniczanie, gorzowianie, leszczynianie i jeszcze inni reprezentowali wierność miejscom, gdzie zdobywali licencje. Były owszem wyłomy związane z resortowymi klubami, milicyjnymi/ np. Gdańsk, Bydgoszcz…,/gdzie ściągano żużlowców z innych drużyn, co było normalną praktyką w polskim sporcie, ba, w pokrewnych politycznie krajach, gdzie podobnie funkcjonował system w mundurowych klubach. Chodziło o zdobycie zawodników, którzy byli gwiazdami, zdobywali punkty, kibice ich uwielbiali. Kiedy w Gorzowie Wlkp. Zenon Plech zapragnął zmienić lokalizację na Gdańsk, zawrzało w skali ogólnopolskiej. Media huczały, środowisko było ”zbulwersowane”, zawodnik tłumaczył przejście chęciami studiowania w Trójmieście, także zmianą klimatu na jodowany Bałtykiem, bo nad Wartą malaryczny. Walka gdańskiego Wybrzeża ze Stalą oczywiście powiodła się i Zenon Plech wyjechał na Pomorze. Przypominam początki transferowe w polskim wydaniu, o zagranicznych jeszcze nie było mowy. Następny etap zaczął się, gdy puszczono lejce i duński arcymistrz Hans Nielsen wylądował w Lublinie. Przełom w żużlu. Mega wydarzenie. A potem już za Hansem pojawili się inni. Najlepsi i najdrożsi. Trend! Kasa nie grała roli, padły mury… Eldorado dla wybrańców.

Transfery klubowe w wydaniu rodzimym także były, oto Marek Kępa przeniósł się z Motoru Lublin w spektakularnym wydaniu do Startu Gniezno. Wtedy słynny piłkarz Dariusz Dziekanowski opuścił warszawską Legię i zaczął grać w łódzkim Widzewie a 12 milionów złotych było gigantyczną kwotą. Lublinianin zmienił barwy klubowe za bodaj jeden milion, co było w środowisku wydarzeniem bogato opisywanym. Sytuacja szybko zmieniała się w “giełdowe” spekulacje i to, co było ongiś wartością klubowej wierności, poszło w kąty, bo zawodnicy kuszeni wysokimi ofertami zmieniali miejsca jak rękawiczki i tak robią do dziś. Wirówka marzeń i wyrachowany pragmatyzm; pieniądz jak ogień “rozpalił” konta nowobogackich, uruchomił kosmiczne kontrakty i drenaż łatwych finansów a polskie ligi stały się międzynarodowym targowiskiem. Elita zbudowała pozycję do dziś. Kupowano, sprzedawano, kupczenie nie jest zjawiskiem oryginalnym. Zrodziły się wybujałe oferty dla młodych talentów z których nie zawsze potem wyrastali zawodnicy spodziewanego formatu. Nie “rzucam” nazwiskami, lecz w tych interesach znani polscy żużlowcy zostawiali bez skrupułów mateczniki i wybierali z nagłą miłością tych, którzy dawali im 1000 plus. Ikona nie ikona, ryba nie ryba, dają to biorą. Ładne bajki bez sierotek.

Wspominam o tym, bo ostatnio w polskim środowisku pali się ściernisko na którym miał stać bank. Rosyjska ruletka z nabojami.

Grigorij Łaguta/ rocznik 1984/ powróci na tor po karencji za branie dopingu. Naganny czyn popełnił jako zawodnik rybnickiego klubu. ROW bił się za ten czyn w piersi zawodnika i swoje, miejscowy prezes szalał w obronie Łaguty jak rekin w basenie. Nic nie uszło na sucho, bo świat sportu z takimi aferami słusznie walczy bezkompromisowo. To nie my, to oni, ja nie brałem, nie wiedziałem, piłem maślankę a ktoś podsypywał czy tym podobne brednie nie działają na obrońców czystego moralnie sportu. Łaguta musiał wziąć rozbrat z czynnym uprawianiem sportu. Pokonał jednak czas, wraca/ w maju/ w niesławie, acz głośno.

Nigdzie nie będzie mu lepiej, niż w Polsce. Nic nie trwa wiecznie, Grigorij, jak sądzono po obronie rybnickiego prezesa i darciu szat, będzie jeździł tam, gdzie go przyłapano na dopingu. Altruizm ma swoją cenę. Mamy wolny rynek, każdy inny żołądek, ubiera inaczej, wybiera ulubione auta, snuje życiowe plany. Speedway nie jest sportem biednym w Polsce, ale czy jest zakłamany? Bez hipokryzji?

Rosyjski zawodnik nie dogadał się z rybnickim prezesem a porozumiał z bossami lubelskiego Motoru. Zaczęła się nagonka. ROW straszy sądem i milionami złotych odszkodowania, tamtejszy prezes głosi, że ma jakieś kwity, zawodnik dementuje. Błoto brudzi złoto.

Otóż Grisza pojedzie w Motorze za kasę lepszą na jaką mógł liczyć w ROW. Zostawmy emocje niedomówień, słowa z Rybnika lecą na oślep paskudne/ “ruska panienka”, inne wulgaryzmy/, prezes nie pierwszy raz traci rozum. Hejt źle wróży.

Żużlowe ikony nie gardzą pieniędzmi i nie lansujmy fałszu. W Polsce ten wielki pieniądz już tanieje i stacza się tam, gdzie powinien być od dawna. Okazje jeszcze są do wykorzystania i Rosjanin wybrał. Obdzielany jest prymitywnymi inwektywami, obscenicznie go traktują, można gadać byle co? Pojawiają się wręcz elementy nienawiści oraz prawie rasizmu. Szastanie “dziwką” powinno być karalne. Bez świństw w hejcie.

Moralny wydźwięk tej sprawy jest taki, jak w wielu podobnych w historii  transferów. Kto pierwszy strzela, żyje dłużej… mówi się w różnych stronach świata. Zarobki kuszą nie tylko sportowców, politycy też nie są przykładem niewinności finansowej.

Zabrakło w tym przykrym incydencie Łagutowym spotkania tete a tete: prezes kontra zawodnik. “Niewolnictwa” nikt nie lubi a ludzie kochają pieniądze, które wypłukują moralne aspekty. Głoszone przez niektórych prezesów hasła bezgranicznego potępienia Grigorija Łaguty są obłudne. Spoko panowie. Na ekranach kin leci hit “Green Book”, świetna robota filmowa. Polecam. Jest tam trawestowane słynne zdanie, że… co możesz zrobić dla Ameryki, zrób dla siebie… Skrót. Wiecie o co chodzi, bo inteligencja wrodzona czy nabyta zawsze pokona słomę w butach.