Jadą i niosą “pola”, hej!

ducati-speedway-motorcycle-625x417

I zaczęło się; lepiej, gorzej, wspaniale i średnio. Premiera polskiej Ekstraligi, jedynej na tej planecie, bo gdzie indziej nie ma. Maski kryły mimikę. Był rechot z byle czego i wrzaski, po których dzieci uciekały sprzed telewizora, jakby któryś z polityków dał głosu do wiwatu. Krzyk jest dobry, ale w piwnicy. Dobrze, że m.in. redaktor Jan Ciszewski tego nie słyszał. Jak premiera, to premiera. Było “ślizgo” oraz inne dziwolągi, a na torze lało, wysychało, zawieszeni, nie zawieszeni ścigali się, bo hulaj dusza, gdy pozwalają dawać czadu. Fajnie. Deliberacje, czy można jechać na takim torze czy nie – zostawmy wreszcie arbitralnie sędziom, bez presji jakiejkolwiek, tak było przez długie lata, dziś mędrcy świata, monarchowie grzebią tam, gdzie nie powinni. Brakuje kibiców, bo oni organizują atmosferę, zawodnicy ciągle powtarzają, że jeżdżą dla nich, nie do końca, bo najważniejsze co innego. “Wyklęty fighter żużla” Piotr Pawlicki jr. dał popis w Gorzowie z Bartoszem Zmarzlikiem, w którym ostatnia solówka należała jednak do mistrza świata. Koncert jazdy na krawędzi zawału, lecz speedway nie jest dla tych, którzy liczą tylko na start albo demoniczne gonitwy pod bandą. Rosjanin Artiom Łaguta sześć razy szybko wygrywał w Częstochowie, w przemoczonym meczu. Artysta, mołodiec.

Żużel jest wielowarstwowy, mieszanka techniki, dojrzałości, fantazji, odwagi piekielnej. Takie ściganie jak tych dwóch pokazało w Gorzowie Wlkp. przechodzi do historii pojedynków. Jazda na cool torze, bez faulu, do wstrzymywania oddechu i szalonej radości na mecie. Można być happy.

“Manewry” na starcie znowu niestety były, obawiam się, że będą podpatrywane przez nudziarzy po aptekarsku: kto wcześniej mrugnie powieką?! Panowie opanujcie paranoiczne podejście do tego męskiego sportu. Niech powtórki nie psują widowiska i niech traktory nie robią na torach atrakcji na siłę.”Maglowanie” rozciąga mecze, turnieje. Tempo musi być cenne, cierpliwość ma granice.

 

Nowy układ tabeli wyścigów trafiony, jak udany prezent. Niektórym wydawało się, że mogą a niestety mecze pokazały, że przenoszona ciąża wymaga “technicznego” leczenia. OPERACJA polska Ekstraliga jest na obrotach i będzie dokazywać – gdzie tylko się da, lecz nie ma zgody na pomyłki, każdy punkt na wagę cito faktury. Młyn zaczyna mielić.

Wspomniałem o startach, proponuję nagradzać tych… co dłużej zostaną pod taśmą, za chwilę zapomnienia, bo ci, którzy imponują refleksem albo jak się uparcie powtarza “wstrzeliwują w start” są karani. Obłęd. Rozumiem ewidentny ruch zawodnika pod taśmą ale trzeba kaprawego oka/ jest taki jeden teleextra obserwator/ by zgnoić refleks, uznać jako “kradzież startu”! Jacy złodzieje, gdzie policja? TRWA upiorne polowanie na startowych złodziejaszków. Jak długo? Szukanie winnych pod taśmą jest chorobliwe /dżuma?/.

 

Ale… sędzia Remigiusz SUBSTYK w Lesznie dał postartować zawodnikom, pewnie znowu mu się oberwie od malkontentów procedur, nie szkodzi… Niech puszcza tych, co mają refleks! Tego uczą w szkółkach, a potem jest idiotyczna kołomyja pod taśmami.

WSZYSCY uczestnicy żużlowych meczów byli nienaganni w przestrzeganiu rygorów, obostrzeń regulaminowych nad którymi krąży groźny wirus w koronie. Nie ma zbliżeń, nie ma zdejmowania masek, brakuje tylko zbroi. Podobno zakazane nawet… myśli sexy. A piłkarze grają bark w bark, spływa pot, mamy wywrotki jeden na drugiego. SPEEDWAY PL wzorowy, nie wiem jak jest w szatniach ale sądzę, że sanitarni, klubowi komisarze wiedzą co robią. Mycie jest luksusem. A kibice przed ekranami TV, nie mogą się przewietrzyć w nadmiarze na stadionach, choć w galeriach handlowych ścisk, podobnie w świątyniach, na ścieżkach rowerowych, byle gdzie. Czegoś nie rozumiem: łażenie po sklepach dozwolone a siedzenie na stadionach w odległościach nakazanych, z obostrzeniami sanitarnymi, zagrożeniem?! Co lepsze: powietrze i wiatr czy brudy klimatyzacyjne w handlowych centrach? Głupota nie jest samotna. Pączkuje jak wesela. Teatr bez widzów jest tylko próbą dla aktorów. Brakuje adrenaliny, oddechu widza, kichnięcia, oklasków i wybuchów entuzjazmu. Oh, Rolling Stones grają, wyobraźcie sobie na pustym stadionie, w hali bez ludzi? Nie dajmy się ogłupieć w szaleństwie pandemicznym; zresztą epidemie mają różne oblicza: objawowe, bezobjawowe, dramatyczne, tragiczne, schizofreniczne, z oznakami grubych oszustw i cudownie ocalonych pacjentów.

Towarzystwo żużlowe PL zademonstrowało zdyscyplinowanie i… wygłodzenie po długiej przerwie. Ryba bez wody zbliża się do ości. Polski speedway pokazał organizację meczów z ładnymi, firmowymi maskami bez mimiki. Był dryl.

I jeszcze jedno, dlaczego tylko w żużlu przepytuje się w miejscu, jakby nie było intymności sportowej rywalizacji, czyli w parkingu osoby w emocjach a w innych sportach nie ma rozmów w szatniach, tylko przed zejściem z boiska, z parkietu tam, gdzie człowiek powinien czuć się swobodnie. Bez podsłuchu, bez oka kamery. Męska gra mało męska. Refleksja retoryczna, lecz ten “cyrk” wylansowany przed laty jako atrakcja reporterska mało wnosi w takim wydaniu do obrazu wydarzenia. Bywają nagłe głupie pytania i podobne w stylu odzywki. Człowiek/ zawodnik/ potrzebuje chwili wyciszenia, kilku minut oddechu, poskrobania się za uchem i nie ma ochoty na odpowiedzi.

KIBICE oczekują w domu naturalnego wytchnienia a tu ryk reportera ogłusza, TV czy radio? Przecież widzimy co się dzieje, bywa, że fani wyłączają krzyki i śmichy. Wystarczy obraz. Jak krzyczeć, to przy sztormie a nie do czułego mikrofonu… Modulacja głosem jest talentem, można nakręcić emocje nie tylko ryczeniem na pełny głos. Cichooooosza… Jaka ulga.

No i te pola… niosą, jadą, jakaś obsesja. W końcu kto jedzie zawodnik czy “pole startowe”? Slang – małej, dużej, pola, etc. jest trudny dla normalnego widza. Tłumaczenie tego wszystkiego komuś, kto pierwszy raz zasiada przed tv, rozprasza uwagę transmisji i zabiera czas. Proponuję zatem wydać słowniczek żużlowego obciachu. Autorzy są, zawodowcy etatowi oraz naturszczyki forever, słowa wstępne może od profesorów Jana Miodka i Jerzego Bralczyka. Będzie hit i jasna sprawa w obszarze tajemnic czarnego sportu. Czarne może okazać się białe. Znamy przecież takie szachy.

No właśnie, mój przyjaciel fan zagorzały żużla po felietonie, w którym proponuję dymisję szefa światowego speedway’a Włocha Armando Castagny, za brak pomysłu na rozwój tego sportu, podpowiada, że przecież jest wieloletni działacz struktur Międzynarodowej Federacji Motocyklowej / FIM/, szef Rady Nadzorczej Ekstraligi, honorowy prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski, który może objąć ster światowego żużla. Nasz człowiek, szef ligi, która rządzi elitami, animator m.in. Grand Prix. Da radę, jak zawsze do tej pory, zatem do dzieła! Kto za, kto przeciw?  

3 razy po 1… cz. 3

bruce-penhall-2-805x452

Musiałem przerwać pisanie, bo “dojechałem” do płotu tydzień wcześniej. Dużo tego zanim się zacznie. W międzyczasie ciąg dalszy pandemii i gdybania: kiedy, jak, gdzie, za ile. Rewia masek i skrywanych twarzy. Who is who?  Po polsku: albośmy to jacy tacy… Z jednej strony koronawirus, z drugiej syndrom Zorro wszędzie. Coraz bliżej do sezonu na torach. W kaskach, rękawiczkach jak zawsze. W łaźniach też, bez masek ale z mydłem. Nadzieje przyprószone niepewnościami, gdzieś błąka się strach. Walczymy.

Skończyłem poprzednio na wspomnieniu o Bruce Penhallu/ skończył 63 lata/, Kalifornijczyku, charyzmatycznym żużlowcu, który zostawił efektowne ślady na taśmach Hollywood. Żużlowy świat ekscytowała ekspansja Yankesów dorodnych, utalentowanych do wyginania kręgosłupa na motocyklach. Wszędzie na torach z finezyjnymi popisami. Każdy sport łaknie “artystów”, dają oni moc, eskalują popularność, wzniecają emocje, przyciągają przyjazne tłumy. Pozyskują wiernych kibiców, dają im wolność serc. Gladiatorzy. Penhall był dla mnie magnesem, podobnie jak i wcześniejszy “armagedon” Barry Briggs, urodzony/ 1934/ w nowozelandzkim Christchurch, skąd pochodził Ivan Mauger. Bruce Penhall był dwukrotnym mistrzem świata, Barry czterokrotnym. Ponadto z nowozelandzkim rodowodem/ 1933 r. na Tasmanii/, był pionierem na żużlowych ścieżkach z Antypodów Ronnie Moore/ 2 razy złoto MŚ/. Extra mężczyźni, dżentelmeni, wytyczyli brytyjską drogę do ścigania się z radością i satysfakcją dla siebie oraz fanów. Pomnikowi faceci. Briggs miał talent przedsiębiorcy, ciągle pracował głową co zrobić, żeby ten sport był atrakcyjniejszy, lepszy, bezpieczniejszy. Nie udało mu się namówić Japończyków do produkcji silników, którzy wprost oświadczyli, że nie interesuje ich tak mała produkcja; oni chcieli setki sztuk a silnikowo speedway’owi wystarczy manufaktura. Taką był angielski WESLAKE, bardzo elastyczne silniki /założyciel Harry Weslake/ i teraz prosperuje Giuseppe Marzotto/GM/ w północnych Włoszech. Czeska Jawa była znaczącą fabryką, produkowała towar nie tylko dla żużla, jej motocykle pędziły po różnych kawałkach Europy, “ Jawki” były zgrabne na szosach i na żużlu. Los fabryki w Divisovie w ostatnich latach jest sponiewierany przez prywatyzację, zresztą takie przypadki nie są również obce polskiej rzeczywistości. Mr Briggs poważany/ tytuł szlachecki M.B.E/ przez samą brytyjską królową wymyślił deflektory, które poskramiają kamienie wylatujące spod koła motocykla. Mają od dawna atest Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Jednak nie zawsze “szpryca” jest przyjazna dla rywala, wszystko zależy od agresji jazdy. Briggs/ żona June zmarła na raka/ ma dwóch synów, starszy Gary był modelem w sektorze nie tylko mody, chłopak podbijał rynek i serca niewiast w różnym wieku. Młodszy – Tony próbował ścigania na torach, jednak przykra kontuzja skasowała jego ambicje, ma talent po ojcu do interesów, “kręci się” wokół żużla, zarabiał na balonowych bandach, nie może żyć bez speedway’a, współpracuje z BSI. Polskę Briggsowie poznali na tyle towarzysko, że młodszy syn przyjeżdża, zwłaszcza do Gdańska. Trójmiasto jest lubianym miejscem przez zagranicznych zawodników na różne sposoby, klimat Bałtyku, atmosfera mobilizują do aktywności i sprawiają przyjemności.

 

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Niemcu Egonie Muellerze, częstym, aktywnym gościu, w sieci na FB. Prezentuje sporo zdjęć z dawnych lat. Mistrz świata z 1983 roku z niemieckiego Norden, gdzie spreparowano dla niego tor a protesty na nic się zdały, Egon kreatywna postać w sporcie, znający się na motorach, potrafiący rozebrać i złożyć silnik jak “zegarmistrz”, bardzo chciał być mistrzem świata. Kilka razy to zrobił na długim torze, Niemcy uwielbiają takie dystanse. W Norden, jak dziś pamiętam, na stadionie Halbemond bez sensu wybudowanym dla 30 tysięcy widzów na ściernisku, kilka km od małego, fryzyjskiego miasteczka wywinął numer rzadkiej urody; na bardzo zrytym torze uciekał światowej elicie do złotego medalu, niczym zając przed myśliwymi. Sportowo – “renesansowa” dusza, śpiewał w dyskotekach, nagrał płytkę, czuł klimat fanów, oni jego zagrania, lubił być w centrum zainteresowania, czarował, bawił się i znów szaleje,tym razem na Facebooku. Był także silnikowym mentorem lubelskiego rodu zdolnego fightera Roberta Dadosa, który sam zadał niespodziewanie swemu życiu ostateczny cios.

Takie oto dzieje gwiazd, które warto schować do pamięciowego sejfu na zawsze. Raz po raz przyjrzeć się historii. Aha, w pierwszym odcinku moich powrotów do tamtych lat, wspomniałem Anglika Petera Collinsa /diabelny chochlik wybił… Cravena/ z Manchesteru, otóż w 1977 roku na Ullevi w Goeteborgu “zapoczątkował” on w ortopedycznym, ba! mocno gipsowym bucie jazdy z powodu kontuzji nogi, potem niepotrzebnie “znalazł” naśladowców w takim procederze, także na polskim gruncie. Peter Collins wygrał IMŚ w Chorzowie w 1976. Żużlowa rodzina, treściwa saga!

A wcześniej…

Rok 1973. Około 100 tysięcy ludzi na otwarciu toru żużlowego na Stadionie Śląskim w Chorzowie, sensacja, liczny brytyjski przyjazd expertów, którzy nie mogą wyjść z podziwu. Obiekt pulsuje, faluje jak ocean. Pogoda idealna, Bóg sprzyjał władzy, organizacja OK. Kto wygra? Polacy chcą Edwarda Jancarza, Zenona Plecha na tronie, jeszcze Polak nie zgarnął złota. I jest w ich cieniu opolanin z Grudzic Jerzy Szczakiel. Dwa lata wcześniej w Rybniku z kompletem punktów z Andrzejem Wyglendą w finale mistrzostw świata pokonali Nowozelendczyków Ivana Maugera i Barry Briggsa. Szok. Nazwisko SZCZAKIEL dla zagranicznych korespondentów jest masakrą do przytaczania. Nie wiedzą , co ich czeka, zwłaszcza sympatycznego radiowca z BBC!!!  Mauger szykuje się na tron. Około 200 reporterów, pierwszy finał na Śląsku w takim rozmiarze kibiców, czekanie na polskie złoto. Sport jest bajecznym zjawiskiem, wyścigi zmieniają faworytów. No i co? Wygrywa SZCZAKIEL! Jurek jest szybki jak rakieta, Ivan leży na torze, czeka na powtórkę, nie ma zatrzymania, jest meta i złoto dla polskiej rewelacji. Szok sparaliżował nie tylko zagraniczne media, również polskie musiały oswoić się z tym faktem. Nie było jakoś łatwo. SZCZAKIEL GOLD. Pamiętam komentarze w dawnej, mojej redakcji “Sportu” i obcych mediach, sensacja obleciała migiem świat i na trwałe wleciała do kronik. I tak trwała, trwała cierpliwie…

Aż 37 lat czekał polski speedway na kolejny złoty medal MŚ. Na torach pojawił się Tomasz Gollob, mający zew motocykla w krwi. Ścigał się na motorach, lecz nie dawały mu skrzydeł, zapiął je wreszcie na żużlu w rodzinnej Bydgoszczy. Stworzył szybko erę GOLLOBOMANII. Uruchomił ogromny potencjał drzemiący w polskich kibicach, jego szarże, wyścigi, pogonie wciągały fanów  jak gąbka wodę. Jeździli z nim wszędzie po świecie, widoczni barwami biało – czerwonymi, głośni dopingiem, który tłumił wszystkie inne dźwięki. Gollob. Synonim jazd na krawędzi ryzyka, szaleństw na prostej jak niepowtarzalny Senna na torach F – 1. Zjawisko kultowe szybowało w górę szybko, jednak oczekiwane złoto uciekało, prawie już było w skarbcu w 1999 roku i dramatyczny wypadek na wrocławskim stadionie dał  szczęśliwie Tomaszowi Gollobowi “tylko” srebrny medal. A miał ten upragniony złoty na tacy. Cierpliwość jest cnotą.

2010, włoskie Terenzano, przedmieście starego miasta Udine. Lokalizacja turnieju Grand Prix zastąpiła kultowe Lonigo i nie mogła przetrwać. Na tym dziwnym, mało przytulnym, “industrialnym” stadionie Polak zdobywa wreszcie złoty medal. Po 37 latach Szczakiel doczekał się rodaka na tronie. Mimo serii wspaniałych zwycięstw Golloba w różnych kategoriach MŚ, entuzjazmu kibiców nie tylko polskich, triumf ostatecznie wieńczy pracę i talent. Bagażnik Mercedesa pełny medali, jeden tylko złoty singlowy.

Kariera potem dobiega końca, praktycznie na sportowej emeryturze Tomasz Gollob, najlepszy w historii polski żużlowiec, na pomorskiej ziemi ulega tragicznemu wypadkowi podczas treningowej sesji motocrosowej. Diagnoza jest wstrząsająca, uszkodzony potężnie kręgosłup lokuje ikonę na wózku. Ból nie zna granic… Dramat.

TORUŃ, 2019, finałowy turniej serialu Grand Prix. Polska nadzieja żużlowa Bartosz Zmarzlik, gorzowski diamentowy talent, który imponuje już światu pragnie być mistrzem świata po raz pierwszy a ma już na koncie medale IMŚ- brązowy i srebrny. Gonią go na torze uparcie Duńczyk Leon Madsen, spolszczony przez naszą rodaczkę małżeństwem, rodziną oraz błyskotliwy, doświadczony Rosjanin Emil Sajfutdinow. Finał mega nerwów, Bartosz broni się zaciekle, tamci atakują z furią a potrafią jeździć, głodni sukcesu jak nigdy, Motoarena wyje, szaleje, Polak w wyścigu ostatniej szansy –  albo albo, stawia wszystko na jedną szalę. Widownia na baczność, jak on to zrobił? Zmarzlik! Ano wykonał zadanie na 100 procent. Wygrał i zwyciężył determinacją w finalnym turnieju serialu GP’19, rozbrzmiewa triumfalnie hymn narodowy, buszuje szczera radość. Oto trzeci Polak w złotej koronie mistrza świata. Szczakiel, Gollob, Zmarzlik. Pięknie.

Bartosz Zmarzlik jest spadkobiercą triumfów polskich żużlowców, ba, w ogóle sportu, śmiały terminator z gorzowskiej, solidnej kuźni brylantów. Szlifowany od małego w ostrej walce na torze, ćwiczony mozolną pracą przy sprzęcie i kierowany przez rodzinę mądrym myśleniem życiowym. Trener Stanisław Chomski wierzył w niego od początku, kiedy zaczynał i był mikrusem, jak mi powiedział szczerze: “ Bartek zawsze imponował nie tylko charakterem”. Niech takim, kolejny mistrz świata, zostanie do końca kariery.

***

Na początku roku 2020 z dalekich Chin leci straszne “tsunami”, oto nad światem wybucha groźna pandemia #koronawirus, szybko obejmuje planetę, dociera wszędzie, poraża ludzi, umierają, strach paraliżuje plany, również sportowe. Hasło powszechne: ratować życie jest jednoznaczne z prolongatą także sportu, niestety witalność zamiera w odosobnieniu. Pandemia obejmuje globalnie wszystkie kąty na tym świecie, który jeszcze takiej zarazy nie doświadczył nigdy. Speedway nie jest wyjątkiem do uprawiania sportu, tak uwielbianego w Polsce, jest skazany na powikłania choroby, która drąży, straszy nawrotami. Medale zdobyte i chwile przeżyte zostają trwale w pamięci, odżywają w trudnościach, dodają mocy i nadziei, pozwalają na przetrwanie. Odradza się życie i speedway. Powroty nie są łatwe, lecz mają nadzieje. Finis coronat opus? Jakie dzieło?

Pukam do drzwi Ekstraligi oraz FIM

You ‘ll Never Walk Alone

I nie tylko tam. Zagrzał się meczowy kocioł, Ekstraliga wyciska wszystko, co tylko się da, ale po kolei, bo zaczynam felieton od propozycji pod adresem władz Ekstraligi oraz Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, sekcji żużlowej. Sugestia jest empatyczna.

I w przededniu extra święta na warszawskim Stadionie Narodowym, gdzie premiera serialu Grand Prix. “Żużlowy koncert” pod dachem jest w centrum zainteresowania; zaczynają się jazdy o mistrzostwo świata 2019. Przy okazji zbiera się także elita międzynarodowych władz z nowym portugalskim prezydentem FIM Jorge Viegasem. Z muzyką fado? Bogaty w wydarzenia weekend. Majowo, kolorowo, dynamicznie, pracowicie, atrakcyjnie. Kiedy w Portugalii na stałe zagości speedway Mr. Jorge?

UWAGA! Skok w bok. Nie da się inaczej i nie ucieknę od piłki, extra gry, finezji, goli.

Piłkarska Liga Mistrzów oferuje mecze najwyższej rangi, lecz także funduje scenariusze imprez zawierające akcenty wielce sympatyczne. Oto zawodnicy wychodzą na boiska trzymając za ręce małe dzieci, więc przeżycie dla najmłodszych jest niezapomniane, co widać po ich zachowaniach. Dziewczynki, chłopcy, może to dzieci ze sportowego podwórka a może i nie, najważniejsze, że latorośle są na scenie stadionów z asami i kompletami widzów. Aplauz, prezentacja, hymny, radość i wzruszenie. Mała dziewczynka zerka z dumą na Messiego, światową gwiazdę, sławę Barcelony, oto chłopczyk ściska mocno za rękę Salaha z Liverpoolu. Ilu takich malców marzy o chwili, żeby trzymać rękę Roberta Lewandowskiego?! Piękne sceny, zdjęcia, kilkadziesiąt tysięcy fanów na stadionie, także opowieści w szkole, rodzinie, jak było. Często tak zaczyna się sportowa kariera. Liga Mistrzów, jako formuła piłkarska ukształtowała styl, który jest wzorcem do kopiowania. Elegancko, skromnie, zwyczajnie.

EKSTRALIGA, spółka SA w polskim wydaniu na żużlowym rynku dyktuje warunki klubom. Opinie bywają różne w środowisku, wiadomo, lecz nie jest moją intencją grzebanie w komentarzach, jako długoletni recenzent tego sportu mam swoje zdanie na ten temat. Tylko w spajaniu różnych wersji zdarzeń możemy produkować “towar” coraz lepszy. Akceptowany przez wykonawców i widzów. Z sukcesami medalowymi.

W  tym kontekście kontekście proponuję pomysł żywcem wzięty z Ligi Mistrzów. Jestem spóźniony w czasie, trudno, mogłem pomyśleć w zimie, nie jestem prorokiem w swoim życiu. Wierzę, że się uda; wybrzmiewa hymn piłkarskiego Liverpoolu  You ‘ll never walk alone, nigdy nie będziesz szedł sam… Liverpool ograł legendarną Barcelonę, wyspiarze mieli na koncie minus 3 a wygrali plus 4. -Idź z nadzieją w sercu, walk on, walk on with hope in Your heart. Więc mam nadzieję i  ZWRACAM się z propozycją do prezesa zarządu polskiej Ekstraligi  Wojciecha STĘPNIEWSKIEGO oraz szefa Rady Nadzorczej tejże spółki Andrzeja WITKOWSKIEGO, by rozważyli od terminów play – offów, wyjścia drużyn do prezentacji z dziećmi. I niech wspólnie zrobią rundy honorowe! Pierwsze wybory będą na pewno preferować bliskich z rodzin zawodników, no i dobrze, potem wszystko ułoży się i będzie dużo radości. Empatia jest w cenie zawsze i wszędzie, Wierzę, że taka decyzja ożywi nastroje stadionowe, zrobi się rodzinnie z sercami bijącymi mocno. Wyobraźnia już pracuje, sport powinien dawać satysfakcję każdemu.

Zawodnikom też będzie przyjemnie. Kto może być przeciw? Wątpię aby tacy byli.

Analogicznie taki pomysł prosi się, aby również w serialu Grand Prix zawodnicy wyprowadzali dzieci do prezentacji. Decyzje premierowe są zwykle trudne, malkontenci niech się uspokoją. Szkoda, że warszawski turniej Grand Prix już nie zdąży z takim scenariuszem / a może stanie się cud nad Wisłą?/, bo bardzo mi zależy na akcencie, że inicjatywa jest polska, biało – czerwona. Powtarzam, nie ważne, że Liga Mistrzów lansuje taki zwyczaj; UEFA powinna się cieszyć, że speedway ewentualnie skopiuje taki oto fragment show. Wszystko, co dobre, powinno być naszym wspólnym dobrem. Tak?

“Złodziej goni złodzieja”

A teraz o “kotle” polskiego żużla, który gotuje się w ekstraligowym wydaniu jak nigdy. Wrzątek. Wyścigi na żyletki. Sędziowskie pomyłki a “kradzieże startów” bzdurą totalną. Co bulwersuje najbardziej? Błędy sędziowskie. Grzegorz Walasek został wykluczony w Gdańsku z wyścigu niesłusznie. Nie chciał komentować incydentu po męsku. Boli niesprawiedliwość bardzo. Mam mnożyć przykłady? Dziwne, że wprowadzenie tzw. VAR w futbolu nie wyeliminowało całkowicie błędów i wypaczeń. Zdarzenia dalej bulwersują, facet dotyka piłki ręką ewidentnie i sędzia / obraz VAR/ podejmuje złą decyzję. Tak było w meczu Ekstraklasy Lechii z Legią. Szok. Wszystko widać na ekranie jak na obrazie Matejki. Co powodują błędne decyzje? Wypaczenie wyniku, stres zawodników, frustrację, pochodne bywają różne. Mam wrażenie, że pomyłki arbitrów są wpisane w scenariusze zawodów, bezkarność sędziów obniża ich autorytety.  Kolejny problem: drobiazgowość, brak obiektywizmu kierowników startu. Ustawianie pod taśmą ma czasem charakter tendencyjny wobec gości. Irytacja zawodników drogo ich kosztuje. Przekaz telewizyjny wyłapuje dziwną nadgorliwość kierowników startów. Osoby funkcyjne są szkolone, księga regulaminów, opisów sytuacji plus kalendarz liczą już ponad 400 stron, jeszcze trochę a będzie rekord na miarę chińskich wydawnictw. Sport, kibice, zawodnicy lubią proste rozwiązania, bez gmatwania. Co to znaczy, że żużlowiec ukradł start? Taśma w górę, zawodnik, który ćwiczy starty, idealnie wyjeżdża, jest lepszy od innych, imponuje refleksem i jedzie pierwszy. Brawo. A SĘDZIA wstrzymuje wyścig. Paranoja. Błyskawiczny start jest ukarany, nadto używa się określenia “ukradł start”. Dużo tego “złodziejstwa” na torach żużlowych, mamy błędne wyroki a odsiadki nie ma. Widowisko traci płynność oraz atrakcyjność i rzadko się zdarza, że ten “ złodziej” drugi raz jest najszybszy, gdyż energia uciekła za pierwszym razem. Psucie meczów, turniejów przez niezrozumiałe powtórki wyścigów zniekształcają obraz a temperatura akcji jest wysoka, więc nie dajmy się zwariować bezsensownym “kradzieżom”. Speedway musi być klarowny, sprawiedliwy i mieć naturalne tempo!

Grisza wyklęty

2017_03_15_1_trening_ROWu___foto_Arkadiusz_Siwek__1_

Ale polka. Nagle nie ma bardziej uczciwej dyscypliny sportowej, niż żużel. Ale jazdy! Ten sport od zarania charakteryzował się faktem ogromnego przywiązania zawodników do klubu, do miasta. Nie zmieniano barw klubowych; rybniczanie, gorzowianie, leszczynianie i jeszcze inni reprezentowali wierność miejscom, gdzie zdobywali licencje. Były owszem wyłomy związane z resortowymi klubami, milicyjnymi/ np. Gdańsk, Bydgoszcz…,/gdzie ściągano żużlowców z innych drużyn, co było normalną praktyką w polskim sporcie, ba, w pokrewnych politycznie krajach, gdzie podobnie funkcjonował system w mundurowych klubach. Chodziło o zdobycie zawodników, którzy byli gwiazdami, zdobywali punkty, kibice ich uwielbiali. Kiedy w Gorzowie Wlkp. Zenon Plech zapragnął zmienić lokalizację na Gdańsk, zawrzało w skali ogólnopolskiej. Media huczały, środowisko było ”zbulwersowane”, zawodnik tłumaczył przejście chęciami studiowania w Trójmieście, także zmianą klimatu na jodowany Bałtykiem, bo nad Wartą malaryczny. Walka gdańskiego Wybrzeża ze Stalą oczywiście powiodła się i Zenon Plech wyjechał na Pomorze. Przypominam początki transferowe w polskim wydaniu, o zagranicznych jeszcze nie było mowy. Następny etap zaczął się, gdy puszczono lejce i duński arcymistrz Hans Nielsen wylądował w Lublinie. Przełom w żużlu. Mega wydarzenie. A potem już za Hansem pojawili się inni. Najlepsi i najdrożsi. Trend! Kasa nie grała roli, padły mury… Eldorado dla wybrańców.

Transfery klubowe w wydaniu rodzimym także były, oto Marek Kępa przeniósł się z Motoru Lublin w spektakularnym wydaniu do Startu Gniezno. Wtedy słynny piłkarz Dariusz Dziekanowski opuścił warszawską Legię i zaczął grać w łódzkim Widzewie a 12 milionów złotych było gigantyczną kwotą. Lublinianin zmienił barwy klubowe za bodaj jeden milion, co było w środowisku wydarzeniem bogato opisywanym. Sytuacja szybko zmieniała się w “giełdowe” spekulacje i to, co było ongiś wartością klubowej wierności, poszło w kąty, bo zawodnicy kuszeni wysokimi ofertami zmieniali miejsca jak rękawiczki i tak robią do dziś. Wirówka marzeń i wyrachowany pragmatyzm; pieniądz jak ogień “rozpalił” konta nowobogackich, uruchomił kosmiczne kontrakty i drenaż łatwych finansów a polskie ligi stały się międzynarodowym targowiskiem. Elita zbudowała pozycję do dziś. Kupowano, sprzedawano, kupczenie nie jest zjawiskiem oryginalnym. Zrodziły się wybujałe oferty dla młodych talentów z których nie zawsze potem wyrastali zawodnicy spodziewanego formatu. Nie “rzucam” nazwiskami, lecz w tych interesach znani polscy żużlowcy zostawiali bez skrupułów mateczniki i wybierali z nagłą miłością tych, którzy dawali im 1000 plus. Ikona nie ikona, ryba nie ryba, dają to biorą. Ładne bajki bez sierotek.

Wspominam o tym, bo ostatnio w polskim środowisku pali się ściernisko na którym miał stać bank. Rosyjska ruletka z nabojami.

Grigorij Łaguta/ rocznik 1984/ powróci na tor po karencji za branie dopingu. Naganny czyn popełnił jako zawodnik rybnickiego klubu. ROW bił się za ten czyn w piersi zawodnika i swoje, miejscowy prezes szalał w obronie Łaguty jak rekin w basenie. Nic nie uszło na sucho, bo świat sportu z takimi aferami słusznie walczy bezkompromisowo. To nie my, to oni, ja nie brałem, nie wiedziałem, piłem maślankę a ktoś podsypywał czy tym podobne brednie nie działają na obrońców czystego moralnie sportu. Łaguta musiał wziąć rozbrat z czynnym uprawianiem sportu. Pokonał jednak czas, wraca/ w maju/ w niesławie, acz głośno.

Nigdzie nie będzie mu lepiej, niż w Polsce. Nic nie trwa wiecznie, Grigorij, jak sądzono po obronie rybnickiego prezesa i darciu szat, będzie jeździł tam, gdzie go przyłapano na dopingu. Altruizm ma swoją cenę. Mamy wolny rynek, każdy inny żołądek, ubiera inaczej, wybiera ulubione auta, snuje życiowe plany. Speedway nie jest sportem biednym w Polsce, ale czy jest zakłamany? Bez hipokryzji?

Rosyjski zawodnik nie dogadał się z rybnickim prezesem a porozumiał z bossami lubelskiego Motoru. Zaczęła się nagonka. ROW straszy sądem i milionami złotych odszkodowania, tamtejszy prezes głosi, że ma jakieś kwity, zawodnik dementuje. Błoto brudzi złoto.

Otóż Grisza pojedzie w Motorze za kasę lepszą na jaką mógł liczyć w ROW. Zostawmy emocje niedomówień, słowa z Rybnika lecą na oślep paskudne/ “ruska panienka”, inne wulgaryzmy/, prezes nie pierwszy raz traci rozum. Hejt źle wróży.

Żużlowe ikony nie gardzą pieniędzmi i nie lansujmy fałszu. W Polsce ten wielki pieniądz już tanieje i stacza się tam, gdzie powinien być od dawna. Okazje jeszcze są do wykorzystania i Rosjanin wybrał. Obdzielany jest prymitywnymi inwektywami, obscenicznie go traktują, można gadać byle co? Pojawiają się wręcz elementy nienawiści oraz prawie rasizmu. Szastanie “dziwką” powinno być karalne. Bez świństw w hejcie.

Moralny wydźwięk tej sprawy jest taki, jak w wielu podobnych w historii  transferów. Kto pierwszy strzela, żyje dłużej… mówi się w różnych stronach świata. Zarobki kuszą nie tylko sportowców, politycy też nie są przykładem niewinności finansowej.

Zabrakło w tym przykrym incydencie Łagutowym spotkania tete a tete: prezes kontra zawodnik. “Niewolnictwa” nikt nie lubi a ludzie kochają pieniądze, które wypłukują moralne aspekty. Głoszone przez niektórych prezesów hasła bezgranicznego potępienia Grigorija Łaguty są obłudne. Spoko panowie. Na ekranach kin leci hit “Green Book”, świetna robota filmowa. Polecam. Jest tam trawestowane słynne zdanie, że… co możesz zrobić dla Ameryki, zrób dla siebie… Skrót. Wiecie o co chodzi, bo inteligencja wrodzona czy nabyta zawsze pokona słomę w butach.

Bydgoskie paliwo pn. BONIEK

 

 

Od dziecka pamiętam żużlowe wydarzenia w Bydgoszczy, głównie mecze ligowe, które jak powszechnie mówiło się, rozgrywane były na torze bardzo grząskim, określanym… kartofliskiem. Od Bydgoszczy dzieliło mnie ponad 300 km, więc nie tak często tam bywałem, ale czasy się zmieniały i przyjeżdżałem potem chętnie, mieszkałem też na stadionie a flaczki w bufecie były najlepsze w okolicy. Polonia miała markę, klub ongiś milicyjny a niebieskie mundury nie przeszkadzały w szkoleniu talentów na miarę reprezentantów Polski. Byli chętni i zdolni do ścigania! Mecze ligowe wydarzeniem, klub grubo obrastał laurami, turnieje rangi krajowej i międzynarodowej wywoływały poruszenie. Prestiż. Sezon w Polsce zaczynał się zwykle od indywidualnego turnieju KRYTERIUM ASÓW a potem liga tradycyjnie przyciągała komplety widzów na stadiony. I tak to się działo przez długie lata, jak w bajkach Andersena. Brakowało tylko dziewczynek z zapałkami. Historia sportowych klubów w Polsce ma dzieje spokojne i także burzliwe, wielosekcyjne organizacje wskutek transformacji zostały wykastrowane ekonomicznie. Co było mundurowe stało się cywilne, co było dobre odleciało, nie zawsze transplantowano sportową solidarność. Nie każda farba kryje powierzchnie.

BYDGOSZCZ miała w historii nie tylko zawodników światowej klasy z Tomaszem Gollobem na czele, który jak sztandar powiewa na wysokim maszcie triumfów Polonii. Lubiano i nie lubiano tego klubu, lecz Polonia trwała i wegetuje, jest cieniem dawnej mocy. Dlaczego?

Oh, Bydgoszcz ośrodek mega usportowiony, żużlowa Polonia jest symbolem a udane organizacje serialu Grand Prix wpisały się w życiorysy zawodników i kibiców całego świata. Ciężko wygumkować z historii, nie tak łatwo będzie wrócić do elity. Za dużo stracono, obietnice utonęły w mitach.

Tomasz Gollob, tam urodzony, kiedy wjechał na żużlowy tor zaczął pisać barwną historię klubu. W 1993 roku w Pocking, w finale indywidualnym, światowym, wprawdzie był poza podium ale ogniskował zainteresowanie fachowców w skali globalnej. Jan Kulczyk przyleciał wtedy do Bawarii w towarzystwie prezydenckiego sekretarza stanu Mieczysława Wachowskiego i jutrzenka tego sportu, obywatel TG mógł liczyć na wsparcie prominentnych ludzi pochodzących z Bydgoszczy. Obaj zrobili ogromnie dużo dla niego a przede wszystkim dla wsparcia Grand Prix i stadionu Polonii. Było “czadowo”.

Oh, Polonia znad Brdy w polskim sporcie znaczy… “mająteczek”. We wspomnianym Pocking, gdzie wygrał złoty medal IMŚ człowiek “guma”, Amerykanin Sam Ermolenko a Tomasz Gollob pokazał, że ma serce do ścigania, był także bydgoszczanin Jerzy Kanclerz. Zorganizował przyjazd 3 autokarów z kibicami! Urządzał takie wyprawy sympatyków na wszystkie ważne imprezy przez kilkadziesiąt lat, narodziła się “gollobomania, zjawisko fantastycznie dopingujących fanów z całej Polski. Stadiony zamieniły się w kolorowe jarmarki.

Wspomniałem o ministrze Wachowskim, Kulczyku i mało znanym Kanclerzu, nie pamiętam tamże ikony sportu światowego, świetnego piłkarza Zbigniewa Bońka, bydgoszczanina, który strzelał gole w Juventusie Turyn, jak Krzysztof Piątek teraz w Milanie. Polacy brawurowo kontynuują totalną grę od Neapolu do Mediolanu.

Bliżej jednak do Bydgoszczy…

O Ekstralidze już zapomniano. Tomasz Gollob od kiedy opuścił Polonię zaczęło pachnieć kryzysem, który trwa… Drużyna zleciała na dół. Ale takiej marki nie można zaprzepaścić. Prawda? Brand marketingowo funkcjonuje, wyobraźnię warto obudzić a finanse odgrzebać. Wziął się za ten problem zakochany po uszy w żużlu JERZY KANCLERZ/ 66 l./, obserwator prawie wszystkich turniejów Grand Prix i fanatyk finałów światowych od kilkudziesięciu lat. Ma zdrowie i pieniądze. Jeszcze… Kupił Polonię z pakietem grubo większościowym. Tomasz Gollob, jako jedyny/ !/ przedstawiciel rodziny będzie  dyrektorem sportowym. I tu uwaga! Do takiego układu namówiono Zbigniewa Bońka, prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zaskakujące? Nie tak bardzo. Spekulacje trwały od jakiegoś czasu, bo widywano Kanclerza z Bońkiem. Ten pierwszy ma w głowie nie tylko speedway, jest kibicem kilku dyscyplin, w tym aktywnie hokeja na trawie… Kanclerz wyobraża sobie, że po ogarnięciu całego “gospodarstwa”, doradztwie Tomasza Golloba, który mimo swojej życiowej niedoli, nie odmawia współpracy oraz marketingowym wsadzie “Zibiego” Bońka, Polonia wróci do koryta Ekstraligi za lat parę. AKCJA rozpoczęta! Triumwirat w rzymskim wydaniu powinien przynieść efekty – szepczą głośno. Coś zaczyna się dziać! Stadion jest remontowany, dotację miasto zwiększyło, Polonia pozyskała nowego sponsora tytularnego, ”paliwo” na bydgoskim gruncie jest tankowane z wysokimi oktanami. Stare odeszło, nadleciała nadzieja. No, no…sprzątanie bywa kosztowne.

Jerzy KANCLERZ posiadł wreszcie klub, do pomocy przyciągnął sławnych, interes sportowy jest do zrobienia. Uda się?  Stracony czas trzeba panowie nadrobić! Wiosna na progu, jesień będzie już na rozliczenia. Kibice tęsknią za drużyną z “jajami”.

POLONIA BYDGOSZCZ + Tomasz Gollob + Zbigniew Boniek + Jerzy Kanclerz/ chyba… zła kolejność/ oraz inni zainteresowani reanimacją klubu chcą, by team nie błąkał się nad rozlewiskiem łez a kameralny, kultowy obiekt po remoncie znów zgarnął prestiżowe wydarzenia. I widzów. Nobliwy hotel “Pod Orłem”, owiany legendą słynnych gości /m. inn. pianista wirtuoz Artur Rubinstein/ nie zapomina hucznych imprez, szczodrych fanów z czasów serialu Grand Prix. Legendą jednak nie żyje się, choć ona przecież pomaga w budowie nowej rzeczywistości. No to tyle znad Brdy. Powodzenia.

Szampan z buta

Zrzut ekranu 2018-07-24 o 11.23.08

 

Dramatyczne było Grand Prix Wielkiej Brytanii w walijskim Cardiff. W pierwszym z półfinałów wystartował komplet Polaków startujących na stałe w serialu GP. Tego jeszcze nie było, startuje w stawce 16 zawodników ¼ biało – czerwonych i zdominowali historycznie turniej. W Cardiff unosi się duch londyńskiego Wembley, ikony światowego żużla, które organizowało w historii większość finałów światowych. Tam był tor naturalny, na Stadium Millennium jest sztuczny, czerwony, dobry do walki, więc są mijanki i jazdy na krawędzi życia i śmierci. Tak! Kto nie należy do elity trudno mu w Cardiff jechać, podobnie było na starym Wembley, gdzie każdy łuk był inny a pierwszy wiraż przesmykiem. Wtedy nie było jeszcze regulacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej, która normowała tory. Brytyjczycy robili na Wembley show i teraz też robią, czego unikają jak ognia inni organizatorzy turniejów GP. Uprawianie standartowych schematów czyni imprezy sztampowymi, bez pomysłów, a to powinien być show od początku do końca. Zapamiętany nie tylko sportowymi emocjami i odpukajmy… wypadkami. Ktoś przychodzi pierwszy raz i czeka na następną imprezę.

Z polskiego półfinału awansowali Bartosz Zmarzlik, wyjątkowo dobrze dysponowny w Cardiff, drugi był Maciej Janowski. W poprzednium turnieju w Hallstavik w Szwecji zwyciężył Janowski, trzeci był Bartosz. Pechowo ułożyło się, że Polacy musieli sami eliminować siebie w drodze do finału. Zrobili to w zasadzie sprawiedliwie. Janowski stracił po drodze punkty, kiedy niemiecki sędzia/ kto wybiera takich gości?/ wykluczył go po trąceniu przez Australijczyka Jasona Doyla. Trudno, ale szkoda. Sędziowie selekcjonowani przez organizatorów GP nie wszyscy mają doświadczenie a powinni być dobierani po liczbie dobrze prowadzonych zawodów. Konieczny talent i limit; sędziujesz mało, nie masz obycia, nie prowadzisz elitarnych zawodów. Bez dyskusji.

Z “dziką kartą” pojechał “częściowo”/ 20 lat/ 20 – letni, rozkojarzony Anglik Robert Lambert, jeżdżący w lubelskim klubie, poza Ekstraligą. Był pechem tych zawodów, już w pierwszym wyścigu urwał mu się na starcie łańcuch/?!/, miotał się na torze, był złym duchem tego wydarzenia a w 20 wyścigu przeciął drogę Australijczykowi Jasonowi Doyle’owi. Makabryczny wypadek, Jason, który ciągle leczy, rehabilituje swoje kontuzje, jest obolały i pechowy, poleciał pod bandę, uderzył w tor z dużą siłą, jeszcze na koniec dołożył mu motocykl. Doyle leżał długo na placu, stracił przytomność, wreszcie został odwieziony do szpitala. Fatalny wypadek. Australijczycy mają w historii pechowe karambole. Angielski as Tai Woffinden kreowany na zwycięzcę tych zawodów, powiedział jasno, że” kiedy widzę tak ciężki wypadek, nie wychodzę na tor”. Wcześniej był przy Angliku Craigowi Cooku, który o raz pierwszy zaskoczył wynikami. Był sprawny jak nigdy. A Lambert musi jeszcze uczyć się jazdy w tłoku, mieć orientację i sam prowadzić motocykl a nie by motor go rozprowadzał. W Cardiff po raz pierwszy błysnął Przemysław Pawlicki, rodzina powinna być wreszcie zadowolona. Tak trzeba walczyć, miał na czym pojechać. A potrafi, bo angielska szkoła nauczyła go dużo, podobnie i Macieja Janowskiego.

Niewątpliwym bohaterem jest 48 – letni Amerykanin Greg Hancock, znów w finale. Niesamowity Yankes. Przejdzie do historii jako długowieczny z takimi wynikami. Jak on to robi? Koryguje z teamem szybko silnik, kondycję ma zbliżoną do młodzieży. Fenomen sportowy i zdrowotny, kiedyś mentor Janowskiego. Uczeń ma przykład wzorowy.

Zawiódł mnie Rosjanin Artiom Łaguta, zwykle szybki, tym razem nie błyszczał. Jego rodak Emil Sajfutdinow w normie. Źle będzie wspomniał Cardiff Słowak Martin Vaculik, był nie przygotowany do takiej bitwy, sprzętowo, zawiódł, tak się nie jeździ w towarzystwie GP. Jakby zagubiony. Co się dzieje?

WOFFINDEN prowadzi w klasyfikacji Grand Prix i jak oświadczył, ten turniej był kolejnym przystankiem w drodze po trzecie mistrzostwo świata. On wie co robi, nie rozpacza, kiedy ”trochę” przegra, ciągle jest i tak przed plecach rywali.

Maciej Janowski zbliża się do lidera, tak samo jak i Zmarzlik. Podium w Toruniu na koniec serialu powinno być polskie. Tak się jawi przyszłość GP anno 2018. Polacy w Walii jakby dostali viagry żużlowej i poszaleli na całego. Przyjemnie ogląda się takie popisy. Podobnie mogę powiedzieć o Darii Kabale- Malarz, długoletniej kommentatorce telewizyjnej, która tym razem przypominała fryzurą Julię Tymoszenko, byłą ukraińską premier, no i muszę dodać jeszcze, że w roli recenzenta TV wyrobił się fachowo Piotr Świderski, znający speedway jako zawodnik; będzie z niego niezły szkoleniowiec, bo dobrze odczytuje żużlowe sytuacje. Klarowny przekaz, konkretnie, bez banałów.

SHOW w Cardiff, gdyby nie bardzo przykry upadek Doyle’a/ na szczęście “tylko” kilka złamań/, można by uznać za wyjątkowy, nie tylko z tego powodu, że historycznie w półfinale pojawiło się aż czterech polskich zawodników. Komplet. Tego jeszcze nie notowaliśmy, podkreślam a wielką historią byłoby gdyby tak obsadzony został kiedyś finał GP!

Nie można mieć wszystkiego, o czym musi pamiętać mistrz Wielkiej Brytanii Anglik Lambert, utalentowany jak mało kto, fatalnie zaczął i tak skończył. Pół biedy, jeśli sam jest poszkodowany, gorzej gdy innych krzywdzi. Chłopcze nie można taranować konkurentów. Dbaj o szczegóły.

Stanowczo za dużo mówi się, że pola startowe decydują o sukcesie. Znakomity gimnastyk, medalista olimpijski, MŚ i ME Leszek Blanik, który “uczył się” żużla w Rybniku a ogląda w Gdańsku, twierdzi, że jeśli ktoś jest dobry, pola nie mają znaczenia. Podzielam jego opinię, choć zawsze jest jakaś odrobina bonusowa, co zależy od nawierzchni. Wbijanie do głów, że pole “jeździ” nie ma większego sensu. Silnik mocny, facet dysponowany, pech schowany i mamy punkty jakie chcemy.Trzymamy poziom.

CARDIFF anno 2018 wpisuje się jako polska gloria zwieńczona hymnem, który wbił się w brytyjskie flagi jak strzała. Pięknie. Każdy taki sukces wzmaga apetyt na kolejny. Szwecja, teraz Walia, potem znów Szwecja. Polski speedway wzbił się tam, gdzie zasługuje.

Podium walijskie było na luzie, bo tam… stał na drugim miejscu swobodny jak ptak Tai Woffinden, obok wyżej Bartosz Zmarzlik, niżej Maciej Janowski. Pretendenci. Tai włożył okulary, żeby szampan nie zalał mu oczu, Polacy nie zdążyli. Nieważne, istotne było to: nagle Woffinden sięgnął po czarnego sportowego buta, nalał i wypił z niego szampana, no i podał dalej do Janowskiego. Czyje to było obuwie: prawe, czy lewe, damskie czy męskie? Trzeba zapytać o ten tajemniczy przypadek Tai’a, który jest zaskakującym gościem. Z czego więc wypije szampana na kolejnym podium? Ma fantazję, jak kiedyś polscy szwoleżerowie; więc pijmy zdrowie… niech świat się dowie.

Fanaberie

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23

MARZY mi się turniej, który będzie rewanżem za serial Grand Prix, startują ci sami zawodnicy/ bez ostatniej czwórki a może nawet szóstki/ i jadą… Na serio. Bez ulgowej taryfy, a moc może zapewnić tylko pokaźna nagroda np. w postaci efektownego auta /Ferrari/ Czy stać jakiś samochodowy koncern na taki wydatek? Myślę, że tak, bo spektakularne odbicie mityngu przekazywanego w świat via TV, ponadto będzie pomostem do dyskusji nad dalszym losem “połamanego” speedway’a. I to nie jest żadna fanaberia, ani filmowa fantazja w stylu Felliniego czy Allena. Po prostu brakuje hitowego, atrakcyjnego turnieju, więc dyskusję otwieram na przednówku sezonu. Na razie nie opatentowałem jeszcze tej idei, lecz wierzę, że przy konkretnym zaAngażowaniu, główna nagroda zwróci się bez problemów, tak jak kompensuje się się budżet wybrańców organizujących Ekstraligowe Mecze Największego Zainteresowania. Bo ligowa młocka firmowana przez Nice kruszy się powoli jak kra na wiosnę.

NA żużlowym przednówku rozpalają się rozmaitej treści dyskusje. Od czego zacząć?

Na tapecie raz po raz jest Gorzów, który organizuje jubileuszowy Memoriał Edwarda Jancarza. Nie tylko z tego powodu, bo środowisko tamtejsze jest związane z żużlem na zabój. Namaszczony na prezesa klubu przez senatora ziemi gorzowskiej Maciej Zmora pochwalił się, że z żużlem ma do czynienia już bodaj 14 lat. Co ma powiedzieć Jerzy Kaczmarek, poznański, emerytowany sędzia, który prowadził ponad 400 spotkań? Był działaczem, menedżerem, zapoznał dogłębnie z żużlowym, polskim salonem słynnego Duńczyka Hansa Nielsena i nie wymieniam lat działania Kaczmarka, bo nie chcę konfrontacji stażu prezesa Zmory. No tak, można być dwa lata i być wielkim, Napoleonem żużlowych pól bitewnych. Zmorę “trącił” Jan Krzystyniak, który ongiś był zielonogórskim objawieniem obok Huszczy, Olszaka, Jaworka… Falubaz ponad wszystko. Pan Janek z biegiem czasu zmieniał kluby, szkolił, speedway ma we krwi. Gorzów organizuje Memoriał Jancarza i nie ma na liście startowej nikogo z ekipy toruńskiej, a stalowcy jeżdżą ligowo po turnieju u siebie z pomorskim teamem. Lepiej ich nie zapraszać, bo zapoznają się z torem? Małostkowość prowincjonalna. Mocni ludzie nie boją się niczego, zwłaszcza, że w żużlu pogoda czasem krzyżuje plany. Nagle zawierucha, nagle niebiosa reżyserują widowiska albo wręcz je odsyłają na inny termin. Uroda tego sportu, mimo nadkomisarzy nad sędziami, losem, który perfidnie układa swoje plany. Prezes Zmora boi się a wygląda jak facet, który niczego się nie boi, tak go odbieram, mimo incydentalnych widzeń. Trochę empatii na Boga. Kiedyś pokutowała bzdurna zasada, kilkadziesiąt lat temu, że jeśli mamy ważny turniej międzynarodowy w mieście XYZ, to żeby nawet mury się waliły musi wystartować zawodnik miejscowy. “Bo na niego przyjdą kibice”… Nonsens, Tak “spalono” zawodników bez formy w tymże Gorzowie/ była taka dtrużynówka MŚ i zestresowany,miejscowy idol zdobył zaszczytny punkt/ JEDEN/, nie wymieniam kto ale tak było. Ośmieszono także zawodników w Lesznie czy Rybniku… Lansujący maniakalnie taką tezę i mający poparcie w klakierach z wazeliną już nie żyje. Teoria błędna, czasem niszcząca psychicnie będącego bez formy zawodnika.

Piszę o tym, bo fakty bywają okrutnym świadectwem głupoty, przechodzą do historii bez odpowiedzialności i wniosków.

Maciej Zmora nie powinien bać napić się piwa w trudnym towarzystwie. No cóż, robi swoje, może z kimś, budzi lęki, że coś nie jest tak z myśleniem.

KOLEJNY problem, tzw. kindersztuby zawodników. Z tym bywa różnie, bo dużo wynosi się z domu, sporo uczy życie ale generalnie trzeba mieć wrodzoną inteligencję, by zachowywać się jak należy. Speedway jest popularny, ludzie z innych sportów, zdobywcy olimpijskich medali zachowują skromność. Inteligencja nabyta nie wygrywa z tą wrodzoną. Speedway jest “dumnym” sportem i niektórzy uważają, że zjedli wszystkie rozumy zwłaszcza na wirażach. Znany zawodnik, kiedy wyczytał czy usłyszał pochlebną cenzurkę ode mnie, to kłaniał się z daleka, kiedy było odwrotnie unikał spotkania i najlepiej, gdyby przechodził z lustrem obok mnie. Po co patrzeć w lustro, skoro gęba krzywa? Tak napisał Gogol. Jeden z dziennikarzy w sieci wspomniał o górnolotnym zachowaniu wschodzącej gwiazdy polskiego żużla rodem z Częstochowy, na wrocławskim żołdzie. Nie daleko pada jabłko od jabłoni, pochlebstwami karmią się ludzie mali i mimo talentu brakuje im wychowania. Znam tylu świetnych asów nie tylko polskiego sportu; przez 50 lat mojej służby nazbierało się w albumie pamięci tylu zacnych postaci; zawodników, szkoleniowców. Kilka miesięcy temu próbował mnie ustawiać do pionu jeden z byłych szkoleniowców, megaloman, który cierpi na brak ofert. Pokracznie to zrobił, złośliwie, czekał długo na przywalenie. Biedny duchem, zawistny umysłem.

MAGIA parcia na szkło jest wielka, niektórym szkodzi ten fakt wyraźnie. Potykają się językowo, chichotem nadrabiają niedouczenie. Na dużych spotkaniach towarzyskich, konferencjach widzimy udawanie i leczenie kompleksów. Wcześniej czy później życie weryfikuje, obnaża wizerunek. Ono nie wybacza i bezlitośnie chłosta. Życie kocha normalność a likwidacja kompleksów jest przewlekłą terapią i wprawdzie nie boli ale innym dokucza. Na szczęście są szczepionki, choć jeśli pacjent nie chce się wyleczyć, medycyna jest bezradna.

KINDERSZTUBA, mania wielkości rodzi się w domu, przechodzi przez szkołę, klub i kiedy zostaje zgwałcona, gorączkuje, najzwyczajniej gnije, jak to jabłko, które zwykle spada nie daleko od jabłoni. Rzecz w tym, by czasem je zostawić tam, gdzie spadło a wiadomo, co potem ze zgniłkami się dzieje.

I to nie są żadne fanaberie.

Baronowe Byki z tytułem hrabiów

final18-1024x682

Liga, to liga, a jeszcze w dodatku Ekstraliga. I finał! Ostatni mecz finalny o mistrzostwo Polski pomiędzy Lesznem a Wrocławiem, czyli Fogo/ Unią a Betardem/ Spartą, rewanżowy, na torze we Wrocławiu miał napięcie elektrowni atomowej. Gospodarze byli przygotowani na odebranie złotych medali, liczyli, że osiem punktów przewagi z Leszna jest do odrobienia. Jakie to życie przewrotne… Reżyseruje, robi aneksy, resetuje. Bajki czasem bywają prawdziwe, nie każdy film kończy się happy endem.

Otóż szkoleniowcem Unii jest Piotr Baron, startował we Wrocławiu, jest pojętnym trenerem, potrafi czytać “grę”, inteligentnie potrafi komentować zdarzenia na torze. Takie “coś” trzeba mieć w sobie, co najwyżej można się poduczyć, ale tzw. chłopski rozum nie jest do kupienia na szkoleniowym bazarze. Baron jest na dobrej drodze aby mieć jeszcze większy prestiż trenerski a to upoważnia do prowadzenia kadry narodowej. Jeszcze nie wszystko opanował, jest w połowie dorobku, nie sądzę by nie miał ambicji ponadklubowych. Umiejętność przekazywania w stresie rad zawodnikom jest zaletą niebywałą, dokonywanie zmian w decydującym momencie darem. Przypominam sobie “zamurowanego” na amen w czasie EURO’12 na Stadionie Narodowym Franciszka Smudę, który do końca nie potrafił podejmować, ani wtedy, ani potem zmian koniecznych. Nie każdy jest Guardiolą, Mourinho, Emerym, czarodziejami trenerskimi; bossowie znanych klubów piłkarskich od Madrytu po Londyn wiedzą, gdzie ich szukać i wybierają, kontraktują i płacą za rozum. Tego rozumu na świecie nie ma za wiele, bo gdyby był, może świat wyglądałby inaczej.

Wspomniałem o przewrotności losu. We Wrocławiu szkoleniowcem jest Rafał Dobrucki, wychowanek Leszna. Ojciec Zdzisław był ongiś mistrzem Polski, który zdobył na torze gorzowskim. Syn wdał się w ojca i pojechał ścieżką taty, jednak przykre kontuzje zadecydowały o końcu kariery obfitującej w sukcesy. Inna jest jednak mentalnie kariera zawodnicza a inna szkoleniowa. Rafał z zespołem, w którym jest dwukrotny mistrz świata Anglik Tai Woffinden i kandydat na podium mistrzostw świata anno 2017 Maciej Janowski, uczestnik serialu Grand Prix miał prawo nie spać w nocy i marzyć o tytule drużynowego mistrza Polski. I pewnie nie spał i przed meczem, i długo po. Taki bywa trenerski chleb, który piecze się i w ciągu dnia, i nocami.

Pełny ludzi wrocławski stadion po remoncie, gala i czekanie na ceremoniały. Sparta ma ogromne zasługi dla polskiego żużla, ba światowego. W klubowym rozrachunku cztery razy mniej mniej laurów złotych, aniżeli rywale zwane Bykami z Leszna. Tam od 1938 roku trwa “żużlowa zabawa” i sukcesy bez końca, jak widać i w tym sezonie. Oba kluby organizowały w przeszłości światowe imprezy, świetnie przygotowane, z etykietami BEST władz międzynarodowego towarzystwa opieki nad speedway’em. Miasto nad Odrą coraz piękniejsze, na pewno wróci po tej przebudowie stadionu olimpijskiego na arenę międzynarodową. Leszno mniejsze ale i takie może być stolicą. Już niczego nie dodaję, wracam na poligon rewanżowego meczu, który zakończył się fetą i medalami. Walka była bez pardonu, kontrolę trzymał mądrze Paweł Słupski, który nie dał się wytrącić z równowagi. Panował nad tym towarzystwem a tor/ Henryk Piekarski/ był do jazdy i one były do końca. Padł remis, przewaga z pierwszego meczu dała złoto Unii po raz 16, ale statystycznie to po raz 15, bo jak dziś pamiętam ten mecz w Rzeszowie z 1984 roku, kiedy leszczynianie mając tytuł w garści, przegrali ostatnie wyścigi dając prolongatę na zostanie w elicie stalowcom. Był szok, bo trudno na życzenie zremisować mecz żużlowy, taki precedens polski sport zaliczył nie bez wysokich kar.

No dobrze ale mamy 2017 i nie do odebrania tym razem tytuł DMP. Radość gości z Leszna była ogromna, smutek i złość gospodarzy, zagryzających wargi ale taki urok sportu, że niby faworyt a musi obejść się bez deseru.

Nie mam wątpliwości, że wygrała drużyna juniorska do końca lepsza, w kondycji zmotywowanej maksymalnie. A było widać, jak niektórzy uczestnicy tego meczu oddychali “rękawami”. Spodziewałem się szarż przebojowego Vaclava Milika, lecz Czech nie miał swojego dnia. Dlaczego? Anglik Woffinden zostaje w tym klubie na kolejny sezon. Wrocławianie mają u siebie indywidualnego mistrza Polski Szymona Woźniaka, mają asa, swojego wychowanka Janowskiego, który ma szanse na medal mistrzostw świata. Paka tatuowana.

Leszno nie ma takich “prominentów”, choć kulejący Piotr Pawlicki dawał czadu na stadionie i oblatywał z pucharem zwycięskim stadion. Leszno jest stolicą, żyje żużlem od rana do wieczora, miasto i okolice. Powojenna gwiazda, legendarny Alfred Smoczyk, który ma pomnik przed stadionem może być dumny z wychowanków, tam nie brakuje dopływu nowych, którzy trafiają do szkółki a co robić z nimi, wie Roman Jankowski. Lubię oglądać szczerą radość z wyniku, zasłużonego, uciecha bez udawania, po ciężkiej walce od początku do końca. I tak było w Lesznie, i tak było potem w rewanżu we Wrocławiu. Wygrali lepsi, mecz stał na mistrzowskim poziomie, przejdzie do historii. Medale cieszą obojętnie jakiego koloru, przegrani analizują dlaczego minęli się ze złotem. A wygrani budujący team z rodzimych wychowanków dołożyli do bogatej księgi kolejny złoty laur. Brawo. “Byki” mają rogi.

EKSTRALIGA wyciska w końcu emocje, adrenalina wypływa, serca miotają się nie bez bólu. Ten sport nie zawsze jest obłożony ładnymi okładkami a ten mecz był!

Dramaturgia widowiska była niemal szekspirowska, jazdy na krawędzi na torze do mijanek. Pogoda zatem dla bogaczy, gdyż wcześniej wobec opadów deszczu pokryto tor i zabezpieczono arenę tak, by pojedynek mógł dojść do skutku. A więc ścigano się szaleńczo momentami i szczęśliwie, było z przytupem niezłe żużlowe wesele.

PS. Ten finał powinien na stadionie oglądać Adam Łabędzki, którego dawno temu sprowadzono z Leszna jako obiecującego juniorskiego talenciaka do Wrocławia i na tym się skończyło. Życie, podobnie jak kariera nie zdarza się dwa razy. Szkoda! Disce puer!