Bermudy tak daleko i tak blisko

Ile trafnych haseł wpadło mi do głowy w ostatnich tygodniach? Dużo i mądrych, dowcipnych. Do zbierania i publikowania dla potomności. W kobietach jest moc, one nagle wyrzuciły z siebie boleści serc. Przekornie przypomnę, co one /a jedna z nich dała jabłko w raju, mojemu imiennikowi/ mówią o nas. Mężczyźni? – Są jak zabawki, bardzo prości w obsłudze. Tak jest? Nie zawsze. Uprawianie dominacji prowadzi na manowce, bo jak obserwujemy nasze życie codzienne władza nad ciałami ponosi porażkę. A więc? Powtarzam z autopsji, ma ta płeć siłę tajemną. Kto wie, to wie. No, dziś taki wstęp, nie mogłem inaczej i mam nadzieję, że nikt tego nie skreśli. Oto panorama życia, naszego losu, dni, tygodni, miesięcy, lat… Cierpliwość jest cnotą. Rozum jeszcze większą.

Bardzo szanuję gorzowską miłość do żużla i dobrze pamiętam pierwszy pobyt w mieście nad Wartą; czasy były oszczędne w stacje paliw, więc jechałem z 20 litrowym kanistrem oleju napędowego, czyli “ropy”. Było może siermiężnie, lecz wesoło. Towarzysko luźnie, przyjaźnie i za każdym razem tak bywało; zwykle tam się pojawiałem na indywidualnych mistrzostwach Polski. Było bogato i emocjonalnie. Dziś już nie trzeba zabierać kanistra a Mastercard. Trenerem Stali Gorzów, która mianuje się dodatkowo “Moje Bermudy” /romatycznie, acz teraz nie bardzo pewnie w dobie koronawirusa/, jest  zasłużony wynikami Stanisław Chomski. Tam się wychował, ostatnio był także w Gdańsku, gdzie lepsze powietrze znad Bałtyku wieje. Stanley ma praktyczny “przebieg”  i rutyna go broni oraz tajniki wiedzy o speedway’u. Gorzów znany w żużlowym świecie z marek nazwisk Edwarda Jancarza i Zenona Plecha. Brand tych sportowców ugruntował sławę miasta. Chomski opowiadał mi kiedyś, jak bywało ongiś ze szkółką, do której garnęło się około 300 adeptów. Żużlowy supermarket. Można było wybierać, bo talentów na tym obszarze nigdy nie brakowało, ziemia pachniała żużlem i młodzi chłopcy chcieli zostać znanymi, jak Plech, Jancarz, Bogusław Nowak czy Jerzy Rembas. Dobry warsztat i szkolenie dawały szanse. Po wielu latach hossy, nie ma takiej liczby chętnych, trzeba wyłuskiwać mozolnie w okolicy. Namawiać do ścigania, inna teraz mentalność młodzieży, zmieniły się parytety, tam gdzie zawsze rodzili się królewicze żużla. Ostatni na bogaty tron wjechał Bartosz Zamrzlik, który jako złoty, podwójny medalista mistrzostw świata jest idolem dla wyznawców extra ścigania. Stadion im. Edwarda Jancarza jest miejscem kultowym. Obecny prezes Stali Marek Grzyb zna się na interesach, dlatego oferuje Moje Bermudy. Podpisał dwuletni kontrakt ze Stanisławem Chomskim, chciał nawet na trzy. Szkoleniowiec potrafi czytać grę, ma autorytet u starszych i młodych oraz cenną w wielu momentach cierpliwość. Zimne nerwy. Lata pracy mu schłodziły, choć w środku na pewno gotuje się krew. W tym sezonie gorzowianie zaczęli mało optymistycznie, Zamrzlik rozkręcał się powoli, wiara jednak czyni cuda. Walczyli. I zdobyli srebrny medal Ekstraligi, kto o tym myślał na początku sezonu? Chomski! Już wieszali na nim psy. Znamy się i nie mam zamiaru oblewać lukrem, Stanley jest “prosty w obsłudze”. Kiedyś zanotowałem takie zdania, nie wiem kiedy, ani skąd: “Żeby mieć dobre życie, trzeba w nim zmieścić to, co przerażające i co piękne. Powiedzieć sobie “przetrwaliśmy” i poczuć smak zwycięstwa”. Tak? Ano tak.

Transferowy okres w żużlu, który rozpoczął się bardzo wcześnie przyniósł sporo rozterek tym, którzy nalegali i tym, którzy wybierali. Gorzowianie chcieli pozyskać talent z Tarnowa, Mateusza Cierniaka, syna Mirosława Cierniaka. Nie tylko Stal, która ma Bartosza Zmarzlika, kokietowała 18 –letniego tarnowianina, za którym stoi jego trener wspomniany tata, były żużlowiec, “porwany” kiedyś do Wrocławia/ a jak to się skończyło?/. Ostatecznie Mateusz wylądował w Motorze Lublin. Dlaczego nie w Stali? Otóż Stanley nie zgodził się na ofertę talentu ziemi tarnowskiej, gdzie też rodzą się zawodnicy pierwszej klasy non – stop. Trener Chomski, człowiek życiowo i sportowo doświadczony powiedział NIE. Towarzystwo tarnowskie odjechało, nie przyjęło oferty stosownej do wieku, do warunków klubowych i wyrastania obok Zmarzlika. Nie znam negocjacji aby nie mówiło się o pieniądzach.  Przypomniała mi się historia Bartosza Kapustki, piłkarza młodego, który utalentowany nadmiernie, szybko został reprezentatem Polski, strzelił w debiucie gola na Stadionie Narodowym w Warszawie, lecz z Cracovii rychło poleciał za duże pieniądze do angielskiego klubu, by siedzieć na ławce rezerwowej. Dziś gra w stołecznej Legii i jego przygoda była raczej zmarnowanym “rejsem” po Europie. A jaki jest aktualny los jednego z częstochowskich talentów, który skuszony ofertą opuścił okolice Jasnej Góry? Jest we Wrocławiu. Tamtejszy klub często przewija się w transferowych pajęczynach. Pouczające? Stanisław Chomski stanął na gruncie /…”nieetyczne pieniądze”/ udeptanym przez rzeczywistość, dlatego go ceni prezes Marek Grzyb. I ja też. Bermudy bywają realne… I koniec wieszania makaronu na uszach. Z Tarnowa wszak znacznie bliżej na Roztocze, czas ścigania pokaże komu było po drodze, bo przypomnę, że np. Jakub Jamróg błądził. Nie zawsze “time is money”. W Lublinie pracuje sprawny menedżer Jacek Ziółkowski, młody Cierniak ma ojca trenera. Motor nie jest też klubem, który sroce wypadł z gniazda. Pieniądze nie lubią rozgłosu ale muszą mieć solidną płynność i nie rozpuszczać młodych, bo casus niegdysiejszy Adama Łabędzkiego/Leszno – Wrocław/ jest wymownym tego przykładem. Talenty jeszcze nie wyrośnięte a wcześnie skuszone bywają w efekcie skruszone zmanierowaniem. Sport zna takie przykłady w wielu dyscyplinach. Przykre.

A wzorcami udanymi w treści emanują na ulicach hasła polskich kobiet w różnym wieku. Wartość ich spontanicznego gniewu nie ma ceny. Dygresja. Pisałem nie raz, ani dwa: tyle kobiet, młodych dziewczyn uwielbia speedway, chcą być również aktywne w tym sporcie nie tylko na trybunach a nie mogą się przebić przez męskie szlabany. Męski sport jakim jest żużel broni się przed płcią piękną. Kobiety biją się na ringach oficjalnie ale nie mogą ścigać na torach legalnie. Działaczki kobiety? Stać je na sędziowanie, udowodniły, także na arenie międzynarodowej. Mają wdzięk i refleks, potrafią okiełzać każdego krnąbrnego i budzą respekt. Nie pożądanie, bo to zupełnie inna gra… Kochają speedway a on ich nie! Dlaczego są tylko tłem? W żużlu, bo gdzie indziej imponują swoimi walorami, nie tylko pod taśmą startową. Żużlowcy nie są starymi kawalerami, fanki tego sportu zostają chętnie żonami, dzieci potem mistrzami czterech okrążeń. Takie są Bermudy “czarnego sportu”, który bez kobiet nie może żyć, lecz na zasadach patriarchatu. Tylko? Boję się, że panie mogą kiedyś protestować nawet na torach. I będą miały rację, jestem za…

Photo by Sandra Seitamaa on Unsplash

Samoodejście, dlaczego? Największym dobrem jest życie

Wypadek, choroba, nagła, trudna sytuacja… Samobójcy zostawiają po sobie gwałtowny ból. Rodzą się pytania dlaczego i najczęściej nie ma odpowiedzi a przypuszczenia bywają tajemnicze i nieodgadnione. Speedway jest sportem ekstremalnym, niebezpiecznym nie tylko z powodu na kraksy, które okaleczają ciało ale bywa, że zostawiają trwałe kalectwo do końca życia. Zawodnik jeżdżący na żużlu ma stres, on nie boi się ale nie jest wolny od myśli o niebezpieczeństwie. W trakcie walki na torze zapomina się o tym, tam buzuje adrenalina i każdy sportowiec chce swoją ambicją pokonać wszystko. Albo udaje się, albo zwycięstwo zostaje odłożone na później, trudno zresetować niebezpieczeństwo.

Profesor dr. hab. Agnieszka Gmitrowicz, psychiatra z AM w Łodzi mówi tak: “ Ja nigdy bym się nie podjęła wytłumaczenia, dlaczego ktoś popełnił samobójstwo, jeśli tej osoby nie poznałam i nie mogłam jej wcześniej zdiagnozować”.

“Wskakuję” w historię żużlowych przejść, nie mam zamiaru robić statystyk, dotknę tych faktów, no i osób, które znałem. Dawno temu Australijczyk William Robert “Billy” Sanders popełnił samobójstwo, wsiadł do auta, włączył silnik i zatruł się w garażu spalinami. Był nazywany “australijską strzałą”, uczestnik wielu finałów światowych, znakomity, sympatyczny, przystojny. Wicemistrz świata, medalista, postać znacząca w żużlu. Billy miał problem z żoną, którą zainteresował się jego kolega z reprezentacji “Kangurów”. Szok a psychika Sandersa była za słaba, więc sam zadał sobie cios. Koniec.

Wielki talent angielskiego żużla Kenny Carter, zwinny na torze, marzący o tytule mistrza świata, nie doczekał takiej satysfakcji, w Los Angeles na Coliseum w kontrowersyjnej sytuacji lepszy od Cartera okazał się Bruce Penhall, kalifornijskie bożyszcze żużlowych serc, także mojego. Na swojej farmie Kenny po rodzinnej sprzeczce bierze dubeltówkę i strzela do żony, potem do siebie. Dwie ofiary, dramat oblatuje sportowy świat. Kariera Cartera stała otworem, furiat popełnia morderstwo, dzieci zostają sierotami. Tragiczny western.

DLACZEGO on to zrobił?

A dlaczego Edward Jancarz zostaje zasztyletowany przez drugą żonę pewnej styczniowej nocy w Gorzowie? Ikona polskiego i światowego żużla ginie a sensacja jest wstrząsem, nie tylko w środowisku żużlowym. Noż jest ostry tak, jak i wiadomość, że Eddy umiera.

Polska scena żużlowych wydarzeń. Robert Dados, lubelski matador, talent wyjątkowy do ścigania się na torach. Mistrz świata juniorów. Luzacki idol, popularny, efektowny jazdami i efektywny punktowymi zdobyczami. Odlatuje z Lublina, jest we Wrocławiu, w Grudziądzu. Przeżywa ciężki wypadek drogowy w Grudziądzu, “zalicza” próbę samobójstwa, już nie wiem, co było pierwsze. Podczas Grand Prix w Kopenhadze na Parken nagle jedzie pod prąd. Ma zaburzenia psychiczne, błądzi, zły duch czeka na okazję. Robert Dados wybiera śmierć, skraca życie, zadaje potężny ból rodzinie. Dotychczasowe jego życie już było karierą a mogło być jeszcze większą. Już nie będzie.

DLACZEGO on to zrobił?

“Problem samobójstw jest bardzo złożony, a każda osoba ma inną historię życia”, mówi prof. A. Gmitrowicz. – “Zidentyfikowane zostały oczywiście różne czynniki ryzyka. Samobójstwo nie jest przeważnie czymś, co się zdarza bez uprzedzenia. To bardzo często jest proces” oświadcza profesor w rozmowie z Urszulą Rybicką… “Można go przedstawić w postaci wykresu. Na jednej osi można zaznaczyć czynniki ryzyka genetyczne i uwarunkowania osobowościowe, a na drugiej osi można odłożyć stresory, czyli kolejne sytuacje w życiu powodujące stres.”

Młody zawodnik Falubazu Zielona Góra Rafał Kurmański targnął się przed laty na życie. Niesamowita historia, jak inne przypadki, niestety. Młody talent, obiecujacy, życie i medale przed nim a jednak śmiertelna decyzja jest silniejsza od rozumu. Straszne.

Rybniczanin Łukasz Romanek, mistrz Europy, sentymentalny, ambitny. Miał presję na wynik, lecz poza żużlem są też sprawy ważne. O tym warto pamiętać! Trzeba o tym mówić. Był taki skoczek narciarski z USA, który cieszył się z tego, że poleciał, nie wywrócił, wylądował. Oczywiście ambicje są nie do zważenia, inne u każdego, nic jednak na siłę. Łukasz podobnie, jak Rafał i Robert wybrali samoodejście, brutalnie przerwali młode życia, które rokowało sukcesy. Wcześnie złamali swoje charaktery.

Słoweniec Matej Ferjan, żużlowiec lubiany, zżyty z Polską decyduje się na koniec. Wstrząsające. Nitka życia przecięta wbrew naturze. Płaczemy i brniemy w nicość.

DLACZEGO oni to zrobili?

Na oko gladiatorzy, w środku wątli. Szacuje się, że ok. 40 proc. młodych ludzi w Polsce ma myśli samobójcze. Liczba ta rośnie w cywilizacyjnym zawrotnym kieracie.

Bohaterów nie satysfakcjonują słowa: musisz wziąć się w garść. Wszystko albo nic?

TOMASZ JĘDRZEJAK ostatni smutny, tragiczny przypadek samobójstwa…

Znów przywołuję opinię prof. A. Gmitrowicz: – Jeżeli dojdzie do pewnej kumulacji, czyli u osoby, która ma predyspozycje/ tzw. podatność/ nagromadzą negatywne doświadczenia i kryzysy, to ryzyko zamachu samobójczego znacznie wzrasta…

Tomasz Jędrzejak, b. mistrz Polski, zawodnik urodzony w Ostrowie Wlkp. tam mieszkający z rodziną/ dwie nastoletnie córki/ kilka dni temu okrył żałobą bliskich. I nie tylko, cały sportowy świat nie może zrozumieć dlaczego to zrobił, półtora dnia po udanym meczu. Dyskusje trwają, człowiek czasem nie może sobie poradzić sam. Ale dlaczego inni nie widzą załamań, no właśnie jest taki kamuflaż psychiczny. Niby nic a jednak zło dopada. Niszczy psyche, obezwładnia, brakuje wyobraźni, jest destrukcja.

Samobójstwa są nagłymi zdarzeniami, które jak atak serca szokują otoczenie. Jeśli nie ma widocznych symptomów, zrozumienie ostatecznej sytuacji jest niemożliwe. Absolutnie.

SPEEDWAY jest znaczony śmiertelnymi wypadkami na torze, trwałym kalectwem na całe życie. A jednak startują młodzi, chcą być mistrzami, ginie na torze zawodnik a jego brat zaczyna ściganie. Nieprawdopodobne, prawdziwe. Cóż za moc w ludziach, strach wypędzony, ambicja wyżyłowana, wygrywa etos ścigania za wszelką cenę. A cena ostatniej chwili życia jest wciąż bardzo wysoka! Paradoksy gniotą sumienia.

Każdy człowiek ma swój Stalingrad życiowy, mniejszy, większy, górki i dołki, trzeba pokonać zło, żyć dobrymi wspomnieniami a te malowane na czarno odrzucić.

Porady psychologów w życiu pomagają, psychoanalitycy, psychiatrzy pozwalają wrócić do normalności. Każdy chce może czasem wynurzyć się z otchłani dręczących myśli i lekarz jest konieczny. A jeśli furtka ratunkowa zamknięta? Co się robi, by pomóc zawodnikom? Szkoleniowcom, nawet prezesom… Nie ma co się wstydzić. Stać chyba polską władzę żużlową na taką osobę, która bezpłatnie pomoże każdemu w potrzebie. Pogoń za wynikami, pęd dygnitarzy za apanażami – zaciemniają skomplikowane problemy ludzi. Jeśli władze żyją z “żużlowych galerników”, powinny obowiązkowo zadbać o ich życie, kondycję, pomyślność. Pamiętacie jak bohater amerykańskiego serialu Soprano korzystał z psychoanalityczki? Kosztowne, konieczne wizyty; mam informacje, że obecnie w Polsce sporo osób korzysta z porad psychologów, psychiatrów, gdyż życie jest bezwzględne w swojej istocie. “Wyścig szczurów” zabija humanizm i drenuje bezwzględnie. Jak to możliwe, żeby zawodnicy po turnieju Grand Prix w Szwecji/ Malilla/ pędzili 1600 km na mecz Ekstraligi do Częstochowy; byłem tam i widziałem zmęczenie, zawody GP skończyły się późno w sobotę z powodu złej pogody a mecz w Polsce zaczynał w niedzielę o godz. 17.00. no a we wtorek ligowe ściganie w Szwecji. Człowiek musi zregenerować siły, być w pełni wypoczętym, zdrowym, gotowym do jazdy. Działacze z innych sportów nie pojmują tak obciążonego kalendarza. Czy piłkarz Ronaldo gra mecz dzień po dniu? On biega, żużlowiec jeździ. Proponuję, by po turnieju GP daleko poza granicami Polski, dygnitarze żużlowych salonów szybko wrócili/ śpiąc czy nie/ a potem przebiegli na stadionie choćby jedno okrążenie na torze… Za darmo.

DAXuCtBXcAAnaxV

Fanaberie

Zrzut ekranu 2017-04-22 o 10.26.23

MARZY mi się turniej, który będzie rewanżem za serial Grand Prix, startują ci sami zawodnicy/ bez ostatniej czwórki a może nawet szóstki/ i jadą… Na serio. Bez ulgowej taryfy, a moc może zapewnić tylko pokaźna nagroda np. w postaci efektownego auta /Ferrari/ Czy stać jakiś samochodowy koncern na taki wydatek? Myślę, że tak, bo spektakularne odbicie mityngu przekazywanego w świat via TV, ponadto będzie pomostem do dyskusji nad dalszym losem “połamanego” speedway’a. I to nie jest żadna fanaberia, ani filmowa fantazja w stylu Felliniego czy Allena. Po prostu brakuje hitowego, atrakcyjnego turnieju, więc dyskusję otwieram na przednówku sezonu. Na razie nie opatentowałem jeszcze tej idei, lecz wierzę, że przy konkretnym zaAngażowaniu, główna nagroda zwróci się bez problemów, tak jak kompensuje się się budżet wybrańców organizujących Ekstraligowe Mecze Największego Zainteresowania. Bo ligowa młocka firmowana przez Nice kruszy się powoli jak kra na wiosnę.

NA żużlowym przednówku rozpalają się rozmaitej treści dyskusje. Od czego zacząć?

Na tapecie raz po raz jest Gorzów, który organizuje jubileuszowy Memoriał Edwarda Jancarza. Nie tylko z tego powodu, bo środowisko tamtejsze jest związane z żużlem na zabój. Namaszczony na prezesa klubu przez senatora ziemi gorzowskiej Maciej Zmora pochwalił się, że z żużlem ma do czynienia już bodaj 14 lat. Co ma powiedzieć Jerzy Kaczmarek, poznański, emerytowany sędzia, który prowadził ponad 400 spotkań? Był działaczem, menedżerem, zapoznał dogłębnie z żużlowym, polskim salonem słynnego Duńczyka Hansa Nielsena i nie wymieniam lat działania Kaczmarka, bo nie chcę konfrontacji stażu prezesa Zmory. No tak, można być dwa lata i być wielkim, Napoleonem żużlowych pól bitewnych. Zmorę “trącił” Jan Krzystyniak, który ongiś był zielonogórskim objawieniem obok Huszczy, Olszaka, Jaworka… Falubaz ponad wszystko. Pan Janek z biegiem czasu zmieniał kluby, szkolił, speedway ma we krwi. Gorzów organizuje Memoriał Jancarza i nie ma na liście startowej nikogo z ekipy toruńskiej, a stalowcy jeżdżą ligowo po turnieju u siebie z pomorskim teamem. Lepiej ich nie zapraszać, bo zapoznają się z torem? Małostkowość prowincjonalna. Mocni ludzie nie boją się niczego, zwłaszcza, że w żużlu pogoda czasem krzyżuje plany. Nagle zawierucha, nagle niebiosa reżyserują widowiska albo wręcz je odsyłają na inny termin. Uroda tego sportu, mimo nadkomisarzy nad sędziami, losem, który perfidnie układa swoje plany. Prezes Zmora boi się a wygląda jak facet, który niczego się nie boi, tak go odbieram, mimo incydentalnych widzeń. Trochę empatii na Boga. Kiedyś pokutowała bzdurna zasada, kilkadziesiąt lat temu, że jeśli mamy ważny turniej międzynarodowy w mieście XYZ, to żeby nawet mury się waliły musi wystartować zawodnik miejscowy. “Bo na niego przyjdą kibice”… Nonsens, Tak “spalono” zawodników bez formy w tymże Gorzowie/ była taka dtrużynówka MŚ i zestresowany,miejscowy idol zdobył zaszczytny punkt/ JEDEN/, nie wymieniam kto ale tak było. Ośmieszono także zawodników w Lesznie czy Rybniku… Lansujący maniakalnie taką tezę i mający poparcie w klakierach z wazeliną już nie żyje. Teoria błędna, czasem niszcząca psychicnie będącego bez formy zawodnika.

Piszę o tym, bo fakty bywają okrutnym świadectwem głupoty, przechodzą do historii bez odpowiedzialności i wniosków.

Maciej Zmora nie powinien bać napić się piwa w trudnym towarzystwie. No cóż, robi swoje, może z kimś, budzi lęki, że coś nie jest tak z myśleniem.

KOLEJNY problem, tzw. kindersztuby zawodników. Z tym bywa różnie, bo dużo wynosi się z domu, sporo uczy życie ale generalnie trzeba mieć wrodzoną inteligencję, by zachowywać się jak należy. Speedway jest popularny, ludzie z innych sportów, zdobywcy olimpijskich medali zachowują skromność. Inteligencja nabyta nie wygrywa z tą wrodzoną. Speedway jest “dumnym” sportem i niektórzy uważają, że zjedli wszystkie rozumy zwłaszcza na wirażach. Znany zawodnik, kiedy wyczytał czy usłyszał pochlebną cenzurkę ode mnie, to kłaniał się z daleka, kiedy było odwrotnie unikał spotkania i najlepiej, gdyby przechodził z lustrem obok mnie. Po co patrzeć w lustro, skoro gęba krzywa? Tak napisał Gogol. Jeden z dziennikarzy w sieci wspomniał o górnolotnym zachowaniu wschodzącej gwiazdy polskiego żużla rodem z Częstochowy, na wrocławskim żołdzie. Nie daleko pada jabłko od jabłoni, pochlebstwami karmią się ludzie mali i mimo talentu brakuje im wychowania. Znam tylu świetnych asów nie tylko polskiego sportu; przez 50 lat mojej służby nazbierało się w albumie pamięci tylu zacnych postaci; zawodników, szkoleniowców. Kilka miesięcy temu próbował mnie ustawiać do pionu jeden z byłych szkoleniowców, megaloman, który cierpi na brak ofert. Pokracznie to zrobił, złośliwie, czekał długo na przywalenie. Biedny duchem, zawistny umysłem.

MAGIA parcia na szkło jest wielka, niektórym szkodzi ten fakt wyraźnie. Potykają się językowo, chichotem nadrabiają niedouczenie. Na dużych spotkaniach towarzyskich, konferencjach widzimy udawanie i leczenie kompleksów. Wcześniej czy później życie weryfikuje, obnaża wizerunek. Ono nie wybacza i bezlitośnie chłosta. Życie kocha normalność a likwidacja kompleksów jest przewlekłą terapią i wprawdzie nie boli ale innym dokucza. Na szczęście są szczepionki, choć jeśli pacjent nie chce się wyleczyć, medycyna jest bezradna.

KINDERSZTUBA, mania wielkości rodzi się w domu, przechodzi przez szkołę, klub i kiedy zostaje zgwałcona, gorączkuje, najzwyczajniej gnije, jak to jabłko, które zwykle spada nie daleko od jabłoni. Rzecz w tym, by czasem je zostawić tam, gdzie spadło a wiadomo, co potem ze zgniłkami się dzieje.

I to nie są żadne fanaberie.

LEGENDA JANCARZA

 

CqkmhcCXYAAxfNZ

Nie ma Edwarda Jancarza/ rocznik 1946/ i nie ma jego czerwonego Mercedesa GOE 2882. Styczniowa noc 1992 w jego domu okazała się ostatnią w życiu. Druga żona sprowokowana przez Edwarda pchnęła w emocjach nożem i żużlowiec skończył życie. Bogata kariera; gdyby dziś żył byłby w cyklu Grand Prix, takim zawodowcem jak Greg Hancock. Eddy był solidnym zawodnikiem, stylowym, znał tajemnice silników, wywodził się przecież z renomowanej stajni żużlowej Stali Gorzów, a tam nie tylko, podobnie jak w Rybniku, wykluwali się reprezentanci Polski, również warsztat żużlowy był na poziomie zapewniającym sprzęt pierwszej jakości.

EDWARD JANCARZ. W kilka miesięcy po tragicznej śmierci odbywają się Memoriały czczące jego zasługi sportowe. Stadion nosi jego imię, ma pomnik i ulicę, pozostaje w pamięci nie tylko gorzowian, jako żużlowiec z charyzmą, ciekawym, barwnym towarzysko, który zrobił karierę światową.

A nie było łatwo, przebić się do angielskiej ligi, dostać zgodę klubu, który magazynował drużynowe mistrzostwa Polski a duet Zenon Plech i Edward Jancarz śmigali po medale mistrzostw świata. Gorzów, Rybnik, jeszcze Leszno czy Bydgoszcz wyznaczały kurs polskiego żużla, Wrocław organizował dzięki sprawnym, inteligentnym działaczom imprezy rangi światowej, które miały opinię wzorowych. Miasto gościnne do dziś.

A nie było łatwo, bo żeby coś zrobić na poziomie trzeba było umiejętnie zdobywać to, czego tu nie było a gdzie indziej zbywało. Sztuka, której teraz młodzież nie pojmuje.

Wspominam Edwarda z którym odbyłem kilka podróży na ważne turnieje – łatwiejsze, trudniejsze, poznałem/ tak mi się wydaje/ nie łatwy jego charakter – z tego okresu przed wypadkiem z młodym Włochem Valentino Furlanetto i po wypadku, który o mało nie zakończył się tragicznie, gdyż zawodnik był nieprzytomny przez dłuższy czas. Znałem faktycznie… dwóch Jancarzów, ten “drugi” był trudniejszy pod każdym względem.

Miał 22 lata, kiedy w Goeteborgu/1968/ w finale indywidualnym mistrzostw świata wywalczył brązowy medal.

A było to tak, z kompletem punktów/15/ wygrał jeszcze wtedy nie as ale rokujący bogatą karierę Nowozelandczyk sprytny Ivan Mauger, za nim uplasował się jego rodak przedsiębiorczy Barry Briggs/ 12 pkt/; obaj zapisali bogaty rozdział historii w światowym żużlu. Antypodowe talenty na europejskim gruncie. O brązowy medal trzeba było rozegrać baraż, pod taśmę podjechali Edward Jancarz i Genadij Kurylenko/ obaj mieli po 11 pkt/ z ówczesnego Związku Radzieckiego. Wygrał Polak! Sensacja. Eddy w Szwecji w tym finale nie był jedynym Polakiem, bo piąty był pracowity i skromny Paweł Waloszek /Świętochłowice/ – 10 pkt, /miał w pierwszym starcie upadek/, dwunasty Antoni Woryna/ Rybnik/ – 5 pkt./, czternasty Jerzy Trzeszkowski/Wrocław/ z 3 pkt. Szwedzi jeździli u siebie, elegancki Anders Michanek był siódmy a dziewiąty już as, bożyszcze dziewczyn Ove Fundin. Rezerwowym w tym finale była rosyjska blond torpeda Igor Plechanow. Niespodziewany mistrz Szwecji /wygrał z Fundinem/ Gunnar Malmqvist zajął dziesiąte miejsce. Wyniki obrazują sukces Jancarza, jego talent, który z biegiem lat dostawał orlich skrzydeł. W tym okresie indywidualne MŚ, zanim urodził się serial Grand Prix, który promowano z hukiem jako nowoczesny projekt wyłaniania króla, miały mocno rozbudowaną strukturę eliminacyjnych turniejów i szczytem był awans do najlepszej 16 – tki świata. Serial GP po kilkunastu latach miotania się nie spełnia oczekiwań, rozmywa skutecznie jednorazowy ładunek emocji /nawet narciarski Turniej Czterech Skoczni wydaje się morderczym, zwartym maratonem dla skoczków/ i nie pozyskał nowych “rynków”. W tasiemcowym serialu GP mamy kilkanaście turniejów a wystarczyłoby może tylko sześć! Rutyna potrzebuje czasem szoku. Zresetowania.

Ale miało być o Jancarzu. Otóż finał kontynentalny, kwalifikujący ze strefy wschodniej zawodników do ostatecznego turnieju IMŚ wygrał wspomniany Kurylenko, przed Waloszkiem, IV był Jancarz, V Trzeszkowski/ wyjechał potem do Szwecji, do Goeteborga i tam go po latach spotkałem/, VI Woryna, VIII Konstanty Pociejkowicz, IX Jerzy Padewski. Startowali jeszcze Andrzej Wyglenda, Zygmunt Pytko, Jan Mucha i Joachim Maj. Wyraźnie silna grupa biało – czerwonych na trudnym torze w siermiężnym okresie żużlowej walki o sprzęt dorównujący Zachodowi. Grupa “ kont” miała jednak ułańską fantazję i ogromną ambicję zwycięstwa i zakwalifikowania się dalej, gdyż ten akt nobilitował sportowców pod każdym względem. Przedostatnią zaporą /potem go zniesiono/ był finał europejski, gdzie spotykały się dwa światy: Zachodu i Wschodu. W pamiętnym dla dziejów Polski roku 1968 taki finał rozegrano we Wrocławiu. No i co? Zwyciężył śląski “chop” Paweł Waloszek, przed Woryną, Trzeszkowskim, czwarty był Mauger, za nim Biriggs, za jego plecami Kurylenko i Jancarz. W takim systemie rozgrywania mistrzostw IMŚ ładunek adrenaliny sprytnie kumulowano, by eksplozja nastąpiła w ostatecznym finale, który był wydarzeniem nr 1 dla całego świata żużlowego. Tego brakuje chyba nie tylko mnie. Mam dowody. Dziś inny “tort” podzielony jest na drobne kawałki. W tej chwili obserwuje się znużenie rutyną organizacyjną, brakuje świeżości i należytego prestiżu. Środowisko pozorami oszukuje samo siebie.

JANCARZ. Jest postacią zasłużoną dla polskiego, światowego sportu żużlowego. Był 10 razy w finałach światowych, indywidualnie. 7 razy w finałach MŚ par, zdobył srebro z Piotrem Bruzdą /wrocławianin, który wyjechał do Szwecji/, jeszcze srebrny i dwa brązowe medale z gorzowskim rodakiem, zawadiaką Zenonem Plechem. Dwukrotny mistrz Polski, zdobywca 3 Złotych Kasków i jednego Srebrnego jako junior. Dziewięć razy startował w finałach drużynowych MŚ, miał złoto, srebra, brąz. Kolorowo. Bogato. Ścigał się po medale mistrzowskie w lidze, Stal Gorzów zdobyła/15 medali DMP/ i była marką/ nadal jest/, która gwarantowała stabilność, dopływ talentów. Nie ważne do końca EDDY był w Gorzowie popularną postacią, mozolnie budował legendę, wzmacniał ją osiągnięciami na londyńskim WIMBLEDONIE. Szanowano tam jego profesjonalizm, styl i znajomość żużlowego fachu. FATALNY splot zdarzeń w Gorzowie i wypadek z Furlanetto/ Włoch najechał na niego/, pozostawiły jednak trwały ślad w codziennym życiu; odeszła żona Halina, druga Katarzyna popełniła tragiczny czyn. Wcześniej po zakończeniu kariery /1986/ Eddy próbował sił jako szkoleniowiec w Gorzowie, Krośnie, niestety nie radził sobie życiowo.

t_ep1_174

LEGENDA trwała i trwa, dramat z 1992 roku wstrząsnął żużlowym światem i nie tylko, kiedy ginie tak znana postać nie sposób zapomnieć niczego. Gorzów nie zapomniał i nie zapomina do dziś. Tak, jak dziś pamiętam, kiedy Edek wysiada z czerwonego Mercedesa i mówi przed gorzowskim stadionem “jestem gotowy jedziemy na angielsko – szkockie tournee”. W Dover był niespodziewany strajk dokerów, męczące, nerwowe czekanie na promie a na Wimbledonie mijał termin meczu Anglia – Polska. Kibice nie opuszczali trybun. Wyniosły John Berry z BSPA poganiał. Coach reprezentacji Edward Jancarz znając na skróty drogę do Londynu poprowadził spóźniony team na stadion. Mile uciekały i czas. Przegraliśmy niestety mecz, tournee nie było łatwe, m.inn, szkocki Edynburg, górnicze Stoke… Edward Jancarz był na Wyspach znany i lubiany, miał cenioną markę, podobnie jak i gorzowski klub. Popularności nie kupuje się za nic.

Anglia była dla niego atrakcyjnym drugim domem, ten pierwszy, gorzowski – zamknął się nagle i dramatycznie na zawsze.

Billy nie był sam

291272

Życie nie każdego pieści. Pieszczochy niech się cieszą pod niebiosa, że nie mają większych kłopotów. Łaskawość losu jest dla nich darem, który nie zawsze jest doceniany. Sport przynosi z sobą stresy, które drążą ciało i umysł bezceremonialnie. Nie każdy wytrzymuje i pęka albo na chwilę, dłuższy czas lub na zawsze. Stany depresyjne bywają silniejsze od chęci życia. Wygrywa najgorszy wybór i kończy się wszystko na mecie po raz ostatni. Mieli po dwadzieścia kilka lat i świat dla nich urwał się na zawsze. Rybniczanin Łukasz Romanek/23 lat/ i zielonogórzanin Rafał Kurmański/22/ targnęli się na swoje życie, trochę starszy od nich rodem z Lublina, mistrz świata juniorów Robert Dados/27/ był ratowany w podobnej sytuacji, lecz niestety lekarze nie dali rady. Wszyscy trzej byli nadziejami polskiego żużla, młodzi, Romanek miał na koncie tytuł mistrza Europy juniorów, mistrz świata juniorów Dados trochę innego charakteru, który po ciężkim motocyklowym wypadku na grudziądzkiej ulicy borykał się z problemami, których już nie poznamy nigdy, Kurmański targnął się w hotelu na życie skutecznie. Talenty, fajni ludzie, świat tańczył przed nimi a jednak sami dokonali tragicznych, ostatecznych wyborów. Nie tylko oni w polskiej rzeczywistości, byli też inni.

Walczący w światowej elicie Anglik Kenny Carter/25/ z Halifaxu, talent, buzia aniołka, nagle na swojej farmie Grey Horse w Bradshaw bierze fuzję i strzela do żony Pameli a potem do siebie. Dramat na miarę zabójstwa Edwarda Jancarza, który w Gorzowie został celnie trafiony nożem przez żonę. Niedawno minęło 23 lata od śmierci Jancarza.

Australijski zawodnik /Billy/ William Robert SANDERS/ ur. 1955/ był czołową postacią narodowego teamu. Utytułowany, jeździł w parze w MŚ z Garym Grahamem Christopherem Guglielmim/ur. 1958/, obaj pochodzili z Sydney. Znacznie lepszego Billy Sandersa nazywano “Czarną strzałą”. Gary w 1985 roku został ukarany za stosowanie narkotyków i zakazano mu startów. W światku żużlowym były takie ”mody” na branie “trawki”, casus Anglika Mike Lee czy rozbrykanych na europejskim gruncie Amerykanów braci Moranów. Jazdy nie tylko w lewo, czasem ostro pod prąd.

Billy Sanders ma bogaty dorobek sukcesów. Przyleciał do Anglii i jeździł w Ipswich, Birmingham, Hull, King’s Lynn. Przyjeżdżał do Polski na mistrzostwa świata i poznałem go na Stadionie Śląskim. Sympatyczny, przystojny, przede wszystkim waleczny i skuteczny. Pamiętam jego udział w finale drużynowych MŚ na londyńskim White City. Startował tm w klubowej drużynie nb. Marek Cieślak…Dziś już nie ma tego stadionu a szkoda, był w centrum Londynu. Australijczycy na White City zdobyli złoto z 31pkt., w składzie: Phil Crump/ ojciec Jasona/ 11, Billy Sanders 7, Phil Herne 7 i John Boulger 6. Srebrny medal wywalczyli POLACY/!/ 28 pkt., Edward Jancarz 9, Marek Cieślak 7, Zenon Plech 6, Jerzy Rembas 5 i Bolesław Proch 1. Brązowy medal dla Szwedów 26 pkt /m.inn. Anders Michanek 11,/ a czwarte miejsce pod szyldem ZSRR 11/ bracia Gordiejewowie, Chłynowski, Paznikow i Trofimow, głównie Ukraińcy/. Gospodarzy brak, odbili sobie za rok we Wrocławiu, gdzie jeździli jak w transie po złoto a Polacy znów ze srebrem /Jancarz, Rembas, Cieślak, Bogusław Nowak, Ryszard Fabiszewski, czyli trzon Stali Gorzów/. Australijczyków w Polsce zabrakło i na długie wypadli z historii DMŚ. Ciekawe, prawda? Trudno im było skompletować skład 4 – 5 zawodników. Odrodzili się po latach i pojawili się m.inn. Todd Wiltshire, Craig Boyce, Ryan Sullivan, Jason Lyons, Leigh Adams, Shane Parker, Jason Crump, Chris Holder, Darcy Ward, Troy Batchelor, Rory Schlein, Davey Watt, Jason Doyle. Medalowe stado” Kangurów”. Ach!

Sanders startował… wszak były na wokandzie atrakcyjne wyścigi MŚ par. W 1983 roku na “Ullevi” w Goeteborgu Sanders z Guglielmim ulegli tylko Anglikom /Carter oraz Peter Collins/ i sięgnęli po srebro. Był w sztosie. Pięć razy uczestniczył w finałach IMŚ; w 1979 roku, gdy na Stadionie Śląskim wygrał Nowozelandczyk Ivan Mauger a Zenon Plech był drugi, Billy zajął piąte miejsce. Na skopanym torze w niemieckim Norden w finale IMŚ, gdzie spektakularne zwycięstwo zaliczył z kompletem punktów ekstrawagancki Egon Mueller, Sanders był drugi, odniósł największy sukces a na trzecim miejscu znalazł się Anglik Mike Lee. W 1980 roku wywalczył brązowy medal IMŚ w Goeteborgu a wygrał długonogi Lee, przed swoim rodakiem Dave Jessupem, czwarty był miejscowy żużlowiec/ dziś tuner/ Jan Andersson a piąty wschodząca gwiazda Bruce Penhall z USA. Byłem wtedy na modnym Ullevi, niestety Plech zdobył tylko jeden punkt i był przedostatni; tajemniczo testował silniki, był w turnieju bez mocy.

Pięć razy startował Sanders w MŚ par a udział z Guglielmim najlepszy, bo srebrny. Pięć razy zwyciężał w mistrzostwach Australii w 1980,81,82,83 i 1985. Uśmiechnięty, czarnowłosy Billy stracił jednak sens życia. Partner z teamu “Kangurów” Gary związał się z jego żoną. Billy nie mógł sobie z tym poradzić. Na progu sezonu 1985, po zwycięstwie w Australii, gdzie Gary/srebro/ przegrał z nim, powziął samobójczą myśl i zatruł się spalinami w aucie. Szok w środowisku! Miał 30 lat i jeszcze sporo startów przed sobą. W tym roku mija 30 lat od jego tragicznej śmierci. A Guglielmi ożenił się z wdową po zmarłym. Samo życie. W Ipswich zainicjowano Memoriał Sandersa. Kariera znalazła koniec zbyt wcześnie i miała dramatyczny finał. Nie pierwszy i nie ostatni.

DLACZEGO tak się dzieje, dlaczego uciekają w nicość? Samotność zabija, otoczenie w decydujących chwilach jest ślepe i głuche. Milkną wiwaty fanów, złowroga cisza paraliżuje i wywołuje ból. Rodzą się więc pytania DLACZEGO… Trudno rozwikłać tajemnice duszy wydawałoby się twardzieli, którzy mają trudne problemy i rozterki. Wjeżdżają ryzykancko w życiowe wiraże i nie potrafią się czasem z karamboli emocjonalnie wydostać. Podejmują okrutne decyzje, które łamią nasze serca, kiedy wspominamy jakimi byli. Miota nami żal i wściekłość, gdy nagle, brutalnie przerwana zostaje nić życia. Tak, ot, bez sensu i zwykle jesteśmy bezradni. Zostajemy zwykle z dręczącymi pytaniami, szukamy odpowiedzi i nie znajdujemy. Niestety!

“Szaleństwo na Jancarzu”

Gorzow-Wlkp-tor-zuzlowy-IV

Tak wykrzyczał sprawozdawca NC+ z turnieju Grand Prix w Gorzowie Wlkp., “szaleństwo na Jancarzu”… Stadion tamtejszy nosi od dawna w nazwie pamięć Edwarda Jancarza, legendarnego żużlowca Stali. Euforia na gorzowskim stadionie była wielka, gdyż 19 – letni Bartosz ZMARZLIK “wbił się” w finał w stylu dojrzałego zawodnika. Gorzowianin nie dał szans rywalom w powtórce finałowego wyścigu a na podium stanęło trzech zawodników miejscowego klubu, drugi był Słoweniec Matej Zagar a trzeci Krzysztof Kasprzak. Spektakularny sukces klubu, tamtejszego środowiska zakochanego po uszy w żużlowych gonitwach. Speedway w mieście nad Wartą jest od wielu lat kultowym sportem, wyznacznikiem pewnej obyczajowości z regularnym pokazywaniem się na stadionie, kiedy wyją motory. Atmosfera wokół żużla jest nie tylko sympatyczna ale nadaje miastu koloryt i lokuje cząstkę tego sportu w herbie. Ba, cząstkę… Każde miasto taką chciałoby mieć, jeśli kocha speedway obojętnie na jakim poziomie. Bartosz wywinął rzadkiej urody numer i jest autorem sensacji, mimo, że nieco wcześniej jako członek polskiej reprezentacji juniorów w duńskim Slangerup zdobył z kolegami złoty medal MŚ.

Zaraz po gorzowskim triumfie zaczęły się spekulacje czy aby nie powinien być w składzie seniorów, podczas bydgoskiego finału Pucharu Świata, gdzie Polacy przegrali złoto z Duńczykami. Gdybanie jest polską cechą nie od dziś, bo jak “wypomina się” Zmarzlika to i Piotra Pawlickiego dodajmy. Marek Cieślak miał dylemat czy zbudować skład złożony z weteranów, czy radykalnie odmłodzić drużynę. Pech, że seniorzy wcześniej ścigali się o złoto mistrzostw świata. No a presja na zdobycie pierwszego miejsca przed własną publicznością była ogromna, jakby zapominając, że rywale mogą zrobić wszystko, bo startując w polskiej lidze znają tor i nie obca jest im atmosfera na naszych stadionach. Tak czy owak skład srebrnej drużyny z DMŚ albo jak kto woli PŚ, jest już historią. Jak sięgnę pamięcią w odmładzaniu reprezentacji nigdy nie mieli problemów Szwedzi czy Duńczycy z dobrymi wynikami. Presja presją ale Skandynawowie nie mieli żadnych obaw przed pokłosiem wielkich turniejów, wypuszczali więc w bój najmłodszych, dając szansę takim właśnie Zmarzlikom, Pawlickim. Sport celebruje i faworyzuje młodych bez dwóch zdań.

Sukces Bartosza i gorzowian jest potwierdzeniem, że żużel w niektórych miejscach Polski nie ginie. I wprawdzie w obecnej dobie konkurencji sportów wygodniejszych, mniej brudnych i przede wszystkim bezpieczniejszych nie ma już takiego boomu do szkółek klubowych, to speedway nie zniknie tak prędko, choć w skali europejskiej, światowej jest sportem niszowym. Wywołuje on nadal silną ekscytację, jest rodzinnie kultywowany i mocno pielęgnowany.

W gorzowskim turnieju GP przykry wypadek zaliczyli Amerykanin Greg Hancock i Duńczyk Niels Kristian Iversen. Kontuzja Duńczyka jest bardziej bolesna, “Herbie” utrzymał fotel lidera GP i zapewne 13 września w duńskim Vojens pojedzie, weteran ma niepowtarzalną szansę na trzeci tytuł mistrza świata. Potem mamy jeszcze GP w Sztokholmie i Toruniu; okazję na medal ma Krzysztof Kasprzak i nie powinien jej zmarnować.

W tym “ szaleństwie na Jancarzu” kompletnie zagubił się wraz ze swoim teamem Jarosław Hampel. Trochę miał pecha, lecz tylko trochę. Inteligentny zawodnik był ostatnim w klasyfikacji z zerowym dorobkiem! Nie pamiętam sytuacji by zdrowy zawodnik z elity wypadł tak beznadziejnie. Medialni obserwatorzy jakoś nie dociekali tej trudnej sytuacji, przymykając oko na kompromitujący występ. Środowisko czasem milczy oficjalnie a dostaje odwagi w kuluarach, co nie jest uczciwą zagrywką wobec zawodników. Obserwuję takie sytuacje od dawna i nawet ikon nie stać na prawdziwe oceny a wpadki zdarzają się przecież najlepszym. Hampel będzie musiał spinać się ostro, żeby zmieścić w premiowanej ósemce GP i zabezpieczyć udział za rok. Coś niedobrego dzieje się w towarzystwie Jarosława Hampela, on nie może zjeżdżać z pewnego pułapu na który kiedyś wjechał fantastycznie .

I z jednej strony mamy młodego wilczka Zmarzlika, z drugiej błądzącego, rutynowanego Hampela a w środku jest marka: KASPRZAK.

VOJENS 13 września w ramach Nordyckiego GP będzie zatem ekstremalną próbą dla elity, z pokiereszowanym Hancockiem, Anglikiem Taiem Woffindenem po kontuzji. A kto wie czy nie wystartuje jeszcze Iversen. Żużlowa medycyna czyni cuda z twardzielami zaś Vojens Ole Olsena ma szczęście do walecznego toru i jazd na krawędzi. Będzie się tam tradycyjnie dużo działo!

I teraz na koniec o bulwersującej sprawie Patryka Dudka, który na pewno patrzył jak dzielnie śmiga po torze Bartosz. Sprawa nabrała od początku tempa ślimaka. Adwokaci mają co robić a w świecie sportu nie ma ulg na dopingowe nadużycia. Rozwlekanie nie służy żużlowi i atmosferze wokół niego. Zawodnik zasłania się niewiedzą, zresztą zwykle tak bywa. Jedno jest pewne, że niewłaściwy specyfik znalazł się w organiźmie żużlowca a pokora w pewnych sytuacjach jest bezcenna.

Polska władza żużlowa znana jest z długotrwałych obrad w sprawach oczywistych, vide blamaż/ rejterada karkosikowego Unibaxu na zielonogórskim stadionie rok temu. “Kto szybko daje dwa razy daje” mówi przysłowie. Jasne, że bywają sprawy, które wymagają czasu; dopingowe problemy w żużlu są rzadkością. Alkohol jest już rozpracowany, narkotyki też ale substancje, które wzmagają “apetyt” na jazdy nie tak bardzo. Dudek chciał się wzmocnić, czuł się słaby, ktoś mu doradził, nie sprawdził, wyszło jak wyszło i teraz trzeba z bólem pocierpieć. Dopada ostro FIM Darcy Warda za wybryk z alkoholem, który traktowany jest jak doping. Dylemat Australijczyka może być kuriozalny i ten młodzieniec przez głupotę może pogubić karierę. Straci asa i światowy speedway.

Jak więc widać… różne bywają cierpienia żużlowców, bo gwiazdy spadają czasem nie tylko z nieba.

Ikona z czerwonego Mercedesa

Jest styczniowa sobota, karnawał, ludzie rozbawieni, polska transformacja polityczna i gospodarcza 1992 roku daje upust przedsiębiorczości. Rosną nadzieje na lepsze jutro. Gorzów Wielkopolski żyje żużlem od lat, tam rodzą się talenty, panuje zdrowa atmosfera sportowej rywalizacji i w kulisach codziennego życia mówi się o żużlu otwarcie i szczerze. Nie ma tajemnic. Każdy temat zaczyna się i kończy jednakowo. Speedway.

Idolem gorzowskiej społeczności sportowej jest były zawodnik, reprezentant Polski, medalista mistrzostw świata, wprost legenda za życia Edward Jancarz. Kiedy kończy karierę  ma za sobą bogaty dorobek, opinię solidnego żużlowca w Polsce i na świecie. Startował dosłownie wszędzie od Antypodów przez brytyjskie tory aż po Kalifornię, legendarne Los Angeles. Kibice londyńskiego Wimbledonu uwielbiali Jancarza, doświadczał tego i jego skromny mechanik John. Gorzowski „ majster“ Edward Pilarczyk znał Edka na wskroś, jak syna, przejechał z nim tysiące kilometrów. Pracowali w pocie czoła, kiedy była okazja balowali.

„Eddy“. Miałem okazję być na dziesiątkach turniejach z udziałem mistrza znad Warty, uczesniczyć z nim  na zawodach i towarzyskich party. Związał się z Haliną, żona była odporna przez długie lata na uciążliwe życie żużlowca tej klasy, wówczas nie było takiej tradycji wojażowania razem jak dziś. Nie mieli dzieci. Jancarz wybudował jako bodaj pierwszy ze środowiska żużlowego okazały dom w centrum Gorzowa, miał za co, gdyż jego zdobycze punktowe dobrze transferowały się na angielskie funty i złote. Sympatyczny i lubiany przez kibiców obu płci. Ta druga płeć nie była mu obojętna. „Eddy“ był  zawodnikiem o ładnej sylwetce, technicznie jeżdżącym, znającym się na sprzęcie. Nie był artystą, był mocnym fachowcem w żużlu i takim został zapamiętany w rodzinnym kraju, na wyspach brytyjskich. Obciach był mu obcy, jak trzeba było pomagał na Wembley sprzętowo ziomalowi Jerzemu Rembasowi, gdy ten walczył o podium.

Multimedalista wszelkich mistrzostw, od Polski zaczynając a kończąc na światowych, prestiżowych turniejach. Fachura, solidny, dobrze zarabiający.

W 1984 roku podczas mityngu na gorzowskim torze dochodzi do incydentu z młodym, włoskim żużlowcem Valentino Furlanetto; wypadek wygląda makabrycznie, jeszcze uderzony motocyklami Jancarz cudem wychodzi z karambolu po długim i bolesnym leczeniu. Media brytyjskie bardziej interesują się stanem zdrowia Jancarza niż polskie. Wraca do życia, do rzeczywistości, do sportu, nie daje jednak rady. Wypadek zostawia na nim trwały ślad. Kończy karierę. Jestem z nim w długiej podróży aż do Edynburga, obserwuję jak kochają go brytyjscy fani. Polska reprezentacja zalicza mało udane test – mecze. Wracamy. Dostrzegam u mistrza zmiany w psychice. Trudno o tym pisać ale tak było. Po dwóch piwach już normalnie, wpierw nieznośny, potem radosny.

Zostaje cochem reprezentacji, trenerem w Gorzowie. Cieszy się jak dziecko, kiedy jego wychowanek Piotr Świst robi błyskawiczne postępy. Ma taką samą sylwetkę jak mentor. Mistrza jednak nie doścignie, mistrz jest tylko jeden.

Wyruszam na turniej mistrzostw świata w podróż do Lublany. Jancarz jako trener, po drodze do stolicy ma wypadek czerwonym Mercedesem GOE 28 82, pamiętacie to auto gorzowskiej ikony?

Jedzie do Słowenii „ maluchem“ z gorzowskim mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem w upale, z oponami na dachu. Zenon Plech awansuje do półfinału IMŚ, razem z zielonogórskim, młodym zawodnikiem Zbigniewem Błażejczakiem, który potem zostaje skazany za zbrodnię. Straszne zdarzenie. Błażejczak w Lublanie zachorowuje na ospę, wracamy w upale do domu z duszą na ramieniu.

Edward Jancarz zapisał w historii żużla światowego i polskiego bogaty rozdział. Startował w mistrzostwach świata par najczęściej z eks – gorzowianinem Zenonem Plechem, rozumieli się na torze i poza nim. Zdobywali medale, jeździli w Anglii i uwielbiali tamtejszą atmosferę. Rogate dusze ale zwycięskie, jak to się mówi: lepiej stracić z mądrym, niż zyskać z głupim.

„Eddy“ nie był łatwym człowiekiem, po zakończeniu kariery miał czas, mieli też czas dla niego inni. Życie towarzyskie nie patrzy na zegarek. Rozstaje się z żoną Haliną, która w pamiętnym roku 1984 trwała przy nim wiernie i czuwała aż wyzdrowieje. Znajduje nową, młodą towarzyszkę życia Katarzynę. Nie jest potulna jak pierwsza, a mistrz nie ten sam.

Stop. Zanim do tego doszło małe wspomnienie z roku 1980, kiedy to w słoweńskim Krsku Jancarz z Plechem zdobywają srebrny medal mistrzostw świata par. Przegrali tylko z angielską parą. Jechali autem z Anglii, Edward startował w Wimbledonie, Zenon w Hackney. Przyjechali późno, więc polska ekipa denerwowała się bardzo, koniec jednak był szczęśliwy. Ten duet był skazany na sukcesy i na porażki, na jazdy zapierające dech w piersiach, na walkę z kontuzjami i ból, ale zawsze z niesamowitą determinacją i wolą zwycięstwa. Byli wizytówkami polskiego żużla, amabsadorami Polski w lidze brytyjskiej. Kochali sport i życie.

Znalezienie drogi po zakończeniu kariery jest wyborem trudym i wymagającym twardego charakteru do końca. Nie każdemu się udaje, ważna jest rodzina, samotność bywa złym doradcą.

W czasie kariery Edwarda Jancarza bycie wizytówkowym żużlowcem było sztuką, utrzymywanie się na topie, kwalifikowanie do finałów mistrzostw świata. Zdobywanie medali. Nie można porównywać tamtych czasów do dzisiejszych. Dziś zawodnicy wolą mieć furę pieniędzy w polskiej lidze i rezygnują z walki o mistrzostwo świata.

Stop. Jest poranna niedziela 12 stycznia, telefony urywają sie w redakcji „ Sportu“. W sobotę został w Gorzowie Wlkp. pchnięty nożem przez żonę Katarzynę Edward Jancarz. Koledzy ze „ Speedway Star“ nie chcą w ten fakt uwierzyć, lecz po chwili muszą. Dociera do nich, tak jak do mnie dużo wcześniej, smutna wiadomość. Podczas rodzinnej sprzeczki w afekcie zginął idol żużlowego świata. Rodzinne miasto było w szoku. W świat popłynęły informacje o tragicznym wydarzeniu. Styczeń był zimny i początek roku zaczął się fatalnie. Nic nie jest w stanie zatrzymać jednak bieżących dni, bo jedni odchodzą a drudzy się rodzą. O jednych się zapomina, o drugich pamięta.

Edwardowi Jancarzowi w 2005 roku postawiono w Gorzowie pomnik, ma swoją ulicę a okazały stadion na którym kręcił pierwsze kołka nosi jego imię. Od 1992 roku na tym stadionie organizowane są memoriały Edwarda Jancarza, pierwszy wygrał Duńczyk Hans Nielsen. Pamiętają i chyba będą pamiętać.

Dwa życia mistrza; sportowe i to zwykłe, codzienne. „EDDY“, dwa światy. Dramat wydarzył się 20 lat temu, nie pierwszy w tym sporcie i nie ostatni. Samobójcze akty, zbrodnie też oraz incydenty towarzyszą historii żużla. Ten sport jest ekstremalny, z silnymi emocjami, mający niemal fanatyczne środowisko, ciągle pobudzający wyobraźnię, nie dający dystansu wytchnienia poprzez swoją wyostrzoną dramaturgię. Speedway ma jasne strony i trochę ciemnych. Barwy życia nigdy nie płowieją. Odżywają. Lat nikt nie liczy, pamięć bywa zwrotna. Jest jak to nasze prozaiczne życie, które czasami wstrząsa do głębi serca. Trzeba jednak jakoś z tym żyć, no i jechać dalej.

Eddy

Przeleciał ten czas. Wartko. 11 stycznia 1992 roku w Gorzowie Wlkp. rozegrał się dramat, który zakończył się śmiercią Edwarda Jancarza. Przypominam sobie tę feralną sobotę i późniejsze informacje oraz następujący szok. Zadzwonił wtedy kolega z angielskiej Speedway Star szukając potwierdzenia okrutnego faktu. Dla środowiska żużlowego to był cios, zawrzało od emocji, zwłaszcza, że okoliczności były dramatyczne. Oto druga żona Edwarda Jancarza pchnęła w afekcie nożem męża i nie było ratunku. Pierwsza żona Halina poświęciła wiele czasu dla reprezentanta Polski, szczególnie wówczas gdy walczył o życie po fatalnym zderzeniu z włoskim zawodnikiem Valentino Furlanetto. Jancarz był twardzielem i nie dane było mu odlecieć na obłoki, przeżył ten najazd młodego kamikadze i odzyskał moc, jednak po tych nieprzytomnych tygodniach nie był już niestety sobą. Kiedy zginał z ręki żony Katarzyny miał 46 lat.

Ten styczniowy dzień pamiętam jak dziś, informacja poleciała szybko w sobotę wieczorem w świat. Jancarz, morderstwo? Niemożliwe. Ludzie zadawali sobie dużo pytań. Nie zawsze uzyskiwali odpowiedzi. Dyskutowali na temat ofiary i zabójczyni, która działała w afekcie. Dlaczego tak się stało?

Edward Jancarz był zawodnikiem, który szybko wjechał w wielki świat żużlowy, jako 22 letni chłopak został brązowym medalistą indywidualnych mistrzostw świata. Medali ma na koncie dużo, indywidulanych startów w mistrzostwach świata i drużynowych, w MŚ par z Zenonem Plechem. Nie chcę przypominać medali, startów od Gorzowa przez Londyn po Australię i USA. Startu w oryginalnym finale na olimpijskim stadionie w Los Angeles, w atmosferze westernu i charyzmy mistrza świata Bruce Penhalla. Po latach dorobek można raz jeszcze prześledzić w statystykach. Mnie interesuje tło, pobocza zawodnika i jego charakter. Bywają często dwa, trzy światy, mamy inne zachowania jako sportowca, inne jako człowieka.

Eddy był uwielbiany na londyńskim Wimbledonie, był uosobieniem solidności i pewnych ligowych punktów. Anglicy wiedzieli, co znaczy marka Jancarz a do tego dochodził latami. Potrafił grzebać przy motocyklu, a jego guru był gorzowski majster Edward Pilarczyk. Razem przejechali pół świata albo i więcej, ja też w tej skromnej ekipie się znajdowałem i sporo przeżyłem, bo mistrz Eddy nie był łatwym człowiekiem; poza startami miał swoje upodobania, które w sumie składały się na osobę lubiącą życie ale i wiedzącą, czego się chce. Dorobił się startami w Anglii domu w Gorzowie, na dobrej działce. Nie miał następcy ani następczyni. Może to też był przyczynek do późniejszych innych zachowań, niż bywało wcześniej. Staram się zrozumieć rozterki i brak motywacji do rodzinnego życia. Nie muszę przecież mieć racji. Myślę…

Kiedy odbyłem tournee do Anglii ze skromną ekipą Polski, Edek był jej menedżerem. Jechaliśmy razem czerwonym Mercedesem, prowadził wspomniany, nieżyjący już Edward Pilarczyk i Jancarz. Rozmowy były męskie i nie męskie. Nie pamiętał Eddy co było wczoraj, lecz pamiętał, że Pilarczyk nie przykręcił mu kilkanaście lat wcześniej dobrze tłumika i potrafił borować mechanikowi dziurę w brzuchu do pierwszej pinty piwa. Przechodziło. Byłem z nim w Lublanie, startowali w ćwierćfinale IMŚ Zenon Plech i Zbigniew Błażejczak, obaj awansowali a Eddy dotarł tam Maluchem z mechanikiem Stanisławem Maciejewiczem, bo jego Mercedes przed Warszawą wpadł do rowu… Nie skomentuję dlaczego… Jazda z Polski do Lublany w upał Maluchem musiała być piekielnie uciążliwa, ale chłopaki dotarły w formie.

1980 rok i słoweńskie Krsko; tam niespodziewanie Jancarz z Plechem w finale mistrzostw świata par zdobyli srebrny medal. Kiedy przyjechali do Krska autem z Anglii nie wyglądali na wypoczętych za bardzo, dali jednak rady i przegrali tylko z angielską parą. Uff. Było gorąco, bardzo, jednak wino Cviczek schłodziło emocje na normalny poziom.

Edward Jancarz był rozpromieniony, kiedy jego wychowanek Piotr Świst dostał licencję. – Adaś zobaczysz, to mój następca. Rzeczywiście gorzowianin miał sylwetkę identyczną jak mentor, zapowiadał się świetnie. Gorzej było potem z pojęciem „następca Jancarza“.

Dorobek sportowy EJ jest imponujący. Zasłużenie stadion w Gorzowie nosi jego imię, jest i ulica mistrza Edwarda i pomnik godny jego zasług. Pozostaje jednak ślad dramatu ze styczniowej soboty i tragicznej sprzeczki małżonków, po której serce mistrza przestało bić. Gorzowski teatr wystawił sztukę osnutą na motywach burzliwej kariery Jancarza i kontrowersji jakie wzbudzała jego druga, rogata dusza. Frywolna, kiedy można było poszaleć, zmotywowana gdy trzeba było walczyć o medale.

Życiowa karta Edwarda Jancarza i sportowe dossier są bogate i oprawione zarazem w złote i żałobne ramki, są tam błyski medali i uśmiech mistrza na stadionach Europy i świata. Naręcza kwiatów oraz jakby słyszało się dźwięki narodowego hymnu.

Co jeszcze? Eddy wspominany jest jako mężczyzna do żużla i do wszystkiego poza tym, uwielbiały go fanki, a on je też uwielbiał jak należy. Wypiłem z mistrzem Eddym trochę piwa w różnych stronach Europy, nasłuchałem się o nim dobrych rzeczy w żużlowym świecie. Przeciętni nie robią raczej karier, w sporcie trzeba być hardym i męskim do bólu. Jaki był Eddy naprawdę wie małe grono ludzi. Zostaje w mojej pamięci Edward Jancarz jako facet do zdobywania medali, wywalczania dużo punktów, lubiany przez kibiców i jako ten, który zaczął swoją bogatą karierę niespodziewanie świetnie a zginął w dramatycznym epizodzie nagle i tak fatalnie.